Startrek.pl

USS Phoenix

Star Trek (2009). To nie jest ST Twojego ojca. Tak, wiem, że się mylę.

Autor recenzji: Vanja, maj 2009.


Podejmując się realizacji kolejnej części Star Treka, JJ Abrams stanął przed niezwykle trudnym zadaniem - zreanimowania pacjenta w stanie bardzo ciężkim, odgrzania kotleta strawnego już niemal tylko dla garstki prawdziwych fanów, tchnięcia życia w serię o długiej i chwalebnej historii.

Chociaż ostatnie występy Łysego na dużym ekranie a Portosa, pardon, Archera na małym zdawały się świadczyć, że nadziei już nie ma, JJ zabrał się ochoczo do pracy. Spod jego rąk wyszedł nowy film ST, a że należałoby napisać coś poważnego i merytorycznego, wypełnię ten jakże przykry obowiązek już na początku. W maju tego roku, po kilkuletniej przerwie dostaliśmy nowy film spod znaku ST. Chociaż wiele osób ma co do tego wątpliwości to naprawdę jest Star Trek, chociaż nie taki, jakiego znaliśmy do tej pory.

Co pozostało takie samo, na czym JJ ośmielił się położyć swoje łapy, co już znamy a czym nowy film różni się od wcześniejszych i czy naprawdę jest aż taką porażką za jaką się go uważa? Oto (niezbyt) krótka historia pojedynku połączonych sił Abramsa przeciw reszcie świata.

Po pierwsze- świat

Podróże w czasie były już wcześniej przewodnim motywem filmu i osią scenariusza. W uniwersum ST jest to uświęcony tradycją motyw i znanych jest ponad 40 przypadków różnych form podróży w czasie- wspomnianych lub pokazanych na ekranie. Taki pomysł na zawiązanie fabuły nie jest więc żadną nowością, po raz pierwszy jednak wykonanie jest sensowne a temat wyczerpany do końca, w dodatku w całkiem nowy i niestandardowy jak na ST sposób.

Ośmielę się nawet powiedzieć, że lepszy niż dotychczas. Albowiem JJ odważył się nie skorzystać z długiej listy temporalnych buraków, nasadzonych przez poprzedników i nie zainspirował się tym jakże genialnym i pomysłowym ujęciem tematu znanym choćby z Generations czy First Contact. Uzbrojony w konsultantkę naukową odstąpił od tradycji i wprowadził wątek temporalny nie tylko po to, aby pokazać, że kapitan to kozak superheros i że potrafi sprostać każdemu wyzwaniu nie tylko tu i teraz ale nawet tam i wtedy. Nie chciał postąpić jak poprzednicy i udowodnić swoim filmem, że pojedynczy człowiek, ku chwale całego rodzaju ludzkiego może całą linię czasu nadpisać i wymazać.

Jak nietrudno się domyślić równie sprytny co przebiegły plan Nero, aby zniszczyć Wolkan i jego podróż w czasie wpłynęły na wydarzenia, które znaliśmy dotychczas i uważaliśmy za kanoniczne. Jak pojedyncza cząsteczka powietrza uderzająca w kota Schroedingera, ku chwale Everetta dekoherując funkcje falowe i tworząc dwa nowe światy, w których jednak wiadomo czy kot żyje czy nie, Nero stał się przyczyną powstania nowej kwantowej rzeczywistości. Tak, naprawdę nie jest to tylko pusty wymysł scenarzystów w celu ucieczki przed kanonem. No, może jest. Ale przynajmniej nieźle zamaskowany temporalno- kwantowym bełkotem.

Wreszcie pojawiło się trochę science w trekowym temporalnym fiction. Zatrudnienie konsultantki naukowej okazało się strzałem w dziesiątkę, dzięki temu wreszcie odburaczono wątki temporalne, bo to co do tej pory można było oglądać o pomstę do Suraka wołało. Bohaterowie radośnie snuli się po różnych kwantowych wszechświatach, sądząc, że nadal są w tym samym i że mogą jakoś na przeszłe wydarzenia wpłynąć. Najwyraźniej odziedziczyli po scenarzystach naiwne, linearne i najzwyczajniej w świecie błędne rozumienie natury rzeczywistości i wiarę, że da się linię czasu w przeszłości zmienić i wrócić do punktu wyjścia.

Tradycję tą zapoczątkował James T. Kirk do spółki ze Strażnikiem Wieczności. Przypadkowa zmiana jednego wydarzenia w przeszłości spowodowała, że świat jaki znali zmienił się. Niestrudzony kapitan podążył więc w przeszłość do 1930 roku aby poprawić to, co się stało, wierząc, że te wydarzenia, które znał są jedynymi słusznymi. Nie zaakceptował faktu, że historia w jednym z alternatywnych światów (nie, to nie jest błąd: szukając odrobiny sensu w trekowych podróżach w czasie doszłam do wniosku, że tzw. alternatywna linia czasu jest szczególnym przypadkiem alternatywnej rzeczywistości i tej wersji w niniejszym tekście się trzymam; uznanie tego za dogmat jest opcjonalne 😉 ) naprawdę mogła potoczyć się inaczej. Będąc człowiekiem pracowitym i aktywnym w ciągu długich lat swojej służby w sumie dopuścił się siedemnastu wykroczeń temporalnych. Ustanowił przy tym swoisty rekord i doprowadził temporalnych śledczych do rozpaczy swoim postępowaniem.

Zainspirowany jego bohaterską postawą Picard podążył za Borgiem do przeszłości, aby umożliwić lądowanie Wolkan na Ziemi i doprowadzić do pierwszego kontaktu w 2063 roku. W stanie kompletnej nieświadomości doprowadził swoim czynem do powstania temporalnego paradoksu samospełniającej się przepowiedni, nie wiedząc, że tylko w tym jednym epizodzie zwiedził aż trzy rzeczywistości i uwierzył, że wrócił do tej z której wyruszył, pełen poczucia dobrze spełnionego obowiązku.

Sisko znacznie mniej mieszał w liniach czasu, miał widocznie inne powołanie jako wysłannik istot nie całkiem z tego świata. Pojawił się w czasach TOSa, spotkał Kirka, nieznacznie namieszał i wpłynął na historię polowania na Tribble. Znacznie mniej zaingerował w rozgrywającą się historię niż trekowe standardy kapitańskie by wymagały.

Kasia pojawiła się na Ziemi XX w a że nie śmiała się wychylać przed tak znamienitych poprzedników, do spółki z Braxtonem zabrała się do naprawiania tego, co namieszali. Dzieło równie zbożne co bezsensowne a szczytem nieświadomości jest postawa temporalnej policji z przyszłości. Można by przypuszczać, że cywilizacja zdolna do wymyślenia podróży w czasie zdoła pojąć, że nie da się manipulować przeszłością w tej samej rzeczywistości. Ale nie. Przy okazji dostaliśmy prześliczny i soczysty paradoks informacyjny, albowiem wskutek ich ingerencji w postęp techniczny końca XX wieku doszło do tego, że mikrokomputerów i ich pochodnych nikt nie wymyślił.

Gorszy nie chciał być Archer. Szlajał się po różnych przeszłościach, przyszłościach, solo i w duecie z Xindi i Danielsem, motał w liniach czasu, jakby był w stanie cokolwiek zmienić. Ceniąc sobie rozmach, uwikłał się przy okazji w temporalną zimną wojnę (tak przy okazji- jeden z głupszych pomysłów scenarzystów w kwestii linii czasu). W jednym ze swoich występów pojawił się na Ziemi w 2004 roku, aby powstrzymać Xindi przed zniszczeniem ludzkości. Nie do końca jest jasne, w której linii czasu ale i tak się starał.

Analizując postępowanie kapitanów w oryginalnej linii czasu, doszłam do wniosku, że wymagania na stopień kapitański są w Federacji dość dziwaczne. Od kandydata oczekuje się bowiem najwyraźniej nie tylko umiejętności dowodzenia okrętem, ważny jest też kompletny brak zahamowań jeżeli chodzi o pychę, przekonanie o najwyższej pozycji człowieka wśród wszelkich stworzeń i dążenie do dłubania wszędzie tam, gdzie nie tylko nie potrzeba ale też nie daje to efektu. A jako mile widziany dodatek - poczucie nieograniczonej pewności, że jest się sprawcą i motorem działania wszechświata. Jest to szczególny i bardzo wybiórczy rodzaj ślepoty, zazwyczaj połączonej z niezdolnością do wykonania jakiejkolwiek bardziej złożonej operacji myślowej, która dopuszcza możliwość, że świat bez ich ingerencji by się nie zawalił. Szkoda tylko, że kapitanom zabrakło odwagi i żaden z nich nie sformułował otwarcie silnej zasady kapitantropicznej i nie powiedział głośno, że wszechświat istnieje tylko po to, aby mogli w nim zaistnieć kapitanowie gwiezdnej floty, którzy na swoich barkach jak mityczni Atlasi dźwigają troskę o jego kształt. Chociaż na pewno pomyśleli. Coby ten wszechświat zrobił, gdyby nie ofiarność i poświęcenie tych dzielnych reprezentantów ludzkości? Upadłby niechybnie bez ich wsparcia.

