Opis
Zdegradowany za złamanie Pierwszej Dyrektywy Kirk zostaje, w okolicznościach serii ataków terrorystycznych na Ziemi, przywrócony do stopnia kapitana z misją rozprawienia się ze sprawcą.
USS Enterprise pod jego dowództwem, zostaje wysłany na ojczystą planetę Klingonów w poszukiwaniu Johna Harrisona, byłego członka Gwiezdnej Floty, który stał się groźnym, żądnym zemsty terrorystą.
Nic nie jest jednak takie, jakie się wydaje, ponieważ załoga wplątuje się w intrygi i stanie w obliczu niespodziewanych tajnych działań osób, które trudno było o to podejrzewać.
Film fabułą w dużym stopniu bazuje na Star Trek II: Gniew Khana. W Star Trek Into Darkness, który rozgrywa się w Kelvin Timeline, Khan budzi się prawie dziesięć lat przed wydarzeniami z epizodu Space Seed (TOS). Otrzymuje fałszywą tożsamość Johna Harrisona i admirał Marcus zmusza go do budowy broni dla Sekcji 31 i Gwiezdnej Floty w zamian za życie jego augmentowanej załogi. Ostatecznie Khan buntuje się i wchodzi w konflikt z załogą Enterprise.

Polski tytuł premiery kinowej to W ciemność. Star Trek. Umieszczenie słów Star Trek na końcu wywołało oburzenie i protesty Fandomu. Niekiedy w emisjach telewizyjnych i steamingowych pojawia się jednak już jako Star Trek. W ciemność. Brak charakterystycznych dwukropków oraz numerów w tytułach trzech filmów osadzonych w Kelvin Timeline to pomysł i decyzja J.J. Abramsa.
Przychody z dystrybucji kinowej na całym świecie wyniosły ponad 467 milionów dolarów i uczyniły ze Star Trek Into Darkness najbardziej dochodowy film w historii franczyzy. Film otrzymał liczne nagrody i był nominowany do Oscara za najlepsze efekty wizualne.
Zwiastuny
The Making of
Muzyka
FAQ
Recenzje
Autor: Q__, 28.09.2013, Muzeum Forum USS Phoenix, reblog
Cóż, powtórzyłem sobie "dwunastkę" na chłodno...
Co mogę z dystansu powiedzieć? Jest to jednak film dziwny. Trochę Treka z przesłaniem w TOSowym stylu, trochę bardzo mało trekowej sensacji, trochę prób unowocześniania konwencji TOSu w stylu AND. To skojarzenie mam w tym wypadku dość silne, także dlatego, ze z Khana całkiem niezły Nietzscheanin wychodzi. 😉
Dwaj główni bohaterowie - Kirk & Spock - totalnie nieprzekonujący i równie drewniani. Khan - wieloznaczny. Nie wiem czy K&O&L sami nie wiedzieli, czy ma być tym najgorszym-z-najgorszych czy szlachetnym, mrocznym i skrzywdzonym, czy celowo prowadzili go tak, aby stanowił trudną do interpretacji enigmę. Ale tę postać akurat się łyka. Ta wieloznaczność wychodzi jej na dobre.
Uhura - bordzo poprawna, nawet jakby do Nichols podobniejsza. Scotty i Bones - dobrzy, choć mniej podobni do swoich poprzedników niż ostatnio. Oczywiście na miarę pretekstowej obecności na ekranie, bo psychiki nikt tam nie posiada, tylko prosty behawior.
Admirał Marcus - bardzo płaska postać w sumie, jednoznaczna kanalia w komiksowym stylu. Typ co to i do studni padlinę wrzuci, i dziecku lizaka zabierze i do mleka na*** z czystej wewnętrznej paskudności, choć słyszmy o jego - teoretycznie szlachetnych - motywach. To nie jest villain tragiczny (jak Dougherty), to jest typek zły według moralności klasycznej i w dodatku lichy według nietzscheańskiej, niemniej... odświeżające jest zobaczyć taką postać w szeregach GF. Znamienne przy tym, że ginie jak Tyrell z "Blade Runnera" - podobne zabawy, taki sam skutek.
Carol - jest na ekranie, bo jest, ni ziębi, ni grzeje.
Przemiany wewnętrzne main duo wbrew pozorom bardzo ciekawie zarysowane, choć ani czasu ekranowego na nie starcza, ani aktorzy potrafią je zagrać. Pierwszy równie wiarygodny - w sensie koncepcyjnym, nie aktorskim, jako się rzekło - wątek tego typu od czasów Meyera. Ziemia przyszłości - niby są w tym pewne nawiązania do trójki, ale za mroczne to jakieś wszystko. Przesłanie - zacne i odważne, acz tak jakoś nijako podane. Trekowość - są sceny jej pełne, choćby - wbrew pozorom - wątek Nibiru (z którym przed premierą wiązałem największe obawy), przemowa Pike'a, Sulu na mostku czy sam finisz.
Większość filmu jednak zupełnie ST nie przypomina, ot jakieś widowisko ganiano-kopane, pokrewne trochę "Elizjum", w całkiem nie-trekowej estetyce. Mądrość? Parę mądrości tam pada, przesłanie też jak najbardziej ok, ale jeśli chodzi o szacunek dla zasad wszechświata, czy to realnego czy trekowego, to tego się nie uświadczy. Sporo "dwunastkowych" absurdów przeszło z mety do historii Treka. Mimo to jednak nie tonie to filmisko w oparach campu i wizualnej tandety, w których tonęły dotąd prawie wszystkie filmy ST, z "jedenastką" włącznie.
A właśnie... jeśli mamy porównywać do poprzedniej części, to nowszy film jest bardziej zrównoważony, lepiej przemyślany, ale i bardziej bez wyrazu, pozbawiony tej werwy (analogia z FC i INS powraca jak bumerang).
Aha: słynne sceny z Carol-w-bieliźnie i pannami ogoniastymi w łóżku to są parunastostosekundowe migawki, do scen z Tripem i T'Pol czy - te przynajmniej czemuś służyły - z Peterem i Alexem baardzo daleko, ba nawet do paradowania Seven w catsuitach. Soft porn nie tą razą.
