Opis
W drugim kinowym filmie pojawia się dawny wróg Kirka - znany z serialu The Original Series - Khan. Lider augmentów chce zemsty za dawne krzywdy i w tym celu przejmuje federacyjny okręt USS Reliant oraz sekret potężnej broni, mogącej niszczyć życie na całych planetach.
Film był wyświetlany premierowo jedynie w kilku polskich kinach studyjnych, przez bardzo krótki okres. Pokazywano go potem w telewizji TVP1 oraz kilkakrotnie w TVN (1998, 1999). Obecnie dostępny w streamingu.
Star Trek II: The Wrath of Khan początkowo znany był pod roboczym tytułem Star Trek II: The Vengeance of Khan. Zmieniono go, gdyż trzecia część Star Wars miała być nazwana bardzo podobnie. W rezultacie oba filmy miały zmienione nazwy.
Film przyniósł 97 milionów dolarów przychodu (78,9 milionów w USA). Wpływy z wypożyczeń wyniosły 40 milionów dolarów.
Z powodu ograniczeń budżetowych wykorzystywano stare dekoracje i modele gdziekolwiek się dało. Stacja Regula 1 była stacją z poprzedniego filmu, tylko… obróconą do góry nogami. Mostek Reliant to mostek Enterprise, lecz inaczej oświetlony, filmowany z innych miejsc i z innymi obiciami na fotelach.
Do nakręcenia sekwencji efektu Genesis, użyto specjalnie skonstruowanej kamery filmującej 2500 klatek na sekundę. W rzeczywistości sekwencja trwała niecałe półtorej minuty.
Scena, gdy Spock i Saavik mówią do siebie w swoim ojczystym języku, była oryginalnie nagrana po angielsku. Potem dobrano odpowiednie wolkańskie słowa tak, aby zgadzały się z ruchami ust aktorów.
Film stanowi początek składającej się z trzech filmów historii, którą kontynuuje film Star Trek III: The Search for Spock (1984), a kończy film Star Trek IV: The Voyage Home (1986).
Zwiastuny
Muzyka
Zwiastun słuchowiska Star Trek: Khan (kanon beta)
FAQ
Recenzje
Autor: Q__, 5.12.2024, Discord USS Phoenix, reblog
Czas na kilka zdań o TWoK. Trudno powiedzieć wiele nowego o filmie, który wszyscy ileś razy oglądaliśmy, więc tym razem krótko będzie. Stwierdziłem kiedyś na Lem.pl, że jest to w zasadzie staroświecki film o piratach (pisząc m.in. "kiedy tytułowy szwarccharakter woła chrapliwie "There she iss... There she iss..." na widok kosmicznej łajby Enterprise, brzmi to jak głos Long Johna Silvera, lub jego papugi 😉 "), i jeszcze umocniłem się w tym odbiorze.
Owszem, jest tam fascynujący - choć przegięty - patent technologiczny (Genesis), owszem, są uszlachetniające (choć niekonsekwentne) wątki upływu czasu, opozycji starzenie się/młodość, i wprost z TOS-u wzięte interakcje między Big Trio, ale esencja to właśnie smakowite widowisko marynistyczne przeniesione między gwiazdy. Dość staroświeckie również wizualnie przy tym (TMP, paradoksalnie, jest nowocześniejszy, bo futurystyczny), co stanowi część jego uroku.
Swoją drogą interesujące, że każdy z najlepszych filmów ST jest w pierwszym rzędzie samodzielnym przedstawicielem pewnej konwencji (poważna SF, pirate movie, komedia - tu mowa o GQ), a Trekową kinówką dopiero w drugim).
Co jeszcze można wspomnieć, z rzeczy mniej tam dostrzeganych? Cóż, mamy tam duuże przykłady flotowej niekompetencji (nikt nie monitorował sytuacji na Ceti Alpha V) i prywaty (Kirk powinien *beknąć* za akcję z niepodniesieniem osłon; dziwne też, że Scotty nie zareagował ostrzej na śmierć pociotka), nie wiem czy nie pierwsze takie w ST.
No i trzeba odnotować, że w świetle ciekawostki, którą wrzuciłem, da się śmiało bronić tezy, że STD to niewątpliwy kanon ST 😉 .
