Startrek.pl

USS Phoenix

Dear Doctor

Opis

Załoga trafia na obcych, którzy desperacko potrzebują pomocy medycznej. Doktor Phlox stara się wynaleźć lekarstwo na dręczącą ich chorobę, jednakże wkrótce staje przed niespodziewanym dylematem.

Polski tytuł: Listy

Zwiastuny

Streszczenie

Doktor otrzymuje list od swojego przyjaciela, ziemskiego lekarza, który aktualnie pracuje na ojczystej planecie Phloxa. Z kolei doktor Phlox odpisuje mu, jak wygląda życie na Enterprise, pisze o swoich codziennych zajęciach, przygodach, o przyjaźni z załogantką Cutler.

Tymczasem, Enteprise napotyka na dryfujący statek, napędzany standardowymi silnikami, bez napędu nadświetlnego. Na pokładzie znajduje się dwóch obcych, wymagających natychmiastowej opieki medycznej. Po udzieleniu im pomocy, załoga Enterprise dowiaduje się, że są oni Valakianami. Wyruszyli w kosmos, aby odnaleźć zaawansowaną medycznie cywilizację, ponieważ ich gatunek cierpi na ciężką chorobę, której nie potrafią zwalczyć.

Do tej pory napotkali kilka obcych cywilizacji (m.in. Ferengi!), jednakże nie zdołali oni im pomóc. Kapitan Archer postanawia pomóc umierającej cywilizacji, obiecując, że zaangażuje cały dostępny potencjał, aby zwlaczyć epidemię. Enterprise zmienia swój kurs na ojczystą planetę Valakian.

Doktor i starsi rangą oficerowie lądują wahadłowcem na planecie. Udają się do centrum medycznego, gdzie Phlox rozpoczyna badania. Okazuje się, że planetę zamieszkują dwa humanoidalne i inteligente gatunki. Jedną są właśnie Valakianie, zaś drugą Menkowie. Menkowie są mniej zaawansowani technicznie i ewolucyjnie od swoich sąsiadów,ale żyją z nimi w harmonii. W zamian za pracę, otrzymują jedzenie, ubrania i opiekę medyczną. Obydwa gatunki lubią się nawzajem. Najdziwniejsze jest jednak to, że Menków nie dotknęła epidemia. Wkrótce zostaje odkryta przyczyna choroby - jest nią degradacja łańcucha DNA Valakian. Gatunek wyginie w ciągu kilku dziesięcioleci.

Na szczęście, doktorowi Phloxowi udaje się stworzyć lekarstwo, jednakże jest jeszcze inny problem... Problem natury raczej moralnej. Doktor Phlox przedstawia sytuację kapitanowi - okazuje się, że stosunek między Valakianami i Menkami przypomina relację człowieka i Neandertalczyka na Ziemi. Przez pewien czas oba gatunki mogą żyć obok siebie, jednakże ostatecznie któryś musi okazać się gatunkiem dominującym, skazując tym samym drugi na powolną zagładę. Okazuje się, że na obcej planecie, gatunkiem dominującym wcale nie muszą stać się Valakianie - oni w sposób naturalny wymierają, zaś Menkowie zdradzają objawy skoku ewolucyjnego, który może nastąpić w ciągu kilku tysięcy lat. Nie dojdzie jednak do niego, jeśli załoga Enterprise przekaże Valakianom lekarstwo na ich chorobę...

Archer musi wybierać, pomiędzy dobrem jednego gatunku a dobrem drugiego. Zarówno on, jak i doktor Phlox, zadają sobie pytanie, czy mają prawo bawić się w Boga i zakłócać to, co wygląda na absolutnie naturalny tok ewolucji obu gatunków? Doktor Phlox jest nawet skłonny otwarcie przeciwstawić się kapitanowi, gdyby ten jednak chciał przekazać Valakianom lekarstwo. Ostatecznie jednak, nie jest to konieczne. Kapitan postanawia, że Valakianie otrzymają jedynie specyfik, który pomoże złagodzić objawy choroby i przedłuży nieco ich życie. Jeśli w tym czasie sami wynajdą lekarstwo, to dobrze. Jeśli zaś nie... Wtedy Menkowie zostaną dominującym gatunkiem na planecie, jak chciała tego natura.