Nie należy się też nastawiać na trekową kopię SW - zupełnie brak tego klimatu, tym razem. Nie jest to także remake TWoK - trawestacje scen z dwójki są nieliczne i niezbyt udane - ani też s-f, taka prawdziwa - więcej solidnie pojętej naukowości dziś się w komiksach trafia.
Można natomiast oczekiwać elementów TOS, chwilami.
W sumie - zdania nie zmieniłem - rzecz do szybkiego obejrzenia i szybkiego zapomnienia. Wciąga, nawet nie drażni, ale i nie angażuje emocjonalnie, ogląda się toto niby z uwagą, ale jak przez szybę. Ogólnie, gdyby ów film nie powstał, Trek by nic - poza reklama, owocującą sięganiem przez część widzów i do innych odsłon ST - nie stracił, ale też nie wyrządza ID krzywdy franczyzie swoim istnieniem: do żałosności NEM tu daleko. Nadal mi, znaczy, wisi i powiewa. Co ciekawe taki np. Iron Man 3 wciągnął mnie dalece więcej - ot, co może dobre aktorstwo.
***
Autor: Piotr Pajerski, 23.05.2013
Czy "Star Trek Into Darkness" to godny następca filmu sprzed czterech lat? Co więcej, czy to godny dodatek do pięćdziesięcioletniego cyklu? Recenzja bez spoilerów.
Film bardzo mi się podobał i mogę go z czystym sumieniem polecić. Nie jest on pozbawiony wad, ma ich nawet bardzo dużo, ale nie są to wady dyskwalifikujące film czy dobrą rozrywkę.
Poniższy tekst nie zawiera spoilerów odnośnie fabuły najnowszego filmu, stąd niektóre wnioski mogą się wydawać nieco ogólnikowe 🙂
"Star Trek Into Darkness" jest kontynuacją Star Treka z 2009, w którym dzięki podróży w czasie ustanowiono rzeczywistość alternatywną dla linii czasu znanej nam z The Original Series, The Next Generation i pozostałych seriali i filmów. Pierwszy film okazał się kasowym sukcesem, więc powstanie kontynuacji było tylko kwestią czasu. Za kamerą ponownie stanął J.J. Abrams, który obecnie jest jednocześnie odpowiedzialny za nową wersję Star Treka i za zapowiedziane niedawno kontynuację Gwiezdnych Wojen. Zaś w wolnych chwilach niewątpliwie chwyta zębami pociski wystrzelone z karabinu.
“Star Trek Into Darkness” (wybaczcie, ale nie chcę używać debilnego polskiego tytułu) jest przede wszystkim filmem Kirka i Spocka. Poprzedni film zakończono z kapitanem Kirkiem jako świeżo upieczonym dowódcą Enterprise. Minęło kilka lat i Kirk nie jest już może świeżo upieczony, ale nadal jest tym samym narwanym, pewnym siebie, wręcz aroganckim dowódcą, któremu wydaje się, że cwaniactwo i sukcesy z poprzedniego filmu czynią go niepokonanym.
Z takim podejściem zestawiono opanowanego, trzymającego się zasad pana Spocka, co jak łatwo przewidzieć, prowadzi do poważnych problemów zarówno na linii Kirk - Spock, jak i na linii Kirk - Gwiezdna Flota. Wydarzenia z prologu filmu udowadniają bowiem Kirkowi, że niezupełnie jest gotów dowodzić i wpędzają go w spore kłopoty z szefostwem.
Dalsze wydarzenia stanowią więc okazję, by Kirka nauczyć paru nowych rzeczy o dowodzeniu i o tym, jaką cenę trzeba zapłacić za zbytnią pewność siebie. Efekt? Bardzo przekonujacy. Nie jest to podroż typu "od zera do oficera" - to mieliśmy w poprzednim filmie - ale raczej od "kapitana-żółtodzioba" do "prawdziwego dowódcy". Ten wątek, moim zdaniem, poprowadzony został bardzo udanie.
Spock w Into Darkness jest dużo bardziej emocjonalny niż jego starsze wcielenie, czy nawet niż w poprzednim filmie. Wielu osobom może się to nie spodobać, jeśli mają w pamięci logicznego, chłodnego Wolkana ze starej wersji. Ale wypada przypomnieć sobie poprzedni film, gdzie Nimoy-Spock sam stwierdził, że przeżył emocjonalny wstrząs w związku ze zniszczeniem jego ojczystej planety. To jest coś, czego Nimoy-Spock z poprzedniej rzeczywistości nigdy nie doświadczył, więc jego logiczne i stoickie podejście do życia nie zostało tak potężnie zachwiane. Młody Quinto-Spock stracił matkę i planetę, więc jego bardziej emocjonalne, czy raczej bardziej ludzkie zachowanie absolutnie mi nie przeszkadza, bo po prostu ma sens w tej alternatywnej rzeczywistości.
Chris Pine i Zachary Quinto znakomicie odnajdują się w swoich rolach, a dobrze napisane i zagrane sceny z udziałem tej pary stanowią siłę napędową filmu.
Niestety, skupienie fabuły filmu na tych dwóch bohaterach ma też swoje minusy - głównie w formie braku czasu dla reszty załogi. Z pozostałych członków obsady coś do roboty mają tak naprawdę jedynie Scotty i John Harrison. Scotty dla odmiany jest nie tylko “elementem komediowym” (chociaż twórcy nadal mocno na to stawiają), zaś Harrison... o nim za chwilę.
Sulu, Bones i Chekov dostali tylko pojedyncze sceny godne uwagi. Nawet Uhura, której jest nieco więcej niż powyższej trójki, została zdegradowana do roli marudnej dziewczyny, która nie potrafi zrozumieć swojego faceta (Spocka). I to mimo pełnej świadomości, że facet ten jest pół-kosmitą, który odcina się od swoich emocji. Sceny odnoszące się do tego raczej wydumanego problemu rodem z seriali dla nastolatek wydają się być dorzucone na siłę, bardziej dla efektu humorystycznego niż dla rozbudowania postaci. Podobnie druga pani na pokładzie - pani doktor o imieniu Carol - została sprowadzona do roli tokena. Ot, żeby było więcej kobiet w obsadzie. Jest to szczególnie oczywiste w zupełnie zbędnej z punktu widzenia fabuły scenie, w której Carol przebiera się w obecności Kirka.