***
Autor: Ledsbourne, Discord Star Trek, reblog
The Wrath of Khan
Doskonały balans między Sci-Fi, przygodą i dramatem. Znakomite rozwinięcie postaci, wizualne eye-candy, emocje i wzruszenie w finale. Przerosło moje oczekiwania.
Khan sprawdza się jako antagonista jeszcze lepiej niż w czasie „Space Seed” – tam był aroganckim, ale charyzmatycznym przywódcą, tutaj widzimy, jak izolacja i osobista tragedia zmieniły go w genialnego szaleńca zaślepionego żądzą zemsty.
Najbardziej podobało mi się jednak rozwinięcie postaci Kirka – jego rozterki związane z wypaleniem się, relacja z Bonesem i (przede wszystkim) ze Spockiem i rewelacyjny motyw z testem Kobayashi Maru, jednym z ciekawszych motywów w uniwersum Star Treka.
Eksperyment Genesis to idealne rozwiązanie fabularne – daje się łatwo i zwięźle streścić w narracji, a przy tym wszystko – od planowania eksperymentu, po dylematy naukowców – zostało przedstawione na tyle wiarygodnie, że nie brzmi jak naukowy bełkot.
Bitwa w mgławicy Mutara dalej robi wspaniałe wrażenie, a sam finał, który doskonale spina film klamrą razem z dialogami z początkowych scen, pomimo swojego patosu stanowi jedną z najlepiej napisanych scen w całym Star Treku, wspaniale grając na emocjach.
***
Autor: xetnoinu, 8.12.2024, Discord USS Phoenix, reblog
Włączyłem ST2. Będę pisał wrażenia na bieżąco. Nie jestem, wstyd powiedzieć, wielkim fanem trekowych filmów.
Po scenie z testem nie do zdania Doktor przynosi urodzinowy alkohol Kirkowi. Reminiscencja pierwszej sceny nakręconej do The Cage? Albo tradycja flotowych lekarzy w ich relacji z kapitanami 🙂.
Niezwykła jest kwatera - z kominkiem. Nowe Treki uwielbiają ten motyw. Nierozpalony kominek jest w szarym pokoju, gdzie bytuje umarły Data w PIC1. Rozpalony, mimo ciepłej pogody, jest kominek w domu Soonga w PIC2, oraz w kwaterze okrętowej Pike'a w SNW. Ten renesans kominków to chyba wpływ ST2.
Kwatera Kirka to przegląd niezwykłych wzorniczo mebli: fotela, szezlonga czy witryny. Każdy wart dziś pewnie majątek.
Pada słowo Genesis. I od razu, że w niepowołanych rękach może to być broń. Teza dziwna kiedyś, jak i w finale Discovery, gdzie technologia Protoplastów zanim została odnaleziona, już była ową możliwą do stworzenia broni.
I tak oto pierwszy babol tego filmu. Wykrywają z orbity jakąś możliwą protomaterię a nie widzą, że ona siedzi w federacyjnym kontenerze 🙂. Jakaś ta burza piaskowa bez wiatru (bo jest naniesiony na obraz i nie ma go na planie) ma jednak właściwości tępiące odczyty na okrętach 🙂.
O ile nie lubię tych czerwonych mundurów z tego filmu, to niektóre inne kostiumy mi się podobają. Wejście Khana poprzez zdjęcie niezwykłej rękawiczki i zasłon na twarz - to przykład świetnej i niepowtarzalnej roboty filmowej. Khan delektuje się sceną spotkania - oknem nowych możliwości. Zdjął tylko lewą. Ciekawe czy aktor jest leworęczny, czy zrobił wszystko dla kompozycji sceny, pokazując, że nawet lewą ręką unosi Chekova w pełnym rynsztunku jak piórko.
Scena błyszczy też animacją robali. Ma też ujęcia wewnątrz hełmów. Pojawią się takie w piątym sezonie Discovery, gdy Michael z ekipą zawitają na Drednocie Breenów.
Pomijamy milczeniem, jakim cudem jakaś planeta sobie wybuchła i planeta, na którą zesłano Khana z kontenerami, zmieniła orbitę. Psssst. Bo zaraz wyjdzie, że tam był niestabilny dilit i ktoś się popłakał.
