Opis
Komandor Riker na pokładzie USS Enterprise-D odtwarza historyczny holoprogram z czasów założenia Koalicji Planet, bezpośredniej poprzedniczki Federacji. W rolach głównych - kapitan Archer i jego dzielna załoga...
Polski tytuł: Powrót do przeszłości
Zwiastuny
Recenzje
Autor: Ledsbourne, reblog
Recenzja całego serialu
Początki startrekowej eksploracji kosmosu. Fajnie zobaczyć podwaliny Federacji i technologii, ale zbyt często robi się z tego za bardzo akcyjniak zamiast sci-fi.
Właściwie przez całe cztery sezony serial szuka właściwego formatu – zdarzają się świetne odcinki z ambitnymi pomysłami (ciąża Tripa), fan service czy wręcz hołdy do oryginalnego Star Treka, ale jest też sporo recyklingu fabuł czy po prostu prostych schematów.
Dopiero pod koniec ostatniego sezonu serial na dobre załapał, na czym powinien się skupić („In a Mirror, Darkly” to zdecydowanie najlepsze odcinki), serwując kilkuodcinkowe sagi z klasycznymi obcymi i motywami z Treka, niestety został paskudnie ucięty.
Fabuły nie zawsze angażują tak, jak powinny, często brakuje też tego oczarowania, które towarzyszyło mi w poprzednich częściach. Postać Archera jest fatalna i gryzie się z tym, w co celuje, czyli z człowiekiem odpowiedzialnym za zawiązanie Federacji.
Nie pomaga kiepska gra Bakuly i mała rotacja bohaterów – Archer, Trip i T’Pol właściwie zawsze grają pierwsze skrzypce, czasem Reed i Phlox dostają coś więcej, a świetna Hoshi (cóż za niewykorzystany potencjał!) i Travis zostają gdzieś na trzecim planie.
Podobają mi się sytuacje, gdzie widzimy jak wynajdywane są nowe technologie i procedury – jak pole siłowe czy red alert – czy motywy prowadzące do uformowania Pierwszej Dyrektywy. Jednak nie do końca pasuje to do kowbojskiego stylu Archera i załogi.
Najpierw mamy nadopiekuńczych Wolkan, ale gdy wreszcie ludzie wylatują w swoją pierwszą eksploracyjną misję, wychodzi na to, że są do tego kompletnie nieprzygotowani, a Archer pcha się z pistoletem do pierwszego szeregu przy każdej okazji.
Fajnie za to widzieć więcej CGI – nadal wykorzystywanych zazwyczaj ze smakiem i w dobrym stylu, co pozwala na tworzenie dziwniejszych obcych (Xindi) czy kosmicznych bitew z większym rozmachem bez rażenia po oczach plastikowymi efektami.
***
Autor: Fluor, 27.09.2021, Pierwsza Dyrektywa Fluora FB, reblog
Dokładnie 20 lat i 1 dzień temu miał premierę pierwszy odcinek serialu "Enterprise".
To miał być nowy początek w podejściu do Star Treka, odmiana po dopiero co zakończonej trójcy TNG-DS9-VOY.
Po raz pierwszy:
- zrobiono prequel do istniejących seriali
- w czołówce jest piosenka z wokalem
- usunięto nazwę "Star Trek" z czołówki serialu (!)
Z perspektywy czasu muszę przyznać, że ta prequelowość wyszła całkiem nieźle: wizualnie stworzono unikalny styl, wiarygodnie poprzedzający technologię TOS-a (na ile to możliwe), akcentowano początki ludzkości w eksploracji kosmosu, spotykaliśmy znane nam cywilizacje (Andorianie, Wolkanie, Klingoni) dowiadując się o nich czegoś nowego. Nawet takie sytuacje, które wydawały się wątpliwie kanonicznie (np. odcinek z Borg) wykonano całkiem zgrabnie.
Sezon trzeci to świetnie wykonany arc z Xindi, a w czwartym znajdziemy solidne trzyodcinkowe fabuły, w tym wyjaśnienie historii płaskiego czoła Klingonów w TOS.
Dlaczego zatem Enterprise został skasowany, skoro było tak świetnie? Pamiętam dyskusje wtedy, gdy oglądaliśmy mniej więcej na bieżąco i zarzuty były bardzo różne: wtórność fabuły, uzupełnianie luk w kanonie zamiast tworzyć coś nowego i ciekawego, nijakość postaci, bezsensowne wątki (Zimna Wojna Temporalna)...