Valakianie proszą jeszcze Ziemian o technologię napędu nadświetlnego. Dzięki niej, będą mogli poszukać innych cywilizacji, które może zdołają im pomóc. Archer zdaje sobie jednak sprawę, jak wielkie niebezpieczeństwo wiąże się z takim darem - Valakianie nie mają doświadczenia z antymaterią, mogliby przypadkowo sami się zniszczyć. Archer rozważa także możliwość ustanowienia ziemskiej placówki na planecie, jednakże ten pomysł także odpada - to samo zrobili na Ziemi Wolkanie, 90 lat temu. Zostali. I niekoniecznie wyszło to Ziemianom na dobre.

Procesor i Peter

Recenzje

Autor: Marek mdabek, 24.07.2024, Discord Star Trek, reblog

Już wiem, co było z ENT nie tak! W TNG praktycznie od początku były odcinki, które poruszały poważne tematy i przedstawiały trudne dylematy. W tym odcinku wreszcie coś podobnego jest w ENT!

Przypadkowe spotkanie z dryfującym statkiem skutkuje interwencją w cywilizację pre-warp. T'Pol nie ma dużych obiekcji, gdyż Valakianie już mieli uprzednie kontakty np. z Ferengi. Niestety, Valakianie chorują na jakąś przypadłość, której nie są w stanie uleczyć i liczą na ludzi, że im pomogą. Właściwie, to liczą na Denobulanina Phloxa, który jest tutaj narratorem.

Żeby wątek się zagęścił, to okazuje się, że na planecie jest jeszcze druga rasa, Menkowie, którzy żyją w cieniu Valakian. Doktor odkrywa, że ci pierwsi nie chorują, bo rzekoma choroba to po prostu wada genetyczna tych drugich. Podczas badań wychodzi, że Menkowie stają się coraz bardziej inteligentni i mają szansę zastąpić Valakian w najbliższej przyszłości.

I tutaj pojawia się dylemat: czy ratować Valakian czy pozwolić działać ewolucji, której planem wydaje się być zastąpienie wiodącej rasy. Dyskusja na ten temat doktora z Archerem jest perełką a, co jeszcze ciekawsze, kapitan znajduje iście salomonowe rozwiązanie.

Druga perełka to rozmowa Archera z T'Pol, gdy Valakianie proszą o dostęp do schematów silnika warp. Kapitan tłumaczy, że nie chce im dać tej technologii, bo nie mają doświadczenia z antymaterią. Co ciekawe, dochodzi do wniosku, że musiałby zostać na planecie i pilnować rozwoju Valakian, na co T'Pol mu przypomina, że Wolkanie są na Ziemi z dokładnie tych samych powodów od 90 lat. Archer przyznaje jej rację i nawet stwierdza, że teraz lepiej rozumie Wolkan.

W tym odcinku wraca też Cutler znana z odcinka Strange New World i chyba chce być "friends with benefits" z Phloxem. Bardzo dobra jest sama formuła odcinka - list do przyjaciela.

***

Autorzy: RedHatMeg, xetnoinu, 22-23.06.2025, Discord USS Phoenix, reblog

RedHatMeg:

Legendarny odcinek, który odstręczył wielu ludzi od tego serialu, bo się okazało, że bohaterowie przyczyniają się do ludobójstwa.

Słyszałam o tym odcinku od kilku lat, ale kiedy wreszcie się za niego zabrałam, zdałam sobie sprawę z tego, co próbuje zrobić. Wydaje mi się, że to mógłby być dobry przyczynek do rozważań na temat upadków cywilizacji i gatunków.

Phlox mógłby podnieść kwestię tego, że Menkowie są traktowani jako obywatele drugiej kategorii. Mógłby przytoczyć niewydolne imperia, które upadły, aby mogły powstać nowe.

Mógłby też powiedzieć, że dinozaury na Ziemi musiały wyginąć, aby mógł pojawić się na niej człowiek.

A z kolei Archer mógłby odpowiedzieć: "Ale czy na pewno jeden gatunek/lud musi wymrzeć, aby inny mógł się rozwijać? Ludzie nauczyli się chronić zagrożone gatunki i uznawali kulturowe ludobójstowo za złe."

xetnoinu:

Kulturowe ludobójstwo. W sumie nie rozumiem, co to dokładnie znaczy. Piszesz o istniejących opiniach, że w tym odcinku nasza dzielna załoga przyczynia się do kulturowego ludobójstwa.

Ten odcinek ma swoje plusy i minusy i jeden zasadniczy błąd opowieści, który powoduje, że nie przeszedł do panteonu najlepszych odcinków Treka. Aby nie było, to bardzo dobry odcinek lecz jest w nim amerykański punkt widzenia i podtekst i to go nieco, powiadam nieco, umniejsza.

