Startrek.pl

USS Phoenix

Star Trek: Generations

Star Trek VII: Pokolenia

Opis

Film Star Trek: Generations stanowi pomost między oryginalną załogą Star Treka a nowym pokoleniem bohaterów z The Next Generation (TNG).

Historia rozpoczyna się w roku 2293, podczas uroczystego lotu próbnego nowego okrętu USS Enterprise-B. Na jego pokładzie, jako goście honorowi, znajdują się kapitanowie James T. Kirk, Montgomery Scott i Pavel Chekov. Podczas misji ratunkowej Enterprise zostaje wciągnięty w tajemniczy energetyczny wir zwany Nexusem. Kirk poświęca się, by uratować okręt – i znika, uznany za zmarłego.

Siedemdziesiąt osiem lat później, załoga USS Enterprise-D pod dowództwem Jean-Luca Picarda bada skutki działań naukowca doktora Toliana Sorana (Malcolm McDowell), który desperacko próbuje powrócić do Nexusa – wymiaru, w którym czas i pragnienia nie mają granic.

Wkrótce Picard również trafia do Nexusa, gdzie spotyka samego Jamesa T. Kirka, żyjącego tam w iluzorycznej rzeczywistości. Razem muszą powrócić do rzeczywistego świata, by powstrzymać Sorana przed zniszczeniem całego układu planetarnego. We wszystko wmieszani są Klingoni. Picard i Kirk będą musieli działać razem.

Film symbolicznie ukazuje przekazanie pałeczki nowemu pokoleniu.

Sukces telewizyjny The Next Generation spowodował, że wytwórnia Paramount chciała płynnie przenieść popularnych bohaterów serialu do kina. Scenarzyści Ronald D. Moore i Brannon Braga (autorzy wielu odcinków TNG) dostali zadanie stworzenia filmu, który połączyłby oba pokolenia – oryginalną załogę Kirka i nową pod wodzą Picarda. Reżyserię powierzono Davidowi Carsonowi, który wcześniej pracował przy odcinkach TNG i Deep Space Nine.

Scenariusz przeszedł liczne poprawki – początkowo w fabule miało pojawić się więcej członków oryginalnej załogi (m.in. Spock, McCoy i Sulu) ale z powodu konfliktów harmonogramowych i budżetowych ostatecznie wystąpili tylko: William Shatner (Kirk), James Doohan (Scotty) i Walter Koenig (Chekov). Zdjęcia realizowano od marca do lipca 1994 roku w Kalifornii oraz w dolinie Owens. Wiele efektów specjalnych wykonano jeszcze metodami praktycznymi – zanim komputerowe CGI stało się normą. W szczególności scena zniszczenia Enterprise-D została nakręcona przy użyciu pełnowymiarowych dekoracji, modelu i miniatur, co dało jeden z najbardziej pamiętnych momentów filmu.

Bring Back Kirk

Star Trek: Generations spotkał się z mieszanym odbiorem. Krytyka chwaliła solidną grę aktorską Patricka Stewarta i emocjonalną symbolikę spotkania Picarda i Kirka oraz techniczne wykonanie efektów specjalnych.

Jednocześnie widownia uznała film za zbyt telewizyjny i nie dość epicki jak na produkcję kinową. Krytykowano sposób przedstawienia śmierci Kirka – uznając ją za zbyt mało heroiczny finał dla legendarnego kapitana. Foandomowe hasło protestu brzmiało: Bring Back Kirk.

Film jednak odniósł sukces finansowy, zarabiając około 120 milionów dolarów na całym świecie, i otworzył drogę kolejnym filmom z załogą TNG (First Contact, Insurrection, Nemesis).

Star Trek: Generations był wyświetlany w polskich kinach, ale według ITI przyniósł ogromne straty (dlatego m.in. kolejne pełnometrażowe filmy Star Trek nie zawitały do polskich sal kinowych). Generations pokazywano w telewizji Canal Plus. Obecnie film jest dostępny w streamingu.

Ciekawostki

Polski tytuł pochodzacy z lat 90. zawiera rzymskie VII, jako kontynuacja tradycji nazewniczej pierwszych filmów. Podobnie uczyniono jeszcze w kilku krajach. Jednak tytuł amerykański już go nie posiadał. Charakterystyczne cyfry rzymskie w oficjalnym tytule są obecnie używane tylko dla pierwszych sześciu filmów.

