Startrek.pl

USS Phoenix

Dlaczego nie lubię Enterprise?

Autor: Kazeite, maj 2003 roku.

No właśnie, dlaczego? Łatwo jest powiedzieć 'Entek suxx' czy 'Entek roxx', ale ważną sprawą jest, żeby to uzasadnić. Postaram się więc wykazać, jakie są moje motywy i moje odczucia, kiedy to ja osobiście mówię 'Entek suxx'.

Poczynając od podstaw, wszyscy się chyba ze mną zgodzą, że każdy serial musi nosić pozory wiarygodności - innymi słowy musi sprawiać wiarygodne wrażenie. Niepotrzebne są tu aż dokładne schematy działania wizyjnych urządzeń - wystarczy, że dany gadżet wygląda wiarygodnie i działa wiarygodnie. W przypadku większości seriali science-fiction jeszcze lepiej jest, jeżeli za zasadami działania stoi prawdziwa nauka - to jest, że urządzenie wykrywa nie jakieś fikcyjne promienie zeta, ale powiedzmy zmiany z natężeniu pola magnetycznego na podstawie powiedzmy zmian tegoż natężenia w uzwojeniu sensora magnetycznego. Brzmi wiarygodnie, chociaż może nie mieć sensu, prawda? Dalej, obok urządzeń ważne są też pozory wiarygodności całego uniwersum, które kreuje serial - to znaczy, że każde wydarzenie powinno logicznie wynikać z wydarzeń je poprzedzających.

I jak wypada wobec takich kryteriów Enterprise? W mojej opinii raczej słabo. Generalnie rzecz mówiąc, otoczka techniczna była zawsze mocną stroną Treka - każdy, kto czytał książkę 'Fizyka Podróży Międzygwiezdnych' z pewnością pamięta pochwały autora dotyczące trafnej terminologii naukowej używanej w Treku. To była mocna strona Treka... ale już nią nie jest. Każdy, kto czytał moją recenzję pierwszego sezony Enterprise pamięta moją monotonną wyliczankę błędów popełnionych w scenariuszach. Nie chcąc się powtarzać, powiem więc tylko, że widząc na ekranie takie kwiatki jak planeta bez własnego słońca porośnięta bujnie zieloną roślinnością czy też naturalny fenomen przyrody poruszający się setki razy szybciej niż światło każe mi powątpiewać w wiarygodność świata kreowanego w tym serialu.

Drobnym naprawdę detalem przy takich rzeczach są małe, niemal niezauważalne niekonsekwencje w prezentowanych zasadach funkcjonowania, jak członkowie załogi bez powodu wcinający się w kompetencje innych załogantów (np. Mayweather podający odczyty sensorów w obecności Reeda, do którego kompetencji należy właśnie podawanie tych odczytów), czy też trzy różne sposoby operowania tym samym urządzeniem (drzwiami prowadzącymi do śluzy) przy trzech różnych okazjach. To są drobne detale, jak już mówiłem, i nie każdy by je dostrzegł - wspominam o tym, ponieważ np. w czasie kręcenia TNG Gates McFadden poprosiła o jasne określenie zasad operowania swoimi 'narzędziami'. Jak widać uważała za ważne wykreowanie spójnego i konsekwentnego obrazu swojej postaci i przyrządów, którymi się posługuje. Sądząc po tym, że oferta pomocy Ricka Sternbacha przy Enterprise została zignorowana, producenci iaktorzy Enterprise najwyraźniej nie przejmują się takimi 'drobiazgami'.

Przechodząc do wiarygodności uniwersum, według mnie jest ona także słaba. Przyznaję, owszem, często gęsto w Enterprise padają odniesienia do odcinków i wydarzeń wcześniejszych, ale równocześnie inne kluczowe wydarzenia będące udziałem załogi zdają się nie mieć żadnych reperkusji. Albo mówiąc inaczej, bardziej ściśle - każde wydarzenie pociąga za sobą konsekwencje tylko wtedy, kiedy producentom jest tak wygodnie (vide 'cudowne' pojawienie się subilańskiego statku w ładowni Enterprise). Co więcej, zauważam ostatnio wręcz przeinaczanie pewnych faktów, które zaszły w poprzednich odcinkach, jak na przykład T'Pol upierająca się, ze nie poddała się zlaniu jaźni z własnej woli, czy też Mayweather mylący osoby i okoliczności pierwszego użycia dział fazowych na Enterprise.