Na szczęście królująca dotychczas antropocentryczna megalomania została w tej bitwie zmuszona przez JJa do odwrotu, bo ośmielił się pokazać nam, że każde zdarzenie ma swoje konsekwencje. I dopiero w jego filmie Kirk miał odwagę spojrzeć prawdzie w oczy i pogodzić się z faktem, że każde wydarzenie jednak odciska piętno na linii czasu i nic nigdy nie będzie już takie samo. Abrams jako pierwszy pokazał nam, że nie istnieje w tym świecie przeznaczenie, że nikt z przyszłości czy przeszłości nie może narzucić nam niczego, że mamy wolność wyboru i możliwość decyzji, że realizacja wrodzonego potencjału może być udziałem każdego człowieka, niezależnie w jakiej linii czasu się urodził, co i jak się w niej wydarzyło i ile błędów popełnił. Abrams heretyk kompletnie zignorował uświęconą w tym świecie jakże optymistyczną wizję, że jedynie kilka osób może decydować o kształcie tego świata a zwykły człowiek nie ma nic do powiedzenia i musi biernie unosić się na falach czasu. Jakiż optymizm wynika z tego, że gdy Picardowi coś nie wyjdzie, może podążyć w przeszłość i naprawić błędy, a my, szaraczki musimy się z konsekwencjami zmagać do końca naszych dni. Jak widać JJ kompletnie optymistycznej wizji Treka nie zrozumiał.

Tym razem widać też, że nie wszystko oprócz jednego małego szczegółu musi się potoczyć tak, jak za pierwszym razem i zmiana może dotyczyć nie tylko jednej osoby, ale całego świata. Dotychczas wyglądało to zupełnie inaczej - zakres zmian w świecie był dość sztucznie wyznaczany tylko i wyłącznie przez wyobraźnię scenarzystów i nie miał nic wspólnego z jakąkolwiek logiką. Przykładowo, w Tapestry zmiany dotyczyły tylko osoby kapitana, podczas gdy wszystkie inne wydarzenia pozostały w oczywisty sposób pancerne i niezmienne. Pokazano bowiem, że niezależnie od obecności Picarda na fotelu kapitańskim załoga jest w tym samym składzie, wypełnia tą samą misję w tym samym miejscu a pani Troi zakłada te same ciuchy. Żadnego uratowanego życia, żadnego nowego odkrycia, żadnej zmiany w historii. Przecież można by się spodziewać, że Picard jako słynny kapitan flagowego okrętu Federacji, sprawca pierwszych kontaktów z wieloma nowymi rasami miał jednak na historię jakiś wpływ. Niestety okazuje się że nie miał. A dla dopełnienia obrazu widzimy, że jedyną możliwością aby zmienić swoje życie było dla niego „do Ciebie Q rączki podnoszę, cofnij mnie w przeszłość bo za ciężko wziąć się w garść i pokazać, ile jestem wart”.

Abramsowy Kirk nie miał jak Picard możliwości ujrzenia na własne oczy odległych konsekwencji swoich działań, mimo tego ogarnął się, stwierdził że w trzy lata skończy akademię i zrobił to, chciał zdać Kobayashi Maru i zdał, zamiast na modłę Picarda siedzieć w kącie i liczyć na cud. Nie polegał na interwencji nadprzyrodzonych istot, wziął się za siebie i swoje życie, świadom, że to jedyne jakie ma i tylko od niego zależy jak je wykorzysta a drugiej szansy nie dostanie.

Abrams wychodzi zwycięsko również z innej potyczki z dotychczasowym kanonem, dzięki śmiałemu manewrowi ujęcia tematu alternatywnej rzeczywistości z zupełnie innej strony niż wszyscy scenarzyści do tej pory. W nowym filmie, w odróżnieniu od wszystkich poprzednich, można obserwować od samego początku, jak powstaje alternatywny wszechświat, jak rozwija się nowa linia wydarzeń, a wszystkie zdarzenia zachowują logiczną w obrębie nowego świata przyczynowość. Bohaterowie na bieżąco obserwują i reagują na wydarzenia. Nie są jak Worf w Parallels rzucani jak piłka od jednej rzeczywistości do drugiej, jako bierny obserwator równoległych wszechświatów, bez żadnego wpływu na wydarzenia. I nie jest dla nich jedynym wyjściem z sytuacji znalezienie dostatecznie technobełkotliwego rozwiązanie i powrót do jedynego słusznego świata. Worf próbował, nieważne że i tak do domu nie wrócił. Nowa wersja prezentuje się lepiej, sensowniej i znacznie bardziej realnie dzieje się, ma swoją własną świetlaną przyszłość.

W nowym filmie, na odmianę, zamiast do całkowitego zresetowania linii czasu równo z napisami końcowymi wątek temporalny doprowadził do kolejnej uświęconej w ST tradycji - alternatywnej rzeczywistości. I, o zgrozo, wyłamuje się spomiędzy poprzedników również na tym polu - w linii alternatywnej Federacja nie jest wcieleniem zła, ruchem oporu albo dogorywa ale jest normalną, taką jak u nas Federacją. Czyli po raz pierwszy nasz świat (czy raczej świat ST) nie jest jedynym słusznym, prawdziwym i takim, w którym wszystko idzie tak jak powinno. Mogą istnieć inne światy, całkiem normalne, nie zdegenerowane i co najlepsze wcale nie wymagają nawracania na naszą wersję wydarzeń. Alternatywna rzeczywistość nie jest tylko odskocznią od rutyny typowej linii czasu ale nowym, nieznanym światem, który można odkryć, pełnym nowych możliwości. Abrams pokazał, że nie istnieje jedyna słuszna ścieżka.

Po raz pierwszy film nie kończy się całkowitym resetem i przywróceniem wszystkiego do „jedynego słusznego stanu”- zarówno w rzeczywistości starego Treka jak i w nowej Abramsa. Romulus jest zniszczony, Wolkan jest zniszczony, wszystko co się wydarzyło, wydarzyło się naprawdę. Mimo tego życie toczy się nadal. Jest w tym sporo optymizmu - może wydarzyć się jakaś katastrofa, a i tak nadal pozostaje nadzieja na przyszłość. Abrams odszedł od dotychczasowych ponurych standardów, gdzie jeden szczegół ulegał zmianie i ludzkość staczała się, zło triumfowało a Federacja stawała się narzędziem jego krzewienia. Pokazał, że ludzie potrafią pokonać przeciwności i nadal podążać ku świetlanej przyszłości.

Wersja JJa jest w pewnym stopniu odstępstwem od kanonu, ale zdecydowanie jest zmianą na lepsze, rozwinięciem i ulepszeniem dotychczasowych wątków.

Po drugie- bohaterowie

Już na pierwszy rzut oka widać, że nowy świat różni się od starego - jak kamień wrzucony w spokojne bajorko, Nero odmienił nie tylko rzeczywistość, ale też bohaterów. Nie wszystkie postacie starego kanonu w równym stopniu zdołały odeprzeć ataki temporalnej maszynki do mięsa napędzanej wyobraźnią Orciego i Kurtzmana, dlatego po ekranie plącze się przez cały film plejada staro-nowych bohaterów:

Na początek ulubieniec publiczności, Spock. W filmie po raz pierwszy widzimy go jako słodkiego dzieciaczka w scenie dość mocno nawiązującej do początku The Voyage Home, gdzie dorosły Spock odbudowuje swoją wiedzę po powrocie do życia. Chłopiec grzecznie i posłusznie kuje jak student przez sesją w dziwacznym, iście matrixowym leju. Po zakończeniu nauki opuszcza go, aby pokazać całemu światu, co wolkańskie dzieci robią dla relaksu, zapewnienia sobie odpowiedniej porcji aktywności fizycznej i dogłębniejszego pojęcia logiki. Tak jak można się spodziewać - ochoczo i radośnie okładają się pięściami. Co mnie w tej scenie zaszokowało najbardziej? To, że, ktoś w ekipie widział, zrozumiał, zapamiętał i nawet zadał sobie trud nawiązania do Yesteryear. Jeżeli w czyimś sercu pojawiła się z tego powodu jakaś iskierka nadziei na zachowanie dotychczasowego kanonu w pełni to pewnie szybko zgasła. Chwilę później widzimy, że jednak ta osoba cierpi na ciężkie zaniki pamięci - Spock rozmawia z ojcem. I co? I tatuś go pociesza. Już w tym momencie widać, że ekipa Abramsa jednak nie chciała powielać wszystkich znanych nam do tej pory wydarzeń i kopiować bohaterów.

Patrząc na samego Sareka można odnieść wrażenie, że jeżeli chodzi o Journey to Babel czy zakończenie Star Trek IV ekipa dostała nagłego i zbiorowego zaniku pamięci albo ataku ślepoty. Po pierwsze, wygląda jak własny dziadek (mamy dowód, że na Wolkanie po przybyciu Narady Czas ma tyle roboty, że nie o wszystkich może pamiętać), po drugie krąży po ekranie, na każdym kroku obwieszczając wszystkim jak bardzo kocha żonę, wspierając Spocka i pocieszając go po stracie matki. Zanik pamięci, chwiejność emocjonalna i masywny rozkład osobowości, czyli proszę państwa pełnoobjawowy Syndrom Bendii w natarciu. Być może to usprawiedliwia tak sędziwy wygląd Sareka, bo jakoś nie pasowałoby to do faceta w sile wieku.

Albo po prostu w czasie pisania scenariusza ktoś chciał ekipie ułatwić zadanie, puszczając odpowiednie odcinki ze starego kanonu a osoba odpowiedzialna za tworzenie ojca Spocka załapała się tylko na końcówkę odcinka Sarek? Dzięki temu mamy pierwszą ofiarę temporalnych manipulacji. Wyrok- morderstwo pierwszego stopnia na dotychczas najbardziej wolkańskim z wszystkich Wolkan.