Film był przez jakiś czas znany pod tytułem roboczym Star Trek: The Next Generation: The Movie.

Został nominowany do następujących nagród: Saturn Award za najlepszy film science-fiction, Hugo za najlepszy film oraz Razzie za najgorszego aktora drugoplanowego (Shatner).

Scenę śmierci Kirka nakręcono dwukrotnie. Pierwszą wersję (Soran strzela Kirkowi w plecy) uznano za złą, gdyż Kirk umarłby za mało heroicznie.

Whoopi Goldberg nie jest wymieniona w napisach, ponieważ zagrała za darmo, licząc na to, że zagra razem z Nichelle Nichols (Uhura). Oryginalna wersja scenariusza zakładała, że na początku zjawi się cała stara załoga. Ale Leonard Nimoy (Spock) powiedział, że dla tak krótkiego występu opłacałoby mu się to tylko, gdyby był reżyserem. Wytwórnia się nie zgodziła, więc Nimoy zrezygnował. Potem ofertę odrzucił Kelley (McCoy), który zagrać mimo choroby byłby skłonny tylko, gdyby wystąpił Nimoy. Potem Paramount nawet nie spytał Nichols, poprzestając na trójce spośród "starych" aktorów.

Koń, którego dosiada William Shatner, był jego, jak również dom i farma, na której kręcono ujęcia.

Barbara March i Gwynyth Walsh w tym filmie po raz ostatni wcielają się w role sióstr Duras, Lursy i B'Etor, kończąc swój długi wątek fabularny z TNG, który obejmował kilka sezonów, a nawet jeden odcinek DS9.

Guinan i dr Soran są El-Aurianami, jak to ujął Soran, „rasą słuchaczy”. Nazwa wywodzi się od łacińskiego słowa „auris”, oznaczającego „ucho”.

Malcolm McDowell przyznał publicznie, że nie był zagorzałym widzem ani TOS ani TNG i zrobił ten film wyłącznie ze względów finansowych. Później otrzymał groźby śmierci od obsesyjnych fanów Star Treka uzasadniane tym, że jego postać, dr Tolian Soran, zabił kapitana Jamesa T. Kirka.

Zwiastuny

Muzyka

FAQ

Recenzje

Autor: Picard

Lata 90. były dla ,,Star Trek" bardzo łaskawe: ostatnie sezony ,,Następnego pokolenia" święciły wówczas sukcesy w telewizji, na małym ekranie pojawiła się też kontynuacja wspomnianego cyklu, zatytułowana ,,Deep Space Nine", na ekrany wkroczył ostatni i zdecydowanie najlepszy film o przygodach załogi kapitana Kirka zatytułowany ,,The Undiscovered Country".

W trakcje tegoż niezwykle płodnego dla twórców ,,Star Trek" okresu, tuż po zakończeniu emisji ,,The Next Generation", pojawił się pomysł na przeniesienie tego niezwykle popularnego serialu na duży ekran. Pomysł był niezwykle logiczny zważywszy na popularność oraz jakość wspomnianego dzieła jak także na to, iż wszechświat ,,Star Trek" miał się tak dobrze jak nigdy dotąd i jego potencjał wciąż rósł w siłę. Zagadką jednak jest czemu twórcy kinowej wersji przygód kapitana Picarda i dzielnej załogi Enterprise-D zdecydowali się na zrealizowanie swojego projektu w tak nieco dziwaczny sposób, który w rezultacie sprowadził do powstania obrazu zatytułowanego ,,Star Trek: Generations"? Co mam na myśli pisząc o dziwaczności? Postaram się wyjaśnić to w dalszej części tekstu.

