Opis
Załoga Enterprise powoduje przypadkowo zniszczenie badanej planety, więc Dowództwo Floty postanawia przerwać misję okrętu i skierować go na Ziemię.
Polski tytuł: Niewidzialny wróg: część 1
Zwiastuny
Recenzje
Autor: Kazeite, 27.08.2002
No i cóż, oto za nami pierwszy sezon serialu Enterprise. Całe dwadzieścia sześć odcinków. Mocno okrzyczanych, mocno promowanych.
I co? Moim zdaniem... kiepsko.
Od czego by tu zacząć? Może od tego, jak producenci serialu, panowie Berman i Braga, łamią swoje obietnice. Oto jedna z nich: "wspaniałą rzeczą w tym serialu będzie to, że będziemy mogli obejrzeć pierwsze, prymitywne wersje znanych nam urządzeń, obejrzeć ich ewolucję."
Taa... Świetnym przykładem jest uniwersalny tłumacz, który natychmiast nabrał magicznych właściwości swoich kuzynów z przyszłości, działając nawet wtedy, gdy go nie ma (odcinki The Andorian Incident i Shadows of P'Jem). Albo "prymitywny" transporter, działający szybciej i sprawniej od swoich podobno bardziej zaawansowanych wersji z przyszłości, transportując nawet do trzech osób na raz w czasie o połowę krótszym? Albo niemalże wynalezienie w przeciągu paru godzin działających pól siłowych? Albo niesamowite osiągi prymitywnego podobno napędu Enterprise? Albo natychmiastową łączność podprzestrzenną, niezależną od dystansu dzielącego Enterprise od Ziemi?
Nici też z obietnic, że "wnętrza Enterprise będą przypominały okręt podwodny". Ja bardzo przepraszam, ale z okrętu podwodnego ostały się jedynie te fikuśne czapeczki z nazwą okrętu oraz uchwyty na ścianach. Cała reszta, czyli przestronne, jasno oświetlone i nowocześnie wyglądające pomieszczenia nijak mają się do atmosfery znanej z filmów "podwodnych".

Mostek Enterprise niezbyt przypomina
okręt podwodny (na zdjęciu
centrala USS Seawolf).
Weźmy na przykład mostek. Gdyby nie brak LCARSowych konsoli, mógłby się on śmiało pokazywać w XXIV wieku. Można wprawdzie przymknąć oko na nowoczesny wygląd wszelkich ekranów i wyświetlaczy na Enterprise (w końcu The Original Series, którego akcja chronologicznie toczy się później, kręcony był blisko czterdzieści lat temu - nie można było więc oczekiwać, że producenci posadzą Archera na mostku pełnym potencjometrów i monochromatycznych telewizorków), ale przyrównywanie mostka Enterprise NX-01 do okrętu podwodnego jest zwykłą ściemą. A mogło być tak ładnie; w miarę ciasne pomieszczenie, faktycznie przypominające wyglądem centralę okrętu podwodnego, brak wielkiego ekranu, dwóch facetów do sterowania (też znanych z każdego przyzwoitego filmu "podwodnego"), ograniczona ilość foteli, a od razu atmosfera okrętu podwodnego i protoplasty późniejszych konstrukcji byłaby zachowana. I panowie B. nie musieliby się gimnastykować, by wyjaśnić jak to Ziemianie toczyli wojnę z Romulanami bez żadnej komendy "on screen".