A jak już przy nich jesteśmy - twórcy ośmielili się po raz kolejny na atak wybiórczej ślepoty i kanonicznej amnezji dzięki czemu Wolkanie zostali wyzwoleni ze swoich efektownych szlafroczków i zrezygnowali z obcinania włosków pod donicą. Cóż za cios i zniewaga dla wyrobionego gustu fanów. Jedynie Spock, prezentując znaną już z czasów TOSa gorliwość neofity, nadal próbuje być bardziej wolkański niż sami Wolkanie. Nadal kultywuje więc układanie włosów na kleju do tapet, dzięki czemu jego fryzurka jest nie tylko gładka i lśniąca ale też pancerna i kompletnie odporna na warunki otoczenia. Jako w połowie człowiek ma liczne problemy ze swoimi emocjami. Upodabnia go to do starego Spocka, który już w TOSie miał ich trochę, z biegiem czasu okazując i akceptując ich w sobie coraz więcej. Kulminacyjnym punktem tego procesu było w The Undiscovered Country „Gdybym był człowiekiem... odpowiedź brzmiałaby... do diabła z rozkazami”. Te słowa były wyraźną manifestacją, że dołączył do trekowego klubu obcych marzących o staniu się człowiekiem.

Wydarzenia z końca filmu Abramsa bardzo dobrze wpisują się w tą tendencję - kontynuuje tą ścieżkę, teraz zachęcając młodego Spocka, aby nie marnował życia na logikę a podążył za głosem serca. Od razu staje przed oczami Yesteryear, taka sama rozmowa Spocka ze swoją młodszą wersją i widać wyraźnie, że długie lata życia przekonały Spocka, że jednak nie było warto i tym razem radzi młodemu półczłowiekowi inaczej. W podeszłym wieku dopadło go wreszcie zmęczenie. Kiedyś mówił, że zawsze istnieją jakieś możliwości i zdarzyło mu się już umrzeć za słuszną sprawę, teraz poddaje się bez walki, oddaje broń zdolną zniszczyć całą federację Romulanom i pada przed nimi na kolana w całkiem pokręconej parodii pierwszego kontaktu. Wyraźnie widać, że zakończył już swoją podróż, pozostawił ratowanie świata młodszym i odsunął się w cień.

Nowy Spock ma problemów z emocjami jeszcze więcej bo i sama emocjonalność Wolkan u JJa wzrosła. Zmienił też taktykę walki - usiłuje je opanować, kompletnie wyłączając swoją mimikę w nadziei, że upodobni go to do Nimoya (cóż mogę powiedzieć? Każda matka kocha swoje dzieci). Powstrzymanie ruchów twarzy to zadanie niezwykle trudne, a że budżet takich ilości botoksu nie przewidywał, sięgnięto dla ułatwienia Zacharemu Quinto zadania po stare i sprawdzone rozwiązanie - tynk, pardon, puder, położony w odpowiednio grubej warstwie ukryje wszelkie poruszenia twarzy a gratis zapewni nowemu Spockowi możliwość ukrywania się w gabinecie figur woskowych przed napalonymi fankami bez specjalnego wysiłku. Poza brakiem mimiki okazuje dość wyraźnie swoje emocje, migdaląc się przez cały film z Uhurą. W jednej tylko scenie przypomina naprawdę dawnego Spocka, walcząc z Kirkiem na mostku - zupełnie jakby mu This Side of Paradise powróciło czkawką.

Przestał być prawdziwym dzieckiem dwóch światów, jakim był w TOSie, nieakceptowanym przez ojca za swoją emocjonalność i odrzucenie Wolkańskiej Akademii Nauk na rzecz Floty, nierozumianym przez matkę z powodu zbytniej wolkańskości, nie pasującym ani do jednego ani do drugiego świata. Teraz jedynym świadectwem tego jest zielona krew i migdalenie się z Uhurą. Zero napięcia, zero pasji, zero tragizmu. Miękki, pozbawiony charakteru i ognia przeciętny półczłowiek.

Sama Amanda sprawia wrażenie twardej lecz i tak nie udało jej się pozostać tą samą kobietą. Teraz podobnie jak tatuś głaszcze synka po główce i nakłania go do postąpienia jak sam zechce. Gdzie się podziała ta Amanda, która uczyniła wraz z Sarekiem Spocka jakim był? Gdzie kobieta, która nakłania go do podążania ścieżką emocji? Po raz kolejny powraca czkawką Yesteryear, Amanda pada ofiarą temporalnej burzy i własnej głupoty.

Uhura – Niegdyś mistrzyni przełamywania barier, podążająca tam, gdzie w czasach TOSa jeszcze nie dotarła żadna Murzynka - na dość eksponowaną, chociaż mało eksploatowaną pozycję na mostku, na ekrany telewizorów, na pierwszą scenę międzyrasowego pocałunku, dama w każdym calu i cicha wielbicielka Spocka. Temporalna wyżymaczka dokonała kolejnego morderstwa - nie dość, że zmusiła Uhurę do urodzenia się kilka lat wcześniej, to jeszcze do całkiem otwartego okazywania miłości do Spocka, wspierania go emocjonalnie i przekonania nas, że najlepszym sposobem pozbycia się niezbyt nachalnego kolesia w barze jest zasugerowanie mu, że jest zoofilem w (co ciekawe) całkiem słusznej nadziei, że nie zrozumie.

Najmłodszy z załogi, Chekov, na odmianę został oszustem. Jest to ewidentny błąd JJa, przecież wiadomo, że to Kirk oszukiwał, a jednak w ST XI to Pavel zdołał się jakoś dostać na Enterprise, mając według jednych wyliczeń 13 lat, a według innych będąc noworodkiem. Jeszcze nie wie, że wszystko zostało wymyślone w Rosji (albo się jeszcze z tym maskuje) ale już ma ten swój drewno-piłuję akcent i jest elementem zdecydowanie komediowym. Jedno jest pewne - niezależnie od chronologii w chwili wstąpienia do akademii ma co najwyżej 13 lat, skoro na Enterprise służy już jako chorąży. Widocznie zamiast do przedszkola poszedł od razu do Akademii. Ot, geniusz.

McCoy okazał się zbyt twardy, aby dać się całkiem przemielić. Poniósł jednak w tej bitwie spore straty, okazując się wyzyskanym przez żonę do samych kości rozwodnikiem, w odróżnieniu od oryginalnego piłującego gnaty doktorka. Jako główną oś jego charakteru przyjęto fobie i cynizm dzięki czemu Bones boi się nie tylko transportera ale też promu i wszystkiego dookoła. Co taki oficer robi na statku kosmicznym pozostaje dla mnie zagadką. Na szczęście tym razem wśród ofiar nie było jego poczucia humoru, dzięki czemu możemy się dowiedzieć, że jest lekarzem a nie... no, jest zajęty. Nie zapomniał że jest lekarzem i nadal efektownie użera się ze Spockiem.

Z kolei Scotty został mordercą. Jego pojawienie się zmusza Olsona do usunięcia się równie definitywnego i efektownego co idiotycznego, po iście genialnym pomyśle założenia czerwonego kombinezonu. Należy bowiem przestrzegać jeszcze jednej trekowej tradycji, redshirt musi zginąć. Scotty za przetestowanie swojej nowej genialnej teorii (czyżby próbował jednak zmieniać prawa fizyki?) na psie Archera wylądował na lodowej planecie w towarzystwie zabłąkanego z sąsiedniego uniwersum potworka. Już wtedy jego geniusz zaczął uderzać z całą siłą - odkrył bowiem sposób, aby z zapyziałej stacji, miejsca zesłania, przesłać kila osób, kompletnie ignorując przy tym fakt, że tak precyzyjne zlokalizowanie statku lecącego w warp jest niemożliwe a transporter ma ograniczony zasięg, no ale czego Scotty się dotknie zmienia się w inżynieryjny cud - gdy Chekov nie radzi sobie z przesłaniem na bliski zasięg osoby spadającej z podświetlną, dla niego nie ma rzeczy niemożliwych. Przy okazji w sprytny sposób ominięto tu paradoks informacyjny w przypadku równań przesyłania materii w warp wymyślonych przez Scottiego. Niestety, szkocki inżynier jest elementem żenującego humoru, kompletnie nie przystojącego oficerowi, nie pasującego do Star Treka i jest wciśnięty na siłę w połowie filmu w sumie nie do końca wiadomo czemu.

Sulu - znany nam do tej pory sympatyczny Azjata, drugi z żywych Roddenberrowskich transparentów „Stop rasizmowi” również przeszedł w tej wojnie metamorfozę. Z kompetentnego oficera stał się niemal fajtłapą, zdolną do ruszania flagowym okrętem Federacji z zaciągniętym ręcznym. Ale wiadomo, nowy kapitan, nowy przydział, nowa linia czasu, każdemu może się zdarzyć. Za to w ramach rekompensaty nieświadomie zostaje bohaterem. Te kilka sekund zwłoki ratuje świat. Gdyby Enterprise dotarł nad Wolkan razem z resztą floty zostałby zniszczony, a Kirkowi to opóźnienie dało to czas na odzyskanie przytomności, skojarzenie faktów i dotarcie na mostek. Zdarzenie z pozoru błahe a jakże brzemienne w skutki czyli efekt motyla w pełnej krasie, kolejne novum i przypływ realizmu. Do tej pory wszystkie wydarzenia były wielkie, ważne i znaczące, nie istniała żadna przypadkowość, każde wydarzenie musiało być celowe. Nie istniały zdarzenia pośrednie - były tylko sukcesy albo spektakularne porażki. Tu po raz pierwszy mamy z pozoru nieistotny drobiazg na wagę życia i śmierci. Po tym występie Sulu niemal zupełnie znika z ekranu, wtapiając się w tło. Pojawia się jeszcze na chwilę w dramatycznej scenie walki na wiertle nad powierzchnią Wolkana, aby udowodnić nam ponad wszelką wątpliwość, że szermierka polega na waleniu przeciwnika składaną w harmonijkę kataną. Zawiodłam się tylko, oczekując, że zacznie świecić i buczeć.

