Startrek.pl

USS Phoenix

Star Trek

Star Trek

Opis

Film opowiada historię Jamesa T. Kirka (Chris Pine) i Sopocka (Zachary Quinto) na pokładzie USS Enterprise, którzy walczą z Nero (Eric Bana), Romulaninem z ich przyszłości, który zagraża Zjednoczonej Federacji Planet.  

Akcja rozgrywa się w alternatywnej rzeczywistości, która obejmuje zarówno inne miejsce narodzin Jamesa T. Kirka, jak i dalsze zmiany w historii wynikające z podróży w czasie zarówno Nero, jak i oryginalnej postaci Spocka z głównej osi czasu uniwersum (Leonard Nimoy). W efekcie w filmie mamy dwóch Spocków w różnym wieku.

Star Trek to jedenasty film w uniwersum. Postaci znane z seriali TOS, TAS oraz ery klasycznych filmów grane są przez nową obsadę, a w niej: Karl Urban (Leonard McCoy), Zoe Saldana (Nyota Uhura) i Anton Yelchin (Pavel Czechov), Simon Pegg (Montgomery Scott), John Cho (Hikaru Sulu), Bruce Greenwood (Christopher Pike), Ben Cross (Sarek) oraz Winona Ryder (Amanda Grayson).

Amanda Grayson

Chris Hemsworth, znany potem z roli Thora, wystąpił jako George Kirk - ojciec Jamesa Kirka pełniący obowiązki kapitana USS Kelvin.

George Kirk

To od bohaterskiej śmierci tej postaci (staranował, doprowadził do wybuchu i zniszczył statek górniczy Narada dowodzony przez Nero) nową linię czasu nazwano Kelvin Timeline.

Początkowo określano punkt rozdwojenia czasu jako ten wybuch. Ale skutkowałoby to tym, że w głównej osi czasu planeta Wolkan byłaby unicestwiona. Przez lata po premierze niechęć do tak określonego Kelvin Timline była bardzo duża. Serial Discovery rozwiązał ten problem (Wolkan nie został zniszczony przez Nero i istnieje w głównej osi czasu). Stąd ostatecznie punktem rozdwojenia czasu jest utworzenie czarnej dziury przez Spocka (tego starszego z głównej osi czasu), który w ten sposób próbował (nieskutecznie) uratować planetę Romulus przez rozpadem spowodowanym przejściem jej słońca w supernową. To traumatyczne dla całej galaktyki wydarzenie i związane z nim okoliczności (budowa floty ewakuacyjnej) będą w przyszłości ważnym elementem retrospekcji otwierających serial Picard. Tak oto wzmiankowane w trzecim planie akcji wydarzenia filmu Star Starek (2009) ukształtowały ostatecznie kanon Treka w głównej osi czasu w serialach Discovery, Picard i Prodigy.

Artystycznie i kasowo Star Trek (2009) okazał się gigantycznym sukcesem. Widownia byka stęskniona za Trekiem po latach jego nieobecności (ostatni był film Nemesis i serial Enterprise). W kinach były owacje na stojąco na nocny seansach. Chwyt marketingowy polegał na tym, że projekcja o godzinie 0:01 była pierwszym seansem w dniu premiery. Posypały się nagrody (filmweb zliczył 40) w tym te najcenniejsze trzy nominacje i upragniony pierwszy w dziejach franczyzy Oscar (za charakteryzację).

Najprawdopodobniej właściciel praw do marki planował całkowity reboot serii i rozpoczęcie tym samym pisanie kanonu na nowo. To spotkało się ze słusznym i ogromnym sprzeciwem starszej i bardziej doświadczonej części fandomu. Opór narastał w raz z kolejnymi filmami, ostatecznie trzeci zamknął ten kelvinowy kierunek rozwoju franczyzy. Obecnie wszystkie nowe trekowe seriale mają akcję osadzoną w głównej osi czasu. Serial Lower Decks czasem nawet wbija szpile swojego humoru w trylogię Abramsa.

Bez względu na subiektywną ocenę czy alternatywna rzeczywistość była słusznym czy niesłusznym wyborem twórców filmu Star Trek - jednego nie można tej produkcji odmówić. To ten film zdobył dla Treka ogromną młodą widownię, co w sposób bardzo istotny pozwoliło odrodzić społeczności fanowskie - stąd to on otwiera w naszym portalu erę współczesnych produkcji w uniwersum.

Zwiastuny

Oryginalny zwiastun
Polski zwiastun

Behind the Scenes

Muzyka

FAQ

Recenzje

Autor: radzioo_m, 16.11.2023, Discord Star Trek, reblog

Obejrzałem sobie Star Trek (2009) Abramsa. Wydaje mi się, że oglądałem go ostatni raz w kinie. No może potem jakoś niewiele później jeszcze raz. Pamiętam, że wtedy bawiłem się na nim dobrze i ogólnie mi się podobał. Cieszyłem się, bo to był mój pierwszy Star Trek obejrzany w kinie. No i był Leonard Nimoy. Teraz też mi się podobał, chociaż były pewne elementy, na które spojrzałem bardziej krytycznie.

Po pierwsze aktorzy. Podoba mi się ich dobór. Jak dla mnie wszyscy pasują do swoich ról. Pasował mi ich wygląd i charakter. Przekonali mnie do siebie jako nowa wersja oryginalnej załogi.

Podobał mi się też Enterprise i to, jak zostały zrobione jego wnętrza. Wiadomo, musiało to wyglądać lepiej niż w latach sześćdziesiątych ale jednocześnie sprawiać wrażenie, że jest to technologia wcześniejsza niż w nowszych filmach. Jest nawet to charakterystyczny dźwięk "pingania" z oryginalnego mostka. Jest nowocześnie, ale są drobiazgi, które sprawiały, że czułem klimat tamtego okrętu. Choćby "kanciaste" podparcia fotela kapitana. No i wszystko jest tak samo jasne.

Fajnie zrobiona została też broń. Widać, że to te stare fazery, ale nie wyglądają już jak plastikowe zabawki. Do tego miały fajny ruchomy detal przy zmianie ustawień strzału.

Podobnie mundury. Są w odpowiednich kolorach ale jednocześnie widać, że to jest jakiś taki nowoczesny krój czy materiał. Fajnie też zostało oddane to, że mundury z początku filmu trochę przypominają te z serialu Enterprise. Coś jakby ich ewolucja.

Fabularnie (znowu jak dla mnie) jest OK. Jest alternatywna linia czasu. Można sobie pozwolić na pewne zmiany względem tego, co znaliśmy z wcześniejszych Treków. Choć ma to swoje plusy i minusy.

Romulanie też fajnie przedstawieni. Nie wyglądają "żałośnie", jak wcześniej, z tymi swoimi fryzurami i szerokimi ramionami. Widać, że to wredne, zdeterminowane dranie.

Było jednak parę rzeczy w fabule, które mi się nie podobały.

Po pierwsze wstąpienie do Gwiezdnej Floty, to była jakaś łapanka. Nadajesz się czy nie - wystarczy, że wsiądziesz do transportu i gotowe. Nie potrzeba żadnej weryfikacji czy selekcji. Kirk ma najpierw wylane na flotę a po jednej rozmowie postanawia, jak to on pokaże wszystkim we flocie, jakim to będzie superoficerem. To było słabe. Abrams poszedł na łatwiznę.

Kolejna rzecz to wyrzucenie Kirka z okrętu na rozkaz Spocka. Na logikę to był wyrok śmierci dla Jima. Cała scena miała umożliwić spotkanie Kirka ze starym Spockiem. Co z resztą też było strasznie głupie, bo mając cały glob za cel, Kirk wylądował akurat tam, gdzie ukrywał się Spock. Straszna głupota. Inna sprawa, że fajnie było zobaczyć Leonarda Nimoya na ekranie. W każdym razie znowu Abrams poszedł na łatwiznę i brak logiki.

Dalej podobnie ze spotkaniem Scotty'ego. Akurat siedział w jakiejś bazie niedaleko. I strasznie głupia, niemożliwa pętla czasowa. Spock dający Scotty'emu sposób na transport, który ten dopiero miał wymyślić w przyszłości. Bo tak. No w końcu muszą jakoś wrócić na Enterprise. Znowu Abrams poszedł po najmniejszej linii oporu, idąc w głupotę.

Mimo wszystko lubię ten film. Załoga mi pasuje. Jakoś czuję, że to Trek. Do tego jak Nimoy na końcu mówi: "These are the voyages..." - jakoś tak fajnie mi się zrobiło.

Aha, no i daję dodatkowego plusa za "Sabotage" Beastie Boysów.

