Opis
Star Trek: First Contact to ósmy film kinowy w uniwersum Star Trek i pierwszy, w którym główną rolę gra wyłącznie załoga serialu Star Trek: The Next Generation.
Fabuła skupia się na walce z jednym z najgroźniejszych wrogów Federacji – Kolektywem Borg. Gdy ten podejmuje próbę inwazji na Ziemię, kapitan Jean-Luc Picard (Patrick Stewart) i załoga nowego okrętu USS Enterprise-E ruszają do akcji. W czasie pościgu zostają przeniesieni w przeszłość – do połowy XXI wieku, tuż przed kluczowym momentem w historii ludzkości: pierwszym lotem z prędkością warp dokonanym przez Zeframa Cochrane’a, który doprowadzi do pierwszego kontaktu z rasą Wolkan. Celem wroga jest wymazanie Federacji z kart historii.
Podczas gdy część załogi pomaga Cochrane’owi dokonać historycznego lotu, na pokładzie Enterprise rozgrywa się dramatyczna walka z Kolektywem. Picard, wciąż prześladowany wspomnieniem swojej asymilacji, przeciwstawia się Królowej Borg.
Data ziemska akcji to: rok 2373 oraz 4-5 kwietnia 2063 roku.
Po chłodnym przyjęciu filmu Star Trek: Generations, Paramount postanowił dać ekipie The Next Generation mocniejszy, bardziej filmowy scenariusz. Brannon Braga i Ronald D. Moore – doświadczeni scenarzyści TNG i DS9 – otrzymali zadanie napisania historii o Borg, jednym z najbardziej znanych i przerażających wrogów w Star Treku.
Produkcję powierzono Jonathanowi Frakesowi, czyli odtwórcy roli komandora Rikera, który dzięki znajomości obsady i świata wprowadził na plan idealną równowagę między akcją a duchem serialu.
Film był również pierwszym, w którym pojawia się nowy okręt – USS Enterprise-E, zaprojektowany przez Hermana Zimmermana i Johna Eavesa. Zdjęcia realizowano głównie w Kalifornii oraz na rozbudowanych planach wnętrz Enterprise’a. Wykorzystano też zaawansowane jak na tamte czasy efekty komputerowe w stworzeniu obrazu Sześcianu i Sfery Borg.
Po premierze w 1996 roku Star Trek: First Contact spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem zarówno fanowskim jak i wśród profesjonalnej krytyki. W recenzjach podkreślano dojrzały ton filmu, dobrze napisany emocjonalny konflikt Picarda z Borg, znakomite tempo akcji, wysoki poziom realizacji i efektów specjalnych,a także świetną muzykę Jerry’ego Goldsmitha.
Wielu uznało film za najlepszy ze wszystkich produkcji z załogą The Next Generation, a nawet za jeden z najlepszych filmów w całym cyklu Star Treka. First Contact zarobił około 146 milionów dolarów przy budżecie 45 mln i stał się znaczącym sukcesem kasowym.
Nie był wyświetlany w polskich kinach, lecz pokazywano go w telewizji Canal+ (premiera 20 marca 1999 roku). Obecnie dostępny w streamingu.
Warianty tytułu roboczego filmu to Star Trek: Borg, Destinies, Future Generations, Generations II, Resurrection.
Film został nominowany do następujących nagród: Oscar za najlepszy makijaż, Blockbuster Entertainment Award za ulubionego aktora science-fiction (Patrick Stewart) i za ulubionego drugoplanowego aktora science-fiction (Jonathan Frakes), Hugo za najlepszą aktorkę drugoplanową (Alfre Woodard). Zdobyte nagrody to: Saturn za najlepszą aktorkę drugoplanową (Alice Krige), Saturn za kostiumy oraz Saturn za najlepszego aktora drugoplanowego (Brent Spiner). Według IMDB zebrał w sumie 8 nagród i 21 nominacji.

Ciekawostki
Scenarzysta Ronald D. Moore wybrał datę 5 kwietnia dla Pierwszego kontaktu po prostu dlatego, że są to urodziny jego syna Jonathana.