Jest rok 2293. Emerytowana załoga pierwszego Enterprise bierze udział w ,,wodowaniu" nowego okrętu klasy Excelsior noszącego dumne imię swojej poprzedniczki. W trakcje rutynowego rejsu załoga Enterprise-B odbiera wezwanie pomocy pochodzące z niszczonego tajemniczą siła okrętu Lakul. Aby ratować jego załogę kapitan Kirk poświęca własne życie…

Siedemdziesiąt osiem lat później los styka innego kapitana, innego okrętu noszącego dumne imię Enterprise z naukowcem uratowanym z pokładu Lakul. Spotkanie z nim zapoczątkuje lawinę wydarzeń, w wyniku których w śmiertelnym niebezpieczeństwie znajdą się miliony istnień a dwaj legendarni kapitanowie okrętu o nazwie Enterprise wspólnie przemierzą ocean czasu i przestrzeni aby powstrzymać szaleńca. Brzmi obiecująco? Niestety nie do końca tak jest…

Na tym etapie warto odnieść się do zarzutu dziwaczności jaki postawiłem temu filmowi, a który łączy się z jego fabułą, którą pokrótce zdążyłem już omówić. Otóż ,,Generations" jest jedynym filmem kinowym spod znaku ,,Star Trek" gdzie postacie z różnych seriali opowiadających o losach wszechświata stworzonego przez Gene'a Roddenberryego stykają się ze sobą.

Tu pojawia się pierwszy zgrzyt fabuły omawianego filmu – bo czy taki zabieg w ogóle jest konieczny? Po wielokroć stykałem się z argumentami, iż ,,Generations" stanowi eleganckie przejście od przygód awanturniczego kapitana Kirka do przypadków wyważonego kapitana Picarda. Osobiście nie widzę wielkiego sensu w podobnym nakreśleniu fabuły.

Dzieje się tak dlatego, iż po pierwsze: „The Next Generation" nie pojawiło się na ekranach w roku powstania filmu ,,Generations". Film ten zaistniał jedynie dzięki popularności serialu, który zakończył już swój żywot w telewizji, nie widzę więc powodów aby przekonywać widza do nowej załogi poprzez splatanie ich losu z dziejami ich poprzedników – miało to sens w czasach, gdy powstawał ,,TNG Encounter at Farpoint", teraz zaś pozbawione było głębszego znaczenia.

Po drugie: losy załóg obu okrętów zwących się Enterprise krzyżowały się już ze sobą w takich epizodach jak ,,TNG: Unification" czy ,,TNG: Relics" – i śmiem stwierdzić, że serialowe wizje zetknięcia bohaterów tych serii okazały się w gruncie rzeczy ciekawsze niż kinowa wariacja na ten sam temat. Wspominając o wzmiankowanym już ,,TNG: Relics" – odnoszę wrażenie, że twórcy ,,Generations" albo nie znali tegoż odcinka albo też go zwyczajnie w świecie olali jako, iż zafundowali fanom ,,Star Trek" soczystego buraka w postaci wzajemnej niezgodności treści obu epizodów – telewizyjnego i kinowego - kto oba oglądał, wie o czym mówię.

Pomysł na film to jedno, a sposób jego realizacji to drugie. Znacie zapewne powiedzenie: jeśli nie umiesz czegoś zrobić dobrze nie rób tego wcale? Powiedzenie to warto byłoby przypomnieć autorom filmu ,,Generations". Bo skoro już zdecydowano się na taki a nie inny tytuł tego dzieła, to można było by oczekiwać, że jego treść będzie do owego tytułu adekwatna. Problem w tym, że załogę TOS widzimy jedynie na początku a także na końcu wspomnianego filmu i to w składzie szczątkowym. Z całej obsady oryginalnego Treka udało się bowiem twórcom zgromadzić na planie jedynie Williama Shatnera, Jamesa Doohana oraz Waltera Koeniga. Nie chcę wnikać czy pogłoski odnośnie tego czemu reszta obsady pierwszego ,,Star Trek" nie znalazła się w filmie są prawdziwe czy też nie – w każdym razie brak reszty obsady jest dotkliwie odczuwalny i ogólnie przeczy idei całego obrazu.

Jest np. w tym filmie scena, w której opiekę nad uratowaną z pokładu Lakul Guinan roztacza Pavel Chekov – w oryginalnym zamyśle zamiast niego miała tam występować Uhura, a tak scena ta pozbawiona jest kontekstu i znaczenia. Również tytułowe spotkanie przedstawicieli obu pokoleń niewiele znaczy – jedną z rzeczy, która autentycznie bardzo podobała mi się w odcinkach takich jak ,,TNG: Unification" to to, że postacie tam występujące a rekrutujące się z dwóch różnych załóg Enterprise - autentycznie miał sobie coś ważnego do powiedzenia, a ich słowne utarczki były autentycznie wciągające.

