Opis
Georgiou staje się głównym ogniwem planu zakończenia wojny klingońskiej raz na zawsze. Załoga USS Discovery stara się zrozumieć i odnaleźć się w jej agresywnej taktyce. Burnham ponownie przeżywa traumatyczne wspomnienia z przeszłości.
Polski tytuł: Weźmiesz moją dłoń?
Zwiastuny
Recenzje
Autor: Ledsbourne, 22.08.2023, Discord Star Trek
Georgiou jako kapitan flexuje i trzaska na prawo i lewo rasistowskimi tekstami (podoba mi się "banter" z Saru, który stwierdza, że stał się "unpalatable" jako szpila do tego, że dowiedział się o Cesarzowej wsuwającej jego ziomków).
Znowu Tilly mocno zaplusowała, najpierw jak dowiedziała się, że kapitan to jest ta evil Georgiou i dla jaj zasalutowała do niej po terrańsku (co było najzabawniejszą dla mnie sceną w Discovery póki co) a potem jak się zjarała z jakimś oriońskim dziadkiem u Klingonów (i tak zachowując najwięcej czujności z całej grupy wypadowej).
Niby wszystkich goni czas, Cesarzowa próbuje przez łóżko wydobyć informacje, a Michael z Ashem sobie zaczynają rozprawiać o swoich problemach i traumach z dzieciństwa... Ogólnie jak na odcinek na Qo'noS, to jest kiepsko, głównie wizualnie - rozumiem, że to jakieś slumsy, ale i tak w TNG nawet takie dzielnice lepiej wyglądały. Przywalę się jeszcze do stroju L'Rell - no nie mogę, wygląda, jakby miała sukienkę z falbankami...
Samo zakończenie wojny - pokojowe - jest jednak bardzo w duchu Treka i za to duży plus, nawet jeśli cały odcinek jest pisany trochę na siłę pod właśnie taką konkluzję. Ash postanawia integrować się z cieniem i pomóc L'Rell zjednoczyć Klingonów, a w scenie, gdy żegna się z Burnham, montażysta strasznie skopał robotę i puścił dwa razy to samo ujęcie z różnych kamer, więc widzimy, jak Ash odchodzi, po czym mamy inne ujęcie, na którym jest cofnięty i znowu odchodzi - drobny szczegół, który mnie tutaj ukłuł 😛
Wreszcie zakończenie i rehabilitacja dzielnej Burnham, która przecież w pojedynkę pokonała Klingonów, zachowując przy tym standardy moralne Federacji. Burnham wygłasza kwiecistą przemowę przed admiralicją, która wygląda jak wierszyk na apelu szkolny - toż Picard wygłaszał lepsze mowy podczas tortur kardasjańskich 😄 7/10 za tego trekowego ducha, który wreszcie jest wyczuwalny.
***
Recenzja pierwszego sezonu. Autor: radzio_m, 3.11.2023, Discord Star Trek.
Obejrzałem wreszcie pierwszy sezon Disco. Trudno ocenić obiektywnie, bo od początku już byłem nastawiony, że to jest słaby Trek. Do tego oglądałem to z dużymi przerwami. Teraz były dwa ostatnie odcinki a poprzednie chyba kilka miesięcy temu. W każdym razie spróbuję napisać swoje odczucia. Choć nie jestem w tym zbyt dobry. Pewnie będzie trochę chaotycznie. Pewnie w trakcie pisania różne rzeczy będą mi się przypominać na bieżąco.
Chyba dwie pierwsze rzeczy, które nie bardzo mi się podobały już od samego początku, to Klingoni i "grzybkowy napęd". Nie rozumiem jak można było tak pozmieniać rasę "ukształtowaną" przez poprzednie seriale. Nie mogłem się do nich przekonać przez cały sezon. Dla mnie to nie byli Klingoni.
Grzybkowy napęd z kolei jest dla mnie wybitnie durnym pomysłem. Już mogli wymyśleć kolejne jakieś nieznane wcześniej cząsteczki czy coś. Do tego możliwosć dowolnego pojawienia się w wybranym miejscu. To jest zbyt idealne. Do tego w "przyszłości" nie było słowa o czymś takim. Czyli super technologia, którą tak sobie zapomniano. No chyba, że to jest potem jakoś wyjaśnione, dlaczego nikt tego później nie użył.
Te dwie rzeczy, o których napisałem może jeszcze miałyby sens, dyby to była przyszłość. Czyli nowy super statek z możliwością podróżowania nie znaną do tej pory. A Klingoni to jakaś nowa rasy czy coś.
Kolejna sprawa. Od samego początku jest w tym serialu strasznie ponuro. Od razu wojna i to z grubej rury. Zresztą zakończona jakoś tak bezsensu dla mnie. Wszystko jest ciemne, mroczne. Brak tego pozytywnego podejścia, które czułem w poprzednich serialach. Tej nadziei dla ludzi, poznawania nowych światów i cywilizacji. Tu ciągłe zabijanie.
Nie czuję tu ducha Star Treka.
Załoga też jakaś taka niedająca się lubić. No może były momenty, że jakoś pozytywnie odbierałem Stametsa, Saru i Tilly. No i z postaci drugo - trzecioplanowych najlepszy Harry Mudd. Z resztą odcinek z nim i gmeraniem z czasem, był dla mnie najlepszy w całym sezonie.
Dziwne były też zwroty akcji. Takie, żeby były bardzo zaskakujące. Śmierć, niektórych osób itd. Jakoś nie kupiło mnie to.
Wizualnie wyglądał serial bardzo dobrze. Poza tym, że jest ciemny. I tu jest też problem nagrywania z wykorzystaniem bardziej współczesnej technologii rzeczy, które dzieją się dziesiątki i setki lat wcześniej w filmowej, serialowej rzeczywistości. Wiadomo, że nie można w 21 wieku zrobić scenografii jak z lat 60 ubiegłego stulecia, ale przynajmniej można próbować oddać klimat. To moim zdaniem udało się w ENT względem starszych seriali, grało i podobało mi się to również w filmach Abramsa. Tu scenarzyści jakoś się nie przyłożyli. Chyba tylko w kwestii mundurów. Coś w stylu: "Hmm, w ENT mieli niebieskie mundury. A to będzie się działo po ENT i przed TOS, to dajmy im takie granatowe mundury trochę bardziej futurystyczne."
Tu jeszcze raz mógłbym napisać, że chyba lepiej byłoby, gdyby to się działo w jakiejś dalszej przyszłości.
Mam wrażenie, też trochę braku konsekwencji. Ktoś robi coś strasznego. W następnym odcinku przechodzimy nad tym do porządku dziennego, jakby nic się nie stało.
Albo rozwiązania typu. W jednym odcinku - "O nie nie mamy grzybków i nie mamy skąd ich wziąć. Już nie skoczymy". W kolejnym "Mam genialny pomył skąd wziąć grzybki dosłownie w kilka minut. Spoko".
Powtórzę się jeszcze. Najbardziej brakowało mi ducha Star Treka. Podróży, tolerancji, ciekawości, próby zrozumienia innych. Tu chyba jedyną taką rzeczą było to, że Stamets miał chłopaka, z naciskiem na miał. No i w ostatnim odcinku w zakończeniu niby coś tam próbowali wcisnąć o zasadach Gwiezdnej Floty i Federacji ale to była jakieś takie na doczepkę.
Kiedyś jak zobaczyłem nazwę tego serialu - Discovery, miałem pozytywne skojarzenia. Odkrycia, podróże, nowe światy, a się okazało, że nic z tego tu nie ma. Mrok, wojna, trup ściele się gęsto.