Wizjer Geordiego La Forge'a został zastąpiony „implantami ocznymi”. LeVar Burton przez lata lobbował za tym, aby ludzie mogli widzieć jego oczy. Zawsze czuł, że ogranicza to jego zdolności aktorskie. Tutaj jego prośba została spełniona.
Do roli Zephrama Cochrane'a początkowo chciano zatrudnić Toma Hanksa.
Kiedy Wolkanie lądują na Ziemi i nawiązują pierwszy kontakt, Cochrane nie jest w stanie odwzajemnić wolkańskiego pozdrowienia. To meta żart. Wielu aktorów z całej serii „Star Trek” nie potrafi prawidłowo rozdzielić palców. Najbardziej znanym aktorem, który nie może tego zrobić, jest William Shatner. Mike Johansen może, ale tylko lewą ręką, mimo że jest praworęczny. Zachary Quinto musiał mieć sklejone palce.
Podczas tego filmu po raz pierwszy na ekranie pojawia się Kula Borg, mniejszy odpowiednik sześcianu Borg. Powróci w finale serialu Voyager.
USS Defiant, wprowadzony do fabuły Treka w DS9, został zbudowany wyłącznie w celu walki i pokonania Borg. W tym filmie jest to jedyny moment, w którym ten okręt z nim walczy.
Do skutków fabuły filmu nawiązuje epizod Regeneration (ENT), w którym naukowcy odkrywają pozostałości zniszczonego okrętu Borg na Ziemi i nieumyślnie wskrzeszają kilka dronów, prawie sto lat po wydarzeniach z 2063 roku.
W scenie na holodeku można zobaczyć Brannona Bragę i Ronalda D. Moore'a (scenarzystów filmu).
Pod koniec kręcenia filmu Jonathan Frakes zyskał przydomek "Two takes Frakes" (Two takes oznacza "Dwa ujęcia"), z powodu jego wysokiej efektywności jako reżysera.
Zwiastuny
Behind the Scenes
Muzyka
Autor: Peter
Muzykę z First Contact można określić jednym słowem: świetna. Wspaniale oddająca mroczny, ciężki, a zarazem pełen nadziei klimat filmu.
Trzeba pogratulować twórcom, że po cieniactwie z Generations poszli po rozum do głowy i namówili do współpracy prawdziwego kompozytora filmowego.
Jerry Goldsmith, bo o nim mowa, jest prawdziwym weteranem - także Star Treka, zdobywcą chyba kilku Oscarów (jednego na pewno), ilustratorem takich klasycznych już filmów science-fiction, jak choćby "Planeta Małp", "Logan's Run", czy "Obcy - Ósmy Pasażer Nostromo". To jego muzyka ozdabiała pierwszy kinowy film z serii Star Trek. To tam właśnie po raz pierwszy pojawił się temat muzyczny, który później, w nieco odmiennej aranżacji, stał się motywem tytułowym z serialu The Next Generation. Również Jerry Goldsmith jest odpowiedzialny za utwór rozpoczynający każdy odcinek Voyagera.
A wracając do "jedynki". Tam właśnie po raz pierwszy pojawił się mój ulubiony "motyw klingoński", który od tej pory stał się swego rodzaju tradycją w trekach ilustrowanych muzyką Goldsmitha - melodia ta pojawiła się także w Star Trek V (music by Jerry Goldsmith), jest jedną z ciekawszych pozycji właśnie na ścieżce z "Pierwszego Kontaktu".
Nie zabrakło jej także w najnowszym filmie - Insurrection, do którego muzykę również skomponował Jerry Goldsmith.
Ścieżka z First Contact to jedenaście utworów. Początek - bardzo ładny, spokojny i zarazem wpadający w ucho. Potem rewelacyjny utwór "Red Alert", w którym pojawił się "Marsz Borga", jak go niektórzy przezywają (w filmie pojawia się on, gdy widzimy ujęcia sześcianu na tle Ziemi). Ten temat moim zdaniem spokojnie wytrzymuje porównanie z gwiezdnowojennym "The Imperial March", jedynym minusem jest zaś fakt, że jest on bardzo krótki (aż się prosi o kilkuminutową wersję), choć melodia pojawia się potem kilkakrotnie w innych utworach - w nieco innej aranżacji.