Kirk wchodzi na pokład Entka i ma komitet powitalny. No jednak z tego krótkiego dialogu ze Scottym to bym jednak nie wyprowadził, że ten miał serio poważne problemy ze zdrowiem dopiero co. No ale teoria fanowska jest, że to STD.
Film ma świetne mikrodowcipy. Kirk w wychodku czy pogawędka po wolkańsku o niedoskonałości Kirka z racji bycia człowiekiem. Nadal działa 🙂.
Ujęcie rdzenia napędu warp z poziomu wyższego pokladu ewidentnie inspirowało potem podobne ujęcia serialach a już na pewno w VOY.
Jest i dziwaczna winda bez porządnej barierki na pięterko maszynowni. Tej koncepcji nieposzanowania BHP się potem trzymano i w DS9 i ENT. Tylko Trip w ciąży zauważył, że to nieco bez sensu.
Wracając do kostiumów. Te naukowców od Genesis mi się podobają. Jak i wnętrza stacji. To bardzo dobrze nadal wygląda i się nic nie zestarzało.
Żart z windy: Czy mogę zapytać, jak pan sobie poradził? A w odpowiedzi: Może pani.
Plus minus pojawia się w DS9 w odcinku Equlibrium w scenie, gdy Bashir zadaje analogiczne pytanie opiekunowi symbiontów w jaskini. A ten jak Kirk tu, odpowiada identycznie.
Na ścianach czasem są chyba gaśnice. Ale dlaczego są żółte?
Tymczasem Khan przejął okręt i nadal nie zdjął prawej rękawiczki. A Flota skanuje siatkówkę, by weryfikować dostęp do tajnych danych. Współczesność prześcignęła ten futuryzm. Ale już pokazywanie danych w formie filmiku a nie sterty tekstu, to już się dzieje.
Tu kolejny raz Discovery inspirowało się ST2, kiedy Stamets zasiał grzybnię na jałowej planecie.
I o ile Disco nie umiało sensownie wyjaśnić, dlaczego technologia Protoplastów jest zagrożeniem, to tu Doktor robi to koncertowo. Genesis niszczy i stwarza życie na planecie nie w biblijne 6 dni ale 6 minut. Jak zawsze siła starych Treków to doskonałe napisane dialogi, które są po prostu w punkt.
Scena z prefiksem i zdjęciem osłon okrętu Khana nadal świetna. Wspaniały żarcik ze wstydem Kirka, że musi założyć ... okulary.
A ja oglądam dalej na raty. Takie są skutki kolejnego oglądania filmu, że się widzi nieistotne lub trzecioplanowe elementy. Na przykład: Khan nadal nie zdjął prawej rękawicy.
Kostium Kirka ma okropny biały śliniak. No tak mi się to kojarzy. Znaczy po rozpięciu jest biały fragment wierzchni i spodni munduru i tworzy to biała plamę. Kirk rozpiął to w czasie ataku. Teraz umierający kadet-załogant mu to zakrwawił. No to chociaż wiem, po co ten śliniak biały wymyślono. Plama krwi przemieszcza się i zmienia pole powierzchni między scenami.
Teraz turbowinda. To cudowne urządzenie, które zawsze wie kiedy otworzyć a kiedy się nie otworzyć. Ma szósty zmysł. Jest tu scena jednak, gdy do niej wchodzą Kirk i Łapiduch. Ten ostatni przytrzymuje ręką drzwi, bo idzie jeszcze Saavik. Czyli jednak nie zawsze te drzwi czytają w myślach użytkowników 🙂.
Ekipa wypadowa Kirk, Doktor i Saavik na opuszczonej stacji. Całkowicie wyparłem z pamięci wiszące ciała naukowców. Bardzo realistycznie i dosłownie pokazane. To nie mroki korytarzy i powieszone przez Garaka słabo widoczne ciała w DS9 ani iddyliczny biały anielski kostium matki Picarda, która się powiesiła w oranżerii. Tu jest nagle dosłownie jak w horrorze. Motyw pozostawienia przez Khana kogoś żywego, aby opowiedział ... powróci w SNW, gdzie tak postępuje gatunek Gorn.