I jeszcze projekt samego okrętu... Owszem, jak to słusznie zauważył Doug Drexler (twórca projektu), w historii lotnictwa na Ziemi zdarzały się powroty starych kształtów w nowych konstrukcjach, więc jest teoretycznie możliwe, że okręt klasy Akira z 2367 roku przypomina kształtem okręt klasy NX z roku 2151, ale... Ale z tego, co wiemy, charakterystyczne płyty pancerza widoczne na kadłubie Enterprise wejdą do użytku dopiero sto lat później. Tak samo charakterystyczne pierścienie na brzegu spodka, świecące gondole, silniki manewrowe, czy lampki tworzące malownicze podświetlenie. To nie ta era, panowie. Ten okręt nie przekonuje mnie jako przedstawiciel trendów konstrukcyjnych 2151 roku. Ha, nawet wcześniejszego, biorąc pod uwagę, że jego budowę rozpoczęto, gdy jego obecny kapitan był jeszcze dziarskim młodzieńcem.
To wszystko są konsekwencje wyboru XXII wieku na czas akcji opowieści, ze wszystkimi ograniczeniami, które ten czas niesie. Racja, jest ich w tym momencie po prostu za dużo, żeby pamiętać o wszystkich, jednak producenci sprawiają wrażenie, jakby ignorowali wszystkie drobne niuanse - celowo lub nie (sądząc z ich wypowiedzi, raczej to drugie). I przykro mi... chociaż nie, nie jest mi przykro powiedzieć, że nie jestem zdziwiony.
Dalej... Enterprise jest serialem skierowanym do nowej rzeszy fanów." Ooookej. Ale w takim razie, co tam robią Andorianie (reklamowani dumnie jako "rasa nie widziana od czasu TOS)? Albo Nausicaanie? Albo oznaczenia stopni rodem z TNG? Albo sama nazwa "Gwiezdna Flota"? Albo recycling starych wątków i aktorów? Albo ta wielkoucha rasa na "F"?
Tej "nowej rzeszy fanów" jest dokładnie obojętne, czy organizacja w której skład wchodzi Enterprise nazywa się "Gwiezdna Flota", czy też "Zjednoczone Okręty Marsjańskich Hodowców Niskogrograwitacyjnych Roślin Pnących". Tak samo obojętne jest, czy pojawi się jakaś rasa bądź aktor znany z innego serialu, który ma w nazwie "Star Trek".
By przytoczyć znany cytat: "Proszę nie obrażać naszej inteligencji." To jest właściwie dziwne - dwóch facetów, którzy nie raz twierdzili, że problem zachowania jakiejś konsekwencji i ciągłości danego świata ich nie dotyczy, wybrało sobie jako tło kolejnego serialu okres, który wymaga właśnie szczególnej dbałości o takie szczegóły...
Co dalej? Znacie pewnie niejeden amerykański serial animowany, rządzący się własnymi, prostymi regułami; jest grupa bohaterów, jest czarny charakter, czarny charakter próbuje w każdym odcinku coś osiągnąć (zwykle opanować cały świat), dzielni bohaterowie go powstrzymują, czarny charakter ucieka jednak w ostatnim momencie, wygłaszając kwestię "Dostanę was następnym razem!" czy "Jutro będziemy robić to samo, co robimy każdego dnia - spróbujemy opanować świat!". Tego typu produkcje można poznać po tym, że nikt w nich nie umiera, każdy chodzi ubrany dokładnie w te same ciuchy, w których paradował odcinek wcześniej, dowolna rzucona przez kogoś postać na pewno trafi w kogoś innego, zwalając go z nóg, każdy strzał albo trafia panu Bogu w okno, albo wytrąca innej postaci broń z ręki, i tak dalej. A przede wszystkim, nie kładzie się zbyt dużego nacisku na realizm przedstawianych sytuacji. Co odcinek szwarccharakter może mieć nowe, sekretne laboratorium, nową superbroń, bądź ucieka z więzienia, do którego został wsadzony w zakończeniu poprzedniego odcinka. Albo jeden z głównych bohaterów (pracując w przebraniu) może zyskać zaufanie szefa mafii i w ciągu kwadransa awansować na jego zaufanego doradcę. Taka jest specyfika tych seriali, że uchodzą im rzeczy, które w prawdziwym świecie nigdy by się nie zdarzyły. Ale dlaczego o tym wspominam?