Ale po kolei.

Mamy tu wyraźną idylliczną wersję rezerwatów Indian, zwanych teraz chyba pierwszymi ludami Ameryki, czy jakoś tak. Że można pokojowo koegzystować i nie wykorzystywać ekonomicznie, no może jedynie podcinać nieco skrzydła samorozwoju cywilizacyjnego. Bo to robi gatunek dominujący przedwarpowy gatunkowi z rewolucji agrarnej. Kiedy kręcono ten odcinek dominował pogląd o tym, jak to homo sapiens wytępił jak mamuty Neandertalczyków. Obecnie obraz rozwoju hominidów jest daleki od tego wniosku i bardzo zniuansowane jest, co jest gatunkiem. Kiedyś hominidy się krzyżowały i zauważymy, ile obecnie jest w nas rozpoznanych i nierozpoznanych elementów DNA Denisowian, Neandertalczyków i innych jeszcze niepoznanych nauce hominidów. Koegzystowaliśmy, żyliśmy razem, uczyliśmy się od siebie sztuki i obróbki materiałów oraz tworzenia narzędzi. Obecnie dominuje w nauce narracja, że to nisze ewolucyjne, to że homo sapiens był bardziej elastyczny i adaptował ich więcej, zdecydowały o dominacji i zaniku innych (ale część ich kodu DNA jest w nas).

Zastosowane zatem w odcinku chwyty skłaniające widownię, by przywołała sobie, że rezerwaty dla Indian mogłyby być lepsze plus narracja domyślna dla wyjaśnienia, dlaczego Neandertalczyków nie ma - nie działają dziś.

Pozostaje zatem temat uniwersalny bardziej. Czy lekarz ma obowiązek leczyć i nie szkodzić zarazem - ale w wymiarze nie osobowym pacjenta tylko analizy tysięcy lat ewolucji. I to jest pierwszoligowe zagadnienie s-f, z tych które są fantastycznymi łamigłówkami filozofii.

Czy sobie w tym odcinku z tym świetnym motywem poradzono?

I tu jest kłopot, o którym wspomniałem. Poradzono sobie w tym sensie, że Piłat umył ręce. I jest to jakieś rozwiązanie. Serio, kapitan pierwszego ziemskiego okrętu, puszki co ledwie leci, nie jest kompetentny na żadnym poziomie, aby podejmować taką decyzję. Bo mowa o dylemacie, czy etyczne jest uratowanie miliardów a na drugiej szali przyzwolenie, by inny gatunek wegetował w rezerwatach idylli dla Indian-Neandertali. I tu jest słuszne, że kapitan postąpił jak Piłat. Dał lek na chwilę i pozostawił to Sanhedrynowi, czyli temu, co te dwa ludy zrobią przez te dwie dekady czasu jakie dał im Phlox.

Problem odcinka to relacja Doktora i Kapitana i to spowodowało, że odcinek jest ciekawy, fajny - ale do panteonu moralnych rozterek nie przeszedł. Zrobiono z Doktora jakiegoś wasala geniusza moralności i etyki czyli amerykańskiego kowboja idioty w kosmosie. Bo doktor w finale, pisząc list do ziemskiego kolegi, nieomal tworzy pean Archera.

O jakże byłbym ja mały i niegodny, gdybym zataił przed tym wielkim kapitanem, że mam lek, podważając, jak przez stulecie Wolkanie, kompetencje tej światłej rasy z Ziemi i kwiecia jego Floty, wszechmądrego kapitana Archera.

Ten finał odcinka zawala wszystko, co bardzo dobrze w tym odcinku zrobiono. Drewniany dialog napisany dla Archera i fatalnie zagrany, rozpisany w stylu wielkiej Ameryki zawsze prawej i zbawczej, która sobie uzurpuje prawo do decydowania o milionach innych ludzi , bo tak - jest to w tym finale przeokropne. Ojojojojoj. A wystarczyło, tak jak RedHatMeg wylistowałaś, odwołać się bardziej wprost do tych problemów, jakie stawia ta fabuła i na koniec tego nie popsuć po prostu.

Ale odcinek, poza relacją Phlox-Archer jest ogólnie bardzo dobrze poprowadzony i napisany. Klamrą jest izba chorych, pisanie listu i osobista perspektywa doktora. To nic nowego ale w Treku mało jest odcinków z subiektywnym narratorem. Jak na ENT nawet się postarano i jest troszkę więcej planów zdjęciowych i nie zionie to biedą inscenizacyjną jak w niektórych odcinkach. Są fajne smaczki jak elementy kultury godowej Denobulan, żarciki typu Trip twardziel płaczący na archaicznym filmie, ser dla Porthosa, czy nawet przywołane z TOS a w TNG-DS9-VOY zapomniane, że na okrętach Gwiezdnej Floty (ta sama nazwa mimo że to jeszcze nie ta Gwiezdna Flota UFP) mówi się po ... angielsku.