Scena pierwszego spotkania z synem, gdy ten leci na Kirka z jakimś ostrzem - bardzo w sumie z humorem. Trafił swój na swego.
Dopiero teraz zauważyłem, że Kirk często patrzy na zegarek, bo wie jak umówił się ze Spockiem. Miło, że to jest zasygnalizowane - i będzie zauważone przy kolejnym oglądaniu. Taka precyzja jest w jednym odcinku TNG. Picard posyła tam Worfa a w finale okaże się, że pojawią się dodatkowe zamaskowane okręty klingońskie - i nie jest to cud z kapelusza i jest ten niuansik to zapowiadający (przy ponownym seansie do wypatrzenia).
I słynna rozmowa Kirka z byłą miłością o owocu ich związku czyli synie. I przez ten pomysł fabularny w hołdzie mamy Jacka w trzecim sezonie Picarda.
Kirk: Facet którego nie widziałem 15 lat próbuje mnie sprzątnąć. A mój syn chętnie by mu pomógł. ... Mój syn. Moje życie. Którego nie miałem. Jak się czuję? Staro.
I tak się pisze emocje. I tak się je gra. Kirk nie patrzy wprost na matkę swojego syna. Ani też nie mówi tego do widza. On głośno myśli. Nie ma w tym złości, nienawiści, ale jest głębokie zastanowienie. Bardzo męska i silna emocja. Z tych najważniejszych. O ojcostwie utraconym. O przemijaniu - czego kontrapunktem mogłoby być owe ojcostwo. A wszystko w obliczu tego, co może sprawić, że znów poczuje się młodo - jak określiła to pani doktor Marcus. Ciekawe czy SNW dobije z sezonami do momentu i np poznamy kiedy Kirk i dr Marcus np pierwszy raz się spotkali. To jest w stylu tego serialu. Zatem może...
Kirk rozmawia z Saavik i już wiemy, jak zdał test niemożliwy. Wracają na okręt o umówionym ze Spockiem czasie. Kirk dostaje czysty mundur. Na korytarzu jest tym razem czerwona gaśnica.
Kadeci jako czerwonokoszulowcy przygotowują się do bitwy w mgławicy. Wszystkie ery Treka z tego korzystają. Ostatnio Vadic i Picard też walczyli w mgławicy.
Teraz będzie słynna sekwencja, że Khan nie rozumie 3D i myśli 2D. Zanim do tego dojdziemy rzucają się w oczy kolejne szczegóły nieistotne. Sam Khan nadal ma rekawicę, dodano mu krwawiącą szramę na piersi. Tak jak go widzę, to aktor jest w niezwykłej formie fizycznej. Jednak nie ufarbowano mu włosów i wygląda staro. Tak. On jest sponiewierany na tej planecie przesuniętej, ale to augment. Zresztą pamiętam swój pierwszy odbiór tego filmu lata temu. I wtedy mi utkwiło, dlaczego ten Khan to taki stary facet. Wygląda jak ojciec Kirka. W TOS wyglądał na niemal rówieśnika. Naprawił to Abrams i jego Khan nie jest starcem z klata dekady młodszą od fryzury 😉. I zawsze miałem takie jakieś przebłyski, że ten stary Khan ma w sobie coś ze Stana Borysa. Lub odwrotnie raczej, z tymi ozdobami orientalnymi w jego artystycznym wizerunku.
Wracając do filmu. Jest scena w mgławicy. Kirk schodzi niżej bo myśli 3D. Niby mgławica zakłóca czujniki. Ale widz ma idealnie czysty obraz. Właściwie powinno się podejść do bulaja, czy jak tam okrętowe okno się nazywa, i wyjąć lunetę i popatrzeć, gdzie ten Khan. Znajomo brzmi. Tak. W Discovery była taka scena w pierwszym sezonie. Czasem po prostu dosłownie widać 🙂.
Z kolejnych dziwności kostiumowych. Syn Kirka paraduje w krótkim podkoszulku. Ma zdjęty sweter. Nie wiadomo po co on mu. No jeszcze żeby się nim przepasał. Ale nie. On go nosi jak szalik. W sumie to nie wiem, jaka jest temperatura na tym okręcie. Jedni w podkoszulkach, inni w wielowarstwowych mundurach a Saavik to miala z raz coś jak koszulę nocną a raz coś jak płaszcz późnojesienny. No i te golfy/stójki/kołnierze ze ściągaczami. Nigdy nie rozumiałem pomysłu na te mundury.