Nie ma jednak tego złego, coby na dobre nie wyszło, bo "Borg march" przechodzi w kapitalną, niezwykle dynamiczną aranżację motywu klingońskiego - w filmie był on podkładem do ujęć z Worfem i USS Defiant. Również minusem jest czas trwania - kilkadziesiąt sekund. Ale dynamika tego fragmentu jest niesamowita.
Dalsza część scieżki dźwiękowej jest również bardzo dobra, chociaż miałem wrażenie, że utwory umieszczone są w nieco innej kolejności niż w filmie. Motyw z pościgu za kulą, melodie ilustrujące walkę w korytarzach Enterprise, kawałki ze scen z Królową, muzyka z walki na deflektorze, ze sceny ewakuacji - wszystko to jest naprawdę świetnie skomponowane i doskonale oddające to co się dzieje na ekranie.
Ogromne wrażenie zrobił też na mnie przedostatni fragment, zatytułowany "First Contact". Jak łatwo się domyślić, jest to muzyka ilustrująca końcówkę filmu - lądowanie obcych i pożegnanie z Lily. Po prostu rewelacja!
Ostatni utwór to "End Credits" - i jak to zwykle w filmach bywa, jest on jakby podsumowaniem muzyki z filmu. Dodatkowo pojawia się w nim tytułowa muzyka z serialu (poza tym w filmie jej nie ma, trochę szkoda).
Podsumowując, trzeba odnotować, że pan Goldsmith kapitalnie połączył typową muzykę orkiestrową z instrumentami elektronicznymi. Gość mimo swojego wieku nie jest konserwatywny i nie boi się eksperymentów. I wychodzi mu taki melanż coraz lepiej (w Insurrection też jest tego sporo). Generalnie ścieżka muzyczna z First Contact jest świetnym odwzorowaniem atmosfery filmu i jego akcji.
FAQ
Recenzje
Autor: Q__, 31.01.2012, Muzeum Forum USS Phoenix, reblog
A zatem magicznej mgiełki ciąg dalszy
. Zmierzyłem się z FC (znanym też czasem jako ST VIII).
Cóż powiedzieć? Ten film cały mgiełką stoi.
Trzeci najbardziej dochodowy (w liczbach względnych, a więc bez poprawki na inflację np.) kinowy Trek, po "jedenastce" i TMP, najbardziej dochodowy (i często uznawany za najlepszy) z filmów z załogą TNG. To nie przypadek, jest to bowiem jeden z najbardziej "filmowych" (pod względem formalnym) filmów ST. Wystawny wizualnie, świetnie reżyserowany (Frakes nie jest może Wise'm czy Meyerem, ale już z Abramsem idzie łeb w łeb). Film - podobnie jak "wielka dwójka" TOSowych filmów - wprowadzający nowe mundury, skafandry kosmiczne i wątki przypominające, że akcja toczy się w przestrzeni kosmicznej. Film wreszcie, jak na realia ST, bardzo mało kiczowaty aczkolwiek zieleń widoczna w scenach wybuchów statków Borg, to jakaś niezdrowa obsesja Bermana; potem, w NEM, będzie tej zieleni jeszcze więcej.
Co więc rozkłada ten film, powodując, że mgiełki trzeba? Scenariusz, scenariusz, który Ridley Scott odrzucił z obrzydzeniem (prawie nie do uwierzenia, kiedy Scott kręci dziś "Monopoly").
Początek od razu wskazuje, że przy scenariuszu tym pracował Moore - Picardowe sny i przeczucia (tak, Łysy wie, że Borg nadciąga), nawet jeśli od biedy dałoby się to zwalić na to, że może w głowie zostały mu jakieś implanty i teraz rezonują, mroczniejsza wizja UFP i decyzji sztabowców GF (to zresztą w trekowych filmach norma poniekąd).
Zgrzytają te decyzje ze sposobem w jaki traktowano Picarda w TNG, ale zawsze da się to wytłumaczyć ruchami kadrowymi na admiralskich stołkach. Wreszcie mrok wizualny (potem dojdzie jeszcze bezwzględny sposób w jaki Picard traktuje zasymilowanych podwładnych). Podobnie jak u Wise'a czy Meyera wyjdą na jaw kapitańskie obsesje i brzydsze cechy, ale tym razem dokona się to w sposób wyjątkowo nieprzekonujący.
