Opis
Misja naukowa na pozornie spokojnej, pięknej obcej planecie może skończyć się tragicznie dla T'Pol, Tuckera, Mayweathera i dwójki załogantów.
Polski tytuł: Nowy, obcy świat
Zwiastuny
Recenzje
Autor: mdabek, 21.07.2024, Discord Star Trek, reblog
Lecimy dalej, po drugim, pierwszym kontakcie, który prawie skończył się tragedią, odważna załoga nadal jest głodna wrażeń. Dwójka nowych bohaterów, Cutler i Novakovich są wyróżnieni już w pierwszej scenie i wiadomo, że coś będą ważną częścią historii. Oboje mają trochę vibe Lower Decks i bardziej są dodatkiem do załogi niż niezbędnym jej składnikiem.
Ale do rzeczy, załoga Enterprise odkrywa nową planetę, jak się dowiadują klasy Minshara i postanawiają trochę poeksplorować. Jak zwykle Archer wyśmiewa zalecenia T'Pol Archer, woła yhaww, jazda do promu i na dół.
Scena jak lądują, mając na sobie czapki NX-01, jest chyba szczytem inwazyjności amerykańskiej kultury korporacyjnej (w latach 00, w firmach technologicznych, gadżety z nazwą projektu były traktowane jak trofeum i równie ważne jak wypłata).
W swej nieskończonej kowbojskiej bezmyślności Archer pozwala zostać załogantom na planecie na noc. Nocna burza sprawia, że wszyscy, z namiotów muszą przenieść się do pobliskiej jaskini. Wtedy scenarzysta przypomina sobie o Novakovichu, który dostaje ataku psychozy i oddala się od grupy. Cutler jednak do końca nie odgrywa żadnej ważnej roli. W jaskini zaczyna się pełen narkotyczny odlot, wszyscy są albo przeciwko wszystkim, albo na takim haju, że nie kontaktują. Enterprise odnajduje Novakovicha i zostaje on pierwszą ofiarą pomieszania wzorców w buforze transportera. Mimo sporego napięcia, na szczęście wszystko kończy się pomyślnie i znowu przypadkiem nikt nie zginął.
W sumie, to fajny odcinek, utrzymał mnie przed ekranem, ale raczej ma nutkę takiego, który powstał z odrzutów, bo jest dość bez wyrazu. Na plus nazwa: Strange New World 😉.
PS
Triii: Oglądając ten odcinek, myślałam, że jednak ludzkość powinna oddać się pod przywództwo Wolkan.
***
Autor: Jan 'Kazeite' Strzelecki
W czasie swojej podróży, Enterprise trafia na idylliczną planetę. Wkrótce jednak okazuje się, że...
No właśnie. Ile razu już to przerabialiśmy w różnych wariantach i odmianach? Owszem, taki odcinek musiał kiedyś się trafić (tzn. załoga Enterprise musiała w końcu znaleźć jakąś planetę), ale doprawdy, tak stary i wyświechtany pomysł... Jeszcze trochę, a będzie miał zniżkę na przejazdy tramwajem dla emerytów i rencistów.
Tym bardziej, że drugi człon streszczenia brzmi: pewne substancje na planecie powodują, że załoga zaczyna zachowywać się inaczej niż zwykle.
Drugie "no właśnie". Mam tu podwójny problem: motyw zmiany osobowości jest równie oklepany, co motyw nie-do-końca-idyllicznej planety, a poza tym, jest on właściwie niezauważalny. Widzicie, żeby zauważyć, że dana postać zachowuje się inaczej niż zazwyczaj, musimy najpierw wiedzieć, jak zachowuje się normalnie.
A tego właśnie właściwie nie wiemy, więc proszę od nas nie wymagać, żebyśmy wychwycili jakieś subtelne zmiany w beztroskim zachowaniu drużyny wypadowej.
Właśnie, beztroska. To chyba był motyw przewodni podczas pisania scenariusza. W porównaniu z pilotem, gdzie drużyna zbroiła się po zęby i nawet przebierała w gustowne kurtałki, tutaj badanie rzeczonej idyllicznej (tm) planety podejmuje się z marszu, i to w dodatku z wykorzystaniem trzech najstarszych stopniem oficerów (i psa).
A potem nagle ni z gruszki, ni z pietruszki jedyny członek załogi, który był przeciwko lądowaniu, oświadcza, że najchętniej spędziłby na owej planecie całą noc.
Oczywiście natychmiast potem uderza nieszczęście - burza. Burza plus bezradni oficerowie Gwiezdnej Floty równa się, oczywiście, jaskinia, a jaskinia plus oficerowie Gwiezdnej Floty to już wielkie kłopoty (chwila potrzebna na zapuszczenie losowego generatora kłopotów - z wskaźnikiem ustawionym na "jaskinia" i "wielkie"), czyli szkodliwe gazy (czy pyłki) wpływające za zachowanie drużyny.
I zgadnijcie, co jest dalej? Oczywiście, paranoja, wyciągnięte pistolety fazowe, strach itd. Aż dziwne, że nie umiera żaden z redshirtów, chociaż nie mogę powiedzieć, żeby nie próbowali zginąć. Jeden z nich zostaje mianowicie przesłany na Enterprise w środku szalejącej burzy, skutkiem czego w jego ciele zostają kawałki liści itp. Szybka akcja dra Phloxa ratuje mu jednak życie, dopóki nie okazuje się, że redshirt umrze z powodu owych szkodliwych gazów, co zmusza Phloxa do następnej szybkiej akcji. Taka ruletka 🙂
Generalnie rzecz biorąc, był to odcinek średni. I nawet nie chodzi o to, że był może nudny, tylko po prostu strasznie przewidywalny.
