Opis
Saru, podczas swojej ostatniej misji w roli pierwszego oficera na USS Discovery, wraz z kapitan Burnham wyruszają na pozornie opuszczoną planetę w poszukiwaniu największego skarbu w galaktyce.
Polski tytuł: Pod dwoma księżycami
Zwiastuny
Recenzje
Autor: Ledsbourne, 5.05.2024, Discord Star Trek
Odcinek, w którym za bardzo nie ma się do czego przyczepić (oprócz tego, jak potraktowany zostaje Rayner), ale to dlatego, że jest wybitnie wtórny i nijaki, po najmniejszej linii oporu.
Michasia i Saru naparzają się na rajskiej planecie z zasiedziałymi dronami, gdzieś już to widziałem i to pewnie nie raz. Book, jak ktoś słusznie zauważył, popyla w tym mrocznym płaszczu po statku i jest **tajemniczy**, a Moll okazuje się jego „najbliższą rodziną”, której nie widział od dwudziestu lat, a rozpoznaje ją po znamieniu na szyi. Nie ma Cronenberga, a admirał Vance po raz kolejny okazuje się pantoflem.
Sąd nad Raynerem to jakaś kpina, jemu się obrywa za to, że „zainspirował” złoli do czegoś, w żadnym poważnym Star Treku (ani w Lower Decks) coś takiego by nie miało miejsca, bo mając dane wejściowe jakie miał, podjął jedyną słuszną decyzję i oberwać powinna Michasia.
Saru na swojej „ostatniej misji” traktowany jest jak jajko, to mi pachnie klasycznym wąsatym szeryfem, który na dzień przed emeryturą postanawia jednoosobowo załatwić gang narkotykowy, bo tak trzeba.
Na koniec jeszcze biedny Rayner dostaje ochłapy w postaci propozycji zostania pierwszym oficerem u Michasi, która „liczy, że nie będzie się z nią we wszystkim zgadzał”. No jasne, bo narcystyczna Michasia uwielbia się otaczać ludźmi, którzy nie oddają czci jej wspaniałości 😄 5/10.
***
Autor: Q__, 6.04.2024, Forum USS Phoenix
Czas na refleksje o DSC „Under the Twin Moons”, odcinku zarazem gorszym, niż poprzedni, bo mającym strukturę gry komputerowej (quest, zagadki do rozwiązania, strzelaniny, części do zebrania) – i, co jeszcze gorsze, sugerującym, że cały sezon będzie taki – ale też i lepszym, bo przyprawiającym to pewną doza fillera, który dodaje mu uroku. Gdzie w ramach tego fillera dostajemy dziennikowe filozofowanie Burnham (puste poznawczo, ale zawsze*), wzmiankę o Breen i Orionach, i fajną mysz-kocią holozabawkę, ale dostajemy też wzięty z sufitu wątek ksywy „Action Saru” (czekamy na „Action Picarda”?).
Co jeszcze zwraca tam uwagę? Wątek Raynera. Na jedno – w szybkim tempie wyrósł na dającą się lubić postać (zwł. gdy objawił się jako Rayner ex-machina, ratując dowództwu Discovery, czy tam Discovery-A, tyłki).
Na drugie wydaje się anachroniczny – b. TOS-owy kapitan, jak wyjęty z filmów Meyera, wsadzony w XXII stulecie, a sposób potraktowania go (wykonywał, owszem, nieludzki, rozkaz, a potem został użyty jako kozioł ofiarny – choć faktycznie zgrzeszył brawurą) ma +/- tyle sensu co wyrok dla Michaśki w drugiej części pilota (i znów podkopuje wizerunek GF/UFP); czyli DISCO wraca do swoich najgorszych tradycji.
Na trzecie – finalne osadzenie go na miejscu Saru, jako nowego XO – jest fajne, choć b. Przewidywalne (i zdaniem niektórych zachodnich komentatorów psychologicznie mało wiarygodne).
Przy czym mieści się ten ruch, niestety, w logice opery mydlanej. Dostaliśmy bowiem ładny powrót Booka, dowiedzieliśmy się – teraz, i w poprzednim odcinku – co robił w międzyczasie (i stawiało go to w dobrym świetle, pokazując, że rehabilituje się i uwierzył w ideały UFP), był nawet (trochę bez sensu) przymierzany do roli nowego Pierwszego (o czym niby nie wie, ale albo wie, albo zaraz się dowie) i jednak pojawił się kolejny czynnik, który oddala go od Michael, jakby samego – równie mydlanego – odkrycia, że Moll to kajndof rodzina Clevelanda było mało. (Tu znów mamy godną cardassiańskich powieści repetycję, tym razem z sezonu czwartego.)