Właśnie... dalsza część scenariusza wskazuje wyraźnie na to, że mamy tu do czynienia z dziełem duetu B&B - kanon zostaje pogwałcony nie tylko w stosunku do Picarda, ale i Cochrane'a (którego dzieje zostały de facto napisane na nowo w sposób znacznie mniej sensowny). Wyjątkowo idiotyczna temporalistyka, generująca w dodatku pytanie: dlaczego Borg spróbował takiego numeru tylko raz.
Satek kosmiczny budowany wedle zasad rodem z "Powrotu do przyszłości", spłaszczenie wątku Kontaktowego (i pominięcie faktu, że według źródeł pozakanonicznych, w tym fanonu pierwszymi napotkanymi Obcymi nie byli wcale humanoidalni Wolkanie; tak samo zresztą potraktowano sprawę pochodznia Borg od V'Gera) - to wszystko znaki rozpoznawcze stosunku wiadomych panów do Treka.
Pomysłu z królową Borg, zachowującą się trochę wg. reguł brzydkiego stereotypu tzw. niedo*** kobiety (te narzekania na samotność i - dość desperackie - poszukiwanie godnego partnera) nie da się jednak na Bermana i Bragę zrzucić, ten nonsens został im narzucony z góry.
Mimo tych głównych i paru pomniejszych (Data-Terminator stawiający czoła Lilly, pijana Troi - trekowy humor jak zazwyczaj niskich lotów, chowanie statku kosmicznego za Księżycem, pochodzące jeszcze z TNG niekonsekwencje w zachowaniu dronów, gładkie poświęcenie zwierciadła deflektora - okręt wróci do domu bez osłon?) a także braku sensownej fabuły, to miał rację Confused Matthew nazywając FC movie about shooting the Borg.
Poza tą, nieudolnie zrzynającą z Aliens, strzelaniną niewiele tam dostaniemy. Ogląda się to jednak świetnie, pod pewnymi względami lepiej niż INS. Powtórzę: brawa dla pana Frakesa i speców od strony wizualnej, opakować nic tak, by samo opakowanie potrafiło skompensować brak treści, to wielka sztuka. Gdyby scenariusz był choć odrobinę mądrzejszy, powstałoby kolejne trekowe arcydzieło.
Jeszcze tylko smaczki: Defiant sfatygowany przez atak Borg to pomysł Bermana, który szczerze nie cierpiał DS9 i tego, co się z nim wiązało (choćby za to, że współpracownicy wystrychnęli go na dudka, wprowadzając wątek wojenny). Jest to też klęska Bermana, bo Defiant jednak "przeżył". Rick-niedołęga musiał i tu ustąpić przed oporem współpracowników.
Klingońska melodyjka z TMP pojawiająca się, gdy na ekranie widzimy Worfa, to mały a cieszący akcencik. Równie fajny jest tekst Lilly: Borg? Sounds swedish, takie momenty powodują, że ma się ochotę wybaczyć ósmemu z Treków to czy owo.
Warto także odnotować, że - w przeciwieństwie do wątków pieniężnych u Bennetta i Meyera - w FC dostajemy pełną powtórkę wywodów Łysego z "The Neutral Zone" (w UFP nie używa się pieniędzy, a o chciwości dawno zapomniano).
PS
Wątek Cochrane'a traktowany jest zazwyczaj ambiwalentnie, bo i najbardziej zaburaczony, i - jednocześnie - wprowadza do fabuły wątek eksploracyjny oraz pewne sensy (a w sumie sens jeden, za to mocny: pytanie o to, jacy naprawdę byli bohaterowie przeszłości i co nimi motywowało). Nie zamierzam bronić grzebania brudnymi paluchami w kanonie (zmiana Alpha Centauri na Ziemię i samego wyglądu Zephrama), chałupniczego budowania warpshipów na wyniszczonej Ziemi etc.