Kirk okazał się twardszy niż reszta załogi, więc przywołana przez JJa temporalna burza go nie zniszczyła, a tylko zdrapała grubą warstwę marmuru i brązu, która narosła wokół niego przez 40 lat. Chociaż początkowe sceny z jego udziałem nie napawają optymizmem, zwłaszcza ukochana przez fanów perełka, obcięta z przodu i z tyłu scena z samochodem, choć oprócz tego, że w przyszłości nadal będzie istnieć Nokia wynika z niej też konflikt Jima z ojczymem i jego pogarda dla wszelkich norm, hamulców i rozwiązań połowicznych. Utrata ojca odmieniła go wyraźnie. Albo i nie. Choć sam twierdzi, że był kujonem i spał na książkach zamiast poduszek, to wierzyć mu chyba nie można, w końcu wiadomo, że czego Jimmy się nie nauczy tego James nie będzie umiał. Ale tego się już nie dowiemy, wiemy za to, że nowy Kirk jest taki jak zawsze był - łobuz, podrywacz i rozrabiaka. Jest tylko lekko leniwy - przez cały film podrywa tylko dwie panie - jedna go nie chce a druga jest kosmitką, dzięki czemu chyba można mu to lenistwo wybaczyć. (BTW - nie zapominajmy, że dla Orionki typową ścieżką kariery jest Gwiezdna Flota).

Zniechęcony niepowodzeniami u płci przeciwnej Kirk zajmuje się tym, co lubi najbardziej- rozrabianiem. Chociaż dość skutecznie radzi sobie z dowodzeniem, to nieustannie sprawia problemy, wdaje się w bójki i łamie rozkazy. Niestety, na drodze do pełni idealnego odwzorowania postaci Kirka Chrisowi Pine stanął na drodze pancerny, niepodatny na potarganie mundur, uniemożliwiając mu pokazanie klaty dłużej niż przez kilka minut, co rekompensuje sobie brakiem spodni.

Jeżeli chodzi o Romulan, to pragnę z tego miejsca pogratulować ekipie pracującej nad ST XI sukcesu i wnioskować do centrali Tal’Shiar o przyznanie oficjalnych pochwał oraz zbudowanie pomnika trwalszego nad spiże, albowiem żadna znana dotychczas fanom informacja o tej rasie nie została ujęta w filmie i tylko jedna nowa przedostała się do świata za jego pośrednictwem. JJa wraz z ekipą należy skierować do wykładania podstaw dezinformacji na kursie dla agentów, a jego film stosować jako instruktaż. Widać w nim bowiem wyraźnie, że Romulanie to łyse, dziarane pokraki z obgryzionymi uszami, kompletnie pozbawione krwi (no, może coś żółtego jednak mają), inteligencji i instynktu samozachowawczego. Ich spryt i pomysłowość są za to legendarne - rozwiązanie tak oczywiste jak udanie się na Romulusa z kilkoma wiadrami zdobycznej czerwonej materii, federacyjnym statkiem i drugim, romulańskim, ale naszpikowanym technologią Borg z przyszłości oraz federacyjnym ambasadorem jako jeńcem byłoby zbyt oczywiste.

Nero wraz z ekipą realizuje genialny plan - po co montować urządzenia maskujące na statku, uderzać z zaskoczenia, nie pozostawiając przeciwnikowi szans? Teraz szczytem romulańskości jest zrobić wielkie i efektowne BUM. Widocznie przez te 25 lat zmieniły im się priorytety, lecz dzięki temu tajność i poufność zachowano w 100%. Nie udało im się za to dostatecznie dokładnie ukryć swojej mowy. Wprawdzie oficerowie, kiedy tylko mogą, rozmawiają po angielsku ale załoga już dyscypliny nie zachowuje i w dwóch momentach słychać ich mowę.

A na koniec bohater znacznie mniej rozmowny ale równie ważny - USS Enterprise, tym razem zbudowany przez twórców w całości na Ziemi. Po odnowieniu nie jest już klasy Constitution, lecz określanej przez niektórych fanów jako Frankenstein i wygląda jak pomiot suszarki i roweru szosowego. Przybycie Narady do świata przedTOSowego odkształciło tory cząstek natchnienia uderzające w chłonny umysł projektanta okrętów, dlatego Enterprise jest i wewnątrz i z zewnątrz jak nowy. Projektant umieszczając żarówki wykazał się powściągliwością i opanowaniem trochę tylko mniejszym niż oszalała sroka na widok wiadra świecidełek, dzięki czemu już nigdy nie będzie na okręcie żadnych niejasności. Oprócz tego nawiedziła go chyba lekka romulańska paranoja, więc korytarze są teraz półokrągłe - wróg już nie będzie mógł czaić się za rogiem. Te wszystkie zmiany w oczywisty sposób wyszły okrętowi na dobre. Dziwi tylko po co ktoś grzebał w wystroju maszynowni - przecież już w królestwie Scotty'ego było wszystko, czego trzeba - konsole, rdzeń warp i konsole. Nie wiem kto wpadł na pomysł umieszczenia tam jakichś dodatkowych instalacji czy systemów - ale nie dość że nigdy w życiu nie widział żadnej maszynowni, to jeszcze kompletnie nie rozumie, jak powinno to wyglądać.

Podsumowując - załoga wyraźnie inspirowana starą a jednak nowa, w realistyczny sposób pokazuje, co może się wydarzyć w równoległym świecie, barwna i sugestywna, choć stawia na głowie wszystko, co wiedzieliśmy dotychczas, to jednak zdaje egzamin.

Po trzecie - realizm naukowy

Różne nauki poniosły dotkliwe straty w bitwie z połączonymi siłami wyobraźni scenarzystów i oczekiwań wytwórni, przez co musiały poddać się i wycofać.

Pierwsza oddała pole fizyka, umożliwiając stworzenie egzotycznej, tajemniczej, niebezpiecznej i nieprzewidywalnej substancji, czerwonej materii, której właściwości nie śniły się nawet Geordiemu. Potrafi ona bowiem praktycznie z niczego stworzyć jednorazową, świecącą czarną dziurę pochłaniającą samą siebie, otoczoną płaskim i doskonale widocznym horyzontem zdarzeń a nawet pozwalającą wysyłać do innego wszechświata duże porcje materii. Teoria podróży do alternatywnych wszechświatów, uciekając nie zatarła za sobą wszystkich śladów, co skwapliwie wykorzystała czerwona materia, nie całkiem rozumiejąc, że wysyła się informacje a nie materię i że tylko jest teoria.

W poprzednich odsłonach cyklu fizyka stała mocno na swoim stanowisku, domagając się respektu od scenarzystów, dlatego nawet fizyk może z przyjemnością obejrzeć niektóre odcinki, a Krauss poczuł się zainspirowany do napisania o niej „Fizyki podróży międzygwiezdnych”, w której nawet znalazł powody, aby Treka pochwalić za zgodność z aktualnym stanem wiedzy i wprowadzanie nowinek do serialu. Tutaj, pod naporem połączonych sił bezmyślności ekipy i parcia na efektowność, musiała zarządzić taktyczny odwrót. Dzięki wsparciu konsultantki naukowej pozostawiła jednak jako desant elementy fizyki kwantowych rzeczywistości, które odnoszą w tej bitwie pewne sukcesy. Wreszcie pokazano na ekranie, że każde wydarzenie, niezależnie czy z naszego punktu widzenia istotne czy nie powoduje, że powstaje nowa rzeczywistość. Co ciekawe, już w TNG (Parallels) Data stwierdził, że „cokolwiek może się wydarzyć, wydarza się w którejś z alternatywnych rzeczywistości”, ale kolejni scenarzyści postanowili o tym fakcie bohatersko zapomnieć, więc kolejne filmy zaburaczyły to niemożliwie. Niestety, fanom nie dogodzisz, poprawienie błędu z poprzednich serii uznane zostało za wielką zbrodnię, bo przecież kanon mówił inaczej.

Triumfuje za to teoria względności. Już w poprzednich seriach powszechnie występowało zjawisko dziwnego odkształcania się przestrzeni i zaburzeń upływu czasu. Istnieją doniesienia, że te zjawiska były obserwowane np. w Generations (torpeda leci na słońce z powierzchni planety kilka sekund), Nemesis (lot godzinę ze strefy neutralnej na Romulusa) czy The Motion Picture (Voyager 6 docierający do odległych galaktyk i wracający na Ziemię kilkaset lat po wystrzeleniu). Dość szybko odkryto jakimi zasadami rządzą się te zjawiska i od nazwiska odkrywcy nazwano je prawem Scena Riusza. JJ uląkł się takiego przeciwnika i, nie mogąc z nim walczyć, skłonił go do współpracy, dlatego w nowym filmie prawo to nadal obowiązuje - przestrzeń jest tak rozciągliwa jak potrzeba i 16 lat świetlnych z Ziemi na Wolkan można przelecieć w kilka minut, widać wyraźnie dylatację czasu, która wprawdzie nie działa tak jak można by się spodziewać, ale czas płynie szybciej lub wolniej w zależności od potrzeby chwili.

