Opis
Pierwszy dzień służby chorążej Tendi na okręcie Gwiezdnej Floty, USS Cerritos, gdzie poznaje innych członków załogi, chorążych: Mariner, Boimlera i Rutherforda.
W międzyczasie Boimler otrzymuje tajne zadanie specjalne, Rutherford stara się utrzymać swoje randkowe życie w stabilnym stanie, a na okręt spada katastrofa.
Polski tytuł: Drugi kontakt
Zwiastuny
Recenzje
Autor: Q__, 7.08.2020, Muzeum Forum USS Phoenix
Ha, trudno, wychodzi na to, że ja będę pierwszy... Powiem tak... (Sądząc po pierwszym odcinku, więc jest to opinia robocza i mogąca ulec zmianie.)
Jeśli ktoś szuka starotrekowego (dętego czasem) patosu i pełnego powagi podejścia do świata ST, to niech - z nowych rzeczy - sięga po "Prelude to Axanar" (gdzieś tam ocalało). Jeśli interesuje go parodia polegająca na pełnej miłości zabawie trekowymi wątkami czy robieniu metakomentarza do ST - niech bierze się za ORV i "Galaxy Quest". Jeśli oczekuje klasycznego Treka, tylko animowanego - zostaje mu TAS. Jeśli chciałby inteligentnej groteski SF, ma do wyboru sporo dzieł Lema, wiadomy cykl D. Adamsa (przynajmniej najlepsze wątki najlepszych tomów), Futuramę i niektóre odcinki DW. Ale jeśli komuś wystarczy współczesna komediowa kreskówka (przypominająca nieco darmowo udostępniane na YT reklamówki znanych franczyz), gęsto polana lukrem trekowości (wizualnie to jednak czysta era TNG, a i wątki przewodnie, choć rozgrywane w sposób zdolny postawić włosy na głowie co konserwatywniejszego Trekera, wpisują się jednak w tradycje ST) - mnie, o dziwo, wystarczyła (choć mam wrażenie, że CBS wyciągnął wnioski z popularności The Orville, Mandalorianina i Ricka & Morty'ego i poszukał najniższego wspólnego mianownika) - powinien być zadowolony.
Sama fabuła "Second Contact"? W streszczeniu? Dość mocno trekowa: po ujawnionej już, wstępnej, scenie, na statek przybywa nowa chorąży sekcji naukowej, pielęgniarka Tendi, mająca entuzjastyczny stosunek do służby. Trafia pod skrzydła służbisty, chorążego Boimlera, jednak do oprowadzania jej po statku przyłącza się również rogata dusza - chorąży Mariner, i w efekcie B. z M., niczym symboliczne głosy sumienia i diabła kusiciela w moralitecie, prezentują koleżance dwa skrajnie odmienne podejścia do służby, zapoznając ją przy okazji ze statkiem. Po drodze spotykają inżynieryjnego nerda, cyborga, chorążego Rutherforda, którego - wadliwie działający - wolkański implant czyni chwilami stoickim i nieporuszonym, choć zżera go trema przed planowaną randką.
Potem zdarzenia przyspieszają - Boimler dostaje od kapitan-mamuśki poufne zadanie pilnowania jej niesubordynowanej córki. Śledzi więc Mariner, gdy ta bierze Argo i zawozi przemycony... sprzęt rolniczy potrzebującym go tubylcom, ale - choć, przy bardzo obojętnej postawie koleżanki, potrubowany zostaje przez mleczne zwierzę Obcych (mające postać monstrualnego pająka; tu m.in. widzę nawiązanie do Mandalorianina) - decyduje się nie meldować o całym zajściu (bo rozumie, że kierowała nią, chcąca wyprzedzić biurokratyczne procedury, troska o cierpiących głód, świniopodobnych z wyglądu, miejscowych).
Tymczasem Pierwszy Oficer, ostentacyjnie lekceważąc procedury, zawleka na pokład groźnego, zmieniającego załogantów w zombie, wirusa. Tendi musi (ponieważ główny pielęgniarz padł również ofiarą epidemii) odnaleźć się w roli asystentki CMO w środku ostrego kryzysu. Natomiast Rutherford długo stara się "nie zauważać" zagrożenia, by nic nie popsuło jego idealnej randki, jednak kończy heroicznie przedzierając się, ramię w ramię z (potencjalną) partnerką, przez hordy spotworniałych kolegów. Niemniej wspólna walka nie zbliża go do pięknej Trillki, a oddala od niej, bo przy okazji wychodzi na to, że nie podziela ona jego inżynieryjnych pasji.