I finał. W sensie absolutnie najważniejsza sekwencja tego filmu. Która czyni go trekowym pierwszoligowcem. Spock usypia Doktora, mówi Pamiętaj, czyli przekazał Katrę i idzie na śmierć. Wziął dwie rękawice. Zrobił swoje i umiera. Przybywa Kirk. Jego mundur raz ma przeogromny otwarty biały śliniak. By nagle był on zapięty. Model śliniaka też jakby to nie był model z początku filmu. O ile jeszcze zmieniająca się w ujęciach plama krwi ujdzie. To tu w kluczowej scenie ktoś zawalił z tym Kirkowym kostiumem. Matko! Znowu ma otwarty śliniak. Ja znam tę scenę na pamięć, ale dziś tylko widzę ten absurdalny mundur Kirka i rękawice Spocka...
Ale scena jest warta mszy. Jest zagrana wybitnie i wybitnie napisana. Jest w niej zaklęty cały sens postawy oficerskiej, jak i dowódczej, jak i przyjacielskiej.
Jest druga wielka emocja w tym filmie. Bo nie oszukujmy się. Po iluś tam razach nie ma już emocji z tytułowego gniewu Khana. Owszem. To komiksowy złol. Ten z tych dobrze napisanych. Czyli ma swoje racje: zapomniano o nim, zginęła jego żona. Zginął jego protegowany. Ale to już nie ma tej mocy co za pierwszym obejrzeniem tego filmu.
Natomiast scena, gdy Kirk zastanawia się nad utraconym ojcostwem oraz scena z umierającym Sopockiem - to dwa ponadczasowe elementy tego obrazu. Sugestywne i zrealizowane tak, że nie trzeba im nic zmieniać. Są bardzo ludzkie i bardzo w Treku jednocześnie.
Teraz, jak to w amerykańskiej produkcji, seria klamrowych zakończeń. Syn przyszedł do ojca i powiedział, że jest dumny, że jest jego synem. Załoga cieszy się z ratunku. Pani doktor Marcus podziwia planetę i słońce powstałe z materii mgławicy za sprawą Genesis. Bo tego słońca chyba tam nie było. To nie jest technologia terraformacji ale właściwie boskostwórcza. Przegięcie nawet jak na Treka. Nawet w finale Disco maszyna: siewnik życia humanoidalnego Protoplastów a właściwie jakiegoś wcześniejszego gatunku zero - aż takich mocy nie miała.
I Kirk, wspominając Spocka, w obliczu nowej planety, czuje się ... młodo.
Co można powiedzieć nowego o tym filmie. Nic. Bo wszystko już powiedziano. Co nowego w nim wypatrzyłem? Motyw rękawicy Khana i brak wyjaśnienia, dlaczego nigdy jednej nie zdjął. Motyw dwu kolorów gaśnic. Oraz niezrozumienie jaka jest temperatura na okręcie, gdy jedni chodzą w podkoszulkach a obok osoby okutane w mundury-korzuchy.
Zaskakuje jak wiele późniejsi twórcy czerpali z zawartych tu pomysłów i wizualnych, i fabularnych. Na szczęście era TNG-DS9-VOY zapomniała o jego mundurach. 🙂
***
Autor Q__, 26.04.2009, Forum Lem.pl, reblog
Otóż oglądając "Star Trek II - The Wrath of Khan" coś zrozumiałem. Zrozumiałem, dlaczego tak liczni fani "Star Treka" go kochają. Kochają, bo, mimo śmiesznych mundurów (naprawdę, mogli zachować te z "ST - TMP"), jest on w sumie esencją Oryginalnej Serii w koncentracie ;): emocjonujące walki, wyraziści Kirk i Spock i relacje między nimi, cudowne-a-nieprawdopodobne-urządzenie, pozaziemskie pasożyty, charyzmatyczny łotr...