Większość kinowych Star Treków, z wyjątkiem "The Motion Picture" i "The Voyage Home" stawiała na jakiegoś “głównego przeciwnika”, z którym musieli zmierzyć się bohaterowie. Khan w "dwójce" miał sens jako kontynuacja wątków z oryginalnego serialu i okazał się bardzo popularny, więc późniejsze filmy powielały ten schemat i stawiały właśnie na jakiegoś konkretnego "bad guya": Kruge w Star Trek III, ten jak-mu-tam szalony Wolkan w Star Trek V, generał Chang w Star Trek VI, dr Soren w Pokoleniach, Królowa Borg w Pierwszym Kontakcie, Ru'afo w Insurrection i wreszcie Shinzon w Nemezis i Nero w Star Treku z 2009. Ten sam schemat, który nie zawsze się sprawdzał.
Kiedy jakiś czas temu dowiedziałem się, że twórcy i tym razem sięgają po ten właśnie schemat, byłem pełen obaw. Ale... tym razem, wykorzystano go z powodzeniem.
Przeciwnik Kirka i Spocka w "Into Darkness" jest olbrzymim plusem filmu. John Harrison, niesamowicie zagrany przez Benedicta Cumberbatcha, jest bardzo wyrazistą postacią, z dobrze nakreślonym charakterem i zrozumiałą, nawet jeśli nieco pokrętną motywacją.
Poprzedni film mocno ucierpiał w związku z faktem, że Nero był szablonowym szwarc-charakterem, którego motywy działania i rządza zemsty nie zostały w filmie wystarczająco dobrze wyjaśnione. Tutaj nie ma tego problemu. Harrison jest wyrachowanym sukinsynem, aczkolwiek wydaje się mieć w sobie pewną szlachetność i przez pewien czas trudno mu nie kibicować. Można nawet odnieść wrażenie, że w innych okolicznościach mogliby się z Kirkiem naprawdę nieźle dogadać. Czy to tylko maska, udawanie aby osiągnąć cel? Być może, ale efekt jest świetny, Cumberbatch robi w tej roli piorunujące wrażenie, jest w nim coś niemal demonicznego. Znakomicie obsadzona rola.
Twórcy nie ustrzegli się jednak pewnej wpadki. Prawdziwa tożsamość Johna Harrisona jest w filmie ujawniona w otoczce niesamowitego odkrycia (włącznie z odpowiednio podniosłą muzyką w tle). Ale... to nie działa. Dla nie-fanów, scena ta nie będzie miała żadnego dodatkowego wydźwięku i zostanie skwitowana wzruszeniem ramion. Dla fanów... cóż, fani domyślą się, kim jest Harrison dużo, dużo wcześniej. Zakładając oczywiście, że nie przeczytali tego wcześniej w internecie, bo twórcy filmu przed premiera robili z tego straszną tajemnicę (poliszynela), ale juz po premierze można sobie przeczytać kim jest Harrison nawet na IMDB.
Końcówka filmu, bardzo mocno nawiązująca do jednego ze starszych filmów, jest interesująca, aczkolwiek nie ma aż takiej siły rażenia jak tamta pamiętna scena. Tam była to kulminacja niemal dwudziestu lat przyjaźni i współpracy. W nowej inkarnacji analogiczna scena nie niesie aż takiego ładunku emocjonalnego, chociaż i tak w dużym stopniu zadziałała (chociaż są tam momenty, które stanowią lekkie przegięcie i należy je chyba umieścić w kategorii puszczania oka do fanów). Nie trzeba być jednak nawet szczególnie uważnym widzem, żeby zawczasu wiedzieć jak sprawa zostanie rozwiązana - to jest "zwrot fabuły", który jest przewidywalny na dłuuuuuugo wcześniej. Troszkę zabija to wspomnianą emocjonalność tej całej sceny i nie pozostawia wątpliwości, że wszystko wróci do normy za parę minut.
Pod względem technicznym film stoi na bardzo wysokim poziomie, jak można się było spodziewać. Sceny akcji są znakomicie zrealizowane - od prologu na planecie Nibiru, poprzez pościg w ruinach, pierwsze starcie z Johnem Harrisonem, dynamiczny lot w skafandrach przypominający przedłużoną wersję skoku na wierło z pierwszego filmu, bitwy kosmiczne. Film nie nudzi ani przez chwilę, tempo nie siada ani na moment. Efekty 3D można pominąć, nie wnoszą w sumie nic ciekawego, ponieważ film nie był kręcony w technice 3D, a jedynie przekonwertowany później na trójwymiarowy. Ot, po prostu metoda na dodatkowy zarobek dla kin. Nieważne czy w 3D czy 2D, ogląda się to świetnie - dużo się dzieje, jest dużo humoru, mamy niezwykle wyrazistego przeciwnika, aktorsko film stoi na bardzo wysokim poziomie, efekty specjalne są odpowiednio widowiskowe. Ale...
No właśnie...
To trochę tak, jak z zeszłorocznym "Prometeuszem", który wizualnie oczarowywał, ale był tylko piękną, kolorową wydmuszką, zupełnie pustą w środku. W przypadku "Star Trek Into Darkness" nie jest aż tak źle, ale też wydaje się on być zaledwie cieniem filmu, którym mógłby być, gdyby twórcy zadziałali bardziej odważnie.
Mój największy zarzut wobec filmu? Że nie jest ani trochę oryginalny. Wydaje się wręcz, że twórcy celowo wzięli co lepsze lub co popularniejsze elementy z poprzednich kinowych Star Treków, pomieszali je nieco i doprawili nowym, bardziej kolorowym sosem. Wszystko to już było wcześniej, a w dodatku Abrams i koledzy nie zdołali (nie chcieli?) zerwać z poprzednią wersją Star Treka. Mieli okazję pokazać, że ta nowa piaskownica należy do nich. I że chociaż zabawki może wynalazł ktoś inny, to jednak są to teraz ich zabawki i oni nimi rządza. Niestety, wygląda to raczej jakby bardzo tęsknili za starą, trochę anachronicznie wyglądającą piaskownicą, w której bawili się wcześniej z innymi dziećmi. Do tego stopnia, że przynieśli z niej większość piasku i nie potrafią o niej zapomnieć. Ale, jak to powiedział Kirk do McCoya - dość już tych metafor. Po prostu żal, że twórcy poszli bezpieczną drogą - akcja, widowiskowe chociaż niekoniecznie sensowne sceny, humor, dialogi, schematyczne zagrania. Postawiono bardziej na formę niż na treść.