Dlatego, że moim zdaniem taka właśnie kreskówkowa logika obowiązuje w serialu Enterprise.
Spójrzmy na odcinek Broken Bow, gdzie na Ziemi rozbija się nagle... Klingon. Tak po prostu. I zostaje uratowany. I w pełnej chwale odwieziony na Kronosa, gdzie wzruszeni Klingoni wylewnie dziękują dzielnym Ziemianom za uratowanie ich ziomka (jak na Klingonów ci faceci byli zdecydowanie wzruszeni i dziękowali bardzo wylewnie). Dziwna rzecz, bo kapitan Picard wspominał, że pierwszy kontakt z Klingonami miał katastrofalny przebieg i doprowadził do wielu lat wojny. Widzieliście na koniec odcinka jakąś katastrofę? Bo ja nie.
Albo Terra Nova, gdzie nagle z nieba spada nam "pierwsza ziemska kolonia", umieszczona nie wiadomo dlaczego na jakimś zadupiu, która oczywiście obraża się na Ziemię i której mieszkańcy giną w wypadku (w tym miejscu można było już wyłączyć telewizor, ponieważ reszta odcinka była równie przewidywalna, co zachód i wschód słońca).
Albo Unexpected, gdzie wprowadza się holodeki i urządzenia maskujące (to mi wygląda na uzależnienie producentów od powyższych), Trip zachodzi w ciążę, rasa zdolna do syntezy skomplikowanych związków nie jest w stanie zsyntetyzować prostej wody, Archer zapomina, że Klingoni mają względem Ziemian dług wdzięczności (i dopiero T'Pol musi mu o tym przypominać), zaś klingoński kapitan (niezbyt bystry osobnik) grozi, że wyśle obcych prosto do klingońskiego nieba (do którego jak dotąd wstęp mieli podobno tylko najlepsi klingońscy wojownicy i absolutnie nikt inny).
Albo The Andorian Incident, gdzie mamy "wspaniale zamaskowaną" stację nasłuchową, której wejście jest ukryte w piwnicy za zwykła zasłoną, której jednak Andorianie nie byli w stanie znaleźć pomimo intensywnych poszukiwań. Mamy też Andorian mówiących doskonałym angielskim, mamy sensory o selektywnych możliwościach, które potrafią wykonywać skomplikowane skany, ale nie są w stanie wykrywać kiepsko ukrytych rzeczy (okrętów, rzeczonych stacji szpiegowskich, Andorian, itd.).
Albo Shadows of P'Jem, gdzie Archer i T'Pol angażują się w odrobinę pieszczot sado-maso, a Andorianie i Ziemianie wysyłają im na ratunek potężny oddział, liczący łącznie... cztery osoby.
Albo Rogue Planet, gdzie mamy samotną planetę pogrążoną w ciemnościach, na której mimo wszystko żyją rośliny zależne najwyraźniej (sądząc po dużych, zielonych liściach) od procesu fotosyntezy.
Albo Acquisition, gdzie pewna rasa na "F" dokładnie plądruje okręt i generalnie robi wiele brzydkich rzeczy, a którą na koniec... puszcza się wolno z poważnym "żeby mi to było ostatni raz..."
Albo Favourite Son, gdzie pewna rasa na "N", (czyli, nie wiadomo dlaczego, Nausicaanie) atakują statki handlowe przewożące dwulit (którego jednym z odbiorców musi być też i Gwiezdna Flota, czyli nasi bohaterowie) i generalnie też robi wiele brzydkich rzeczy, a którą na koniec również puszcza się wolno z równie poważnym "żeby mi to było ostatni raz..."
Albo połączone siły Fight or Flight i Silent Enemy, z których wynika, że Enterprise poleciał w nieznane właściwie bez żadnej broni (zapewne mieli ją przywieźć we wtorek?).