***

Autor: Ledsbourne, Discord Star Trek, reblog

Star Trek (reboot)

Fajne efekty, ładne wizualnie i… właściwie to wszystko. Bohaterowie wyglądają jak karykatury pierwowzorów, kompletnie brakuje chemii i duszy – generic sci-fi…

Sama fabuła też jest recyklingowana z wielu historii, które już w Star Treku widzieliśmy (i to w dużo lepszym wykonaniu), choćby odcinki „Year of Hell” z Voyagera. Romulanie nie wyglądają jak Romulanie, a czarny charakter jest wybitnie nijaki.

Najbardziej jednak razi początek, zawiązywanie fabuły wokół origin story postaci wykreowanych w latach 60., która do nich kompletnie nie pasuje. Nie wiem, czy to kwestia załogi-dzieciaków, czy przerysowanej gry, czy braku chemii, ale to było straszne!

Dochodzi do tego wyłożenie charakterów postaci budowanych przez trzy sezony w ciągu dwóch godzin – co zmusza do łopatologicznych scen czy wręcz podawanych na tacy monologów (Spock wygłaszający przemowy o konflikcie swojej wolkańskiej i ludzkiej części).

Romans Spocka z Uhurą to chyba kaprys jakiegoś producenta, który na oczy nie widział nic z uniwersum Star Treka, do tego zepsuto nawet motyw z Kobayashi Maru, który był jedną z prawdziwych perełek, wciskając go bez krzty elegancji jako popychacz fabuły.

Dostajemy Kirka – zbuntowanego dzieciaka zamiast twardego kapitana z charyzmą, Spocka – nudnego prymusa zamiast zniuansowanego intelektualisty z zasadami, Uhurę – seksbombę zamiast symbolu wyzwolenia i Czechowa jako żart opowiedziany 40 lat za późno.

Nie mogę się przyczepić tylko do strony wizualnej i efektów specjalnych – te wyglądają bardzo profesjonalnie (chociaż w scenach akcji kamera goni tak, że ciężko się połapać, ale to po prostu znak czasów). Na plus też te kilka scen z Leonardem Nimoyem.

Muzyka nie powala i przez dłuższy czas miałem wrażenie, że jest bardzo mało trekowa, ale doceniam, że na koniec dostajemy przerobiony theme z oryginalnej serii. Jeśli fani „Gwiezdnych wojen” mają problemy z sequelami, to co dopiero powiedzieć o tym?!

***
Autor Q__, 13.05.2009, Muzeum Forum USS Phoenix, reblog

No dobra. Tera ... ja! 😉

Zacznijmy od tego co jest oceniane wyżej niż reszta filmu.

Act 1. Przed czołówką. Dobry, może nawet bardzo dobry, ale stylistyka raczej BSG niż ST. I estetyka zupełnie nietrekowa (design mostka i wnętrz Kelvina - ciekawy, ale to nie jest estetyka ST, jaką znamy; pod pewnymi względami prymitywniej niż na NX-01), i sposób prowadzenia kamery.

Tak więc estetyka, zbyt industrialna jak na mój gust, bo ST słynął z wygładzonych linii (nawet mroczny FC) i z kolorowych ciuchów. Zawsze tak było, stylistyka ST to wnetrza plastic fantasic ;), acz funkcjonalne (TMP, TNG), stylistyka "Aliens", SAAB czy BSG jest industrialna, a "Odysei Kosmicznej" a'la NASA.

No i jeszcze jedna istotna różnica - wnętrza nie są już kameralne, a kameralność była jednak dość logiczna - kwestia ergonomii.

Do tego dochodzi pytanie, dlaxzego starszy Kirk nawet nie spróbował transportu awaryjnego, by opuścić Kelvina, gdy ten leciał na Naradę? Ale to nie jest jakiś straszliwy zarzut do Abramsa - w Treku dostaliśmy sporo niekonsekwencji i wcześniej. Dramatyczniej by było, gdyby spróbował i nie zdołał, nieprawdaż? (Jak w TMP, pokazanie, że supertechnika czasem zawodzi.)

Reszta fabuły? Cóż, była już streszczana i wałkowana 😉 tyle razy przez tych parę dni, że powiem jedno: przypomina PT SW, z wadami i zaletami PT SW, przy czym bohaterowie są jednak znacznie bardziej wyraziści od "plastikowych" Amidali i Anakina - tu otrzymaliśmy kontynuację tradycji character plot DS9 (i TOSu). Bardzo brak natomiast eksploracji, ale - nie oszukujmy się - w ST II też eksploracji nie było. No i szkoda, że to w "Countdown", nie w samym filmie dostaliśmy występ bohaterów TNG, wtedy wrażenie zachowania ciągłości byłoby silniejsze. Ciekawe też by było zderzenie "starej" mrocznej estetyki FC-NEM, z "nowym" mrokiem a'la Abrams. Zachowano natomiast trekową tradycję buraczenia. 😉

Ogólnie: film lepszy np. od "Armageddonu", co mnie mile zaskoczyło, ale bardzo odstaje od reszty ST stylistyką. Rzekłbym: ciekawy film, ale trudno mi go postrzegać jako ST. Przy czym jedno ważne zadanie spełnił - przyciągnie masowego widza, bo nie jest niszowy. Choć smuci brak oryginalności i typowych elementów trekowości - widać raczej podążanie za trendami niż wyznaczanie ich. Zmarnowano też szansę na pokazanie np. efektownych, niehumanoidalnych obcych, czy wtłoczenie do tej fiction więcej science.

Nie jestem zachwycony, ale i nie zniesmaczony. Zobaczymy, co będzie dalej - IMO powinni zmienić scenarzystę (przede wszystkim!) byśmy otrzymali jakąś solidną trekową fabułę, a w tle pokazać przechodzenie tej nowej estetyki (zarówno a'la Kelvin, jak i a'la "nowy" Entek) w bardziej TOSową z tym, że z zabawnymi smaczkami wskazującymi, że to jednak alternatywa. Mogą też pomyśleć o zabawie z "prostowaniem" linii czasu - wtedy występy naszych starych znajomych z XXIV wieku mile widziane.

Poki co daję wytwórni kredyt zaufania, choć optymizmem nie tryskam. W sumie traktuję ten film jako wstęp do nowego rozdania, bo jako samoistna całość broni się jednak tylko w kategoriach popcornowej rozrywki.

PS

Jeszcze a' propos wnętrz - USS Kelvin był jaki był, a znów mostek Entka dosść zabawny, jak tzw. dom przyszłości z lat '50, tylko Uhurze fartuszek dodać ;), ale z drugiej strony strony - TMP miał inna estetykę niż TOS, a ST II mimo tych samych wnętrz też wydaje się bardzo inny od TMP, więc to też nie tak straszne. No i TNG też był sporym szokiem dla fanów TOSu.

***

Autor: xetnoinu, 3.07.2012, OT Forum, reblog

Tak sobie poczytałem wątek - czasami z niedowierzaniem, że tak się tu czasem dyskutuje - i wrócę do szczegółów.

Nero rzeczywiście wydawał się fabularnie dość papierowy - choć aktorsko zdawało się, że próbuje odegrać coś więcej niż wynika z przedstawionych zdarzeń. Pewne podobieństwo do Rebelii jest uderzające - jednak takie niedopowiedziane, rozmyte.

O ile można dywagować, czy coś tam jest w jakimś komiksie, którego nie mam zamiaru nawet szukać, to tropy, chociaż tropy, o przeszłości Nero implikujące takie a nie inne zachowanie powinny być w filmie mocnej zarysowane. Wiadomo, że film totalnie przemontowano po pokazach wstępnych, skrócono - właśnie kosztem postaci Nero. Zatem czy na owym DVD jest gdzieś ów brakujący materiał i czy wnosi on coś sensownego - czy też żadna strata - bo koncept postaci był od początku z piętnem papierowego złola?

Wspomniano powyżej, chyba Toudi, o wadliwych obiektywach w kwestii charakterystycznych świetlnych skaz na obrazie. To jest jakieś zupełne nieporozumienie. Aby uzyskać efekt halo i tego blikowania, to trzeba się napracować - bo każdy układ optyczny, nawet w kompaktówkach, jest zaprojektowany, aby to wyeliminować poprzez konstrukcję i powłoki antyrefleksyjne. Zatem trzeba metodycznie ustawić kamerę i jeszcze dodatkowo skierować na nią boczne światło - aby te efekty uzyskać. Jak ktoś nie wierzy, to niech chwyci swoją cyfróweczkę i spróbuje zrobić fotkę z tym efektem. Szybko się przekona, że to nie takie proste - a przy niektórych typach oświetlenia sceny najnormalniej niemożliwe. A to nie są zawodowe obiektywy używane w kinematografii.

Nic mnie nie przekonana, że to jakiś błąd techniczny - to bardzo przemyślany zabieg. Owszem stosowany tu na potęgę. Czasem dany film wyróżnia się kolorystyką, kontrastem - ten wyróżnia się tymi refleksami. Już po krótkim fragmencie widokowym od razu widać, że to nowy Trek. W scenach generowanych komputerowo - powtórzono te refleksy, co tylko dowodzi ich zamierzonej obecności. Były tak częste, także we wnętrzach z rozproszonym światłem, że aż zastanawia na ile wszystkie dorysowano komputerowo, na ile przebudowano obiektywy (to bardzo mało prawdopodobne, koszty byłyby astronomiczne i mieliby tylko kilka kamer) lub jaką sztuczkę oświetleniową zastosowano tak skutecznie, że owe blikowanie mieli pod kontrolą.