Dobrym przykładem może być prolog. Nie zdradzę tutaj zbyt wiele mówiąc, że Enterprise ukryto... na dnie oceanu. Po co? Dlaczego? Nie ma to fabularnie absolutnie żadnego uzasadnienia (a w dodatku kłóci się z tradycyjnymi trekowymi realiami). Tutaj chodziło tylko i wyłącznie o widowiskowość - po prostu wyłaniający się z morza Enterprise wyglada bardzo, bardzo majestatycznie i scena robi duże wrażenie, a na twarzy widza pojawia się mimowolny uśmiech. A że zatwardziali fani mogą nieco zgrzytać zębami...
Cóż...
Takich problematycznych momentów jest więcej. Podobnie jak w poprzednim filmie, tak i tutaj wydaje się, że podróże międzyplanetarne trwają krótką chwilę, nawet na odległych dystansach (pamiętacie, jak w poprzednim filmie podróż z Ziemi na Wolkan zdawała się trwać zaledwie parę minut? Tutaj też są takie momenty). Dziur w fabule niestety nie brakuje, podobnie jak bardzo luźnego traktowania trekowego kanonu technologicznego. Spodziewajcie się też sporej dawki nielogiczności działań niektórych bohaterów czy absolutnie niewiarygodnych zbiegów okoliczności. Niektóre sceny wydają się dorzucone na siłę, jako "puszczanie oka do fanów"...
Chociaż nie, “puszczanie oka” jest określeniem zbyt subtelnym. Tutaj jest to raczej brutalne potrząsanie fanami wrzeszcząc "Zobacz! Zobacz! Ta scena pokazuje, że to naprawdę Star Trek! Słyszysz?!". Toporne i niepotrzebne.
Wielu fanów niewątpliwie sądzi, że Abramsowy Star Trek to typowo popcornowa rozrywka, bez głębi fabularnej i przesłania, z których Star Trek podobno słynie. Takie jest pierwsze wrażenie, tylko czy tak rzeczywiście jest? Kinowe Star Treki sprzed lat były mniej widowiskowe, to na pewno, ale jeśli chodzi o głębię fabularną czy przesłanie, to zawsze były one w filmach na dalszym planie. Od filozofowania i moralizowania mamy seriale. Filmy kinowe powinny być wydarzeniem, a nie po prostu dłuższym odcinkiem serialu (a takie miałem zawsze wrażenie, oglądając na przykład kinowe wersje Następnego Pokolenia - może z wyjątkiem "Pierwszego kontaktu").
Jakież było moje zdziwienie, gdy zauważyłem, że Star Trek Into Darkness ma jednak przesłanie, i to całkiem na czasie, chociaż może ono umknąć wśród wartkiej akcji. Nie mogę napisać bardziej szczegółowo jakie to przesłanie, gdyż wymagałoby to zdradzenia nieco więcej informacji o fabule, ale chętnie wrócę do tematu po polskiej premierze.
Napiszę tylko tyle, że mnie osobiście przesłanie to przekonuje, nawet jeśli jest nieco niespójne, ale zgodzę się, że mogłoby być nakreślone nieco wyraźniej. Tytułowa ciemność ma w tym filmie kilka wymiarów. Jednym z nich jest niewątpliwie rządza zemsty i efekty zaślepienia takową. W innym kontekście, w tytule można się dopatrywać odniesień do obecnej sytuacji politycznej na świecie, zwłaszcza w USA, no i klimatu po 11 wrzesnia 2001.Jest to dość ciekawy i wiarygodny motyw, zwłaszcza w tej odmienionej rzeczywistości, gdzie jedna z najważniejszych planet Federacji została gwałtownie zniszczona i status quo zostało mocno naruszone. Coś takiego musiało przecież wstrząsnąć nie tylko Spockiem, ale i całą Federacją. Także Gwiezdną Flotą, która nagle zdała sobię sprawę, że jak to ujął McCoy w poprzednim filmie, “kosmos to zaraza i niebezpieczeństwo, owinięte ciemnością i ciszą”. Nietrudno uwierzyć, że w Gwiezdnej Flocie po zniszczeniu Wolkana wrócił do łask stary cytat, mówiący, że "ceną wolności jest nieustająca czujność"...
Podsumowując, muszę stwierdzić, że “Star Trek Into Darkness” to dwie godziny dobrej zabawy. Bez względu na to, czy jest się wieloletnim fanem Star Treka, czy też poznało się go dopiero przy okazji poprzedniego filmu. Owszem, film mógł być jeszcze lepszy, gdyby twórcy odważyli się na nieco bardziej ryzykowne posunięcia, ale nie oszukujmy się - to miał być film rozrywkowy i taki właśnie jest. Ogląda się go naprawdę dobrze, a to chyba najważniejsze? Mam tylko nadzieję, że w nieuniknionym trzecim filmie twórcy postanowią na dobre pójść własną ścieżką, i nie będą kurczowo trzymać się starego Star Treka.
***
Autor: Ledsbourne, reblog
Star Trek Into Darkness
Zdecydowana poprawa w stosunku do poprzednika, ale wciąż daleko do oryginału. Fabuła spoko, przede wszystkim oddanie hołdu do „Gniewu Khana” w finale było fajne.
Dalej nie podoba mi się, co zrobili z bohaterami (przede wszystkim z Kirkiem), ale jest tutaj mniej ekspozycji, więc też mniej rzeczy mnie raziło. To właściwie remake z twistem w postaci innej, równoległej linii czasowej, co usprawiedliwia fabularne kalki.