Niestety inaczej sprawa ma się w przypadku konfrontacji Kirka z Picardem – czy to dlatego, że mimo wykonywanego zawodu są to całkiem różne postacie czy też dlatego, że scenarzyści niespecjalnie mieli pomysł na rozwinięcie tematu – ich dialogi nie wnoszą niczego ciekawego do fabuły filmu a finał ich rozmowy jest z góry możliwy do przewidzenia.

Nie rozumiem też innego pomysłu scenarzystów polegającego na zezłomowaniu mojego ulubionego okrętu Federacji jakim jest Enterprise–D – nie rozumiem do końca, co mogło powodować twórcami, iż postanowili pozbyć się tego wspaniałego okrętu i to w tak nieprzekonujących okolicznościach…

Czytając dotychczasową część mojej recenzji, dojść możecie do wniosku, iż ,,Generations" jest filmem nadspodziewanie i jednoznacznie słabym. Nie będzie to jednak prawda, gdyż nie wszystko w obrazie Davida Carsona jest pozbawione sensu i niegodne uwagi. To co między innymi zachwyca we wspomnianym filmie, to możliwość zetknięcia się z nową potężna technologią – sama myśl o broni mogącej unicestwić cały układ słoneczny przejmuje lękiem i pobudza wyobraźnię, a scena, w której po raz pierwszy ukazuje się nam jej potęga a Enterprise–D dosłownie w ostatniej chwili ucieka przed falą uderzeniową powstałą w wyniku zapadnięcia się gwiazdy Armagosa, przeciw której broń ta została użyta, należy do jednej z najbardziej efektownych i najlepszych scen filmu. Tak fantazyjnego wykorzystania technologii nie pokazano nam w kinowej wersji ,,Star Trek" od czasu drugiej odsłony tego cyklu.

Na równie wielkie uznanie zasługuje dziwny fenomen nazywany mianem Nexusa, który splata w ,,Generations" filmową intrygę – zarówno sama idea tego niespotykanego zjawiska umożliwiająca przebywającym w jego wnętrzu osobom przeżyć najszczęśliwsze chwile z życia, bądź powołać do życia twory swej wyobraźni, jak także sposób w jaki specjaliści od efektów specjalnych ukazali ów zadziwiający fenomen zasługuje na najwyższe wyrazy uznania. Właściwie można stwierdzić, iż Nexus spełnia tu rolę raju a obcowanie z ideą takiego fenomenu daje co najmniej namiastkę doznań na poły mistycznych.

Na równie wielkie uznanie, co pomysłowe wykorzystanie obcej technologii na niespotykaną dotąd skalę, jak również ukazanie oczom widza ciekawego, kosmicznego fenomenu, zasługuje gra aktorska dwóch postaci, które w filmie odgrywają ważną rolę, choć nie są jego głównymi bohaterami – mowa tu o Malcolmie McDowellu, odtwórcy roli nikczemnego dr Sorana oraz o Brencie Spinerze, odtwórcy wszystkim dobrze znanego androida Daty. McDowell z powodzeniem sportretował postać niejednoznaczną, osoby wprawdzie równie genialnej co szalonej ale oszalałej raczej z bólu i rozpaczy niż z chęci mordu i władzy. Doktor Soran w wykonaniu McDowella sprawia wrażenie osobnika równie diabolicznego co godnego politowania – te sprzeczne cechy oraz charyzma odtwórcy tej postaci czynią z niej jednego z najciekawszych złoczyńców w ,,Star Trek". Należy jedynie ubolewać, iż scen z udziałem Sorana jest tak mało i że nie jest on bardziej eksploatowaną postacią.