Co do marudzenia na maszynownię - gdzieś mi w sieci mignęło, że to było prawdziwe przemysłowe wnętrze, tylko z kilkoma dodatkami. Zatem miało ono wyglądać fabrycznie a nie klasycznie - kolejny element renowacji serii.

Będę wdzięczny jak ktoś z posiadaczy rozbudowanych wydań dvd odpowie mi na pytanie o materiały wycięte z udziałem Nero pod kątem ich oceny dla pogłębienia wymiaru tej postaci.

Co do samego filmu - należę do tych na tyle nie nawiedzonych a przychylnych trekerów, że uważam ten obraz za bardzo dobre kino rozrywkowe i dobrą opcję na renowację.

Renowacja idzie w nim bardziej przez modyfikację kanonu niż przez jakiś jakościowy skok wizualny lub fabularny. Skok wizualny w kinie udaje się bardzo rzadko. Był nim TNG - który zaproponował takie wzornictwo, które do dziś jest jak najbardziej futurystyczne i eleganckie. Uniosło ono zresztą dwie kolejne serie.

Jak się ogląda stare filmy s-f, to czasem mimo pewnych ciekawych elementów fabuły - właśnie wizualna strona przeszkadza, przez swoje zestarzenie się, brak pewnej ponadczasowości. Świetnym przykładem jest Saturn 3. Ideowo to kinowy prekursor Terminatora, Robocopa - ale dziś wizualnie kuleje. Wrażenie robi projekt platformy pieszej w hangarze odlotów, komora dezynfekcyjna i Hector - reszta jest bardzo przebrzmiała.

Trek Abramsa pod kątem wzornictwa niestety nie jest owym skokiem wizualnym - jest dobry, ale nie wybitny.

Sam film jako nieco starobondowska (humor trekowy i nietrekowy jest w stosownej dawce) wariacja na temat Treka jednak się broni i jest lepszy od niejednej trekowej kinówki.

Co do pomysłu na nowego Kirka i Spocka. To są inni aktorzy i mamy inne czasy. Kirk i Spock w TOSie to postaci młode ale jednak dorosłe w zachowaniu - czasem z nutką werwy. Tutaj mamy młodzież. To samo odnosi się całej reszty - głównego mechanika, naszego Rosjanina itd. Renowacja polega na tym, że mamy tylko poprzez dowcip, aluzję, wskazanie, kto jest kim - ale to nie będą postacie tożsame charakterologicznie. Zatem młody Spock może sobie ukrywać romans - będzie w tym bardziej ludzki niż jego pierwowzór, zryw okrętu może być mniej z ikrą - bo do tego bohater musi jeszcze dojrzeć na ekranie. A sam nowy Kirk - jest bardzo udaną renowacją - bo za młodu ma większe jaja jak jego pierwowzór - więc jest nadzieja, że jak dorośnie będzie jeszcze bardziej zaskakiwał.

Że szkoda, że ponownie, że znowu - d z i e c i a k i - cóż taki mamy rynek, zaczynam przyjmować to do wiadomości jako aksjomat obecnych produkcji s-f.

Tu też można zrobić dygresję, że takiego podstarzałego bohatera (rewelacyjnie zresztą zagranego) jak ten z Saturna 3 to współcześnie absolutnie się nie doczekamy. Ale to już w 1980 roku uznano za przegięcie i nie Kirk ale Douglas dostał za to Złotą Malinę jak jego towarzyszka i cały film. Od tego momentu rozpoczął się pochód odmładzania bohaterów w kinie. Patrząc na zapowiedzi nowego Spidermana zaczynamy już nawet od analiz traum dzieciństwa. Następny krok to pokazywanie w kinie jak przebiegała ciąża i czy miało to wpływ na dorosłego (czytaj młodzieżowego) bohatera. 😉

W tym kontekście to już wolę ten cudowny, przyspieszony emocjami poród w Abramsowym Treku. 🙂

***

Autor: Toudi, 10.05.2009, OT Forum, reblog

Byłem, zobaczyłem i jestem zawiedziony. Ale po kolei.

- Drogi bilet - kurna, jakie to kino drogie, a jak zobaczyłem ceny popcornu, to mi się odechciało.

- Spartolone tłumaczenie, kto to kurde robił? Nie odróżniać promu od kapsuły ratunkowej, odmiany osób i pewno jeszcze parę było, ale starałem się na napisy nie patrzeć.... A było jeszcze Kirk woła "Bones" w napisach piszą "McCoy" - ?!?

- Alternatywna historia, brak tak właściwie osoby, która byłaby łącznikiem z "oryginalnym" uniwersum, niby Nero (kto to u licha jest, jakiś górnik?) i Spock jest, ale jakby ich nie było, nic by to nie zmieniło...

- O tym, że Nero niestraszny to już pisali, ale ciężko by był straszny jak on NIE BYŁ ZŁY. Po prostu był rozżalony stratą domu, rodziny. Ale nie był zły. Jestem pewien, że gdyby go spotkać w normalny dzień, to by pomógł okrętom Federacji.

- Budowa statku - to przecież w ogóle nie były trekowe okręty, no może z zewnątrz, ale w środku, gdzie oni to kręcili, na platformach wiertniczych? Bo na pewno nie na jednostkach Federacji.

- Potem to wszechobecne szkło - brak mi słów, by to opisać. Nawet ENT nie był tak spaczony.

No to sobie ponarzekałem, to teraz parę plusów:

- Niezgorsza obsada - tu naprawdę nie można im nic zarzucić, oryginałów zastąpić się nie da, ale ta obsada naprawdę może być.

- Ładne zdjęcia.

- Nawiązanie do Star Trek II: Gniew Khana - te robaczki.

- Kobayashi Maru!!!

No ale to właściwie wszystko.

Ale największy minus na koniec sobie zostawiłem. Co to kurna za zakończenie? Zmienili linię czasową i to tak zostawili? Wolkan zniszczony? Oryginalny Spock zostaje w przeszłości? Nie próbują tego naprostować? Gdzie tu logika? Gdzie tu emocje?

I co teraz, całe cztery serie i dziesięć filmów, to wszystko całkowicie nie ma wpływu na to, co teraz będzie w tym świecie?

Ogólnie, przez sentyment, film oceniam na 5. Ale powinien dostać góra 3.

PS Edit do: "+++ Reset uniwersum (dzięki temu zabiegowi maja drogę szeroko otwartą co do fabuły w kolejnych filmach/serialach)."

To jest najgorsza rzecz, jaką zrobili. To powinno być 10 minusów a nie 3 plusy.

A i jeszcze na plus, że nie pokazali składania statku na Ziemi, jak to było z zapowiedziach. Dzięki bogom, ktoś im to wyperswadował.

***

Autor: Mav., 17.05.2009

Star Trek (2009) – powrót do korzeni  

Do napisanie tego artykułu nakłoniła mnie fala krytyki wielu fanów Star Treka pod adresem nowego jedenastego filmu. Pojawiają się opinie, jakoby film ten był profanacją, upadkiem, obrazą prawdziwego Star Treka. Twierdzą oni, że scenariusz jest płytki, pusty, że film zawiera wiele błędów i brak mu logiki. Chce im udowodnić, a także przekonać wiele osób, że nie mają racji. Uważam, że najnowszy film jest na prawdę dobrym wskrzeszeniem umierającej od wielu lat sagi. Zapraszam do, mam nadzieję, miłej lektury. Uwaga na parę kłujących spoilerów.

The Next Generation – pierwsze pokolenie?

Czytając niektóre posty krytykujące nowy film miałem wrażenie jak by wielu ludzi zapomniało, że to nie od Picarda i jego dżentelmenów wszystko się zaczęło. To „kosmiczni kowboje” z lat sześćdziesiątych podbijali kosmos, a to o nich opowiada jedenasty Star Trek. To właśnie bohaterowie pierwszego serialu są nam bardziej bliscy w zachowaniu. Wykazują więcej emocji niż flegmatyczni, poprawni, niemal idealni bohaterowie następnego pokolenia. Dochodziło do bójek, łamania regulaminu, kłótni itp. Picard i jego niezwykle ważna Pierwsza Dyrektywa Floty tu nie pasuje. Załogi innych seriali jak Deep Space Nine czy Voyagera w mniejszym stopniu, ale jednak powielali tą poprawność. Dlatego dla wiele osób znających tamtą Federację zachowanie nowej załogi może być denerwujące. Przekłada się to także na cały film. Więcej akcji, rozpęd pasują do młodej energicznej załogi. Spokojna formuła Następnego Pokolenia  sprawdzić się może jedynie w serialu. Film musi zawierać więcej akcji musi się w nim więcej wydarzyć. Oczywiście proporcje akcja, dialogi to już inna kwestia.