Oparcie się na solidnej historii dało tutaj radę, nawet pomimo śladowych ilości obcych cywilizacji i podróży kosmicznych. Bardzo sprawnie zmieszczono w finale lustrzane odbicie sceny z „Gniewu Khana”, zamieniając Kirka i Spocka miejscami.
Nawet wiedząc, jak to się skończy, ta scena zrobiła robotę. Walka Spocka z Khanem za to już trochę przydługawa. Motyw admirała/kapitana Floty chcącego na własną rękę zburzyć porządek i wszcząć wojnę, odegrany bardzo poprawnie (plus dla Wellera).
Cumberbatch jako Khan mógłby być niezły, gdyby nie to, że od wyjawienia jego tożsamości grał cały czas z dziwnie otwartymi ustami. Poza tym nie było tu za dużo do zagrania – rozumiem, że dużo się dzieje, ale bohaterowie wypowiadają kwestię za szybko…
…przez co nie ma za bardzo miejsca na porządne aktorstwo (wyjątkiem są Cumberbatch i Weller). Generyczny, krótki motyw muzyczny powtarzany co pięć minut staje się bardzo irytujący, podobnie jak wszędobylskie niebieskie lens flary, psujące efekt wizualny.
Pine’owi kompletnie nie wyszedł monolog o „final frontier”, słabo. Za dużo też jest tu „kina nowej przygody” – od początku rodem z Indiany Jonesa, po scenę ucieczki przed Klingonami w stylu „Gwiezdnych wojen” statkiem podobnym do Millennium Falcona.
No i właśnie, ci Klingoni – o ile Romulan z pierwszej części jeszcze jakoś przełknę, tak wymuskani Klingoni w eleganckich mundurkach i z gładziutką skórą z lateksowego CGI są od czapy. Już wolałem, jak mieli płaskie czoła (chociaż o tym się nie rozmawia)!
***
Autor: radzioo_m, 21.02.2025, Discord Star Trek, reblog
Wczoraj obejrzałem, przypomniałem sobie Star Trek Into Darkness. Jak pisałem wcześniej mało pamiętałem. Ale było całkiem OK. Choć tak w drugiej połowie, może bliżej końca, trochę się rozproszyłem, bo zacząłem coś w domu robić, więc mogłem co nieco przeoczyć.
W każdym razie ciąg wydarzeń jakby bardziej sensowny niż w pierwszym "kelvinie". Przy niezbyt uważnym oglądaniu nie dostrzegłem jakiś dziwnych fikołków fabularnych (typu wyrzucenie Kirka z okrętu w poprzednim filmie, tylko po to żeby mógł spotkać Spocka). Mniej też było tych lekko głupich żartów. Za to całkiem zabawny był dla mnie Spock, który komentował wszystko "na zimno" i logicznie, tak jak powinien.
Swoją drogą humor jest w tym filmie zupełnie inny niż choćby w takim TNG, DS9 czy VOY. Tam wszystko było jakieś takie subtelniejsze. A tu choćby akcja z samego początku, jak Kirk strzela do dużego zwierza a Bones komentuje, że właśnie ogłuszył ich transport. Niby zabawne, ale jednak prostsze.
Khan spoko. Klingoni jakoś tacy na odczepnego zrobieni. Jeden tylko z twarzy widoczny. Reszta w maskach, czy hełmach pewnie po taniości, żeby na kaskaderach i charakteryzacji zaoszczędzić. Już kiedyś miałem do nich mieszane uczucia. Teraz ten jeden "z twarzą" trochę kojarzy mi się z czymś pomiędzy jedynymi słusznymi Klingonami a tymi z Disco.
Jak pierwszy raz (kiedyś w kinie) oglądałem ten film to bardzo podobała mi się odwrócona scena, w której Kirk się poświęca a Spock się z nim żegna. Teraz też niby fajna, ale tak sobie myślę - czy oni mieli czas żeby zawiązać taką przyjaźń pomiędzy tym a wcześniejszym filmem. W każdym razie było OK.
***
Autor: Toudi, 3.06.2013, Kosmiczne Poletko Toudiego (webarchive), reblog
Abraaaaaams!!! czyli Star Trek roku 2013
Star Trek Into Darkness to drugi film trio OKA (Orci, Kurtzman, Abrams, którzy tym razem dokooptowali jeszcze Damona Lindelofa) w uniwersum Star Treka, a dwunasty film w ogóle w uniwersum. Drugim filmem serii, która miała zresetować i dostosować do współczesnego kina i widza stare uniwersum, które powoli i systematycznie zmierzało w ślepy zaułek. Co bym dalej nie napisał o dziełach Abramsa i spółki, to te dwa zadania wykonali więcej niż należycie. Zegar cofnięto i puszczono ponownie w ruch w dniu narodzin pewnego kapitana USS Enterprise, Jamesa Tyberiusza Kirka, który wielokrotnie zapisał się w dziejach Federacji. Jeśli zaś mówić o drugim zadaniu, drugie zadanie nie daje się streścić w jednym zdaniu, pewno ciężko będzie je streścić nawet w jednej recenzji i to jeszcze drugiego filmu. Ale gdzieś trzeba zacząć.
Poniższy tekst będzie zawierał spore ilości spoilerów do obu filmów JJA (Abrmasa), ale uwaga, mogą też pojawić się spoilery to starszych części Star Treka, głównie Star Trek II: The Wrath of Khan. Normalnie napisałbym, by czytelnik czuł się uprzedzony, ale większość filmów była na tyle często wyświetlana w telewizji, na tyle też losowo, jeśli chodzi o kolejność, że pewno mało kogo mogą one zaskoczyć.