Dość szybko ustąpiła też astronomia, uważając nie całkiem słusznie, że dość się napracowała w poprzednich seriach. Chociaż zwykle nowe światy były ciekawie pomyślane (nawet sieroce planety się trafiały) i miały przynajmniej jakieś pozory sensu to jednak zdarzały się jej wpadki w postaci morza bez planety (Voy: Thirty Days), księżyca położonego dalej od planety niż planeta od skraju kwadrantu (Praxis - The Undiscovered Country) czy innych buraczków. Tutaj, wyzwolone z reżimu naukowej spójności planety wyczyniają najdziksze harce - obserwacja planety z powierzchni sąsiedniej pozwala gołym okiem dostrzec więcej jej szczegółów niż my na naszym Księżycu. Dzięki temu możemy ujrzeć, że na całej powierzchni jest dzień, i to, jak efektownie imploduje tylko po stronie zwróconej w naszym kierunku po tym jak wywiercono laserem w płynnej lawie dziurkę na bombę. Umieszczenie jej tuż obok nie dałoby przecież aż takiego efektu.

Przy okazji można odkryć, że planety o bardzo bliskich orbitach mają skrajnie różne klimaty - jak Wolkan jest gorący tak Delta Vega lodowa. Widocznie Wolkan ma jakieś tajemnicze właściwości pozwalające pochłaniać całą energię gwiazdy, zostawiając swojej towarzyszce marne resztki. Astronomia już nie chciała się do tego sporu wtrącać.

Pewnym jej sukcesem jest fakt, że kosmos został wreszcie uwolniony od znanego z poprzednich serii tajemniczego gazu, który znakomicie przenosił dźwięki. Teraz już w kosmosie naprawdę nikt nie usłyszy krzyku. Niestety, nie można mieć wszystkiego, ekipa działała chyba w myśl zasady krok naprzód, krok w tył, bo na swoim miejscu pozostał jednak inny, łatwopalny gaz, który nadal pozwala statkom efektownie wybuchać.

Niebo Wolkana zmienia barwę zależnie od pory roku, widocznie jak się opali latem to czerwienieje, zimą blaknąc z braku słońca. Co ciekawe, do tej pory było jednolicie czerwone niezależnie od pory dnia i roku. Czyżby dotychczas podstępnie pokazywali go tylko latem?

Rachunek prawdopodobieństwa poszedł przed tą bitwą na zaległy urlop. Dzięki temu kapsuła Kirka może spaść na planetę dokładnie tuż obok jaskini z jednym żywym rozbitkiem a Uhura jest współlokatorką podrywanej przez Kirka Orionki. Oczywiście nie należy zapominać jak napracował się w poprzednich odsłonach cyklu, sprawiając, że Enterprise jest zawsze jedynym okrętem Floty, w zasięgu którego wydarza się jakaś katastrofa i który może napotkać obcą rasę. Przecież tylko dzięki jego wysiłkom zarówno w The Motion Picture jak i Generations w całym Układzie Słonecznym przebywa tylko na jeden, na wpół ukończony okręt, Enterprise. Przed nowym filmem musiał wreszcie odpocząć.

Biologia i medycyna nawet nie stanęły do pojedynku z zamysłami twórców. Po doświadczeniach poprzednich serii doszły do słusznego wniosku, że jeżeli fakty przeczą pomysłom scenarzysty, to tym gorzej dla faktów. Lista dotychczas dokonanych na nich gwałtów byłaby dłuższa niż spis wszystkich odcinków a ekipa Abramsa zainspirowała się tymi dokonaniami. Skalpel mi się w kieszeni otwiera jak widzę jakie buraki pod tym względem nasadzili, ale choć starali się jak mogli, to pomysłom poprzedników jednak dorównać nie zdołali. Nie zdołali przebić debilizmu robaków przegryzających kości czaszki, żeby wyjadać człowiekowi mózg, dzięki czemu zbiera pacjenta na szczere wyznania i zapewnia mu długie lata zdrowia, dlatego ten pomysł skopiowali. Nie pobili idiotyzmu krwi Romulan i Wolkan, barwiących wargi na czerwono a rany na zielono, więc go powielili. Nie przewyższyli geniuszy medycyny wymyślających hypospray o natychmiastowym działaniu, dlatego zastosowali je u siebie. Chcieli się jednak chłopcy wykazać, ale stanęli przed trudnym zadaniem - jak przebić debilizmy w rodzaju galaktycznej panspermii, masowego płodzenia potomstwa przez różne gatunki, oglądania nukleotydów pod mikroskopem czy cofania się w ewolucji (TNG: Genesis)?

Podeszli do sprawy odważnie - dodali tak genialne pomysły jak otwieranie spadochronu podczas skoku z dużej wysokości, udowadniając, że u człowieka nie spowoduje to nawet utraty przytomności wywołanej przez odpływ krwi z mózgowia. W końcu to mały pikuś dla nieprzyzwyczajonego do przeciążeń człowieka. Stając do nierównego egzobiologicznego pojedynku stworzyli rasę wielkich, czerwonych... no dobra, ja się poddaję... nie wiem, co to jest, ale jest wielkie i czerwone. Posługuje się przy tym oryginalnym stylem polowania - wyskocz spod lodu na dużą ofiarę, po czym goń, rycząc na znacznie mniejszą. Niestety, nawet to nie pozwoliło im zaistnieć.

Ten potworek przegrywa sromotnie ze znanymi już wcześniej gigantycznymi wirusami, rosnącymi na hormonie wzrostu i latającymi po całym Voyagerze, Hortą opartą na krzemie, jaszczurką Janeway, a w mojej prywatnej skali nawet z biustami pochodzących od jaszczurek Cardassianek.

Stchórzyła i zdezerterowała przed bitwą również logika, a więc teraz każdy kadet już przed przystąpieniem do testu Kobayashi Maru wie, że nie ma szans na zwycięstwo. Nie ma to jak dobrze przemyślany test psychologiczny. Odnieść można również wrażenie, że ten jest formą rozrywki dla kadeta, który akurat nie ma nic do roboty, a im więcej razy się do niego podejdzie tym lepiej. Logika wróciła na szczęście jeszcze przed końcem filmu, więc ciekawym zakończeniem tej sytuacji jest sąd nad Kirkiem za oszustwo, element, którego brakowało do tej pory. Nie do końca wiem czemu, ale sugerowane dotychczas pochwały za niestandardowe rozwiązanie problemu wydają mi się ciężkim zgrzytem. Muszę się w tym miejscu jednak oburzyć, że w nowym filmie Kirk prawie żadnych konsekwencji nie ponosi. Przecież do tej pory standardem było przykładne karanie go za wszelkie wykroczenia, a szczególnie ciężką karą było przywrócenie go na fotel kapitana zaraz po tym jak wraz z załogą ukradł jeden okręt, zniszczył go, zepsuł drugi, napadł na oficerów floty i złamał kilka innych przepisów, wywołując przy tym niemal wojnę na skalę galaktyczną. Tu tego zabrakło, ale nie mogę mieć wszystkiego.

Inżynieria odniosła umiarkowany sukces. Teraz okręty wyglądają jakby nie miały już osłon, podstawowym odbiornikiem energii są żarówki, ich zwrotność nie jest pochodną rozmieszczenia silników manewrowych lecz potrzeby chwili, rdzeń warp odrzuca się w kawałkach, aby wybuchły w zderzeniu z czarną dziurą, wytwarzając falę uderzeniową popychającą okręt do przodu. Oczywiście pokrycie kadłuba jest znacznie mocniejsze niż było dotychczas, bo mimo braku osłon Enterprise nie zostaje zniszczony a jedynie nabiera prędkości. Z jej dokonań w walce z pomysłowością scenarzystów należy wymienić to, że konsole przestały już wybuchać w twarz załodze a mimo tego okręt ulega uszkodzeniom, oficerowie przestali też latać po mostku, a trafienie torpedą powoduje wybuch całego pokładu.

Poddała się z kolei i uciekła z krzykiem etyka. Ludzkość przyszłości najwyraźniej uległa ciężkiej degeneracji, bo teraz całkiem moralne i normalne jest wywalenie w kapsule na lodową planetę niepokornego, ale za to praktycznie bezbronnego kadeta, na pastwę mrozu i drapieżników. Niech się dobór naturalny nim zajmie, prawo już nie obowiązuje. Co ciekawe, nie budzi to sprzeciwu żadnego członka załogi, więc albo Spock ma taką siłę przekonywania albo każdy załogant bał się sprzeciwić żeby za Kirkiem na wycieczkę na Deltę Vegę nie podążyć. Żelazna konsekwencja Spocka mogłaby doprowadzić do wywalenia całej załogi za bunt. W jakiś dziwny sposób wraca tu Space Seed, jednak najwyraźniej któryś scenarzysta błędnie uznał, że to standardowy federacyjny sposób postępowania z przestępcami i doprowadził go do perfekcji.

Mundury i organizacja floty uległy znacznemu odmienieniu - teraz stopnie oficerskie zarezerwowane są tylko dla mężczyzn. TOS wprawdzie sugerował w Turnabout Intruder, że kobiety się nie nadają na dowódców, ale za to mogły sobie zasłużyć na stopnie oficerskie. W nowym filmie krążące po Enterprise w skąpych odzieniach panie nie mają nawet skrawka rękawa żeby gdzieś te znaczki naszyć i w całej załodze nie pokazano ani jednej kobiety oficera. Za to kadet mężczyzna McCoy zostaje zaraz po wejściu na pokład starszym oficerem medycznym w stopniu komandora porucznika, a po chwili dowódcą całej sekcji medycznej. Ponadto po statku pełnym kadetów, którzy jeszcze nie ukończyli akademii krąży całe stado komandorów, jakby niższych stopni oficerskich nie wypadało przydzielać kadetom. W końcu każdy nosi w plecaku buławę marszałkowską, niech ma szansę się wykazać.