RedHatMeg:

W kontekście, w którym użyłam tego zwrotu, kulturalne ludobójstwo odnosi się do tłamszenia kultury i niszczenia jej, aby zdominować inny lud (że nie wspomnę o porywaniu dzieci i ich asymilacji). Natomiast spotykałam się z opinią, że w tym odcinku Archer i Phlox autentycznie przyczyniają się do ludobójstwa na pewnej planecie, bo nie chcą im dać tego lekarstwa.

Ogólnie to miał być odcinek, który pokazywałby przyczynek do Pierwszej Dyrektywy (i mowa Archera na końcu o tym świadczy), ale poniekąd traktuje on Dyrektywę tak, jakby już istniała. Trochę tutaj jest o tym, dlaczego ten odcinek wzbudza kontrowersje.

xetnoinu:

Z tym traktowaniem w tym scenariuszu Pierwszej Dyrektywy jakby istniała, to faktycznie jest coś na rzeczy. Z jednej strony ENT, narracją T'Pol, wprowadza zasadę ograniczania skażenia kulturowego, co ma związek z tym, że dla Wolkan linią graniczną jest zazwyczaj ów rodzimy napęd warp. Więc dobrze w odcinku dodano, że T'Pol uczula kapitana, że technologia powinna być pod strażą, bo jest obiektem pożądania i bywa kradziona.

Kuleje to, że Archer poproszony o przekazanie technologii warp w ogóle to rozważa. Co innego inna technologia. Ale akurat ta jest w Galaktyce szczególna i przez prawie wiek protektoratu nieomal Wolkan na Ziemi powinien na jednym wydechu powiedzieć: warp - nie dam, poza dyskusją, bo to już wie i bez Dyrektywy.

Kuleje też powiązanie trzeciego wątku odcinka z głównym jego celem. Plot A to dylemat lekowy, plot B to życie osobiste czyli listy do kolegi i zaloty koleżanki. Plot C to motyw zwierząt i empatii. I tu jest jakiś zwierzak z menażerii doktora pogrzebany. Bo nie jest wzmocnieniem głównej fabuły, czyli dylematu lekowego, zagadnienie, że ludźmi kieruje irracjonalna empatia do nierozumnych zwierząt, .... i, idąc w domyśle, do umierającego gatunku. To było takie, no nie w rzędzie problemu. To też ten kamyczek że ten odcinek ma wady i nie przeszedł do tych legendarnych odcinków moralnych ST.

RedHatMeg:

W ogóle to te zaloty miały prowadzić do szerszego wątku romansowego, ale aktorka zmarła.

xetnoinu:

A czy Twoim zdaniem odcinek i kiedyś i po latach się broni? To górna półka ENT mimo wszystko?

RedHatMeg:

Górna półka na pewno nie, bo mam wrażenie, że większość tych wczesnych odcinków nie była zbyt dobra. ENTek zaczął nabierać rumieńców w trzecim sezonie. Natomiast kiedy go wreszcie obejrzałam, zauważyłam, że jest trochę bardziej zniuansowany. Dawno go nie widziałam, więc nie wiem, jak bym go dzisiaj odebrała.

***

Autor: Q__, 15.06 2012, Forum Muzeum USS Phoenix, reblog

Powtórzyłem sobie i "Dear Doctor"... Zaczyna się ładnie od scenki z Phloxem karmiącym swoje denobulańskie zwierzaczki, by poczęstować się jakimś robakiem czy ślimakiem przeznaczonym dla najagresywniejszego z nich.

Tymczasem nadchodzi Hoshi. Dowiadujemy się od niej, że Phlox jest w jakimś sensie najpopularniejszym członkiem załogi - otrzymuje najwięcej listów. Dialog ten informuje nas również o korespondencyjnym przyjacielu naszego doktora, również doktorze, Lucasie, Ziemianinie, który w ramach programu wymiany trafił między Denobulan.