Skoro przy ruchach personalnych jesteśmy – Saru przyjął awans, Tilly chwilowo wraca do załogi jako specjalistka (i wypada bardziej irytująco niż dotąd). Przy tej pierwszej okazji fajnie, że zatroszczyli się o jego kwiatki, wyjaśniając, że nikt im krzywdy nie zrobi (a już miałem się o nie martwić), choć 1. Trzymanie pustej kajuty jest niepraktyczne, a nadto 2. Pojawia się pytanie czemu – w dobie tak rozwiniętych technologii – ich nie transportowali, z całym wnętrzem kajuty, do kwatery głównej? (do czego można dodać następne, retrospektywne – jak w ogóle trafiły na statek, skoro Kaminar był pod PD).
Co jeszcze? CGI-planeta odcinka była całkiem ładna (choć sztucznawa), ale czemu obiekt na niej musiał być piramidą (czy amerykańskim twórcom tylko to kojarzy się z archeologią, a czasem i z kosmiczną obcością???). Hologramy używane przez bohaterów jeszcze fajniejsze (w końcu, po tylu wiekach, rozwinęli technologię z wczesnego TNG). Statek villainów – paradoksalnie uderzyło mnie to dopiero teraz, gdy został pokazany zatrzymany w kadrze – kręcił się jak ten Luthena Raela, w Andorze (Kurtzman znowu kopiuje). Technobełkot rzucany błyskawicznie przez pozostających pod ostrzałem bohaterów, i chcących ich ratować kolegów, niby był w tradycji ST, ale wypadł autoparodystycznie, jak wyjęty na żywca z prześmiewczej scenki RedLetterów. Zagadki romulańskie – pogłębiały gierczany klimat, ale nawet pasują do tej kultury. Dostaliśmy też więcej fabularnej przewidywalności: Adira tęsknili – i, oczywiście, okazuje się, że czas lecieć na Trill. Odnotować też trzeba nowe, kumpelskie, relacje Burnham z Vancem – wypadają nawet sympatycznie, i było parę mies. Na ich nawiązanie, ale znowu Michaśka okazuje się bestest ever, i wygląda to trochę(bardzo) na Syndrom Małej Galaktyki, jakby tylko jeden admirał i jedna kapitan w nowej GF byli.
Ogólnie 2+/4 (czyli +/- tyle samo, ile powinienem dać poprzednio).
And one more thing: udało im się spowodować, że martwiłem się przez chwilę o naszego kelpiańskiego kapitana, czy nie uśmiercą go w czasie finalnej misji, ale – na szczęście – nie.
*) Swoją drogą te okołoprogenitorskie refleksje M.B. są trochę bez sensu, ale tylko trochę – Federacja miała wieki na filozoficzne przepracowanie tych spraw (o ile znowu nie utajnili :P), choć może sama Burnham nie miała...
***
Autor: Toudi, 7.04.2024, FB Toudi SajFaj
Dawno nic o Treku nie pisałem, a trochę go było, ale wrócił ST: Discovery piąty sezon i ... nadal jest źle, beznadziejnie. Nie wiem czy jest sens wszystko opisywać.
Plusów z dwóch odcinków nie pamiętam. Tu nawet na nostalgii nie potrafią poprawnie zagrać.
Największy minus - akcja ze statkami wbijającymi się w planetę. Co to miało być? Ani to ładne, ani to mądre. Już by lepiej teleportowali wszystkich ludzi. Byłoby to bardziej trekowe.
Te okręty nietrzymające się jednej kupy. To jest po prostu szpetne, bezsensowne. Kumam, że chcą pokazać jaka ta technologia jest super do przodu względem innych Treków, ale to po prostu coraz bardziej nie ma sensu.
Fajnie, że w odcinki piją do Daty, Picarda, Soonga, czy do odcinka TNG 6x20. Ale nasi bohaterowie są sprzed tych czasów. Dla nich te postacie nic nie znaczą, co najwyżej mogli je poznać z jakiś historycznych lekcji. Więc niby czemu mieliby się tak ekscytować, jak mamy to pokazane. Bo dla widza, ok, ale bohaterowie powinni być całkowicie obojętni do tych wydarzeń. Wręcz większość powinna o nich usłyszeć pierwszy raz.
Fajnie, że dorzucili Cylona nr 2 do serialu. Ale niech mi ktoś wytłumaczy, jakim cudem kapitan może być pierwszym oficerem dla innego kapitana. Przecież tu się starszeństwo kłóci po całości. Nie wiem ile był tym kapitanem, ale ma za sobą co najmniej 30 lat służby. Więc raczej na pewno ma więcej lat kapitaństwa niż Michał. Tu się to nawet nie łapie na grzecznościowego pierwszego oficera Saru.
A jeszcze wracając do tych statków, co się kupy nie trzymają. Teraz widzę, że już nie tylko Discovery robi fikołki przed lotem. Po co? Przecież to tylko marnotrawstwo energii, a nic to nie daje. Jeszcze jak uciekali i myślałem, że chcieli zmylić pościg, to wyglądało ok, ale wyszło, że oni to robią, bo tak....
Już dawno powinienem porzucić ten serial.