Na koniec kapitan, opuszczając Enterprise, kompletnie ignorując standardowy łańcuch dowodzenia, wyznacza na pierwszego oficera zieloniutkiego kadeta w nadziei, że nie wysadzi przez przypadek albo celowo w powietrze statku i uratuje świat. W napadzie amnezji zapomniał o tych wszystkich bardziej doświadczonych oficerach a nawet kadetach służących na okręcie.
Na znacznie wyższym poziomie niż w TOSie stoi za to krój mundurów. Przestały już przypominać piżamki względnie sweterki o dwa rozmiary za małe i wyglądają bardziej jak prawdziwe mundury. Panie niestety nadal muszą biegać w mini sukieneczkach, ale to przynajmniej wyjaśnia czemu stoją za konsolami - w tak krótkiej kiecce na niczym nie da się swobodnie usiąść.

Lecz te bitwy, choć udało się w nich odnieść pewne sukcesy, były zaledwie wstępem. Oto przed JJem stanęli jeszcze groźniejsi przeciwnicy - dziesięć filmów i pięć seriali. Bitwa rozgorzała na nowo.

I na koniec - forma, fabuła, treść

JJ, obmierzły miłośnik SW, podły profan, po wstępnym rozpoznaniu bojem sił przeciwnika, przygotował swoje siły, zaplanował przebieg akcji i stanął przed koniecznością wybrania jakiejś konwencji, stworzenia granic fabuły i podlania tego wszystkiego sosem treści. Zadanie trudne, ale JJ nie wymiękł. Wypierając się tego, co już było, odchodząc od uświęconych tradycją konwencji poprzednich filmów i seriali stworzył swoją wizję Star Treka.

Zaczął od strony wizualnej i namieszał ile mógł. W filmie o budżecie większym niż wszystkie poprzednie Treki razem wzięte, ośmielił się zastosować efekty wizualne na znacznie wyższym poziomie niż dotychczas, tworząc w ten sposób barwne i realistyczne tło dla akcji. Tylko nie wiem po co w nowym Treku efekty specjalne? Wszyscy przecież wiedzą, że dodanie efektów specjalnych powoduje automatyczne pozbawienie filmu jakichkolwiek treści. I dlatego do tej pory ich wcale nie było, należało podtrzymać konwencję i nakręcić niemy film czarno - biały jak przystało na porządne hard sf. Niestety nie wszystkim ekipom do tej pory udało się osiągnąć ten ideał, przez co krytycy złośliwie, wytykając im każde potknięcie tego rodzaju, mogli przyznać aż trzem Trekom nominacje do nagrody Saturn za efekty (ST IIIST IV i FC) a często uznawany za platynowo - irydowy wzorzec Treka The Motion Picture zdobył ową nagrodę przypadkiem, głównie dzięki chwytającemu za serce scenariuszowi.

Lecz zanim JJ rzucił do ostatecznego pojedynku przeciw poprzednim odsłonom serii swoje dzieło uważnie przyjrzał się, z czym przyjdzie mu się zmierzyć. Oto, co ujrzał.

Wszystko zaczęło się od TOSa, pierwszej wizji Roddenberry’ego z lat 60., utrzymanej w westernowym klimacie opowieści o świetlanej przyszłości. Okrętem dowodził społecznie nieprzystosowany kapitan, archetypiczny samiec alfa, co odcinek spotykając jakieś groźne zjawisko, nową, obcą rasę albo nowy świat. Był energicznym i pracowitym bohaterem, więc w każdym odcinku ratował świat w 45 minut, zbierał po pysku, dawał po pysku (a najpiękniejszą i najsłynniejszą sceną jest z całą pewnością ukochana przez fanów walka z Gornem), nawiązywał bliższe kontakty z różnymi paniami. Nie był wybredny, więc jak mógł to z obcymi a jak nie to tymi z załogi. A do tego regularnie tracił członka załogi, który był na tyle głupi, żeby ubrać się na czerwono, co ciekawe wykazano, że nawiązanie romansu z jakąś panią znacznie zwiększało szanse redshirta na przeżycie. Całość oryginalnej serii oprawiono w kiczowato - styropianową dekorację lat 60., gdzie wszyscy obcy wyglądają jak ludzie z łyżeczkami doklejonymi tu i ówdzie a okręty latają na wędce przed kamerą. Niemniej niesie w sobie olbrzymi ładunek optymizmu – zjednoczona ludzkość pokonała większość swoich problemów i wyruszyła do gwiazd, a na pokładzie zgodnie służą również Azjata, Rosjanin i Murzynka. To pozostało w nowym filmie, niestety zabrakło w nim dalszego rozwijania tej wizji, dalszego pokazania, że ludzie mogą się jednoczyć, ale jeszcze nie daj Borg jakiś fan by stwierdził, że to łamanie kanonu.

Zmieniły się czasy, zmienili się ludzie, nadeszło Następne Pokolenie. Tym razem fani mogli obejrzeć serial o pełnej wszelkich cnót załodze dowodzonej przez równie posągowego co ojcowskiego i idealnego kapitana, który każdą sytuację próbował rozwiązywać dyplomatycznie, postępować według zasad i zawsze być wzorem do naśladowania. Zupełnie jakby bał się panicznie, że ktoś stwierdzi, że jest choć trochę do Kirka podobny. Zmieniła się sytuacja polityczna Federacji, zmieniono oprawę serialu i dodano kolejną solidną porcję idealizmu, sterylności i psychoanalizy. Cała załoga sprawia wrażenie, jakby cierpiała na solidną broniofobię, a happy endy doprowadzono do perfekcji. Świat jest już więcej niż optymistyczny, widać bowiem, że w przyszłości rozwinął się, korzystając z dobrodziejstw życia w pokoju. W efekcie dostajemy niemal przesłodzony serial, który uważany jest przez wielu fanów za najlepszy i najmądrzejszy. Jest na pewno znacznie dojrzalszy, bardziej naukowy i mniej akcyjny, ale dla równowagi bardziej przegadany. Bohaterowie nadal stają w obliczu różnych problemów i zagrożeń, ale tym razem prezentacja ich rozterek i rozwiązań jest zupełnie inna. Ponieważ są znacznie bardziej papierowi i teatralni, to cała akcja rozgrywa się głównie w ich rozmowach, prezentacji przemyśleń i rozważań niemal filozoficznych. Dlatego całość sprawia czasem wrażenie, że bohaterowie tych problemów nie mają a jedynie mówią o nich.
Największą siłą tego serialu i przyczyną jego sukcesu było to, że był nowy, że nie był kalką TOSa i w takim samym stopniu nie był Trekiem poprzedniego pokolenia jak nie jest nim nowy film. Powstał bowiem serial, który nadal będąc ST, jest zupełnie inny niż poprzednik.

JJ sprytnie to wykorzystał i jego film jest w takim samym stopniu nowym otwarciem jak Encounter at Farpoint. W obu pojawia się nie tylko nowa załoga ale też nowy świat, nowy początek. Oba są rozgrzewką dla nowych bohaterów, początkiem prezentacji nowych możliwości, zadań, celów i sytuacji.
Pojawienie się starego Spocka dobrze wpisuje się w tradycję zapoczątkowaną już w TNG pojawiania się jednego z bohaterów poprzedniej serii w pilocie. Jak pamiętamy, w Encounter at Farpoint pojawia się Bones, w Emissary - Picard, w Careatkerze- Quark, a że Enterprise stoi na głowie to dopiero w ostatnim These are the Voyages Riker i Troi.
W gruncie rzeczy film Abramsa sprawdziłby się całkiem nieźle jako dwuodcinkowy pilot do nowego serialu, wprowadzając na ekrany nową załogę, która nie miała jeszcze okazji zaprezentować się w serialu, skacząc od razu na głębokie wody długiej fabuły. To różni go od dotychczasowych filmów, koncentrujących się na załodze dobrze już znanej z serialu. Nic to, że żadnego pilota do tej pory nie puszczano w kinach, JJ nie po raz pierwszy zrobił coś nowego. Lecz wszystko, co dobre musi się skończyć i po TNG, więc wyszły jeszcze w stylu TNG - mało jest akcji a dużo gadania. Dają za to okazję do zarysowania znacznie lepszego niż w poprzedniej serii osobowości bohaterów. W jakiś sposób te sezony przypominają utwory Lema, a potem nadchodzi wojna. Nie ma początkowo kapitana, nie ma okrętu, nie ma odkrywania nowych światów, nie ma cukierkowatości i idealnego świata, a żeby nie było że tak niczego nie ma to jest mrok, śmierć i ryba psująca się od głowy. Serial najmroczniejszy i najprawdziwszy, rozwinięcie i zakończenie historii TNG, bo żadna utopia nie może trwać wiecznie. Na DS9 zakończyło się życie Treka, po nim zaczęło się mumifikowanie, a Trek wegetował jako coś na kształt zombi, wciąż i wciąż odgrzewany na nowo.