Action!

Właśnie, co z tą akcją? Jest jej za dużo? Ewidentnie film jest na nią nastawiony, ale scenariusz, gra aktorska są na tyle dobre, że nie jest to powód do narzekań, wręcz przeciwnie. Do kina idziemy, aby się zabawić, rozerwać, uciec od codzienności. Nowy Star Trek jest właśnie takim uderzeniem czystej radości, rozrywki. Dobra akcja, efekty specjalne w tym pomagają, ale co najważniejsze nie jest to głupia rozrywka a, niegubiąca ducha starego Star Treka przygoda. Mogę zrozumieć ludzi, którzy chcieliby po prostu więcej dialogów, ale nie rozumiem ludzi, dla których taka ilość akcji jest sama w sobie zła. Wydaje mi się, że gdyby skrócić wiele scen, a niektóre skasować, jak np. ta na wiertle i dodać trochę mało znaczących kwestii, to dla wielu osób był by to od razu lepszy film. Oczywiście wielu powie, że przecież scenariusz nowego Treka to i tak totalne dno. Poprzednie filmy musiały mieć w takim razie fenomenalne scenariusze i podostawać wiele Oscarów. Prawda jest jednak taka, że fabuła „jedenastki”, pomimo, że przez natłok akcji jest krótsza, to jednak na tle szczególnie ostatnich filmów wypada nadzwyczaj dobrze.

Scenariusz scenariuszowi nie równy

First Contact przez wielu uważany jest za jeden z najlepszych filmów Star Treka w historii. Jednak jest w nim wiele nielogiczności, wręcz głupot. Tak samo jest z resztą filmowych przygód łysego kapitana, które są według fanów, krytyków „jedenastki” tak niesamowicie lepsze. Przyjrzyjmy się dokładnie trzem ostatnim filmom.

Zacznijmy od Pierwszego kontaktu. Borg wysyła w stronę ziemi sześcian. Oczywiście tylko jeden, bo poco więcej nie?. Niestety się to na nich mści i muszą wykonać rezerwowy plan b, czyli… podróż w czasie. Skoro Borg umie podróżować w czasie, to cały ten film, to nieporozumienie. Enterprise uniemożliwia Borgowi zniszczenie pierwszego statku z napędem warp, dzięki któremu dojdzie do pierwszego kontaktu z inna cywilizacją i co w konsekwencji rozwinie ludzkość. Bzdura, skoro Borg ma możliwość podróży w czasie, może bez końca próbować się cofać aż do skutku. Także cudowne odtworzenie tunelu czasowego na końcu filmu jest typowym bezwysiłkowym zabiegiem. Oczywiście głównym złym jest królowa Borg, która pewnie z nudów podbija cywilizacje. Osobiście wolałem Borg bez pojedynczej jednostki dowodzącej, jako jeden wielki organizm - robił lepsze wrażenie. Picard, jak to w schematach hollywoodzkich produkcji, osobiście likwiduje głównego złego pod koniec filmu.

Insurection to z kolei romans Picarda na cudownej planecie. Planeta ta powoduje niestarzenie się po skończeniu dojrzałości. Obcy nią zamieszkujący w niczym z wyglądu nie różnią się od ludzi. Przecież nie ma sensu marnować pieniędzy na charakteryzacje. Mój kolega nieznający sagi myślał, że to kolonia ludzi na innej planecie, miał prawo się pomylić. Zgodnie ze schematem Picard ściera się w końcowej walce z głównym złym. Jak to zwykle bywa flagowy okręt federacji, czyli Enterprise znowu dostaje baty? Może trzeba zacząć budować większe okręty? Dżojstik z Commodore 64 do manualnego porusza się Enteprise robi wrażenie.

Największą katastrofą finansową był jednak Nemesis, klon Picarda, który miał być użyty przez Romulan przeciwko Federacji przejmuje nad tymi Romulanami władzę. Od razu rzuca się w oczy pewien problem. Jak klonowi, który po nieudanej akcji podmiany z oryginalnym Picardem i zesłany potem do kopalni udaje się przejęcie władzy nad całym gatunkiem? Gdzie był słynny wywiad Romulan? Te wszystkie zakamuflowane szpiegowskie statki? Buduje najpotężniejszy okręt w imperium, aby zabić Picarda, ponieważ potrzebuje jego ciała, aby przeżyć. Zamiast zrobić to szybko, musiał niepotrzebnie przedłużać całą szopkę. Jak to zgodnie ze schematem, to znowu Picard zabija w ostatecznej walce tego złego pana. Oczywiście znowu musiał pojawić się większy, potężniejszy okręt od flagowego statku floty naszych bohaterów. Enterprise dostaje ostre baty, ale jakoś znowu cudownie przeżył. Uśmiercili Datę, ponieważ był… za stary na tę role? Może za bardzo się roztył? No i ta żenująca scena wyrwy na mostku Enterprise po strzale torpedy. Zgodzicie się chyba, że próżnia wyssałaby powietrze z całego mostka w chwilę. Płuca znajdujących się tam ludzi uległyby zapadnięciu, implozji pod wpływem gwałtownego wyssania powietrza. Natomiast w filmie cały czas jest tlen. Ktoś powie, że wentylatory dostarczające powietrze na mostek nadążają z dostarczaniem go. Naciągane, ale powiedzmy, że ma rację. W takim razie jak wytłumaczyć fakt, że załogant wyssany w próżnię jeszcze w niej krzyczy? Po paru sekundach włącza się pole siłowe, a my mamy wrażenie, że na mostku po prostu mocniej zawiało.

Wszyscy główni wrogowie z tych trzech filmów za dużo gadali. Podobało mi się w zachowaniu Nero z „jedenastki” to, że niepotrzebnie nie przynudzał. Shinzon główna zła postać z Nemezis wyrzucał tony filozoficznych, bezsensownych dialogów, tak samo królowa Borg. Nero na szczęście nie wypowiadał tekstów typu: „Zemsta będzie niczym słońce rozgrzewające moją duszę o poranku”, „ Płonąca planeta Wolkan nakarmi ocalałych mieszkańców goryczą żalu, złości, którą ja czułem, tracąc ukochaną”, „ Moja krucjata nienawiści karmiona jest złem śmierci mojej żony i nienarodzonego dziecka”. Można tak bez końca, ale po co? Nero nie ginie bezpośrednio z rąk Kirka w spektakularnej końcowej walce, a akcja z przenoszeniem się w czasie jest wynikiem przypadku, więc nie ma problemów typu - „dlaczego nie mogli się przenieść jeszcze raz i uratować Romulusa?

Niektórzy przyczepiali się do dawki humoru w filmie. Dlaczego dać ludziom w kinie możliwość pośmiania się prawda? Przecież to Star Trek - liczy się przesłanie, morał, filozofia, to przecież poważna sprawa. Prawda jest taka, że to sztywna załoga Następnego Pokolenia i koledzy z ich czasów stracili poczucie humoru. Starsze filmy z oryginalną załogą takie jak: Powrót na Ziemię, Ostateczna Granica czy Nieodkryta kraina  zawierały spore dawki humoru. Ogólnie rzecz biorąc, dzieło Abramsa bardziej przypomina stare filmy jak Gniew Khana czy Nieodkrytą krainę. Moim zdaniem razem z „jedenastką” to trzy najlepsze filmy Star Treka w historii, a w nowym jest po prostu zdecydowanie więcej akcji.

Niektórym osobom nie pasował także wiek załogantów. Ktoś napisał, że tak młode osoby na mostku to kompletna bzdura. Dosłownie kilka dni temu oglądałem na National Geographic, program o łodzi podwodnej. Kapitan mówił o osiemnastolatkach siedzących za sterami okrętu wartego ponad miliard dolarów. Wojsko to wielu młodych, przeszkolonych ludzi.

Dusza artystyczna

J.J.Abrams w dużym stopniu zmienił także sposób kręcenia nowego Treka, w sposób moim zdaniem bardzo dobry. Przede wszystkim bliskie ujęcia okrętów spotęgowały wrażenie ich wielkości. Czuć jak w żadnym innym poprzednim filmie, że to naprawdę kawał okrętu. Po Kelvinie widać, że już się trochę napracował. Maszynownie są może trochę zbyt archaiczne, ale i tak wolę to niż te czyściutkie maszynownie z poprzednich filmów i seriali. Nie było widać tej całej maszynerii oprócz rdzenia. Tutaj z kolei brakuje trochę bajerów wizualnych tylko praktyczne same rury i krany.

