Opis
Załoga USS Cerritos odwiedza ojczystą planetę Ferengi.
Zwiastuny
Recenzje
Autor: Q__, 22.10.2023, Discord USS Phoenix
Czas na zdań parę o LD "Parth Ferengi's Heart Place".
Zaczyna się od tego, że jako kolejny zostaje zniszczony przez tajemniczą jednostkę Ferengi. Ponieważ zaś ataki te destabilizują szlaki handlowe Rom i Leeta, jako władcy Ferenginaru rozpoczynają przyspieszone negocjacje akcesyjne z UFP, które prowadzi nieznany nam dotąd admirał (przybyły na USS Toronto - cd. miejskich nazw, a że okręt większy od Cerritosa, to i po większej miejscowości nazwany) wspomagany przez kapitan Freeman.
Tymczasem czwórka podporuczników dostaje za zadanie zdobycie aktualizujących danych do (rzekomo mitycznego) przewodnika turystycznego (przywodzącego na myśl tyleż bedekery, którymi posługiwał się Ijon Tichy, co Trekowe wydawnictwa typu "Klingon for the Galactic Traveler"). Przy czym - zgodnie z tytułem serii - B-plot wysuwa się na plan pierwszy, a nawet rozgałęzia na trzy wątki.
Rutherford i Tendi (miło ich widzieć znów sparowanymi) udają parę nowożeńców, co jest dla nich źródłem podwójnej konfuzji - raz z racji sporej nieśmiałości, dwa - gdy okazuje się, że może im to zostać poczytane za próbę wyłudzenia promocyjnych korzyści dla młodych par i b. surowo ukarane. Przy czym seria ich dość zabawnych, ale i nieco nudnawych perypetii kończy się podwójnym happy endem - unikają demaskacji (w ataku 😉 odwagi wrabiając nieco doktora Migleemo, który był gotów zburzyć ich legendę) i wracają na Cerritosa, gdzie ich niewątpliwa erotyczna więź znajduje nerdowskie ujście w formie wspólnej pracy i fachowych dyskusji (tak im najwyraźniej jest dobrze, choć widz chciałby czegoś więcej).

Z kolei Mariner źle się czuje jako poważny młodszy oficer, i chętnie wróciłaby na ścieżkę autodestrukcji i degradacji. Jednak rozmowy ze - znanym z wcześniejszych odcinków - ferengijskim kumplem (który, wbrew gatunkowemu stereotypowi, wychodzi na jej prawdziwego przyjaciela) i - sprowokowana przez samą Beckett bójka - odgrywają rolę psychoterepeutyczną (odnotujmy, że po raz kolejny Mariner tego potrzebuje!) i pozwalają jej pozbierać się do kupy.
Boimler, natomiast, odkrywszy - nieznane już w Federacji - przyjemności reklam, kryptoreklam, seriali policyjnych i biurowych sitcomów, choć początkowo podchodzi do oglądanego z dystansem badacza, rychło popada w uzależnienie od TV, z którego zostaje brutalnie wyrwany przez lokalne siły porządkowe (wezwane przez Ransoma, który najwyraźniej lubi tego podporucznika, ale lubi się też nad nim pastwić).
Negocjacje akcesyjne, natomiast, prowadzą do serii samoośmieszeń i samoupokorzeń zbyt pewnego siebie admirała (którym para monarsza Ferenginaru wyraźnie się bawi), ale kończą się szczęśliwie, gdy inicjatywę przejmuje Carol, która szachrując jak prawdziwy Ferengi (i tym samym okazując szacunek dla miejscowej kultury) doprowadza je do szczęśliwego, satysfakcjonującego obie strony finału.
Tu, zapewne, znajdą się chętni hejtować, że ciemnoskóra pani kapitan poradziła sobie tam, gdzie samiec gotów był zawieść, ale ja skłonny jestem nad takim ukłonem w kierunku ducha czasu przejść do porządku dziennego, bowiem istotnych problemów z omawianym odcinkiem - który delikatnie przywrócił mi wiarę w bieżący sezon - upatrywałbym gdzie indziej.
Jasne, trudno nie docenić sposobu w jaki Amerykanie śmieją się tu z własnego - choć w kosmos rzutowanego - przemysłu rozrywkowego i kultu komercji (poza TV, mamy wyszydzenie hotelowych eventów, randkowych reality shows i przemysłu ślubnego, bo to otacza skonsternowanych D'Vanę i Samanthana), a nawet z goniącego za zyskiem macierzystego CBS-u (podawane na admiralską cześć jedzenie flotowe czy quarkowe Starfleet Experience - wyraźna kpina z licencjonowanych Trekowych atrakcji). Można się też uśmiechnąć słysząc o, pasujących do obrazu Wielkouchych z DS9, muzeach hazardu i łapownictwa, czy oglądając Bibliotekę Narodową będącą de facto zamaskowanym salonem dabo, oraz ścianę płaczu... za straconym dochodem. Cieszą też takei'owe "Oh my" wplecione w dialog, wzmianka o pechowej klasie Oberth (ostatnią degradację Mariner zaliczyła po rozbiciu jednego), czy rozbudowujące kanon słowa o podwodnych kopalniach Ferenginaru (czegoś przypominają się wolfe'owe pomysły, by Trekowi ultrakapitaliści zaczynali jako kanibalistyczne kijanki) oraz o tym, że przyziemno-sybarytyczny gatunek upierzonego doktorka popchnęła między gwiazdy chęć poszukiwania nowego, bardziej wykwintnego, jedzenia (co jest b. w duchu LD). Mamuśka Beckett także zasługuje na pochwałę, okazując się godną następczynią - zdolnego wczuć się w innokulturową mentalność - Rikera z "A Matter of Honor" i potrafiących twardo negocjować Kirka z Picardem. Ale po raz kolejny zamiast ciekawego obrazu Obcej cywilizacji dostajemy dość naskórkowe - choć w pełni zasłużone - biczowanie ziemskiej.
Ponadto dalszy przebieg fabuły zdaje się podważać sugestię z końcówki Deep Space Nine (wzmocnioną jeszcze słowami butnego Flotowego negocjatora) o tym, że Ferenginar czekają, czy wręcz już spotkały, ostre reformy, bo w zasadzie wszystko jest po staremu (może z wyjątkiem otwarcia na członkostwo w UFP). Zamiast obrazu przemian dostajemy więcej Ferengi jokes.
Niemniej na interesującą, choć drugoplanową, postać wyrasta Rom, zdolny zarówno cwaniaczyć, jak i prostolinijnie chcieć wstąpić do Federacji, a przy tym wykazujący się dużym sprytem. Wygląda na to, że brat Quarka, niczym historyczny Klaudiusz (i mlody klingoński kitumba z NV/P2) tylko udawał głupiego, czy raczej nieporadnego, czekając na swój monent.
Tak czy siak, jednak, choć po raz pierwszy od początku sezonu dobrze się bawiłem, nie mogę dać wyższej noty niż standardowe 3-/4.