Z braku lepszego pomysłu i silnego parcia wytwórni na kolejny serial dostaliśmy Voyagera czyli „Lassie wróć” w wersji trekowej, wyraźnie wzorowane na TNG jakby obawiano się zrobić coś naprawdę oryginalnego. W efekcie wyszła kalka, zawierająca sporo zmarnowanych okazji i niewykorzystanych jak trzeba dobrych pomysłów - motyw podróży przez zupełnie obce rejony kosmosu, do maksimum wykorzystane „where no man has gone before”, załoga pozbawiona wsparcia Federacji, zdana tylko na siebie, połączenie załogi Federacji i buntowników Maquis aż by się prosiło o lepsze rozwinięcie tematu i stanowiłoby największą siłę serialu. Serial jest podobnie jak TNG słodki i optymistyczny, ale ma znacznie lepiej wyważone proporcje między akcją a gadaniem. Niestety traci sporo przez to, że jest znacznie głupszy. Rozwinął do perfekcji koncepcję rasy odcinka i problemu odcinka, ostatecznie dobił Borg i zakończył możliwość rozwijania Treka dalej w przyszłość. Wpisał się przy tym idealnie w tendencję zapoczątkowaną już przez TNG Treka coraz ładniejszego wizualnie, choć niestety odbiło się to na zawartości treści (panowie scenarzyści chyba pomyśleli, że suma treści i efektów musi być wartością stałą żeby się widz nie zmęczył) przez co mamy coś niby ładnego i przyjemnego w odbiorze ale raczej pustego.

Siłą już tylko rozpędu i nadziei na wydojenie dalszych pieniędzy z trekowego świata, po krótkiej analizie czego jeszcze w żadnym serialu nie było, powstał Enterprise. Serial od początku skazany na klęskę - brak nowych pomysłów i świeżości, pomimo próby pokazania wczesnych lat podboju kosmosu nie zdołał się obronić. Dał za to okazję, aby fani wykazali się niespotykaną wcześniej jednością, podpisując petycję Kill Enterprise i doprowadzając do zdjęcia serialu z anteny. Serial może i miał w sobie jakieś treści, ale spod tych wszystkich śliczności kapiących z ekranu i totalnej durności scenariusza jakoś nie chciało mi się ich doszukiwać. Ktoś zdaje się nie wiedział, że nie rozwijać się to cofać i zawierzył nadziei, że bez zmian ST przetrwa. Ten serial to kolejny klon TNG, gdzie nikt nawet nie zadał sobie trudu odświeżenia koncepcji załogi i świata, sięgając po stare rozwiązania (sądząc, że skoro spodobało się w TNG, przeszło w Voyagerze to i tu się uda), wierząc jednocześnie, że przydeptanie statku albo nieprzedstawienie się obcej rasy wystarczy, alby wszystko zagrało. Rzeczywistość zweryfikowała poglądy scenarzystów po czterech sezonach w dość brutalny sposób.

Seriale serialami, lecz JJ musiał zmierzyć się też z dziesiątką mniej i bardziej udanych filmów. Jako pierwszy na tapecie wylądował The Motion Picture. Film wprawdzie z załogą Kirka, lecz widać już jak bardzo postacie te rozwinęły się, jaką daleko odeszły od przedstawionych w TOSie kosmicznych kowbojów. Widać wyraźnie, że upływające lata dodały im dojrzałości, doświadczenia i rozwagi. Jest to załoga, która jest w stanie nie tylko zmierzyć się z potworami, anomaliami i zaawansowanymi, wrogimi cywilizacjami. Teraz już potrafi zmierzyć się ze znacznie trudniejszymi problemami - miejsca człowieka w świecie, tożsamości jako stworzenia i jako stworzyciela i poszukiwania właściwej drogi w życiu. Mierzy się z odpowiedzialnością za istotę, której ludzie dali życie i która powraca na Ziemię po kilkuset latach. Daje stworzonemu przez człowieka komputerowi nowy cel w życiu i emocje, zamiast TOSową metodą zagadać go na śmierć lub zniszczyć. W bardzo ciekawy sposób łączy w sobie klasyczne sf z poezją, oprawione w najnowocześniejsze dostępne wtedy efekty specjalne i świetną muzyką.

Kolejny film, The Wrath of Khan, prezentuje dalsze losy i dalszy rozwój załogi, zmierzenie się z konsekwencjami działań z przeszłości, historię jednej zemsty, naturalne i bardzo odpowiednie zakończenie historii z TMP- tam pokazano początek życia, tu trzeba stanąć w obliczu śmierci, poświęcenia i pytania czy naprawdę dobro większości przeważa nad dobrem jednostki. Film w zupełnie innej konwencji, jak poprzednik poetycki tak ten dynamiczny i pełen akcji, pokazujący dalsze dojrzewanie załogi na tle mrocznego obrazu w sensacyjnej scenerii. Wyraźnie stał się inspiracją dla JJa. O podobieństwie Khana i Nero można powiedzieć naprawdę sporo - o ich pragnieniu rewanżu za doznane krzywdy, szukaniu kozłów ofiarnych, sposobach zemsty i posiadaniu zaawansowanej technologii w zamyśle mającej służyć wzniosłym celom a wykorzystanej do niszczenia.

W następnym filmie, The Search for Spock, fani po raz pierwszy pokazali swoją siłę - śmierć Spocka musiała zostać wymazana. Na szczęście nikt nie wpadł wtedy na pomysł podróży w czasie żeby tą sytuację odkręcić. Zamiast tego sięgnięto po konwencję bajki, elementy fantasy z dodatkiem metafizyki. Spock powrócił do życia. Nikogo chyba nie trzeba przekonywać, że JJowi ten pomysł przypadł do gustu więc śmiało zaplanował come back na jeszcze większą skalę.

Kolejny film, kolejny etap podróży - The voyage home. Film wprawdzie znacznie uboższy w treści filozoficzne, trekowe „uwolnić orkę” w komediowej konwencji i znacznie lżejszy w odbiorze, ale będący żywym dowodem, że lekkość formy nie musi oznaczać braku treści. Po niemal nam współczesnym San Francisco krąży grupa mocno zagubionych oficerów, poszukując wielorybów, rewolucjonizując inżynierię i klonując nerki. Oprócz tego potężna dawka optymistycznej 23-wiecznej przyszłości w kontraście z 20-wieczną przeszłością i historia, która udowadnia, że podróż w czasie, która może mieć coś wspólnego z logiką nie jest wymysłem JJa.

Kolejny krok, kolejny film, na odmianę w konwencji pomyłki. Załoga przekraczając Ostatnią granicę błąka się po odludnych obszarach naszej planety, górach, obcych światach i centrum galaktyki, po drodze wpadając na rury, drzewa, zaginionych braci, wrogie rasy a w kulminacji samego boga, dla podkreślenia antropocentrycznej pychy mężnie stawiając czoła nawet jemu. Film przekombinowany, choć ma w sobie pewien potencjał, ciekawy pomysł to jednak jest zupełnie zmarnowany. Ten film to żywy dowód na to, co dzieje się, gdy realizację filmu powierza się nieodpowiedniej osobie. Nagromadzenie buractw i niekonsekwencji sprawia, że jest to ulubiony film każdego fana i nie zmieni tego nawet „what does the god need with the starship?”

Trek na szczęście odbił się od ostatecznej granicy i rozpoczęła się Wojna o pokój, dzięki czemu powstał film o zawartości 200% Treka w Treku. Ta historia jest wciągająca i ciekawa na różnych poziomach - w skali większej i bardziej ogólnie o poszukiwaniu porozumienia między zaciekłymi wrogami, strachu co do przyszłości, niepewności jutra i czy lepiej umrzeć stojąc czy żyć na kolanach. Do tego polityczny dreszczowiec z elementami polowania na czarownice, spiskami i walką w której wszystkie chwyty dozwolone. Rozwija na tej płaszczyźnie historię świata, uzupełniając nieznane dotychczas wydarzenia - jak doszło do podpisania paktu miedzy Federacją i Imperium Klingońskim. Natomiast w skali mikro - to opowieść o mierzeniu się z nieuchronnością końca, starości i przemijania. Podstarzali już bohaterowie zastanawiają się czy jeszcze mogą być przydatni, czy ich czas już nie przeminął, w końcu stwierdzając, że jednak stary człowiek może. Zakończenie historii Kirka i spółki pokazuje, że przyszłość należy oddać kolejnym pokoleniom, nie trzymać się kurczowo tego co było, patrzeć z optymizmem w przyszłość. Stara załoga naturalnym biegiem rzeczy usuwa się w cień, dając szansę wykazania się kolejnym pokoleniom, im przekazując troskę o nieodkrytą krainę jñ- przyszłość. W samym zakończeniu dano najwyraźniejszą chyba w całym Treku sugestię, że „trzeba z żywymi naprzód iść” a nie jak chcieliby niektórzy fani „w lauru zwiędły liść z uporem stroić głowę”.

I byłoby tak pięknie, ale niestety recykling był modny już wtedy i stara załoga wcisnęła się jeszcze do Generations. To początek schyłku Treka, powracania do tego co było, wciskania na siłę przeszłości i rzeczy minionych w wizję przyszłości. Ten film jeszcze usiłuje trzymać poziom poprzednich części, kontynuując wątek przemijania i upływu czasu, ale nie bardzo mu to wychodzi. Ma wprawdzie ciekawy pomysł, Klingonów, szalonego naukowca, marzącego o zniszczeniu całych światów w pogoni za swoim marzeniem i fantastyczny fenomen, ale cały efekt psuje dodany nie wiadomo po co Kirk, ledwo zaznaczony element przesłaniowy, fabuła poszatkowana i nieciągła. Film sprawia wrażenie sklejonego z dwóch odcinków różnych serii, nie trzyma spójnego klimatu (co dodatkowo jest podkreślone przez to, że Picard biega w dwóch różnych mundurach), zatrzymany w pół drogi. Dwóch kapitanów w jednym filmie to jednak za dużo, przez co ani jeden ani drugi wykazać się nie może, reprezentują bowiem zupełnie odrębne i kontrastowe postawy. Całość sugeruje, że w tej rozgrzewce na dużym ekranie Kirk nie jest dla Picarda wsparciem a kulą u nogi. Pierwszy film, gdzie tak wyraźnie logika scenariusza służy zamysłom twórców (Nexus porusza się szybciej niż światło, podobnie jak torpeda na słońce) a planowanie nie jest najmocniejszą stroną bohaterów (czemu Picard cofnął się tylko na Veridian III a nie wcześniej?). Oprócz tego bardzo wyraźnie widać początki betonienia kanonu, jakby bez Shatnera żadnego nowego filmu nie dało się zrobić.
Film Abramsa jest podobnym przejściem między seriami filmów jak Generations. Chociaż znacznie lepszym. Teraz już przez pół filmu nie pałęta się po ekranie połowa starej załogi z rzucającą się w oczy nieobecnością pewnego oficera.