Na uwagę zasługuję też cała masa smaczków i detali. Początek filmuni pojawiający się USS Kelvin. Można było to zrobić klasycznie. Po prostu pojawia się na ekranie okręt i po sprawie. Jednak tutaj na starcie mamy grę świateł i intrygujących dźwięków. Nie wiadomo, o co chodzi i po chwili z tego wszystkiego wyłania się okręt. Niby zbędny bajer, ale jednak nie. Duża ilość takich detali wpływa na odbiór całego filmu. Fantastyczna jest nakładająca się scena porodu i wylatującego promu z USS Kelvin. Tego nie da się opisać to trzeba przeżyć… koniecznie w kinie. Fantastyczna synchronizacja dźwięku i obrazu. Tego nie było w poprzednich Gwiezdnych wędrówkach.

Zaskoczyło mnie subtelne uwzględnienie nierozchodzenia się dźwięków w próżni. W całym filmie widać, że do jego kręcenia usiadł utalentowany człowiek z pewną wizją, pasją i bardzo dobrze. Gdzieś spotkałem się z opinią, że wejście w warp w nowym filmie to przykład jego efekciarstwa. Nie wiem jak wy, ale na mnie efekt ten zrobił wrażenie. Czuć potężną moc okrętu. Tak samo obłok wokół lecącego okrętu pokazuje, że coś wielkiego, mocnego się wokół niego dzieje. Także nie nazwałbym tego zwykłym efekciarstwem. Film to sztuka i takie rzeczy mają znaczenie.

Serialowy zawrót głowy

Tak naprawdę osobiście liczy się dla mnie jeden serial z pod znaku Gwiezdnej wędrówki to oczywiście The Next Generation.  Inteligentny, poruszający wiele naukowych spraw inspirował wielu naukowców. Niebanalne scenariusze i prawdziwy klimat Star Treka, który w takiej formie już zapewne nie powróci. Stworzył go w końcu nie kto inny jak Gene Roddenberry. Widać jednak, że w filmach ta załoga, się nie sprawdziła.

Następne seriale to trzy gwoździe do trumny Treka. Deep Space Nine poprzez umieszczenie akcji na stacji kosmicznej strzeliło sobie w stopę. Nawet fani zaczęli ją nazywać Deep Sleep Nine. Pomysłów brakowało, więc sprowadzono okręt i wywołano największą w historii Treka wojnę. Nawet żona twórcy Star Treka, Majel Roddenberry, sprzeciwiała się tej całej „nawalance”. Nie sposób też nie zauważyć w przedstawionych tam działaniach wojennych totalną nielogiczność. Dlaczego ani razu nie użyto bezzałogowych okrętów? Lepiej wysyłać doświadczone załogi na śmierć w walcie z automatycznymi stacjami bojowymi czy lecących na kolizję statków Dominium?

Jednak to Voyager popadał w największe banały. Nie wiadomo po co scenarzyści zgubili go gdzieś w innym kwadrancie. Nie podobały mi się w serialu także udziwnienia jak strzelanie z fazerów i torped do przodu w czasie lotu w warp, co wydaje się oczywistą głupotą. Było więcej takich niepotrzebnych rzeczy, które psuły spójny kanon technologiczny w Star Treku, jak opcja lądowania na planecie. Po co? Efekciarstwo? Jednak najgorsze były odcinki, które były po prostu nielogiczne, czego podsumowaniem jest ostatni odcinek serialu.

Prawdziwym największym gwoździem był jednak Enterprise. Klonował odcinki z poprzednich seriali i ogólnie był żenujący. Rzucano morałami na lewo i prawo, a każdy odcinek był do bólu przewidywalny. Rozwalał on także kanon historyczny. Co jednak można nowego wymyślić, jeśli wcześniej powstało już około siedmiuset (!) odcinków?

Podsumowując

Wstyd się przyznać, ale po nieszczęsnych ostatnich latach spisałem Star Trek na straty. Byłem pewien, że w najbliższych latach nic ciekawego nie wyjdzie, lub będą to nietrafione pomysły jeszcze bardziej pogrążające Treka. Tak się jednak na szczęście nie stało, a przynajmniej dla większości starych fanów oraz milionów nowych na świecie. Zawitało jasne światełko w tunelu i powinniśmy się z tego cieszyć. Możemy jeszcze wiele lat radować się Star Trekiem.

Jeśli dla kogoś seria pogrążyła się niech jej nie ogląda i nie marudzi, tylko się z tym pogodzi. Mam wrażenie, że niektórzy wymarzyli sobie swoją własną wizję Treka i żadne filmy im nie będą pasować, jeśli nie będą dokładnie takie, jak chcą, żeby były. Dla mnie, jak i zapewne dla wielu, te dwie godziny spędzone w kinie, to była świetna zabawa, a przecież o to chodzi. Niektórzy po prostu zbyt poważnie do tego podchodzą.

Pozdrawiam. Mav.

***

Autor: Mav., 28.06.2009

Star Trek (2009) – powrót do korzeni (II)

Napisałem niedawno artykuł, który był odpowiedzią na falę krytyki niektórych fanów Star Treka odnośnie nowego filmu. Krytyka ta była moim zdanie zbyt okrutna i często nieuzasadniona. Jedną z moich metod obrony „jedenastki” był atak na ostatnie filmy i seriale, które bardzo zaniżyły poziom Star Treka, a które w świetle ataków wielu zagorzałych krytyków nowego filmu wydawały się tymi wspaniałymi, prawdziwymi Trekami.

Nowy film nie jest bowiem tak tragiczny, jak niektórzy go malują. Szczególnie porównując go właśnie do ostatnich słabych lat Gwiezdnej wędrówki. Nie jest też niestety pozbawiony wad, niedociągnięć czy nielogiczności i to dość dużych. Dlatego tym razem skupię się na negatywnej części filmu Abramsa. Na wszelki wypadek ostrzegam przed spoilerami.

O gustach się nie dyskutuje

Podejście audio/wideo reżysera do nowego filmu, to nowość w Star Treku. Rozmach efektów, ich skala, oraz sposób kręcenia „jedenastki” są zupełnie inne niż to, co było nam dane zobaczyć do tej pory. Jednak techniczne rzeczy to w głównej mierze rzecz gustu, a o gustach się nie dyskutuje. Jednemu latająca kamera się podoba, a kto inny woli stateczność. Jedni wolą sterylną, czyściutką, maszynownię ze starych Treków inni nową brudniejszą i bardziej zagmatwaną jak w najnowszej produkcji. Bliskie ujęcia, szybka i dynamiczna akcja to wizja reżysera, która nie każdemu musi się podobać, jednak nie można nazwać jej „burakiem” czy błędem nowego filmu. Ja osobiście mam mieszane uczucie, co do flar świetlnych, co chwilę wyskakujących tu i ówdzie.

Mostek Enterprise przypomina niekiedy dyskotekę. Generalnie na mostku jest mnóstwo wszelkich monitorów, ekranów i innych elementów, które mogą powodować odbicia, co może potęgować wrażenie nowoczesności wnętrza, ale flar jest czasem zwyczajne za dużo. Niektóre wybuchają na połowie ekranu i nazbyt się narzucają.

Mam także zastrzeżenia, co do niektórych dźwięków. Sam odgłos Enterprise jest dosyć ciekawy, ale za to odgłos wystrzału torpedy pasuje do kreskówki „Kaczor Dodgers”. Z kolei brzmienie silników statku Ambasadora Spocka wywołało śmiech połowy sali kinowej i psuło wydźwięk pokazywanej sceny. Dla odmiany z promów Federacji wydobywał się dźwięk, który wydawał mi się żywcem wyjęty z Gwiezdnych Wojen. Jestem prawie pewien, że jakiś rodzaj statku z tamtej sagi brzmiał wręcz identycznie. Jednak tak jak wspomniałem, takie rzeczy to sprawa gustu, co innego scenariusz.

He's illogical Jim

Scenariusz to bardzo skomplikowana rzecz. Napisać coś ciekawego, oryginalnego to bardzo ciężkie zadanie, szczególnie teraz, co dobitnie pokazuje poziom dzisiejszego kina. Hollywood ratuje się od kilku lat ekranizacjami komiksów. Nakręcono już chyba wszystko, co można było zekranizować. Inną deską ratunku są remaki filmów z przed lat. Przykładem jest branie się już nawet za Drużynę A czy dość świeżego Predatora, który na szczęście ostatecznie nie będzie remakiem tylko kontynuacją. Niedawno do kin wszedł Piątek 13-go, a Robin Hood jest w produkcji.

Nowy Star Trek trochę wpisuję się niestety w dzisiejsze lżejsze kasowe kino, oparte na rozrywce i efektowności. Szczęście polega na tym, że to dobry przedstawiciel tego gatunku. Jest na tyle dobrze zrealizowany, że gdy się go ogląda, to nie zwraca się tak uwagi na błędy i niedociągnięcia w fabule. Nie kłują one po oczach i nie psują zabawy z filmu. Niestety, gdy przeanalizuje się historię na spokojnie, to wyłaniają się pewne sprzeczności, nielogiczności i brak większej głębi, jaką posiadał serial The Next Generation i prawdziwy Star Trek w ogóle. Zabawę w krytyka czas zacząć.