Albo Sleeping Dogs, gdzie klingońska kucharka w cudowny sposób przyswaja sobie znajomość języka angielskiego, a pod koniec odcinka trzy klingońskie okręty, wezwane przez klingońskiego kapitana, w dziwny sposób nagle znikają z odcinka, co ma uwiarygodnić zupełnie nieklingońską decyzję owego kapitana o wycofaniu się z walki z Enterprise.
Czyli generalne nastawienie jest następujące: "no to co, że nasz pomysł na historię jest sprzeczny ze zdrowym rozsądkiem? Przecież nikt nie zauważy, a nawet jeśli, to wszystko dupki."
No właśnie. Pan Braga stwierdził ostatnio, że ci wszyscy Trekkies domagający się jakiejś formy ciągłości i logiki w odcinkach Enterprise to continuity pornographers. Przyznam się, że trochę zbaraniałem, widząc to określenie. Mniejsza o to, że pan Braga najwyraźniej ma fanów głęboko tam, gdzie możemy go w dupę pocałować (jak to określił Wiesław Gołas w skeczu "Ucz się, Jasiu"), ale... co do cholery znaczy to określenie?
Jeżeli miało mieć zabarwienie negatywne i sugerować, że niby pewni Trekkies pieprzą ciągłość, to... nie może mieć zabarwienia negatywnego, ponieważ panowie Berman i Braga też tak robią. A jeżeli ma zabarwienie pozytywne, to nazwa ta jest całkowicie nieadekwatna zarówno w nazewnictwie, jak i w kontekście.
No, ale jeżeli pan Berman opowiada w wywiadach dowcipy typu "W zasadzie nie łamiemy kanonu", to można się po producentach tego serialu spodziewać wszystkiego.
Np. wspomniana wyżej rasa na literę "F". No dobrze, powiem dokładniej: Ferengi. Otóż, jak już wspominałem powyżej, panowie B. wymyślili sobie, że Ferengi opanują Enterprise, zostaną pokonani, po czym puszczeni wolno, a w dodatku nikt nie będzie wiedział, że to Ferengi. Tak, tak, dokładnie tak było w wywiadzie: "Wszyscy przecież wiedzą, że to Picard nawiązał oficjalny pierwszy kontakt z rasą Ferengich! My też to wiemy, dlatego Acquisition jest właśnie taki, a nie inny".
Nie jest to recenzja odcinka Acquisiton, nie będę więc polemizował szerzej z tym rozbrajająco naiwnym stwierdzeniem, niemniej jednak postaram się wyłożyć swoje tezy:
Obca rasa napada na jakiś okręt, plądruje go, naraża życie członków załogi i demonstruje złe zamiary. Wszystko to dzieje się o przysłowiowy rzut beretem od Ziemi.
Co robi kapitan Enterprise? Tak, puszcza ich wolno, a nawet nie zadaje sobie trudu, by dowiedzieć się czegoś więcej o potencjalnie niebezpiecznej rasie. Co więcej, na następne 213 lat rasa ta jakoś dziwnie znika z kosmosu, inne znające ją gatunki (wymienione w dwóch odcinkach Enterprise) też jakoś dostają na jej temat amnezji, a i w bazach danych też jakoś dziwnie mało wzmianek na ten temat...
I przepraszam, ja mam w to uwierzyć? Może nie wyglądam zbyt inteligentnie, ale idiotą na pewno nie jestem.
Do tych wszystkich dziur fabularnych dochodzi jeszcze zdecydowana nieznajomość podstawowych praw fizyki, biologii... ogólnie wszystkiego.