Nie wiem czy wszyscy pamiętają, gdzie skończył się poprzedni film. Więc by przypomnieć załoga NCC 1701 (bez żadnego cholernego A, B, C, D czy E) została skompletowana. Większość znalazła się na stanowiska znacznie szybciej niż w oryginalnej linii czasowej. Po uratowaniu Federacji USS Enterprise wyrusza w misję, do której został stworzony – eksplorację kosmosu. I tak właśnie zaczyna się dwunastka. Na planecie Nibiru, gdzie Kirk ma obserwować rdzennych mieszkańców, ale obserwować tak, by nie naruszyć Pierwszej Dyrektywy. Zadanie komplikuje duży aktywny wulkan, Kirk swoim postępowaniem łamie chyba wszystkie zasady, jakimi powinien kierować się kapitan Gwiezdnej Floty przez co traci swój stopień oficerski. Zaraz po powrocie okrętu na Ziemię, sytuację komplikuje jakiś Harrison, który zagraża spójności przynajmniej Gwiezdnej Floty, jeśli nie całej Federacji. Jedyną osobą zdolną go dorwać jest oczywiście zdegradowany i poniżony Kirk. No i na tym właściwie kończy się fabuła, a zaczyna niebywale szybka i wartka akcja, która nie pozwoli współczesnemu widzowi usiedzieć spokojnie w kinowym krześle.
Ale będę szczery, piszę ten tekst, by jednak wytknąć błędy filmu, by ustrzec potencjalnych widzów, którzy szukaliby w filmie czegoś więcej niż kolejnej części "Szybkich i wściekłych". A w filmie pojawia się ich wiele, tak wiele, że nie da się dla nich czasem przymknąć oka.
Już na dzień dobry mamy statek kosmiczny ukrywający się przed prymitywną rasą pod wodą. Ta scena nie ma w ogóle sensu. Po co chować okręt w wodzie? I to przed cywilizacją, która ledwo co wymyśliła koło. Przy całym tym nonsensie pojawiają się dwa przebłyski, pierwszym jest Scotty, który między innymi od początku jest przeciwny przebywaniu w słonej wodzie, drugim oprawa graficzna sceny, ale do obu jeszcze wrócę.
Jak już wspominałem, poza tym dziwacznym ukryciem okrętu w morzu, by ratować Spocka, Kirk łamie Pierwszą Dyrektywę Federacji, za co zaraz po powrocie na Ziemię zostaje specjalnym trybunałem odesłany do Akademii. Akademii której nigdy nie ukończył. Ale całe scena degradacji Kirka i rzekomej próby nauczenia go czegoś, nie ma większego sensu, już w kolejnej scenie Kirk zostaje przywrócony do służby wpierw jako komandor i pierwszy oficer Enterprise, a chwilę później znowu wraca na fotel. Jako jedyny oficer na całej Ziemi (a było ich przecież kilku na zebraniu) zdolny pojmać niebezpiecznego szaleńca. Ciekawe czy ktoś przemyślał w ogóle cały ten proces degradowania?
Ale żeby to był koniec negatywnych cech nowego filmu. Po raz kolejny, podobnie jak w poprzednim filmie odległości w kosmosie są właściwie zerowe. Z Ziemi na Qo’noS (stolicę Imperium Klingońskiego) jest bliżej niż z Katowic do Sosnowca. Nie wiem czy trio OKA nie może czy nie chce przyjąć do wiadomości, że kosmos jest dużą pustą przestrzenią i dotarcie z jednego punktu do drugiego trwa często długi tygodnie jak nie miesiące podróży. Co prawda w miarę prawidłowe przestawienie sytuacji – zapewne w myśli owego Trio – zabiłoby wszelką akcję w filmie i pewno też zniechęciło „współczesnego widza” do poświęcenia dwóch godzin na film. Ale na Borga, nie po to blisko 50 lat tworzono uniwersum, nie po to tematowi poświęcono całe doktoraty, nie po to uściślano tematy, by nagle ktoś sobie przyszedł i to wszystko wywalił do kosza tylko po to, by akcja utrzymała tempo. Ale podróż w warp nie jest jedyną kwestią, która nie ma znaczenia dla Trio. Podobnie ma się sprawa z lotem w prędkościach podświetlnych, również ignoruje warunki uniwersum jak i fizykę.
Chciałbym na tym skończyć, ale nie mogę, nie potrafię. Jeszcze jednym technicznym problemem filmu jak przestrzeń. Żadna planeta, żadna stacja, placówka w nowym uniwersum nie pilnuje swojej bliższej czy dalszej przestrzeni. Kiedy podobny problem podnoszony był przy okazji poprzedniego filmu, obrońcy twierdzili, że Nero w swoim wypasionym statku górniczym zdołał unieszkodliwić systemy obronne jak i wszelki ruch w około Wolkana i Ziemi. Jednak w kinowej dwunastce nie następuje poprawa, a wręcz sytuacją się pogarsza. Podczas przedzierania się bohaterów na Qo’noS, nikt z walecznych Klingonów ich nie wykrywa (dopiero jakiś przypadkowy patrol), nie ma też żadnego ruchu na orbicie stołecznej planety. Ale załóżmy, że nasi dzielni bohaterowie się przemykali, ukryli w cieniu jakiejś innej jednostki. Ale jakim cudem Scotty wkrada się wahadłowcem do tajnej bazy (a potem i na tajny okręt) na orbicie Jowisza? Nikt nie zauważył nieautoryzowanej jednostki w mieszającej się konwój? Ani w bazie ani w konwoju? Czy to jest poważne traktowanie widza?!?
Gdyby w filmie były tylko nieścisłości, może jeszcze szłoby to jakoś wytrzymać, ale do końca jeszcze daleko. Gdzie pod koniec filmu mocno potrzaskany Enterprise znajduje się na orbicie Ziemi, gdzieś między nią a Księżycem, nagle traci moc i spada pionowo w dół ku niej. Ja przepraszam, ale czy ten film miał konsultanta technicznego, który choćby skończył fizykę na poziomie szkoły podstawowej? Od kiedy obiekt na orbicie spada pionowo w dół tylko po ustaniu napędu? Czy ISS (Międzynarodowa Stacja Kosmiczna) utrzymuje orbitę dzięki jakiejś formie napędu działającego non stop? Ale to nie jedyna bolączka tej sceny. Okręt spada w dół, ale wewnątrz niego panują nie tylko normalne warunki ciążenia, jedynie tylko poprzestawiane podłogi ze ścianami. Oczywiście wszystko to stworzone tylko dla pokazania bohaterstwa postaci, które ryzykują swoim życiem. A że to się nie trzyma w ogóle kupy, Trio się tym nie przejmuje. Ale zostawmy już te techniczne problemy, „współczesny widz” przecież nie idzie do kina, by zastanawiać się jak działa grawitacja. W Australii i tak chodzą na do góry nogami.