Po Generations nadeszła kolej na First Contact czyli kulinarną niemożliwość - barszcz z popcornem, buraczany film o podróży w czasie, przez który Everett przewraca się w grobie, miłośnicy Borga łkają w poduszki, zwolennicy teorii głębi w każdym Treku wątpią w swoje powołanie a poszukiwacze prostej rozrywki piszczą z zachwytu. Prosty akcyjniak, kompletne odejście od idei ST, film dla pożeraczy popcornu. Ten film nawet nie usiłował udawać, że niesie w sobie jakieś przesłanie, emanując czystą rozrywką, niekoniecznie nawet przemyślaną. Efektowny wizualnie, płytki treściowo i niewnoszący absolutnie nic do trekowego świata z fabułą prościutką i kompletnie nie pobudzającą do myślenia. Całość kręci się wokół jednej podróży w czasie i wcale nie skłania do zastanawiania się nad czymkolwiek. No, ewentualnie „ile do końca?”. Historia pozbawiona logiki i sensu, pełna za to dziur, buraków i zapychaczy czasu (Borg opanowujący maszynownię, walka na deflektorze, przekonywanie Cochrane’a żeby jednak poleciał i Picard biegający z karabinem), niewnoszących kompletnie niczego ani do fabuły, ani do kanonu ani do historii postaci. Wprawdzie cała załoga i postaci w tle zachowują się inaczej niż dotychczas (Picard dostaje szału, Borg nie radzi sobie z planowaniem a szczególnie z realizacją, postępuje nielogicznie asymilując Ziemię w przeszłości, kiedy jest zniszczona po III wojnie światowej i żadnej znaczącej technologii nie posiada, a Data się zakochuje), ale kompletnie nie wiadomo co tę zmianę spowodowało, zupełnie do dotychczasowego wizerunku nie pasuje, a w ostatecznym rozrachunku i tak nie ma to znaczenia bo w kolejnym filmie i tak znowu wszystko się zmienia. Zupełnie jakby nie do końca było wiadomo po tych siedmiu sezonach TNG kogo właściwie się odgrywa. Od strony fabularnej - ponownie recykling Borg, dla urozmaicenia i kompletnie bez sensu z dodatkiem Królowej, ciekawy pomysł ukazania pierwszego kontaktu z Wolkanami zrujnowany przez wplątanie się w to wszystko załogi Łysego, spłycony durnością okoliczności w jakich do niego doszło (Wolkanie lądują na Ziemi tylko po to, żeby mogli wylądować na Ziemi i tylko dzięki wsparciu Picarda, bez niego nie byłoby Federacji, żeby wysłać go w przeszłość żeby doprowadził do jej powstania i nie byłoby Borg w XXIV wieku, żeby mógł się cofnąć do przeszłości, żeby wezwać siebie w przyszłości...) i zamordowana sama idea takiego kontaktu (Cochrane zamiast chlebem i solą wita ich tequilą i samogonem a potem Archer się dziwi, że Wolkanie nie chcą nas w kosmos wypuścić) co daje jedną dobrą scenę w oceanie nędzy.

Gorzej być już nie mogło, więc powstało Insurrection czyli taka tam trekowa moda na sukces z fabułą króciutką i prościutką, gdzie wychodzi na jaw, że kapitan nie wielbłąd, też się zakochać może, a konflikt rodzinny urasta do rangi międzyplanetarnej. Dla odmiany mamy odcinek rozdmuchany do dwóch godzin, dzięki czemu z niezwykłą ostrością widzimy, że tylko scenariusz filmu JJa może być krótszy niż lista płac. Pozbawiony typowych zapychaczy (choć może po prostu cały ten film jest jednym wielkim zapychaczem?) rekompensuje sobie to sennym i ślimaczym tempem akcji. Fabuła jest wydumana, problem na silę zrobiony, choć sam w sobie mocno trekowy to w wykonaniu wyraźnie widać jego biedę. Rozwiązanie jest mało wyraziste, napięcie sztuczne, całość dość blada, tempo akcji nie rośnie nawet w kulminacyjnym momencie a odkrycie „wielkiej tajemnicy” filmu nie wzbudza żadnych emocji. Wszyscy bohaterowie poboczni są bladzi, papierowi i podobni do wydmuszek - ładne ale puste, nie budzą żadnego zainteresowania i emocji. Pewne pole do popisu dostał Riker, gdy Picard siedzi na planecie i się migdali, ale też jakoś nie chwyta za serce swoim występem. Całość zdecydowanie wciągająca nie jest, nie broni się ani tematem ani wydźwiękiem. Film najbardziej w klimacie TNG spośród wszystkich z Łysym ale widać wyraźnie, że na dużym ekranie się to nie sprawdziło. Wyszedł trekowy harlequin, który prezentuje się wprawdzie lepiej niż poprzednik, ale i tak to efektowna wydmuszka, sygnalizująca lekko problemy słuszności, wagi przekonań i sensu ślepego wykonywania rozkazów stojących w oczywistej sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem i sprawiedliwością. A do tego ani klimatu ani sensu nie ma w nim na tyle, żeby chciało się go drugi raz obejrzeć.

Zbyt pięknie być nie mogło więc nadeszło Nemesis. Szczyt dna, głębia porażki, antyreklama ST. Megaburak, w którym chociaż pewne problemy się pojawiają to jednak szybko giną we wszechobecnym, usypiającym debilizmie. Film łączy w sobie głupawy pomysł, spełnienie marzeń fanboya z fabułą szytą grubszymi nićmi niż ta Abramsa, pełen zapychaczy - wesele, rozmowa z Kasią, zbieranie B-4 po całej planecie, sceny z Rikerem, Troi i vicekrólem, abordaż oraz genialnych pomysłów 1- Romulanie szukają pokoju ze swoimi niewolnikami, prosząc o pomoc w tym swoich wrogów z Federacji, klon jest tą samą osobą co oryginał (no, prawie bo się kolorem oczu różnią) co łatwo można stwierdzić analizując 9 losowo wybranych nukleotydów, a do życia jak przystało na porządnego wampira potrzebuje jego krwi. Nic to, że i tak jest identyczna. Potężny krążownik można zbudować po kryjomu w szopie i zamontować na nim prototypową broń a człowiek może stanąć na czele Imperium. Lista bzdur jest o dziwo dłuższa nawet niż u Abramsa. Nie zachwyca pomysłem, nie broni się realizacją ani bohaterami. Wszyscy zostali bowiem zepchnięci w cień, aby zrobić miejsce Picardowi i Dacie, choć oni również nie błyszczą- papierowe postaci wymęczone wyraźnie długimi latami służby. Jako dopełnienie widzimy szalonego złego, równie sensownie co konsekwentnie marzącego o zniszczeniu Ziemi za to, co zrobili mu Romulanie. Nawet szanse na trekowe zakończenie, śmierć Daty, skopano i zniweczono, wskrzeszając go jeszcze w tym samym filmie.

Ten film to definitywny kres podróży Picarda, widać już wyraźnie że chociaż ten pan jest chlubną historią Treka, to powinien w niej pozostać. Idealność kapitana i sterylność świata już wyczerpały swoje możliwości niesienia trekowej wizji. Jego przygoda powinna była zakończyć się na All Good Things... a przeprowadzka na duży ekran bez pomysłu na jego własne przygody była błędem, kopiowanie rozwiązań, które sprawdziły się w przypadku Kirka nie wystarczyło. TOSowe filmy miały w sobie powiew nowości, widać w nich było wyraźnie, że twórcy mają coś do powiedzenia i chociaż czasem z różnym powodzeniem udawało się to realizować, odważne podejście do przyszłości popłacało. Picard nie miał tej szansy, utkwił w pół drogi między naśladowaniem dokonań Jamesa a pozostaniem sobą. To nikomu nie wychodzi na dobre i nie zapewni sukcesu żadnemu filmowi. Wciskanie na siłę dwóch nie pasujących do siebie elementów nie sprzyja tworzeniu dobrej historii, a Picard, który usiłuje radzić sobie na dużym ekranie naśladując Kirka nie ma szans powodzenia. Przez to filmy z nim są mało soczyste i pełne zgrzytów a do tego mają w sobie posmak łykania własnego ogona.

JJ, świadom przed jakim wyzwaniem przyszło mu stanąć, ustrzegł się wielu błędów swoich poprzedników, lecz niestety równie wiele powtórzył. Tworząc swoje dzieło inspirował się tym, co do tej pory w Treku było najlepsze lecz również najsłabsze. Wyrównana bitwa trwa.

Dołącz do spoleczności!

Wpadnij na nasz serwer Discord, pogadaj o Star Treku i innej fantastyce.
searchclosearrow-circle-o-downbarsangle-leftangle-rightellipsis-v