Na przykład w Breaking the Ice. Występuje tam kometa, która najwyraźniej ma normalną, ziemską grawitację (co jest, krótko mówiąc, niemożliwe). I to jedno, drobne zdawałoby się założenie, kompletnie niszczy wszelką wiarygodność tego odcinka. Ja osobiście zrozumiałbym, że postacie na powierzchni komety chodzą w miarę normalnie, ponieważ względy budżetowe nie pozwalają na przedstawienie ich w warunkach niskiej grawitacji. Nie mogę jednak zrozumieć, jak w szczątkowej grawitacji jednemu z bohaterów udaje się złamać nogę przy upadku z wysokości jednego metra, a następnie jak wahadłowcowi udaje się swoją wagą skruszyć powierzchnię komety i spaść gwałtownie wiele metrów w dół. Co robi kapitan Enterprise? Próbuje podnieść wahadłowiec za pomocą harpunów, wahadłowiec jednak unieruchomiony tą magiczną grawitacją nie daje się podnieść. I co teraz? Kapitan jest zmuszony poprosić o pomoc Wolkan.
Pomijając już tę magiczną grawitację, panowie B. najwyraźniej nie pomyśleli, że mogą być inne sposoby na wydostanie załogi z wahadłowca. Na przykład ten cudowny transporter, którego pojedynczy egzemplarz stoi sobie niewinnie w korytarzu Enterprise.
Podobnie wspomniany już Rogue Planet, gdzie na planecie bez słońca występują rośliny z ogromnymi, zielonymi liśćmi, albo Shuttlepod One - czyli wykład na tematy "Jak NIE należy postępować, by zachować życie w uszkodzonym wahadłowcu" i "Co się NIE może zdarzyć z uszkodzonym wahadłowcem." I jeszcze Cold Front, gdzie niejaka T'Pol ze spokojną twarzą wygłasza wierutną (w trekowym uniwersum) bzdurę, jakoby podróże w czasie były niemożliwe, a potem kapitan Archer z niemal równie spokojną twarzą przez kilkadziesiąt sekund oddycha czystą próżnią. Przykłady można by mnożyć.
Tak to właśnie jest. Po takich odcinkach widać jakieś ograniczenie umysłowe panów producentów, a w konsekwencji całej załogi Enterprise. "Nieważne, że z prostych wyliczeń lub z encyklopedii wynika jedna rzecz, zignorujemy to. Nieważne, że można zrobić coś na kilka innych, bardziej logicznych sposobów - zrobimy to właśnie tak, bo tak jest w scenariuszu."
Wspominając o załodze... Ta zbieranina indywiduów generalnie raczej mi się nie podoba. Kapitan Archer niemal w każdym odcinku albo daje się porwać, albo pobić. Albo oba naraz, jeżeli ma dobry dzień. Sądząc z jego decyzji jest on też niedouczonym debilem, któremu nie należy powierzyć dowodzenia nawet trójkołowym rowerkiem, a co dopiero statkiem kosmicznym. Jeżeli chodzi o grę aktorską pana Bakuli, to ma on swoje momenty, ale generalnie jego gra sprowadza się do marszczenia brwi na różny sposób.
Aha, warto jeszcze na chwilę wrócić do obietnic producentów, którzy zapowiadali, że u załogi Enterprise zauważymy inne reakcje na eksplorację kosmosu niż u załóg późniejszych (chronologicznie) okrętów. Miało być u nich więcej zdumienia, fascynacji, wszystko miało być dla nich nowe i niezwykłe. Najwyraźniej tak niezwykłe, że Archer praktycznie co drugi odcinek pakuje się w wielką, międzygatunkową aferę, która może mieć poważne konsekwencje nie tylko dla niego, ale i dla całej Ziemi. W dodatku, zamiast usiłować jak najprędzej się z niej wyplątać i dyplomatycznie udawać, że tylko pomylił mieszkania, Archer pakuje się w rzeczoną aferę po czubek głowy, za wszelką cenę chcąc udowodnić ludzki punkt widzenia (a może po prostu ludzką głupotę). Owszem, zachowanie takie można tłumaczyć i w ten sposób, że dla załogi "wszystko jest nowe", więc nie wiedzą, jak się zachować, ale w takim razie trzeba się zastanowić, czy Archer i jego harcerska mentalność pasują do stanowiska dowódcy pierwszej, ziemskiej wyprawy eksploracyjnej (oraz do dowódcy kiepsko uzbrojonego statku kosmicznego).