Aktorzy i ich role. Pamiętam z poprzedniego filmu, że jednym z jaśniejszych punktów jedenastki byli niezgorzej dobrani aktorzy. Nie na tyle inni od oryginalnej obsady, by nie uwierzyć, że to nowe wcielenie Sulu, Chekova czy Uhury, ale też nie na tyle identyczny, by twierdzić, że to idealna kopia. Po prostu dobrze dobrani aktorzy do ról. No może poza Quinto, który nie pasuje mi do roli nowego Spocka od początku. Irytuje mnie zarówno jego gra, jak i sposób kreowania nowego Spocka. Osobnika tak niestabilnego emocjonalnie, że nawet Data z uszkodzonym czipem emocji jest bardziej przewidywalny. Niestety jest to jeden z tych reflektorów, które przygasły Abramsowi, mimo jego upodobania do świecenia nimi w kamerę. Właściwie cała obsada w tym filmie tylko denerwuje, robi to czego nie powinna. Nie znajduje się w miejscach, w których powinna. Uhura zostaje sprowadzona do rozchwianej nastolatki zakochanej w pierwszym oficerze. Chekov, który skacze między stanowiskami niczym doświadczony w wieloletnim boju sierżant, a nie świeżo upieczony chorąży. Logiczny Spock jest tak nieprzewidywalny, że spokojnie można używać go jako generatora liczb do Lotto. Raz mówi jak stary dobry przyjaciel, tylko po to, by za chwilę działać niczym zimny kalkulator. Podczas gdy nie ważne jak poważne stara się być ujęcie, Quinto i tak ciągle wygląda jakby był najbardziej emocjonalną istotą we wszechświecie. Jeśli było to celowe zagranie, by tak zagrać postać, to jakim cudem nie został wysłany do rezerwy jako osobnik rozchwiany emocjonalnie? Kirk… Kirka może przez grzeczność przemilczę.
No i jest jeszcze Benedict Cumberbatch, dla wielu najlepsza postać tego filmu, ale ja mam z nim problem, ani nie przepadam za nowym Sherlockiem (Cumberbatch od 2010 roku wciela się w rolę Sherlocka w miniserialu BBC), ani tu nie pokazał jakiegoś dobrego aktorstwa. Flegmatycznego Anglika może i zagrał dobrze, ale gdzie mu do Khana Noonien Singha – charyzmatycznego przywódcy, który pociągnął za sobą tłumy i zmieniał świat na swoją modłę? Scena w której Harrison wreszcie przedstawia prawdę o sobie przypomina nieco paradokumenty popularne ostatnio w kraju nad Wisłą, niemal słychać wymowę wszystkich znaków przystankowych.
Ale nie mogę powiedzieć, że dla mnie film zawiera tylko negatywne rzeczy, bo to nie prawda. Są i pozytywne momenty, jednak jest ich zbyt mało, aby chociaż zrównoważyć wszelkie niedociągnięcia i błędy. Wśród pozytywnych aspektów jest kilku aktorów:
Bruce Greenwood – aktor wcielający się Admirała Pike’a, naprawdę nic nie można mu zarzucić, zagrał tak jak powinna być zagrana ta postać. Wielka szkoda, że pojawia się na tak krótko i jeszcze przypłaca to życiem. Już w poprzednim filmie ledwo przetrwał do końca, ale tym razem JJA mu nie odpuścił, nie pozwoli mu powrócić do kolejnej części sagi.
Peter Weller – wcielający się w admirała Marcusa, podobnie jak z Greenwoodem, wcielił się w postać tak jak powinien i niestety skończył jak wyżej wymieniony. (Hmm, zaczynam widzieć w tym pewien schemat, dobry aktor, dobra rola, uśmiercamy. W poprzednim filmie również dotknęło to dwóch aktorów: Chrisa Hemswortha i Farana Tahira, którzy zostali uśmierceni już w pierwszym akcie poprzedniego filmu.)
Oraz Urban (jako Kostucha) i Pegg (Scotty) - jedyna dwójka z podstawowej obsady, których role zostały napisane i zagrane w sposób odpowiadający oczekiwańom. Scena buntu Scottego, czy zgryźliwe docinki McCoya, to jest to, czego jako fan Star Treka oczekiwałem, ale prawie w ogóle nie dostałem.
Innym pozytywnym aspektem filmu jest oprawa graficzna, podobnie jak miało to miejsce w filmie z 2009, dzięki wysokiemu budżetowi stoi na wysokim poziomie. Niestety często sceny te nakręcono i wstawiony tylko po to, aby je pokazać, np. mają pięknie działający program prezentujący mechanikę płynów. Naprawdę się cieszę, że filmowcy mają ten skrypt i że będą go używać w odpowiednich momentach (udowodnili już to podczas sceny z księżycem Tytana w poprzednim filmie) ale czy naprawdę trzeba wstawiać to do każdego nowego Treka, tworząc przy tym sceny, która totalnie nie mają sensu, czy logicznego uzasadnienia?
Pozostał mi ostatni temat, który chcę u siebie na blogu omówić, Scena śmierci. W 1982, gdy zaprezentowano światu drugi kinowy film Wrath of Khan, jedną z istotnych scen było poświęcenie się Spocka, aby uratować okręt, załogę, przyjaciół. Specjalnie odnowiłem sobie tę scenę po obejrzeniu dwunastki. Stara scena, ukazuje pełne poświęcenia zachowanie Spocka, jest dostojna, ma dobrą oprawę muzyczną i gdy nie zna się dalszej historii, jest wyciskaczem łez. Tymczasem w nowym filmie niby Kirk się poświęca, ale w jaki sposób? Kopiąc i skacząc w roztrojoną część, by ją ponownie ustawić w linii. W Zemście całkowicie nie ma znaczenia, co robi Spock, by naprawić okręt, to dzieje się gdzieś na dalekim planie - w dwunastce jest wprost odwrotnie. Śmierć nie ma większego znaczenia, ważne żeby była akcja. Zresztą śmierć. W oryginale po scenie śmierci mamy już czas tylko na refleksje, postęp fabuły nam w tym pomaga, tu ledwo pożegnamy umierającego aktora i od razu zostajemy rzuceni w wir dalszej akcji, nie ma czasu na refleksję. A nim nam pozwolą ochłonąć okazuje się, że nie ma żadnej śmierci… Mamy cud, a oszustwem Kirk po raz kolejny ogrywa Kobayashi Maru.