Incredible ship

Co stało się z załogą złowrogiego statku Narada po pierwszym ataku na Kelvina? Może to okręt się popsuł? Kelvin prawie się rozpad po dwóch pierwszych atakach torpedowych okrętu Nero, które trwały raptem kilkanaście sekund. Tymczasem po zabiciu kapitana Robau, Narada nie potrafi przez najbliższe kilka minut unieszkodliwić choćby napędu Kelvina, już nie mówiąc o jego zniszczeniu. Nie dość, że okręt broni sam siebie, to jeszcze ratuje z opresji torpedowej odlatujące promy. Załoga Narady musiała wiedzieć, że Kelvin obrał kurs kolizyjny i mimo wszystko byli bezradni. Scenę tę jeszcze dałoby się zrozumieć, gdyby nie późniejsze wydarzenia przedstawione w filmie. Konkretnie chodzi o siedem okrętów federacji rozdartych na kawałki w kilkadziesiąt sekund. Dlaczego o odróżnieniu od samotnego Kelvina padły tak szybko? Może Nero i jego załoga znała słabe punkty starych dla nich okrętów Federacji. Mogli mieć ich dane w komputerze pokładowym. Gdy spotkali Kelvina, nie wiedzieli jeszcze, w jakiej sytuacji się znaleźli i mieli za mało czasu, by opracować skuteczniejszy atak. Wspomniane okręty Federacji, mogły pogorszyć swoją sytuację, wychodząc z Warp bez podniesionych osłon. Według Star Trek V: The Final Frontier podniesienie osłon trwa od 8 do 12 sekund. Czy zatem Narada przyłapała statki Federacji bez osłon? To wytłumaczenie i tak nie wyjaśnia takiej odporności Kelvina po tak katastrofalnej w skutkach pierwszej fali ataku.

Lighting Storm

Tutaj z kolei mamy zagadkę dla Muldera I Scully. Wspomniany wcześniej Kelvin leci, aby zbadać zjawisko przypominające „burze z błyskawicami w kosmosie”. Po chwili wyłania się statek Nero i tak rozpoczyna się nowy film. Wszystko wskazuje na to, że to czarna dziura tworzona przez „czerwoną materię” przypomina wspomnianą „burzę w kosmosie”. Dlaczego zatem w późniejszej części filmu planeta Wolkan zgłasza Federacji takie samo zjawisko, skoro atakuje ich sama Narada? Czy to statek Nero, powoduje „burze w kosmosie”? Przecież wyłonił się właśnie z tej „burzy” Jak zatem to wyjaśnić? Dlaczego Wolkanie nie informowali w takim razie o atakującym ich statku? Można szukać wyjaśnienia w pojawieniu się starego Spocka, który mógł wyłonić się w pobliżu planety. Dlaczego jednak wysłana sonda lub statek czy czujniki dalekiego zasięgu nie wykryły grasującego tam okrętu Nero? Poza tym czarna dziura w końcu zniknęła, a Narada musiała wlecieć na orbitę Vulcana. Powinien pojawić się, zatem drugi komunikat, o wrogim, nieznanym okręcie. Komunikacje zakłócało, bowiem wiertło, a jego wyciągnięcie trochę trwa. Dziwna sytuacja, ja osobiście nie znajduję logicznego wyjaśnienia.

2 Fast 2 Furious

Choćbym nie wiem jak się uparł, to i tak nie mogę w żaden sposób wytłumaczyć tego zdarzenia. Największy i najprostszy do opisani „burak”, a w zasadzie brak szacunku dla kanonu Star Treka. Prędkość warp jest opisana wzorem. Za jego pomocą można określić, ile czasu zajmiebpokonanie określonych lat świetlnych z daną prędkością. Istnieje coś takiego jak „Warp Speed Calculator", który w prosty sposób oblicza czas lotu. Według encyklopedii „Memory Alpha” Wolkan jest oddalony od ziemi o 16 lat świetlnych. Zgodnie z kalkulatorem przy prędkości warp 9 od Ziemi do Wolkana dolecimy w ok. 3 dni (skala TNG). W filmie ewidentnie widać, że trwa to ok. 5 minut. Dodatkowo agresywne wyjście z warp po tym „długim” locie wzbudza kontrowersje. Skoro czujniki były zakłócane, to trzeba było wyjść z nadświetlnej gdzieś daleko od Wolkana, co zresztą się na nich mści (omal nie rozwalili się o szczątki ofiar Narady). Gdyby nawet statki floty nie zniszczyła okręt Nero, to i tak mógł to przypadkiem zrobić Enterprise przez swoje niebezpieczne zachowanie.

Hard target?

Ile to już razy w Star Treku atakowana była nasza ukochana Ziemia? Zawsze pojawia się przy tej okazji ten sam denerwujący akcent, kompletny brak widocznej obrony. Niestety nowy film załamuje pod tym względem. To jedyna rzecz, która naprawdę popsuła mi mocno zabawę w kinie. Sam fakt wyduszenia od kapitana Pike'a kodów obrony Fedracji i Ziemi przez Nero nie wystarcza. Nie można było pokazać jak Narada z czymś tam na orbicie walczy? Chociaż jakieś szczątki lub wyłączone systemy obrony? Tutaj mamy kadetów biegających jak mrówki w atakowanym mrowisku. Nie zdążyli nawet promem podlecieć do wiertła, strzelić do niego, po prostu nic. Wolkan wypada tutaj lepiej, ponieważ mamy olbrzymie ilości latających resztek tego, co zostało po ataku Narady. Nie możemy być pewni, że to tylko statki Federacji, co potęguje jeszcze olbrzymia część, która rysuję gondole Enterprise. Wydaję się zbyt duża jak na okręt Floty. Gdy wyjdzie DVD i będą wyraźne znaki, że to jednak tylko okręty Floty, to będzie to taki sam problem jak w przypadku Ziemi.

Galactic Supernova

Gdy dowiedziałem się o supernowej zagrażającej całej Galaktyce, omal nie spadłem z krzesła. Dlaczego aż tak przesadzili? Nie można było zrobić supernowej zagrażającej samej ojczystej planecie Romulan, ewentualnie paru układom? Nie to jest jednak najgorsze, a sposób likwidacji zagrożenia. Nie chodzi mi tu konkretnie o samą „czerwoną materię”, ale o sposób jej użycia prze starego Spocka. Romulus z tego, co wiemy został już zniszczony, więc supernowa musiała już się rozłazić po kosmosie. Dlaczego więc wystarczyło wyrzucić na brzeg fali uderzeniowej ładunek z „czerwoną materią”, aby ją całą skasować? Czarna dziura musiałaby mieć niesamowicie olbrzymią moc, aby ją całą wessać. Tym bardziej, że nawet nie była w jej centrum, tylko gdzieś na uboczu. W dodatku ilość użytej materii nie była porażająca. Uwierzyłbym gdyby Spock umieścił ładunek w środku supernowej, tuż przed tym jak się „rozlazła”.

Small army

Tutaj mamy przykład zbyt dużego ukłonu w stronę The Orignal Series i Star Treka, jako tako. Znowu dzielna załoga Enterprise samotnie ratuję Ziemię bez niczyjej pomocy. Gdyby nie oni,nzostałaby unicestwiona. O ile samotna akcja pojedynczego okrętu jest do przejęcia, to co innego samotny wypad Spocka i Kirka na pokład Narady. Sami walczą z cała załogą, a mały realizm tego zdarzenia, potęguje teleportacja w sam środek problemów. Kirk i Spock zostają otoczeni przez załogantów wrogiego okrętu i z łatwością dają sobie radę. Spock porywa okręt z przyszłości, a Kirk dość szybko i sprawnie odnajduje kapitana Pike'a na olbrzymim, nieznanym statku. Można była naprawdę zrobić tą końcówkę nieco inaczej. Generalnie druga połowa filmu robi gorsze wrażenie niż pierwsza.

Core ejection

Pod koniec filmu Enterprise ma pewien kłopot. Zbyt długo zwlekali z ucieczką od czarnej dziury, w której przelatywał się okręt Nero. Mimo iż lecą w warp, nadal nie mogą uciec. Pada dobrze znany w Star Treku pomysł z odrzuceniem rdzenia Warp (kolejny ukłon). Jego wybuch ma uwolnić statek i tak też się stało. Czy zatem okręt leciał w warp bez rdzenia? W chwili gdy wystrzelono rdzeń, a raczej rdzenie (w poprzednich produkcjach zawsze był jeden,) okręt powinien wyjść z warp i w konsekwencji powinno go wciągnąć do czarnej dziury. Zanim rdzenie wybuchły minęło kilka sekund, w tym czasie okręt nie mógł uciekać  wykorzystując moc silników nadświetlnych. Wyjaśnienie wydaje się proste, zapasowe zasilanie. Jest o nim mowa wiele razy w poprzednich Star Trekach. Ich moc w nowym filmie wydaję mi się jednak kontrowersyjna.

