Startrek.pl

USS Phoenix

Course: Oblivion

Opis

Torres i Paris nareszcie biorą ślub - niestety, ich holograficzny miesiąc miodowy zostaje przerwany przez tajemnicze zjawisko, które niszczy strukturę Voyagera i jego załogę.

Polski tytuł: Kurs na niebyt

Zwiastuny

Recenzje

Autor: xetnoinu, 8.05.2024, Discord Star Trek, reblog

Zapomniana, nietypowa i warta powtórki perełka fabularna Voyagera.

Zaczyna się bardzo filmowo - długo wyczekiwanym ślubem B’Elanny i Parisa. Kolorystyka kadrów jest przemyślana i ... nie jest ślubna. Nie ma panny młodej w wymyślnej sukni ani pana młodego we fraku. Widz dostaje podprogowy sygnał, że nie będzie sztampowo. Ślubna biel jako kontrast do beżów tła ścian, mundurów i kultowych wykładzin - pojawia się precyzyjnie trzy razy. Pierwszy: jako woreczki, drugi: bukiet kwiatów oraz trzeci raz: jako deszcz ryżu sypanego na szczęście młodej parze. Biel zaczyna dominować ekran a opadające ziarenka, przenikając przez podłogi pokładów, zwiastują anomalię i problemy z jakimi za moment zmierzą się i młodzi, jak i cała załoga.

Scena otwierająca z górnej półki, pomimo archaicznych już dziś efektów cgi, nic nie straciła, bo jej siła nie jest w tym, jak ją obrobiono komputerowo - ale co i w jakim celu pokazano i jak przedstawiono w niej wszystkie kluczowe postaci tej opowieści. Wyśmienite pierwszoligowe otwarcie przed czołówką. Jedno z najlepszych w całej serii.

Kontynuowany podprogowy niepokój jest potęgowany drobnymi zmianami. Niby wszystko jest tak samo, ale jednak oświetlenie jest lekko inne, często ciemniejsze, bohaterowie troszkę inaczej zwracają się do siebie, szczególnie do kapitan, ujęcia troszkę inaczej skomponowane. Ale nie ma tu nic, co widz wychwyciłby za pierwszym razem. Narasta jednak pewien podprogowy subtelny przekaz - coś jest inaczej.

Mamy nagle inny unowocześniony napęd. Nic nigdy o nim nie było – ale już przywykliśmy podprogowo do różnic. Nie włączają się widzowi dzwoneczki, że moment... coś tu nie gra. Przyjmujemy że ok, jest lepszy napęd. Związek Parisa i głównej mechanik mega przyspieszył w sumie nie wiadomo kiedy. Ok. Przyspieszył.

Kiedy wie się po latach, o czym jest ten odcinek i do czego zmierza, zaczyna się widzieć te fantastyczne zabiegi, detale jakie mamy na tacy -a dajemy się wspaniale uwieść. W sumie chcemy tego. Chcemy szczęścia tej pary, lepszego napędu, szybszego powrotu do domu, normalizacji i radości nawet z nadłożenia drogi, by zbadać jakieś zjawisko gwiezdne.

Anomalie na pokładach niweczą miesiąc miodowy. Zaczyna się dochodzenie. Logiczne do bólu. Zimne. Merytoryczne. Neelix, niezwykle rzeczowy, dostarcza kluczowy wątek śledztwa – przedmioty, które nie podlegają anomalii z zupełnie niejasnych przyczyn. Emocje niespełnionego związku pomiędzy przykutą do łóżka w ambulatorium chorą B’Elanną a bezradnym Parisem - równoważy niezwykły chłód śledczych Tuvoka i Chakotaya.

Następuje punkt zwrotny. B’Elanna umiera a oficerowie mają hipotezę. Wszyscy i wszystko są mimetycznymi kopiami z Demonicznej planety. Podanie katalizatora do ciała zmarłej, które rozpuszcza ją w chemiczną breję – kończy dochodzenie niezbitym dowodem.

Nie ma lamentu, płaczu. Są fakty. Widz zbiera szczękę z podłogi. Minęła jedna trzecia odcinka.

Na scenę wkracza kapitan. Jeszcze bardziej patologicznie bezkompromisowa niż zwykle. Ale już to rozumiemy. To świat kopii, imaginarium impostorium, są różnice, choć na pozór ich nie ma.

Scenarzyści prowadzą nas przez świetną dramę szekspirowską i rewelacyjne dialogi. Konflikt czy okręt ma lecieć na Ziemię czy na Demoniczną planetę? Czy to jest Flota czy nie jest? Umierają kolejne postacie. Wszyscy trzymają jednak fason i gardę. Jest do bólu godnie i zgodnie z niepisaną instrukcją oficerskiego umierania. Etos floty jest tak ważny, że załoga rezygnuje z możliwości skorzystania z azylu na podobnej, być może ratującej ich istnienia, planecie.

W ostatnim akcie nie ma już innego logicznego wyjścia. Umierają: pierwszy, kapitan, kolejno jeden po drugim załoganci. Na mostku dowodzi wieczny chorąży Kim. Ostatki okrętu i ostańcy próbują dotrzeć do Demonicznej planety, gdy wykrywają na sensorach oryginalnego Voyagera.

Załoga już właściwie nie liczy na ocalenie. Próbuje po sobie zostawić ślad: sondę z dziennikami pokładowymi zbudowaną z materiałów niepochodzących z mimetycznej ojczyzny.

Sonda zostaje zniszczona. Załoga o tym wie. Wreszcie sami zamieniają się w kosmiczne zbiorowisko brei i atomów. Oryginalny Voyager przybywa za późno.

Załoga zduplikowanego okrętu starała się za wszelką cenę zrealizować poetycką dewizę – nie wszystek umrę. Ale kosmos ma swoje reguły. Wszystek umrzesz! I to tak, że nikt nigdy nie dowie się nie tylko, jak żyłeś, ani co robiłeś - ale nawet o tym, że istniałeś.

Ten odcinek, jak mało który w całej historii Treka, pokazuje nicość i pustkę samotnej, niezapamiętanej śmierci w kosmosie, wyróżniając się najbardziej chyba pesymistycznym ale i prawdziwym zakończeniem.

Czapki z głów, że scenarzyści, w rozrywkowym i rodzinnym z założenia serialu, mieli odwagę coś takiego zaprezentować.

PS. Natomiast czy ten odcinek z impostorami ma wady. No ma.

Charakteryzacja w trzecim akcie – twarze się rozkładają, okręt się rozkłada a ubrania ... jak po krochmaleniu idealne.

Luka pamięciowa - czyli jakim cudem te istoty zapomniały, że są kopiami.

I problem kiedy nauczyły się oddychać tlenem, bo jest wspomniane, że były odwiedzane planety i tam Neelix zbierał produkty żywnościowe. Ale to już detale.

 

Dołącz do spoleczności!

Wpadnij na nasz serwer Discord, pogadaj o Star Treku i innej fantastyce.
searchclosearrow-circle-o-downbarsangle-leftangle-rightellipsis-v