Struktura wymiany listów określa strukturę odcinka. Phlox współczuje Lucasowi z powodu konieczności radzenia sobie ze znacznie bardziej skomplikowaną naturą denobulańskiego rozrodu, opowiada też o swoim zdumieniu ludzkim współczuciem, które powoduje, że Archer darzy miłością Porthosa, przedstawiciela niższego gatunku, a Tripp popłakuje oglądając stary ziemski film (nawiasem mówiąc: Denobulanie także wymyślili filmy, ale zrezygnowali z nich, woląc rzeczywistość). W czasie seansu kinowego swoje zainteresowanie Phloxem okazuje młoda egzobiolog załogantka Cutler, on zaś nie wie, jak reagować na jej zaloty (spyta potem nawet o radę inną Obcą w załodze, T'Pol, ta jednak będzie przekonana, że Cutler rządzi głównie niedojrzała ciekawość, humoru tej z kolei scenie doda, że Phlox, by wydobyć z Wolkanki odpowiedź, przytrzyma ją prawie siłą na fotelu dentystycznym.

Nie problemy sercowe naszego Denobulanina, ani zabawne efekty zderzenia kultur jego i ziemskiej będą tematem dalszej wymiany listów (a więc i odcinka). Enterprise napotyka bowiem obcy, pre-warpowy, statek z umierającą załogą. Załoga owa należąca do zagrożonego wymarciem rozumnego gatunku bezskutecznie szuka między gwiazdami leku, którego sama nie potrafi wyprodukować. Poratowana łagodzącymi objawy lekami Phloxa prosi więc naszych bohaterów o pomoc, zapraszając jednocześnie na swoją planetę. Załoga korzysta z zaproszenia badając na miejscu kulturę i biologię owych Obcych, tyleż w poszukiwaniu lekarstwa, co z poznawczej ciekawości.

Przy okazji dochodzi do odkrycia, że na planecie istnieje jeszcze jeden rozumny gatunek, traktowani przez dominującą rasę trochę jak służba, trochę jak zwierzęta, odporni na wspominaną chorobę Menkowie. (Jest to bardzo nietypowe, bo zazwyczaj na jednej planecie istnieje tylko jeden dominujący gatunek. Widać, że manuale TNG dawno trafiły poza kanon.) Menkowie traktują swój los pogodnie, mimo dowodów wybitnej nieraz inteligencji, nie wykazują inicjatywy w kierunku zmienienia go, jednak załodze nie podoba się ich sytuacja.

Tymczasem Phlox odkrywa, że dominujący gatunek, Valakianie, padli ofiarą naturalnej choroby genetycznej, tak jakby mieli zrobić miejsce dla Menków (taka "celowość ewolucji" brzmi bardzo podejrzanie w ustach kogoś o biologicznym/medycznym wykształceniu... choć prof. M. Giertych nie takie rzeczy opowiadał). Jednocześnie zaś Valakianie proszą o pomoc coraz natarczywiej. Archer chętnie by im przekazał schematy napędu warp, ale zdaje sobie sprawę, że to bez sensu - nie mają dostatecznej technologii, by napęd ów zbudować.

Phlox odkrywa jednak lekarstwo. Sam jest przeciwny udostępnieniu go tubylcom, jednak decyzję zostawia kapitanowi Archerowi (poddając go jednocześnie swego rodzaju próbie). Archer ostatecznie decyduje, że nie chce "bawić się w Boga", Valakianie dostaną tylko lek hamujący przebieg choroby na dziesięć lat, dalej muszą radzić sobie sami. Enterprise odlatuje.

Przytłoczony, mimo wszystko, ciężarem odpowiedzialności, Phlox kończy dyktować list do kolegi po fachu, mówi dobranoc swoim zwierzakom (myślenie Archera nie jest mu więc tak całkiem obce) i... w akcie odwagi... udaje się na randkę z załogantką Cutler.

(Ze smaczków odcinka należy zauważyć jak wiele rozwiązań późniejszej UFP - stosunek do cywilizacji pre-warp choćby - jest wolkańskiego pochodzenia, mniej doskonałe, a więc mile prawie realistyczne, działanie Uniwersalnego Translatora, Hoshi ćwiczącą z Phloxem denobulański i doradzającą mu w sercowych sprawach, wspomniany w jednym z dialogów kontakt valakiańskich kosmonautów z Ferengi oraz proroczą mowę Archera o Pierwszej Dyrektywie.)