Ale na tym sprawa wiarygodności uniwersum się nie kończy. Zadajcie sobie pytanie: jak bardzo Gwiezdna Flota z Enterprise różni się od Gwiezdnej Floty z, na przykład TNG? Albo jak bardzo scenarzyści odbiegają od typowej formuły odcinka typu 'Enterprise dostaje rozkazy od 'admirała tygodnia', by polecieć gdzieś i coś załatwić'? I odpowiedź, niestety dla Enterprise będzie brzmiała - nie za bardzo. Doprawdy, oglądając Enterprise nie sposób oprzeć się wrażeniu 'ja już to przecież widziałem!'. I nie mówię tu wyłącznie o intensywnym recyklingu scenariuszy, do czego jeszcze wrócę.

Następną sprawą jest wiarygodność działań postaci - mają one określone, aczkolwiek fikcyjne, biografie oraz charaktery - możemy się spodziewać, że będą one postępować i zachowywać się w pewien określony sposób. Powinniśmy się też spodziewać, że dane postacie będą reagowały na przebieg wydarzeń w sposób zgodny z ich charakterem i przede wszystkim realistyczny. Dlaczego uważam to za tak ważne i co właściwie mam na myśli?

Weźmy za przykład serial sci-fi Stargate SG-1. Jak niektórzy wiedzą, za namowami naszych lokalnych fanów tegoż serialu obejrzałem go, a co więcej, bardzo ów serial mi się spodobał. Dlaczego? Ponieważ bohaterowie serialu moim zdaniem postępowali realistycznie w sytuacjach nierealistycznych. To znaczy, robili dokładnie to, czego można się było spodziewać, że zrobią - wykorzystywali maksimum swoich umiejętności, by stawić czoła niezwykłym sytuacjom, a przede wszystkim, nie czynili świadomie rzeczy głupich i nielogicznych.

Czy mogę to samo powiedzieć o załodze Enterprise? Odpowiedź brzmi - nie, nie mogę. Jeżeli widzę np. kapitana Archera wykazującego się imponującym brakiem zdrowego rozsądku i wyobraźni, nie wspominając już o innych członkach jego załogi (jak np. Trip, który uznał za wskazane siedzenie na słoneczku w odcinku 'Dawn', podczas gdy kilka metrów dalej miał całkiem przyzwoity cień), tudzież całej reszcie tego biednego uniwersum (z upośledzonymi Klingonami i Wolkanami na czele), to mam chyba prawo tak mówić, prawda?

Kolejna rzecz to sposób kreowania wizerunku danego uniwersum - jego image. Mówię tu konkretnie o starym sporze - guziki, bzyczki i światełka kontra wyświetlacze ciekłokrystaliczne i touchpady. Wystrój wnętrz, innymi słowy. Stroje. Rekwizyty. Słownictwo.

Jak mówiłem poprzednio, wnętrza Enterprise, a także sam projekt Enterprise nie przekonują mnie w swojej roli obrazu użytkowego technologii XXII wieku. Miało być jak w łodzi podwodnej, ale tak nie jest. Nawet ostatnio ktoś najwyraźniej podprowadził załogantom te fikuśne czapki z haftem, bo od baaardzo dawna ich nie widziałem. Jak wspominałem wyżej, pomijając drobne różnice w umundurowaniu, Enterprise i jego załoga to wypisz wymaluj - XXIV wiek! Nic tylko przydepnąć Enterprise z drugiej strony i już może robić za Akirę!

Następna sprawa - aktorzy. Co mi się nie podoba w tym departamencie? Paradoksalnie, scenarzyści. Jeden jedyny John Billingsley jest wykorzystywany w pełni swoich możliwości - Scott Bakula nadal najlepsze, co robi z Archerem, to marszczy mu brwi na różne sposoby. Hoshi Sato, jak już mówiłem, w zasadzie została zredukowana do roli telefonistki, T'Pol prezentuje swój 'profil', Reed siedzi i strzela, a Mayweathera prawie w ogóle nie ma.

