Opis
Jean-Luc Picard i załogi zarówno ze starych jak i młodych pokoleń, walczą razem w desperackiej ostatniej walce, aby ocalić galaktykę przed największym zagrożeniem, z jakim kiedykolwiek się zmierzono.
Epicki finał sagi Star Trek: The Next Generation.

Polski tytuł: Ostatnie pokolenie
Zwiastuny
Recenzje
Autor: Ledsbourne
Podsumowanie trzech sezonów.
Serial Picard. Odświeżona, nowoczesna formuła, której Trek potrzebował – ale dalej wierne oryginalnym ideom, ambitne i intelektualne Sci-Fi, z satysfakcjonującym fan servicem.
Patrick Stewart wraca do roli po 20 latach i dalej pokazuje, jak znakomicie czuje to uniwersum i swoją postać, która w zasadzie utożsamia w nim wszystkie szlachetne idee Federacji i człowieka dźwigającego lata ciężkich doświadczeń i trudnych decyzji.
Ciągnięcie jednej, rozbudowanej i wielowątkowej intrygi przez cały sezon zamiast krótkich fabuł zamykających się w 1-2 odcinkach to nowość, ale całość jest Star Trekiem z krwi i kości, bez cienia fałszu poruszającym się przez budowane od 50 lat uniwersum.
Mamy klasyczne motywy – spisek Romulan, kwestię praw do życia świadomej sztucznej inteligencji, Borg, zwichrowanych członków załogi po przejściach i wreszcie przyjemne ukłony do poprzednich serii, szczególnie do TNG, z powracającymi bohaterami i wątkami.
Nowe postacie są świetnie napisane – depresyjny kapitan Rios z zastępem hologramów-„klonów”, radośnie szlachtujący mieczem Elnor, czyli jak powinien być napisany Anakin w „Gwiezdnych wojnach” po przepuszczeniu przez filtr Bene Gesserit…
…Raffi siedząca w teoriach spiskowych czy tragiczna Agnes robiąca jednocześnie za comic-relief, no i porządnie napisani romulańscy złole. Przemówienia Picarda dalej są poruszające, choć kapitańska charyzma ustępuje miejsca dostojnej mądrości starca.
No i powraca ten ciepły, trekowy humor, który bawi bez popadania w groteskę czy autoparodię. Każdy odcinek to uczta dla oka i umysłu, a z całości bije duch nadziei i wiary w ludzkość pomimo jej wszystkich ułomności, tak charakterystyczny dla Star Treka.
Drugi sezon podobał mi się jeszcze bardziej od pierwszego. Rewelacyjne rozwinięcie i pozamykanie wątków, większe skupienie na ułomności ludzi, stojącej w przeciwwadze z ich nadzieją i samozaparciem, wreszcie motyw pojednania będący całą istotą Treka.
Jest Q, są Borg, jest kolejny przodek Soonga, wreszcie pojawia się nawet Wesley, na którego szczerze liczyłem. No i jest wersja bezwzględnego Picarda z jakiegoś rodzaju mirrora, w jednym z najbardziej klimatycznych i najmocniej wybrzmiewających odcinku.
Przy całej tej nostalgicznej gratce dla fanów, wszystko jest odświeżone, nowe i z twistem, a nawet najdziwniejsze sojusze nie kończą się prostymi zwrotami akcji. Picard dostaje nie tylko rozwinięcie postaci, ale też coś w rodzaju swojej origin story.
Jest wreszcie łączący wszystkie postacie wątek samotności i niedopasowania, poszukiwania swojego miejsca, depresji – głęboko humanitarny, u każdego nieco inny, ale łączący klamrą ich losy równie mocno co wspólna misja. I u każdego wymagający innej terapii
Skupienie uwagi widza na relacji Q jedynie z Picardem nieco przysłania to, że jego ostateczny cel, mający nadać znaczenie jego istnieniu, mógł być bardziej rozległy – może chodziło o naprowadzenie wszystkich postaci, które zostały przeniesione z Picardem?
Trzeci sezon stoi w dużej mierze nostalgią, ale podaną w taki sposób, że człowiek chce się nią otulić i napawać. Nowe postacie wypadają bardzo dobrze, jest sporo fajnych pomysłów i kilka genialnych odcinków, z „Impostors” i „Surrender” na czele.
Jest też więcej pięknie i bogato ukazanych wojen w kosmosie, galaktycznej stawki czy anomalii okazujących się obcymi formami życia. Powroty i odniesienia do poprzednich serii udane, a przy tym przedstawione na tyle czytelnie, żeby nawet laik zrozumiał.
Finał jest spójny i satysfakcjonujący jako kulminacja nostalgicznego fan service, ale sposób napisania jest zbyt… bezpieczny. Mimo to, zadowalająco domyka wszystkie wątki i pozostawia obietnicę nowego serialu, któremu można w ciemno dać kredyt zaufania.
Ostatecznie trzeci sezon jest na poziomie pierwszego, czyli bardzo udany, ale nie tak znakomity jak wybitny sezon drugi. A „Picard” jako całość wspaniale powraca do najlepszego, co było w Star Treku, wprowadzając to w nowocześniejszą formę serialową.
***
Autor: xetnoinu 21.04.2023, Discord Star Trek
Finał to jeden wielki easter egg. Nostalgia idiotyczna, nieudana, ta średnio udana ale i momenty serio dobrze zrobionej nostalgii. Osłupiająco dziwne zestawienie. Niekończące się kolejne zakończenia. Wreszcie reklama wymuszająca u widza chęć oglądania nowego serialu.
Rozprawienie się z Borg nonszalanckie, takie do odhaczenia jak z jakimś zwykłym losowym przeciwnikiem w typowym odcinku TNG. Dwa, trzy pomysły i po sprawie.
Jedno wielkie przemilczenie Jurati, jakby nie było drugiego sezonu.
Fabularnie to proste, głupie i takie w sumie oderwane od sezonu.
Jednak wykonanie, zagranie, udźwiękowienie motywami z filmów i seriali, poprowadzenie aktorów, odpalenie wszystkich strzelb Czechowa - zrobione zaskakująco płynnie. Scena karciana działa, Szekspir działa, Siedem z Jackiem na mostku działa.
Jakimś nieogarniętym analitycznie sposobem ta wydmuszka, finał o wielkiej stawce, który okazał się dotyczyć jednej planety a zagrożeniem była niepełnosprawna królowa seniorka z epizodem kanibalizmu --- jako tako o dziwo wyszedł.
Sam nie wiem jak.
Szkoda mi, że staruchów nie ukatrupili. Szkoda mi, że Shaw gryzie próżnię a Vadic nie zmartwychwstała, aby się wkurzyć na Królową i w ostatniej chwili dokopać sześcianowi.
Ale jakimś cudem to się zakończyło z tarczą.