W nie mniejszym stopniu zadowala sposób w jaki Brent Spiner oddał przeistoczenie się androida Daty w istotę czującą – widać, że Spinerowi granie sprawia wielką frajdę i, że zżył się on wyraźnie z kreowaną przez siebie postacią tragikomicznego ,,robota". W ,,Generations" widać wprawdzie jak spełnia się wielkie marzenie Daty, czyli odczuwanie ludzkich emocji. Dar ten jednak okazuje się być w równym stopniu przekleństwem co błogosławieństwem. Spiner wzbudza więc na ekranie zarówno śmiech jak i współczucie – dwa kluczowe elementy związane nierozerwalnie z Datą.

Nie można też milczeniem pominąć, krótkich wprawdzie, ale znaczących występów jakie w filmie tym ma Whoopi Goldberg. Jak zwykle rola odtwarzanej przez nią Guinan zdaje się być epizodyczna ale okazuje się mieć w ostatecznym rozrachunku dość istotne znaczenie dla rozwiązania problemów filmowej intrygi. Wyrazy uznania dla pani Goldberg za udzielenie jej Guinan charyzmy i nutki tajemniczości.

Równie miło jest zobaczyć na dużym ekranie stare, złe znajome z telewizyjnego serialu klingońskie siostry Lursę i B`thor.

Niezła jest również w przypadku ,,Generations" muzyka autorstwa Dennisa McCarthy’ego, która jednak nie dorównuje swoją intensywnością i artyzmem ścieżkom dźwiękowym skomponowanym przez Jerry’ego Goldsmitha czy Jamesa Hornera.

Najistotniejsze jest jednak przesłanie jakie ,,Star Trek: Generations" z sobą niesie – wszyscy jesteśmy śmiertelnikami, więc to jak się żyło jest znacznie ważniejsze niż to co się po sobie pozostawia. Idea ta przewija się przez cały film i znajduje ukoronowanie w pogodzeniu się Jean – Luca Picarda ze śmiercią jego bliskich i uczenia ich poprzez pamięć tego, kim dla niego byli. Nic, nawet obietnica ziszczenia się wiecznego raju, ułuda wiecznego szczęścia nie jest ważniejsze niż ta prosta acz trafna i w gruncie rzeczy budująca myśl.

Podsumowując ,,Star Trek: Generations" jest filmem dobrym, choć z cała pewnością nie genialnym, posiadającym sporo mocnych stron, jednak nie pozbawionym także mankamentów. Mimo iż nie są one w filmie rzadkością, mogę zapewnić, iż czas spędzony na jego oglądaniu żaden fan ,,Star Trek" ani dobrej, z lekka filozofującej fantastyki naukowej, nie uzna stracony.

Ocena : 7/10

***

Autor: Ledsbourne, reblog

Generations

Przede wszystkim – satysfakcjonujący. Fabularnie musiało być ciężko upchać wszystko w jednym filmie i pozamykać tyle wątków z serialu tak, że to wpasowuje się w całość.

Data w końcu zyskujący emocje (z uroczą sceną na końcu), awans Worfa, który należał mu się od jakichś 3 sezonów, rozprawienie się z siostrami Duras, wyjaśnienie, skąd wzięła się Guinan i El-Aurianie… No i przede wszystkim zamknięcie wątku Kirka.

Właściwie to dalej nie do końca wiem, co myśleć o jego śmierci – czyli to chyba dobrze. Generalnie podoba mi się, że nie było takiego patosu jak w przypadku Spocka, do tego zginął w swoim stylu – na ryzykownej misji, gdzie stawka była wysoka emocjonalnie.

Na pewno kupują mnie jego ostatnie słowa, a para Kirk-Picard to zdecydowanie coś, co zawsze chciałem zobaczyć na ekranie. Dużo świetnych scen, które może i są fan serwisem i mają sens tylko po obejrzeniu seriali. Kirk na mostku Enterprise to czyste złoto.

Malcolm McDowell jak zawsze świetnie sprawdza się w roli złoczyńcy – chociaż jego postać może nie jest najlepiej napisana, to sceny w stylu awanturowania się na okręcie Klingonów dodają mu badassowej charyzmy. Ostatnia walka za bardzo w stylu… Bonda?

 

Dołącz do spoleczności!

Wpadnij na nasz serwer Discord, pogadaj o Star Treku i innej fantastyce.
searchclosearrow-circle-o-downbarsangle-leftangle-rightellipsis-v