Podsumowując

Jak widać, nowy film z serii Star Trek nie jest pozbawiony wad. Poruszyłem według mnie te najistotniejsze. Znajdą się jeszcze jakieś mniejsze, ale są zbyt dyskusyjne. O wymyślonych problemach jak np. szyba na mostku Enterprise, niemożność złapania drugiej osoby. spadając w powietrzu, solniczkach w barach ,czy użyciu przez Sulu miecza, nie będę się wypowiadał. Mimo wad „Jedenastka” ma w sobie coś, co sprawia, że fajnie się ją ogląda. Jest to po prostu dobrze zrealizowany film. Posiada sporą dawkę humoru, świetne efekty specjalne, ciekawie zarysowanych bohaterów, jest zrealizowany z pomysłem i odrywa od szarej rzeczywistości. Nie jest idealny, ale każdy poprzedni film z pod znaku Gwiezdnej wędrówki posiadał większe i mniejsze błędy. Nie można go za to od razu skreślać. (Chyba jedynie The Motion Picture”l ze względu na swoją specyficzność takowych nie posiadał).

Dobrze się stało, że osiągnął sukces kasowy, bowiem Star Trek mógłby już nie wytrzymać drugiego takiego Nemesis. Moim skromnym zdaniem, całokształtem jest lepszy od wspomnianego nijakiego, upadłego Nemesis oraz wszystkich pozostałych filmów z „łysym kapitanem” no i oczywiście od nieszczęsnego Final Frontier. Jest cenny choćby za to, że w przeciwieństwie do nich odbił Treka od dna, a nie go tam zaciągał. Star Trek jest na fali popularności, osiągnął sukces. Przeważają pozytywne recenzje i opinie zwykłych ludzi. Prezydent USA pokazuje słynne wolkańskie pozdrowienie i organizuje premierę w Białym Domu. Sam film trafia tam, gdzie jego bohaterowie, w kosmos, a konkretnie na Międzynarodową Stację Kosmiczną. Choćby za te wskrzeszenie umierającej sagi, należy mu się minimalny szacunek.

Jak wspomniałem w poprzedniej recenzji, zapomniałem o Star Treku na parę ładnych lat. Przybił mnie nędzny poziom serialu Enterprise (ściągniętego zresztą słusznie z anteny). Mdłe ostatnie filmy i zmiana zdania o serialach Deep Space Nine i Voyager, które zwyczajnie straciły zachwyt nastolatka i zderzyły się z wymagającą więcej, starszą osobą. Jednak po premierze Star Treka Abramsa obejrzałem ponownie wszystkie pozostałe dziesięć filmów. Ponownie oglądam, lecz tym razem ze znajomymi The Next Gneration i The Original Series. Za to między innymi cenię nowy film.

Mav.

***

Autor: Andy Glasser, tłumaczenie Picard.

Wy ludzie, którym podobał się ten film...

Gdy wyślesz kogoś wstecz w czasie, by zmienił wszystko, abyś wygodnie nie musiał już pozostawać wiernym niczemu co zostało ustalone we wcześniejszym okresie istnienia "Star Trek”, to poniosłeś sromotną klęskę.

I jeśli jedną z tych rzeczy, którą zamierzasz zmienić jest, zniszczenie planety Wolkan, na litość Boską, zrób to mając ku temu dobry powód, nie tylko jakąś durną zemstę na Spocku za to, iż zawiódł starając się ocalić Romulusa. Romulus wciąż istnieje w przeszłości, i zniszczenie Wolkana go nie ocali, więc czemu mścisz się na Wolkanach, za nic więcej jak za chęć udzielenia – w prawdzie bez owocnej – POMOCY, niszcząc ich całą planetę, kiedy możesz zmienić historię i ocalić swoją własną planetę?

To zwyczajnie nie ma sensu, a ja chciałbym, by historie posiadały sens - jako autor i fan ,,Star Treka”- , ale być może tylko ja mam takie oczekiwania?
"Czerwona materia" – jeśli nie widziałeś filmu, to wiedz, że jest to potężna rzecz: mała kropla tej substancji jest w stanie stworzyć CZARNĄ DZIURĘ. To właśnie ją Spock starał się użyć, by dotrzymać słowa danego Romulanom i powstrzymać romulańskie słońce przed przemianą w supernową.

Przypuszczam, że każdy trzecioklasista, uczący się o wzajemnie znoszących się przeciwstawieństwach mógłby powiedzieć Ci, że czarna dziura i supernowa są takimi przeciwstawieństwami, więc logicznie rzecz biorąc wzajemnie się zniwelują. Więc rezultat końcowy będzie taki, że albo uzyskasz w pełni funkcjonujące słońce albo wielkie nic. Innymi słowy: potrzebujesz dość dokładnej dawki tej czerwonej rzeczy, bo inaczej Romulus może zostać pozbawiony słoneczka. Oczywiście o ile istnieje osoba zdolna policzyć właściwą proporcje ,,czerwonki” to jest nią właśnie Spock. Albo przynajmniej był on taką osobą.

Niestety, gwiazda rozpoczęła swą przemianę wcześniej niż się tego spodziewano, więc przypuszczam, że Spock nie jest już tak dobry jak kiedyś i Romulus zostaje zniszczony. Spock wciąż był jednak w stanie podlecieć wystarczająco blisko supernowej, by wystrzelić krople ,,czerwonej paćki” , chodź po prawdzie nie mam pojęcia jakie to wówczas miało znaczenie? Myślę, że stało się tak tylko dlatego, iż była to jedyna droga, by otworzyć przejście w czasie, aby można było dokonać zmian w historii ,,Star Treka”. Nero, romulański górnik, który ścigał Spocka za to, iż ten zawiódł i nie dotrzymał danego słowa - w jaki sposób ten romulański robol w ogóle o tym wiedział? – został jako pierwszy zassany w przeszłość…

… gdzie pierwszą rzeczą, którą zrobił było zaatakowanie okrętu, na którym służył ojciec kapitana Jamesa T. Kirka , George, w tym samym momencie, w którym matka Jima, - która również przebywała na pokładzie – właśnie rodziła Kirka, chodź wiemy, że zostało ustalone, iż okręty gwiezdne nie przenosiły rodzin aż do znacznie późniejszych czasów (miało to miejsce gdzieś w okolicach "Następnego pokolenia”) . I ta rozbieżność nie może być wytłumaczona alternatywną linią czasu, ponieważ historia nie uległa jeszcze zmianie.

George Kirk przeżył wystarczająco długo, by powiedzieć swojej żonie, by nie nazywała ich syna ,,Tiberius” i ocalił resztę swojej załogi, - w tym własnego syna, którzy opuścili okręt za pomocą kapsuł ratunkowych i promów - rozbijając się o statek Nero. Zadziałało, chodź statek Nero nie został nigdy odnaleziony i pojawił się, znacznie później, niezadraśnięty.

Być może miał czas  by go naprawić i gotowy czekał na pojawienie się Spocka wyłaniającego się z wiru czasu, do którego ten trafił ciągnięty przez Nero, i pojawił się 25 później niż on. Najwidoczniej Nero widział, że to się stanie (może nie wymaga to geniusza?).

Więc 25 lat po przybyciu Nero do teraźniejszości, w tym samym czasie, w którym przypadkiem James ,,T” Kirk kończy akademię, pojawia się statek Spocka, zostaje on schwytany, - chodź później gdy Spock z bieżącego czasu dowodzi ,,swoim własnym” statkiem, jest on w stanie przebić się na zewnątrz, co sprawia, iż zaczynasz się zastanawiać jak ów statek został w ogóle pochwycony? – i GALONY czerwonej materii, którą przewoził Spock bez żadnego konkretnego powodu, wpada w łapy Nero, a on przystępuje do użycia jej w celu stworzenia czarnej dziury wpierw w środku Wolkana, następnie zaś Ziemi.

Jezu, Spock!

Dobrze przynajmniej, że Spock z bieżącego czasu zdołał ocalić wolkańską radę przez te trzy minuty, które miał nim jego planeta implodowała.

Tylko na chwilę stracił kontrolę nad sobą z powodu żalu i złości spowodowanego stratą swoje matki – nie był już tak zdenerwowany z powodu śmierci sześciu miliardów Wolkan. Doszedł do siebie i wygląda na autentycznie zadowolonego, iż wolkańskie dziedzictwo może zostać zachowane przez tych pięć, bądź więcej osób, i dlatego, że przebywa znów na mostku Enterpise z kapitanem Kirkiem, tak jak powinno być, nawet jeśli on nie zdaje sobie z tego sprawy, i jako bonus spotyka on wersję samego siebie z przyszłości, graną po raz kolejny przez oryginalnego, Leonarda Nimoya. Grany przezeń bohater także jest zaskakująco entuzjastyczny, niezależnie od tego, iż wszystko co znał i czego doświadczył, nigdy nie będzie miało okazji zaistnieć.