Kto zostaje? Charles Tucker, razem z Archerem współbohater wielu ostatnich odcinków. Jedną z rzeczy, która mi się podobała w Voyagerze było to, że cała załoga brała udział w przygodach. A tutaj? Incydentalnie błyśnie ktoś poza Tripem i Archerem, nie wspominając już o postaciach drugoplanowych. Analogiczny dualizm dał się zaobserwować w TNG - bohaterem odcinków byli jak nie Picard, to Data. Picard i Data. Data i Picard. I tak na okrągło.

Panowie scenarzyści, na własne wyraźnie życzenie wprowadziliście do tego serialu siedem głównych postaci. Używajcie ich więc z łaski swojej.

A skoro już jestem przy scenarzystach... doprawdy, takie, nie zawaham się tego powiedzieć, głupie pomysły na odcinek to ja ostatnio widziałem... w LEXXie. Dorzućmy do tego imponujący zapewne ekologom recykling poprzednich pomysłów na odcinki i co mamy? Z pewnością nic, czego fanem bym chciał być.

W moim przypadku jest jeszcze jeden powód, dlaczego nie podoba mi się Enterprise. Otóż Enterprise burzy mój ustalony porządek wszechświata. Brzmi to zapewne zabawne dla większości z was, ale tak właśnie jest. Otóż odkąd zajmuję się Trekiem, wykształciłem sobie pewne ustalone poglądy na przebieg rzeczy - najpierw była trzecia wojna światowa, potem post-atomic horror, potem pierwszy kontakt z Wolkanami, potem wojna z Romulanami, Federacja, dziura, Kirk, dziura, Picard, Sisko i Janeway (czyli skrócona chronologia Treka by Kazeite). I co ważniejsze, nie tylko ja postrzegałem w ten sposób Treka - po prostu nikt nie miał powodu, żeby podawać w wątpliwość pewne 'historyczne' wydarzenia. A tu masz - nagle z nieba spada nam dodatkowy Enterprise, aroganccy Wolkanie... i cała pieczołowicie ustalana chronologia, mówiąc brutalnie, idzie się walić. Pół biedy, gdy ofiarą beztroski producentów padają produkty opracowane spójnie i ciekawie, acz niekanoniczne. Ale gdy Enterprise zaczyna "rozszerzać kanon" (według słów pewnego znanego powszechnie profesora 😉 ), chociaż "właściwie nie ma czegoś takiego jak kanon" (według słów tegoż samego profesora), to ja mogę jedynie odpowiedzieć dobrze znanym cytatem o rysowaniu linii.

Bo jeżeli nie powiem 'Dosyć!' teraz, to kiedy? Parafrazując kolejny cytat, kiedy to zacznie być złe? Gdy kanon zostanie 'rozszerzony' po raz pięćdziesiąty, czy setny? Pewnie, można wyznawać zasadę 'cel uświęca środki', gdyby nie fakt, ze jak dla mnie ów cel na razie nie jest nawet w połowie wart poświęconych środków...

Największy chyba problem z Enterprise moim zdaniem polega na tym, że jest on Trekiem z XXIV wieku wtłoczonym w ramy XXII wieku. Tak się po prostu nie da. Każdy Trek był inny, więc dlaczego Enterprise nie jest? Korzystanie ze starych, aczkolwiek sprawdzonych schematów w tym przypadku nie da nic. I już nic nie daje.

Więc, reasumując, jednym zdaniem, dlaczego nie lubię Enterprise? Ponieważ moim zdaniem nie jest on wiarygodnym obrazem światów, technologii i istot rozumnych z XXII wieku uniwersum Star Treka.

Dołącz do spoleczności!

Wpadnij na nasz serwer Discord, pogadaj o Star Treku i innej fantastyce.
searchclosearrow-circle-o-downbarsangle-leftangle-rightellipsis-v