Skoro o PD mowa... Motywowano decyzję Archera względami quasireligijnymi, sądzę jednak, że - co byśmy o tej decyzji nie sądzili - nie tu tkwi jej przyczyna. Kapitan (wspomnijmy jego słowa o tym, że zaczyna rozumieć Wolkan, oraz słowa T'Pol o tym, że jej rodacy przylecieli na chwilę, a zostali na Ziemi wiele lat, niańcząc jej mieszkańców) - moim zdaniem - po prostu kapituluje. Uświadamia sobie, że interwencja w dzieje Valakian i Menków nigdy się nie skończy. Najpierw lek, potem zapewne chęć zaprowadzenia innych relacji między tubylczymi rasami, następnie pomoc w rozwinięciu technologii warp i patronat nad ichnimi dalszymi krokami w badaniu kosmosu... itd. itp.

Jego decyzja nie ma, moim zdaniem, jakichś górnolotno-filozoficznych motywacji, jest raczej ucieczką od odpowiedzialności tego typu podpartą pewnymi filozoficznymi argumentami.

Drastyczność sytuacji służy - IMO - tylko temu, by silniejszymi bodźcami zmusić widza do przyjrzeniu się problemowi.

NumberOne napisał:

"W podobnych sytuacjach Picard i inni raptem bredzili o jakichś siłach wyższych i celowym planie istniejącym we Wszechświecie (celowy plan Wszechświata, który zdolni byliby pokrzyżować Picard z Rikerem mógłby stworzyć tylko kompletny idiota). Tutaj zresztą mamy doskonały przykład arogancji: to Bóg chciał Pietwszej Dyrektywy Gwiezdnej Floty (przemawiał ustami proroka Archera)."

Aż dochodzimy to kulminacji z AND "Angel Dark, Demon Bright", gdzie okazuje się, że samo istnienie Federacji i bohaterskie (czasem bohatersko zbrodnicze) czyny jej kapitanów są najwyższą realizacją tego odwiecznego planu. Zupełnie jak u Hegla... 😉

***

Autorka: Katarzyna Bryja

Bez wątpienia ten odcinek poruszał ważny, moralny problem, którego rozwiązanie było nie do końca jednoznaczne. Główny wątek opowiadał o rozterkach kapitana, który zastanawiał się, czy może „bawić się w Boga”. W rozmowie z doktorem Phloxem powiedział nawet, że w przyszłości Flota wymyśli zapewne jakąś doktrynę, która określi granice pomocy, jaką oficerowie mogą nieść innym gatunkom. Miał rację. Ten odcinek pozwolił na zrobienie dużego kroku w przyszłość, który pozwoli na stworzenie dyrektyw, będących fundamentem rozwoju Floty. Tutaj jednak to kapitan musiał decydować samodzielnie, a przy okazji przedstawił nam bardzo wyraźnie problem Wolkan, którzy jak dotąd byli postrzegani raczej niezbyt pozytywnie. Teraz Ziemianie znaleźli się w podobnej sytuacji i postanowili wybrać inną drogę i zostawić obcą rasę... Ale nikt nie pomyślał, jakimi zasadami kierowali się Wolkanie, którzy tak samo mogli po prostu odlecieć.

Bardzo zainteresował mnie również wątek Phloxa, który nie tylko pokazał nam swoją osobowość, ale przedstawił dość ciekawe spojrzenie na Ziemian. Dlaczego ciekawe? Zastanawiał się nad istotą współczucia, które ludzie traktują jako jedną z podstawowych cech człowieka - tych pozytywnych. Jednocześnie, mieliśmy okazję przekonać się, że doktor naprawdę może wnieść do serialu bardzo wiele nowego i nie musi stać się odwzorowaniem voyagerowego AHM. Muszę przyznać, że nie doceniłam tej postaci i dopiero teraz widzę potencjał Phloxa... Ma on olbrzymią szansę stać się barwną i znaczącą postacią w serialu.

Odcinek zawierał kilka mniejszych i większych błędów, należy tutaj przede wszystkim wymienić zabawę Hoshi z translatorem, która momentami była żałosna i bez sensu. W ogóle, uważam, że wątek translatora w Enterprise od samego początku jest źle realizowany. Widać wyraźne nieścisłości, którą prędzej czy później realizatorzy będą musieli rozwiązać.

Ogólnie, skali od 1 do 10, oceniam ten odcinek na 9, ponieważ jedynym błędem, jaki zauważyłam był problem z translacją - a on nie dotyczy tylko tego odcinka, nie może on mieć bezpośredniego wpływu na jego ocenę.

 

Dołącz do spoleczności!

Wpadnij na nasz serwer Discord, pogadaj o Star Treku i innej fantastyce.
searchclosearrow-circle-o-downbarsangle-leftangle-rightellipsis-v