Rzecz kończy deus ex-machina - pajęczy śluz, który przyniósł na sobie na pokład powracający Boimler okazuje się cudownym lekiem błyskawicznie odwracającym wiadomą chorobę. I dwiema potencjalnymi parami (być może nie tylko przyjaciół) - Mariner jest zachwycona kolegą, który na nią nie doniósł, a Rutherford znajduje bratnią duszę w podobnie zafascynowanej swoją robotą wiadomej Orionce.
Aha, dostajemy jeszcze ze dwie, bardzo orville'owate w stylu, kłótnie kapitańsko-admiralskich rodzicieli protagonistki.
Z tym, że to, co na papierze wygląda jak jeszcze jeden odcinek, może nie TNG, ale ORV czy - od biedy - DS9 lub VOY, realizacyjnie jest gnającą na oślep, pełną wizualnej i fabularnej, przesady, hałaśliwą kreskówką, którą da się oglądać raczej jak wizualizację, toczonej nad flachą romulańskiej niebieskiej wódy, opowieści starej Mariner, niż faktograficznie ścisłe odtworzenie jednej z misji Cerritosa.
(Stąd i - mimo licznych kanonicznych smaczków - pytań o zgodność z kanonem, a tym bardziej o sens, nie ma co stawiać. Ani zastanawiać się kogo oni do tej GF teraz przyjmują...) Po przyjęciu powyższej poprawki - fajna papka dla oczu.
Tymczasem na IMDB nota serii - 5,6, nota odcinka - 6,5, a na RT 62% od krytyków i 35% od widowni.
***
Autor: Dreamweb, 8.08.2020, Muzeum Forum USS Phoenix
Powiem szczerze - wizualnie mnie kupili, duch ery TNG unosi się wszędzie, poczynając od czołówki i czcionki użytej w napisach tamże. Muzyka też super, na razie motyw przewodni nie wpadł w ucho jak dzieła J. Goldsmitha, ale może z czasem wpadnie (czy mi się wydaje czy gdzieś w połowie mamy krótkie nawiązanie do motywu z VOY?).
Co do reszty, widziałem gdzieś taką interpretację, że LD to kreskówka, którą oglądają dla śmiechu prawdziwi oficerowie floty - taki serial w serialu. A może i niech tak będzie? Owszem humor zbyt nachalny i nic poza nim prawie nie ma (czyli w kwestii parodystycznej idziemy tu znacznie dalej niż Orville).
Póki co podoba mi się Tendi jako "ta nowa", poniekąd poznajemy świat serialu razem z nią. Mariner jako samica alfa trochę wkurza, to taka wersja Tilly, której w przeciwieństwie do oryginału, nie zależy na promocji ani w sumie na niczym więc wali prosto z mostu. No nic, tragedii nie ma, powodu do zachwytu też nie, zobaczymy, co będzie dalej. (...)
***
Autor: The_D, 11.08.2020, Muzeum Forum USS Phoenix
Obejrzałem pierwszy odcinek z czystą głową i bez żadnych oczekiwań. I powiem tak, da się oglądać bez zgrzytania zębami, może nawet się kilka razy uśmiechnąć. Ale przypuszczam, że jeżeli formuła żartów się nie zmieni, to po kilku odcinkach zaczną bardziej nużyć.
Natomiast przypominało mi to nieco początki Orville, bo pamiętajmy, że w pierwszych kilku odcinkach humor też nie był najlepszych lotów, a jednak się wyrobili. Bo tu i ówdzie Lower Decks pokazywał potencjał, np. sam pomysł na "Drugi Kontakt" i że to oni odwalają najważniejszą robotę, a ci od Pierwszego tylko spijają śmietankę i brylują jako celebryci.
Natomiast tempo rzeczywiście szaleńcze, plus trochę pomysłów, które po przeczytaniu Red Shirts Scalziego wydają się już wtórne, np. pokazanie załogi mostka jako chodzących stereotypów albo to, że niżsi oficerowie się najbardziej narażają, a nikt im nawet "dziękuję" nie powie. Na czymś takim nie da się zrobić całego sezonu, z resztą nawet Scalzi się zorientował i skierował fabułę swojej powieści na inne tory.