T'Pol - duża, biuściasta nie-Wolkanka. Tak, dokładnie, nie-Wolkanka. Ci osobnicy ze szpiczastymi uszami i grzywkami, występujący w Enterprise, to nie są Wolkani. Grając Wolkankę, panna Blalock demonstruje niestety szeroką gamę uczuć, z których najczęstszym jest irytacja, widoczna przy jej rozmowach z innymi - wygląda i brzmi wtedy tak, jakby ledwie powstrzymywała się od walnięcia swojego rozmówcy w pysk. Najwyraźniej też nie umie liczyć, podając dla przykładu błędne dystanse i czasy pobytu Enterprise w kosmosie. I nie ma tu gadania, że to są "proto-Wolkani", więc mają prawo zachowywać się inaczej. Niestety, czas proto-Wolkan skończył się jakieś dwa tysiące lat wcześniej. Niemniej jednak, inni Wolkani też nie są gorsi od T'Pol, okazując szeroką gamę emocji, podejmując nielogiczne decyzje, wykazując całkowity brak szacunku dla swojej tradycji, wygłaszając jakieś herezje naukowe... Chociaż, akurat tutaj trudno im się dziwić - za każdym razem, gdy powiedzą coś sensownego, są wyśmiewani przez pokładowy klub "Tępimy Wolkan", którego założycielami i honorowymi członkami są kapitan Archer i Charles "Trip" Tucker.
Bo wiecie, sądząc po jego poczynaniach, Trip jest idiotą. Może uchodzi za dobrego mechanika, ale to w zasadzie wszystko. Czegokolwiek innego się dotknie, to spieprzy. Ostatnio został zredukowany do biegania w samych gaciach, co powinno powiedzieć co nieco o pomysłach, jakie panowie producenci mają na rozwój tej postaci.
Oficer komunikacyjny, czyli Hoshi Sato. Biedna, biedna dziewczyna. Poprzez brutalne wtargnięcie uniwersalnego tłumacza została w zasadzie zredukowana do naciskania guzików i oświadczania "Hailing frequencies open, sir." I to w zasadzie wszystko, pomijając częste momenty, gdy załoga Enterprise wmawia jej niekompetencję.
Malcolm Reed - facet od strzelania. I - prawdę mówiąc - do niczego innego. Ostatnio też biegał w gaciach, co powinno dać do myślenia równie dużo, jak w przypadku Tripa.
Facet od siedzenia za sterem, czyli chorąży Mayweather. Pewny laureat nagrody dla "Najmniej wykorzystywanej postaci w historii kinematografii".
I jeszcze doktor Phlox. Połączenie Neelixa z holodoktorem, należące w dodatku do wziętego z sufitu gatunku. Co za dużo, to niezdrowo.
A teraz, tak na koniec, powiem wam, co jest najgorsze w podejściu Bermana i Bragi do ich pracy i do widzów.
Dla mnie osobiście, najgorsze jest to, że przez tych dwóch facetów musiałem zrewidować swoje poglądy na temat dalszych sezonów serialu Star Trek: Voyager. Ale w odniesieniu do Enterprise, najgorsze jest to, że sytuacja w najbliższym czasie wcale się nie poprawi. Panowie B. i ich kolesie będą nadal płodzili kretyńskie scenariusze, pławiąc się w blasku samozadowolenia, żyjąc w przeświadczeniu, że tworzą kolejne arcydzieła, a sprzed telewizorów na całym świecie będzie nadal dochodziło głośne zgrzytanie zębami fanów, oglądających serial z konieczności (bo nie będzie innego Star Treka), połączone z homerycznym śmiechem przez łzy.
Panie Berman, panie Braga... Nie lubię panów.