Jednak dłużej zatrzymam się nad finansową motywacją Cochrane'a... Otóż można bronić logiki prawdy ekranu twierdzeniem, że Zephram - wijący się jak piskorz, byle uniknąć wepchnięcia* w rolę bohatera, którą przewidzieli dlań przybysze z XXIV wieku i doznający jawnej repulsji w obliczu składanych mu hołdów, mógł zwyczajnie kłamać, starając się wypaść jak najgorzej w ich oczach, by zyskać święty spokój.
Jak ktoś słusznie napisał: postać łącząca cechy Einsteina i Chucka Yeagera, w dodatku - nawet w wersji z FC - walcząca z takim zapałem o realizację swojego snu, musi mieć w sobie więcej z herosa, niż na to wskazywałby alkoholizm, ostentacyjne luzactwo i próby nieudolnego zalecania się do Troi. (Zwłaszcza, że - jak kiedyś mówiłem - nie da się uwierzyć, aby w realiach Ziemi po III Wojnie Światowej dało się zarobić na takim projekcie.) Tak, Cochrane robił Rikera** i Geordiego w bambuko.
* Wpychanie to, co jest zresztą w sytuacji bohaterów dość zrozumiałe, dokonywane było brutalnymi metodami (ten strzał z fazera - moi Xon i Zipok tak ładnie wpisują się w kanon, a mimo to zgłaszano do nich pretensje
), to i opór, choćby werbalny, nie dziwi...
** Skoro o Rikerze mowa... chwaliłem Frakesa-reżysera... widać Jonathan F. na tyle dobrze bawilł się na planie, że nie umiał tego też ukryć występując na nim jako aktor, wiecznie (dość głupkowato) uśmiechnięty Riker z FC to jeden ze słabszych występów tej postaci...
***
Autor: Picard
First Contact – last good Trek?
W roku 1996 końca dobiegła najlepsza epoka w dziejach Treka – złota dekada, podczas której powstało mnóstwo filmów i seriali osadzonych w uniwersum Gene'a Roddenberry'ego, a ilość odcinków serii prawie zawsze szła w parze z ich jakością.
Okres ten zwieńczyło pojawienie się na dużych ekranach ósmego filmu kinowego o przygodach załogi okrętu kosmicznego Enterprise. Tym razem jest to wyłącznie załoga ,,Następnego Pokolenia" pod egidą kapitana Picarda, a sam Enterprise to nowiutka konstrukcja stworzona specjalnie na potrzeby filmu. Nasi bohaterowie będą musieli stawić czoła prawdziwemu Nemezis Federacji jakim jest Kolektyw Borga, który stara się zmienić historię Ziemi. W tym celu Borg cofa się w przeszłość, aby zasymilować wszystkich ludzi żyjących na Ziemi krótko po zakończeniu III wojny światowej, a załoga nowego Enterprise-E musi mu w tym przeszkodzić.
Co da się powiedzieć o tym filmie? Po pierwsze, że jego fabuła, która na pierwszy rzut oka wydaje się być do bólu oklepana nie jest wcale zła, gdyż scenarzyści zadbali o parę ciekawych niespodzianek, które uatrakcyjniły tą standardową historię. O tym będzie jeszcze mowa nieco później.
Po drugie zaś: w odróżnieniu od ,,Generations" w tym wypadku mamy do czynienia z filmem z prawdziwego zdarzenia. Zapomnijcie więc o wrażeniu, że oglądacie odcinek serialu przeniesiony na duży ekran – tu wszystko zostało przedstawione tak, jak powinno być w przypadku filmu, który ma podbić serca kinowej widowni.
Zacznijmy od wzmiankowanego już okrętu Enterprise, którego image dobrze łączy tradycyjny wygląd jednostki Federacji z futurystyczną wyobraźnią twórców ,,First Contact". Okręt wygląda stylowo, elegancko a jednocześnie ma nowy, bardziej agresywny i wyścigowy kształt. Podobnie ma się rzecz z wnętrzami okrętu – łączą w sobie znane i drogie sercu każdego Trekera pomieszczenia i gadżety z nowatorską wyobraźnią autorów filmu.