Poza tym Kirk, dorastał w tej linii czasu bez ojca, miał mało wskazówek i wstąpił do akademii tylko po tym, jak kapitan Pike zagrał mu na ambicji. Ów kapitan znał jego ojca, i później promuje Kirka - z zawieszonego kadeta i pasażera na gapę - prosto na pierwszego oficera. Nie przypuszczam, by kogoś przeskoczył, by osiągnąć to stanowisko… Cóż, to był okręt pełen kadetów – gotowych ocalić wszechświat.

Nawet Chekov tam był, niezależnie od tego, iż nie pojawił się w Oryginalnym Serialu dużo później, ale to jest inna lina czasu, więc jak mówiłem, wszystko uchodzi płazem.

Gdy już zmieniamy historię, czemu nie zmienić pierwszego w dziejach telewizji, międzyrasowego pocałunku pomiędzy Kirkiem a Uhurą – nawet wymuszonego – na pełen pasji, miłosny romans pomiędzy Uhurą i Spockiem! Dobrze, iż w tej linii czasu nie było siostry Chapel. Wyobraźcie sobie szok jakiego by doznała odkrywszy, iż Spock nie tyle nie posiadał zdolności odczuwania miłości, co nie darzył miłością JEJ.

A następnie musimy znieść cykl zaaranżowanych niemożliwości i zbiegów okoliczności.
Obecny Spock wścieka się na Kirka i wyrzuca go na jakąś zamarzniętą planetę, która była mu po drodze.
Pomimo ostrzeżenia, że warunki nie są bezpieczne, Kirk natychmiast robi głupią rzecz, wyskakuje z kapsuły na zewnątrz, prosto w środowisko dziwnej planety, i zaczyna wspinaczkę na lodowaty wąwóz uzbrojony w nagie ręce i koszulkę. Ale wszystko jest OK. gdyż, chwilę później widzimy go, jak wlecze się donikąd w izolowanych rękawicach płaszczu, który musiał znaleźć po drodze, tylko po to, aby pogoniły go olbrzymie mięsożerne zwierzęta, które chcą go schrupać.

Tak, ten koleś zasłużył sobie na to, by zostać kapitanem! Na szczęście był on w stanie wyprzedzać stwory, krzycząc tak jak idiota -, którym zresztą jest! - , wystarczająco długo, aby dotrzeć do jaskini, gdzie za sprawą wygodnego zbiegu okoliczności zostaje ocalony, przez nikogo innego jak Spocka z przyszłości, dzierżącego swoją jedyną broń, niesamowicie skuteczną pochodnię!
Jak przyszły Spock się tam znalazł? Został osadzony na tej planecie przez Nero, ponieważ to był doskonały punkt obserwacyjny, z którego bezradnie mógł przyglądać się zniszczeniu swojej rodzimej planety. Nie, to NIE dlatego, że autorzy musieli znaleźć sposób, by ci dwaj się spotkali, i pewnie nie dlatego, że wspólnie mogą się poszczycić biegłością pisarską na poziomie aligatora (aligatory mają mózgi wielkości orzeszka).
Nieważne, zbieg okoliczności miał swój udział w usadowieniu kapitana Kirka w odległości spacerku od jego starego-nowego przyjaciela. I jak blisko mieli czarnej dziury, którą stworzono wewnątrz Wolkanu, że mogli zobaczyć jego zniszczenie wyraźnie, ale nie zostać przez nią pochłonięci?

A kiedy znajdują oni federacyjną bazę na tym jałowym świecie, kto inny jest tam, całkiem sam (dobrze byłoby, gdyby nie był z nim komik będący resztkami po muppetach – dziękować Bogu nie straciliśmy ich w tej linii czasu! ), jak nie Montgomery Scott, który nie jest już inżynierem na pokładzie okrętu, ale w tej linii czasu został praktycznie rzecz biorąc wygnany i zapomniany, gdyż miał jakiś szalony pomysł na zastosowanie transportera, który to pomysł okazał się być słuszny, i z mała pomocą Spocka, który zna formułę, którą Scotty ostatecznie by wynalazł. Jako główny mechanik okrętu w oryginalnej linii czasu? Kiedy miało to miejsce? Dzięki temu mogli użyć prymitywnego wyposażenia z teraźniejszości i przetransportować się na oddalony o całe lata świetlne okręt, podróżujący z prędkością warp.
Nie pamiętam, kiedy Scotty wynalazł tę technologię? Może gdy był uwięziony na sferze Dysona, a jego wzorzec był zapętlony w buforze transportera i następnie musiał to przekazać swój pomysł kapitanowi Picardowi, zanim wyszedł na jego własnym okręcie na pokład wahadłowca, który mu podarowano – tylko twórcy zapomnieli nam tego powiedzieć nam (w tym konkretnym epizodzie ,,Następnego pokolenia”). Czy też przyszłość linia czasu Spocka z przyszłości też się została zmieniona? Może ta dzieje się w alternatywnej rzeczywistości. Tak, opowiadajmy historię Kirka i Spocka wciąż i wciąż od nowa, aż otrzymamy taką, którą uznamy za dobrą.

Nie mogę się powstrzymać: węgorz z Ceti Alfa, który dostaje się do twojego umysłu i sprawia, że mówisz prawdę, przypominacie sobie to z ,,Gniewu Khana”, gdy Khan użył tego na Checkovie? Wówczas było to głupie, i niestety (dla nas) Nero miał jednego, który jest, co jest niezwykłe biorąc pod uwagę, węgorz z Ceti Alfa występuje naturalnie tylko na Ceti Alpha V, podrzędnej planecie Federacji, na której Khan był uwięziony, więc jak prawdopodobne jest, by Nero wiedział o tym stworzonku?

A poza tym, czy naprawdę mógłby dostać wszystkie kody ręcznego sterowania dla obrony Ziemi od kapitana okrętu gwiezdnego? Każdy kapitan je ma? Nigdy nie pomyślałem, że obecna ochrona na lotniskach zacznie wyglądać dobrze w moich oczach. I dlaczego potrzebował kodów, by zaatakować Ziemię, ale nie były konieczne przy ataku na Wolkan?

Mam rozumieć, że Wolkan nie miał żadnej obrony? Oczywiście miał ją w prequelu pod tytułem "Enterprise".

I czy kiedykolwiek wyjęli węgorza z Ceti Alfa z głowy Pike'a? Toż on powoduje śmierć, jeśli go nie usuniesz. Także powinien on być wkładany do ucha, nie do buzi – a być może to inny robal, który ma to samo. W takim razie… jest to tym bardziej głupie.
Ostatecznie pod koniec, gdy Nero właśnie ma zabić Kirka, mówi mu on jak sławny był ale nie będzie bo ,,zabije go, tak jak zabił jego ojca”. Brzmi to do mnie tak, jakby autorzy filmu bardzo lubili "Króla lwa". Gdyby tylko Kirk mógł polecieć nad urwiskiem krzycząc "morderca", wtedy mógłby być to dobry film.

Skąd dokładnie Nero wiedział, że uśmiercił właśnie ojca Kirka, kiedy w rzeczywistości tato Kirka zabił się sam, powodując kolizję ze statkiem Nero. Może podczas 25 lat, gdy ten ostatni czekał na Spocka, znalazł sobie hobby polegające na testowaniu i klasyfikowaniu genetycznych resztek tych, którzy roztrzaskali się o jego ściany? Nero faktycznie wydaje się wiedzieć dużo o wszystkim. Wie o obietnicy Spocka, wie o sławnych federacyjnych kapitanach, wie o węgorzach z Ceti Alfa, zna załogę statków, która rozbija się o jego statek.

Ale przynajmniej wszystko skończyło się dobrze, jak to powinno być: z Kirkiem jako kapitanem Enterprise, Spockiem jako jego pierwszym oficerem, i nawet kapitan Pike wylądował na wózku inwalidzkim. Byłoby miło, gdyby w tej alternatywnej linii czasu zaoszczędzono mu tego losu.

Wiem, chodzisz do kina wyłącznie po to, by się zabawić. Wy ludzie, którym podobał się ten film jesteście powodem, dla którego nikt już nie musi pisać dobrych historii!

Jest jedna dobra rzecz w tym filmie: dobór ról. Podobał mi się wybór Kirka, Spocka, Bonesa, Scotty'ego, Sulu i Chekova. Gdyby tylko dali tym facetom, coś więcej do zagrania.

 

Dołącz do spoleczności!

Wpadnij na nasz serwer Discord, pogadaj o Star Treku i innej fantastyce.
searchclosearrow-circle-o-downbarsangle-leftangle-rightellipsis-v