Po czasie i refleksji wydaje mi się, że serial trafił po prostu na zły czas – był nie dość klasyczny, by spodobać się fanom dopiero co zakończonego Voyagera, a jednocześnie nie dość świeży, aby stworzyć sobie nową widownię.
Tak, Enterprise był też pierwszym serialem od czasów TOS, który został skasowany zanim dotarł do planowanych 7 sezonów.
***
Autor: KANE
Recenzja odcinka finałowego z czasów jego emisji.
I stało się! Finał Enterprise! Pociąg pospieszny dojechał na stację końcową trzy lata przed czasem! Przy okazji chciałbym pogratulować maszyniście - elektrowóz spalony, wagony porozwalane, połowa pasażerów zginęła - ale jest sukces!
Finał tegoż jakże "wspaniałego" serialu doskonale oddał klimat całości. Mamy tutaj wszystkie klasyczne elementy które uczyniły ten serial tym czym był... porażką...
Co jest w tym odcinku?
1) Gwiazda odcinka - tym razem aż 2 i pół - Jonathan Frakes (w jedynej udanej swojej roli - Rikera) oraz Marina Sirtis (w jedynej udanej swojej roli - Troi). Jest też teoretycznie Brent Spiner jako głos Daty - pewnie dlatego, iż powiedział, że nigdy w życiu nie zagra już tej roli.
2) Niesamowicie NIEważna historia - tym razem naszej dzielnej załodze przyszło uratować córkę Shrana z rąk dziwnych bandytów, których to gatunku nigdy w życiu nie widziałem. Z historii tej oczywiście wynikł bardzo ważny fakt (śmierć Tripa), który nie miał absolutnie żadnego znaczenia. 🙂
3) Fabuła, która nie ma sensu - przyglądałem się odcinkowi naprawdę dokładnie. Starałem się zrozumieć... Walczyłem, żeby pojąć... Nie udało się... Być może wykazałem się zbyt amerykańskim tokiem myślenia. O co chodzi? Po co Riker siedzi na holodeku i odtwarza ten program? Jaki to ma związek z jego dawnym okrętem, na którym przeprowadzano tajne eksperymenty i doszło do wielkiego wypadku??? Nie wiem... Niech mi to ktoś wytłumaczy jak krowie na granicy, bo ja zwyczajnie NIE ROZUMIEM. Może jak zrozumiem, to ocenię to lepiej, bo na razie tak jakby odcinek bez sensu.
4) Otępienie bohaterów - Trip ginie tragicznie w obronie kapitana... Nasi bohaterowie siedzą i żartują sobie, T'Pol w ogóle bez efektów ubocznych tego zdarzenia - to samo Archer... Coś tu nie pasuje w tym obrazku.
Z miłych stron - wreszcie zobaczyliśmy kucharza i kuchnię. Wprawdzie nie naprawdę - ale miło wiedzieć, że był tam taki gość, z którym wszyscy rozmawiali. Szkoda, że nigdy go nie poznaliśmy. Na pewno byłby lepszym akcentem niż wnerwiający wszystkich Neelix z Voyagera.
Samo podpisanie traktatu na końcu, zupełnie bez znaczenia dla odcinka jak i samego serialu Enterprise - wot, wyszedł, powiedział parę słów, które okazały się wstępem znanym z następnych seriali (co za zbieg okoliczności! zupełnie jak wszystko inne, co było w tym serialu i okazało się czymś innym z następnych!) i i i.... koniec.
Korzystając z okazji, chciałem powtórzyć gratulacje dla ekipy tworzącej serial - udało się wam to, co nie udało się nikomu przez ostatnie kilkadziesiąt lat - rozwaliliście Star Trek. Jest powód do doomy.
Podsumowując - odcinek doskonale oddał klimat całego serialu - 3/10 - brak jakiegoś takiego sensu, bazowanie na występie znanych ludzi (tylko), tu i ówdzie buraki, i brak ogólnego wrażenia, że ci co tam chodzą po tym okręcie,
to na prawdę są ludzie - wraz z ich wszystkimi emocjami. Oto Enterprise - historia spisana w czterech księgach, które teraz wypadałoby już tylko spalić i zapomnieć...