Również wygląd samej załogi się zmienił – np. Geordi LaForge pozbył się niewygodnego VISORa na rzecz funkcjonalnych implantów wzrokowych, które nadają mu iście kosmiczny wygląd.
Sam Borg – zarówno ich okręt jak i oni sami – również wyglądają znajomo ale większy budżet sprawił jednocześnie, że ich obecna aparycja jest bardziej groźna i realistyczna. To właśnie dzięki nowemu image Borg ,,First Contact" nominowany był w roku 1997 w do Oscara w kategorii ,,Najlepsza charakteryzacja".
Większy budżet filmu i bardziej zmasowane zastosowanie nowoczesnej techniki filmowej widać również w scenach bitwy toczącej się pomiędzy Borg a Federacją na orbicie Ziemi – tu po raz pierwszy od lat widać, że Federacja to wielka organizacja, a nie tylko jeden okręt zagubiony gdzieś w kosmosie. Na ekranie kłębią się dziesiątki różnych okrętów, z których wiele to całkiem nowe, unikatowe konstrukcje, podobnie jak Enterprise stworzone specjalnie na potrzeby filmu.
Nie sposób również nie zauważyć, że wśród nich jest znany z serialu DS9 okręt bojowy Defiant pod dowództwem Worfa. Ów wtręt to inteligentny rodzaj fanserwisu, który cieszy oko fana a nie zraża do filmu postronnego widza, który ma prawo nie widzieć nic o ,,Star Trek". Tak szczodrze twórcy wielkoekranowego Treka nie obdarzyli Federacji jeszcze nigdy.
Jeśli już zaś jesteśmy przy szczodrym obdarowywaniu, to Jerry Goldsmith wraz z synem Joelem sprezentowali nam wspaniały kawałek muzyki filmowej, który nie tylko pięknie komponuje się z filmem, ale też stanowi jeden z najlepszych soundtracków, jakie do tej pory zdarzyło mi się słyszeć.
Również efekty specjalne prezentują się nadzwyczaj dobrze, mimo że od czasów realizacji filmu upłynęło już ładnych parę lat: okręty federacyjne śmigające tuż przed wybuchającym w kaskadzie zielonego ognia sześcianem Borg, Enterprise znikający w błękitnym wirze temporalnym, spacer załogantów na zewnętrznym pancerzu Enterprise na tle Ziemi…To wszystko sprawia, że ,,First Contact" jest zwyczajnie piękny od strony wizualnej.
Co ważniejsze jednak, efekty nie są jedyną rzeczą, która przekuwa uwagę widza. Na uwagę bowiem zasługuje sposób, w jaki potraktowano fabułę, wydawałoby się żywcem wyjętą z ,,Terminatora".
Przede wszystkim ,,First Contact", w większym stopniu niż inne filmy serii, skupia się na psychice i wewnętrznych przeżyciach bohaterów. W centrum uwagi jest tu kapitan Picard, który przeżywa na nowo koszmar związany z uprowadzeniem przez Borg i musi stawić czoło nie tylko Kolektywowi ale również swoim własnym lękom i uprzedzeniom z tym związanym. Sprawia to, że Jean-Luc staje się postacią być może mniej idealną w oczach widza, ale za to zdecydowanie bardziej ludzką i taką, z którą łatwiej jest się widzowi utożsamić. Ukłony należą się w tym wypadku oczywiście Patrickowi Stewartowi za stworzenie przekonującej i przejmującej kreacji.
W centrum zainteresowania twórców jest także komandor Data - jak zwykle świetny Brent Spiner – tym razem postawiony przed dylematem czy wybrać lojalność wobec swoich towarzyszy, czy też możliwość odczuwania i dalszego samorozwoju na skalę jaka mu się dotąd nie śniła? Aktor zgarnął za tę rolę prestiżową nagrodę Saturna.
Kusicielką naszego sympatycznego androida, a zarazem trzecią z kluczowych postaci jest królowa Borg brawurowo grana przez Alice Krige, która za tą rolę nagrodzona została również Saturnem. Jej kreacja jest mroczna, intrygująca i co dziwne – zważywszy na mocno nieludzki wygląd Królowej – nawet dość zmysłowa.