Nie mogę wystawić oceny filmowi, bo nie wiem, czy jest aż tak źle, czy może tylko ja stałem się totalnym Abramsofobem - pewien jestem, że nie polecam oglądać tego filmu w kinie. Bardzo pragnę powrotu Star Treka do telewizji, ale nie w formie jaką zaproponowało nam Trio OKA. Film warto by zobaczyć tylko dla kilku efektów specjalnych, ale są one już właściwie od pewnego czasu dostępne w internecie w trailerach. Dobrze mnie czytacie, sceny warte zobaczenia ze względu na swoją oprawę graficzną zostały już wstawione do zapowiedzi filmu, cała reszta to mniej lub bardziej (z reguły mniej) trzymające się kupy sceny akcji.
Naprawdę nie rozumiem, jak z takim budżetem film może zawierać takie ilości niedociągnięć, przecież konsultanci są dostępni niemal na wyciągnięcie ręki. Współczesne science fiction przeszło naprawdę olbrzymią drogą przez ostatnie dekady, olbrzymie ilości eksperymentów, wiele z nich okazało się ślepymi zaułkami, ale były wśród nich przykłady, z których należy czerpać pełnymi garściami jak Star Trek The Next Generation, jak nowa Battlestar Galactica, jak Babylon 5, jak Honorverse i wiele innych. Czy ktoś jest mi wstanie wytłumaczyć dlaczego JJA i spółka unikali za wszelką cenę takich źródeł?
PS. Powyższy tekst nie zawiera wszystkich wpadek i irytujących momentów filmu. Przemilczałem już między innymi flary w kamerę, które oślepiają widza (mam wręcz wrażenie, że nieco ich ubyło od poprzedniego filmu). Admirała zdradzającego tajne plany nieuprawnionym ludziom. Prośba o przydzielenie na pierwszego oficera, osobnika, któremu kapitan nie może ufać, tylko po to, aby się z nim wadzić. Przydzielanie ludziom stanowisk, na które nie mają przeszkolenia i doświadczenia. Tajna operacja i nadawanie otwartym tekstem, kim się jest. Nietypowe ustawienie tub torpedowych (bardziej przypominające ściany burtowe starych żaglowców, a nie poczciwe wyrzutnie). Standardowo raz działający, raz nie transporter. Browar nie maszynownia. I jeszcze sporo innych.
PS2. Rozbierana scena Alice Eve. Za którą twórcy przepraszali. Scena faktycznie niepotrzebna, nie zawierała nawet podtekstu erotycznego jak w poprzednim filmie. Ale też w żaden sposób nie była obraźliwa. Jedyny powód, dla którego została tak nagłośniona, to moim zdaniem próba przykrycia innych bolączek filmu. Ktoś zapewne pomyślał, że tym odwróci uwagę przeciwników filmu. I niestety częściowo im się to udało.
***
Autorka: cooky, 16.06.2013, OT Forum, reblog
Zabrałam się za oglądanie, przeczytawszy wcześniej co nieco o tej produkcji i nie miałam złudzeń. Arcydzieło to to nie jest. Ale, że to kolejny rozdział trwającej już kilka dekad przygody ze Star Trekiem, obejrzeć go musiałam. Nie spinałam się jednak, podeszłam do tego zupełnie na luzie i zapewne dlatego moje wrażenia były całkiem pozytywne.
Po głębszym zastanowieniu doszłam jednak do wniosku, że film podobał mi się, ale poprzez analogie do Gniewu Khana. Bardzo bawiły mnie porównania z poprzednim filmem i szczerze mówiąc, to właśnie na nich się skupiałam. Cała oprawa filmu jest naprawdę na wysokim poziomie, ale gdyby nie te analogie, byłby to kolejny ciekawy film sci-fi. Do obejrzenia, momentami nawet z zapartym tchem, ale do zapomnienia po pewnym czasie. Do kultowych pozycji tego gatunku trochę mu jednak brakuje. Po obejrzeniu i przemyśleniu doszłam do kilku wniosków:
Po pierwsze: kolejna część gwiezdnych przygód nie będzie nosiła tytułu "W poszukiwaniu Kirka"
Po drugie: to zupełnie nowy Star Trek. Dla widzów, nie mogę powiedzieć, że mniej inteligentnych (sama w końcu oglądałam), ale chyba mniej wymagających. Na pierwszy plan wysuwa się akcja (dużo pościgów, strzelanek i ogólnej rozpierduchy) i efekty specjalne. Dzieje się dużo i szybko i w tym pędzie wszystkie wspomniane już wcześniej babole jakoś tak bledną, bo po prostu nie ma czasu, żeby się nad nimi zastanowić. Cóż jednak możemy poradzić? W alternatywnej linii czasowej tak może być.
Po trzecie: blondyna strasznie mnie irytowała. Taka plastikowa laleczka, co to albo krzyczy, albo pokazuje zgrabną pupkę. W wersji oryginalnej Kirk był z nią jakiś czas, a nawet miał z nią dziecko, ale tam, moim zdaniem, była bardziej interesująca. No, dobra wątek Uhura- Spock też mnie irytuje. Jak rany! To są przecież oficerowie Floty! No kto to słyszał, żeby w czasie służby wyciągać swoje prywatne brudy i prać je w obecności kapitana?
Po czwarte: jacy oni wszyscy młodzi! Już w poprzednim filmie dało się to zauważyć, teraz jedynie utwierdzam się w przekonaniu, że coraz więcej osób dookoła jest młodszych ode mnie!
Po piąte: humor był zawsze mocną strona Star Treka i w tej odsłonie również nie można na niego narzekać.
Po szóste: tryblity w końcu się na coś przydały.
Po siódme: kolejny film spod znaku Star Treka też zapewne obejrzę, choć stary i dobry Star Trek wciąż wspominać będę z ogromnym sentymentem.