W końcu ostatnią naprawdę liczącą się tu postacią jest Zefram Cochrane, którego wyrazisty portret maluje przed widzami James Cromwell. Wynalazca napędu warp jest zupełnie inną postacią niż się można by było tego spodziewać: nie jest oczekiwanym przez załogę szlachetnym idealistą, ale rubasznym wielbicielem starych piosenek i niestroniącym od kieliszka podrywaczem. Jedynym – i to dość istotnym zgrzytem odnośnie tej postaci - jest fakt, że w Oryginalnym Serialu Zefram mieszkał na Alfa Centauri tutaj zaś boi się nawet latać. W ogóle fabuła nie wskazuje na to, by w czasach Cochrane'a ludzie wybrali się już gdzieś poza swoją planetę. Ale jest to jedyny istotny zgrzyt w fabule filmu, która obfituje w pełnokrwiste postaci i ciekawe zwroty akcji - a także zadaje ciekawe pytania i ma swoisty klimat.
Co do wzmiankowanej atmosfery, to jest ona w ,,First Contact" dość mroczna ale i niepozostawiająca promyka nadziej na przyszłość. Pod tym względem bardziej przypomina klasyczny dreszczowiec s-f ,,Aliens" niż dotychczasowe kinowe ,,Star Treki" – co jest dla mnie ciekawym posunięciem ze strony twórców.
Ciążąc bardziej w stronę fantastyczno-naukowego thrillera, ,,First Contact" nie przestaje jednocześnie zadawać w warstwie fabularnej ciekawych pytań: czy natura ludzka rzeczywiście może się zmienić, czy wciąż jesteśmy jednostkami ulegającym niskim instynktom i chęci zbijania, czy historia przekazuje nam prawdziwy obraz przeszłości, w końcu czy rozwój technologiczny doprowadzi do powstania szlachetnej Federacji czy bardziej czegoś na kształt nikczemnego Borga?
Podsumowując: gdyby nie zgrzyty z trekowym kanonem (ale nie do końca niewytłumaczalne!) film byłby w swojej kategorii niemal doskonały.
Ocena: 9/10
***
Autor: Ledsbourne, reblog
First Contact
Najlepsze ukazanie Borg, podwójna konstrukcja fabuły dająca wszystkim postaciom pole do popisu, podróż w czasie i romantyczna scena pierwszego kontaktu z obcymi.
Najbardziej podobały mi się wątki personalnej vendetty Picarda i kuszenia Daty, ale wątek „ziemski” był równorzędny w kwestii znaczenia dla fabuły. Świetne ukazanie „zwykłego człowieka” Cochrane’a, w sumie całkiem współgrające z jego wizerunkiem w TOS.
Dużo humoru, który wypada wyjątkowo dobrze – scena z pijaną Troi, cameo Doktora czy Barclaya są smaczkami dla fanów, ale przystępnymi dla laika. Do tego kilka genialnych cytatów („Borg? Sounds Swedish” czy Picard parafrazujący Twaina).
Fajne wyjaśnienie funkcjonowania Borg – logiczne i ukrywające potencjalne dziury logiczne pod płaszczykiem tajemnicy. Podoba mi się motyw z utożsamianiem asymilacji i jednakowości z perfekcją przy jednoczesnej tęsknocie za jakąś formą indywidualności.
Kolejne rozbudowanie postaci Daty – kuszenie człowieczeństwem poprzez cielesność, odczuwanie i seksualność przeciwstawione relacji z Picardem i postawieniu na faktycznie ludzkie zachowanie, udowodnienie po raz kolejny, że jest pełnoprawnym „człowiekiem”.
Rewelacyjne efekty specjalne – z czasów, gdy wszystkim jeszcze bardzo zależało i CGI zostaje odpowiednio zmieszane z praktycznymi efektami na modelach dla większej „mięsistości” i naturalności końcowego efektu. Szczególnie bitwa na początku robi wrażenie.
Wszystko w tej części jest poza tym bardzo dynamiczne, do tego przedstawione w sposób przystępny i klarowny dla przeciętnego widza, a przy tym bez olewania wtajemniczonych fanów (za to z wynagradzaniem ich możliwością odkrywania kolejnych warstw fabuły).