Tam wszystko jest TOSowe (w dobrym, i złym znaczeniu tego słowa), i w dodatku skoncentrowane w 116 minutach. Meyer, znany mi skądinąd jako reżyser niezłego filmu "Nazajutrz", wiarygodnie straszącego wizją atomowej zagłady, doskonale wyczuł czym był stary "Star Trek" (w swej chwale i w swej durnocie) i umiał to, ten klimat, oddać na dużym ekranie. Jego film jest po prostu w 100% TOSowy, jest koncentratem TOSu z jego wadami i zaletami, tak jak "ST: TMP" jest ekstraktem z najambitniejszych elementów TOSu, oczyszczonych z kiczu.
Nic wiec dziwnego, że "Gniew Khana" przypadł do gustu tym, którzy pokochali dawnego "Star Treka" takim, jakim był, podczas gdy "ST: TMP" tym, którzy chcieli widzieć go mądrzejszym.
Doceniam "ST II", w jego bajkowo-rozrywkowej klasie, choć:
-primo - nie mogę traktować go jako "prawdziwej" fantastyki naukowej,
-secundo - nie zapominam, oczywiście, że był tryumfem gustów fanów i materializmu oficjeli z Paramountu nad gustem (zmęczonego ciągłym naginaniem się do oczekiwań masowej publiki) Roddenberry'ego, i powstał w efekcie nieładnej przepychanki na producenckim "stołku" (której celem było storpedowanie prób "udoroślenia" "ST").
Bowiem, mimo niechlubnego pochodzenia i niewysokiego budżetu, okazał się dzieckiem nad wyraz udanym, i nakręcił koniunkturę na kolejne "Star Treki", w tym moje ukochane "ST - TNG".
Jest to zresztą - jak już wspomniałem - jeden z nielicznych startrekowych filmów mających zdolność docierania do szerszej widowni (świadczą o tym zarówno jego wysokie miejsca na listach fantastycznonaukowych kinowych "bestsellerów", jak i miłe słowa, których nie szczędził mu A.C. Clarke).
Co o tym zdecydowało? Fakt, że jest to bezpretensjonalna kosmiczna bajka, stanowiąca dość udaną konkurencję dla oryginalnych "Gwiezdnych Wojen". Prosta, utrzymana w konwencji awanturniczego filmu o piratach (kiedy tytułowy szwarccharakter woła chrapliwie "There she iss... There she iss..." na widok kosmicznej łajby Enterprise, brzmi to jak głos Long Johna Silvera, lub jego papugi ;)), opowiastka, pełna smakowitych nawiązań do marynistycznego cyklu o Horatio Hornblowerze, operetek Gilberta i Sullivana (choćby te nieszczęsne czerwone mundury) czy sztuk Shakespeare'a. Rzecz niezbyt mądra, lecz brawurowo zagrana, jak na "Star Treka" dość dopracowana od strony psychologicznej (np. ładny wątek starzenia się Kirka), w dodatku pełna niezwykłego witalizmu, który nasuwał mi silne skojarzenia z nie mniej witalnymi i barwnymi powieściami A. Bestera.
Po prostu pierwszorzędny film drugorzędny, stanowiący klasykę swego gatunku. Stosunkowo mało znany w Polsce, a szkoda. Nic naukowego* w nim nie ma (podobnie zresztą jak w "Gwiezdnych Wojnach" czy "Piątym Elemencie"), ale z czystym sumieniem polecam go wszelkim miłośnikom tego rodzaju spaceoperowej rozrywki. Fakt, że jest to rozrywka "z myszką", tylko dodaje jej uroku.
Natomiast jak kto szuka dającej do myślenia science fiction, nie ten adres.
PS
Najnowszy film Abramsa - wg. plotek zza oceanu - ma być nakręcony właśnie w celu zdyskontowania sukcesu "ST II"** i też ma wpisywać się w ten nieszczęsny rozrywkowy nurt, tylko budżet dostał, dla odmiany, spory...
* Poza jednym fajnym zagraniem trochę a'la Pirx.
** Inna rzecz, że ten sukces odbił się czkawką, bo nie dość, że spowodował, iż kolejne startrekowe filmy powielały rozwiązania z "ST II", nie z "ST - TMP", czyli już na starcie tworzone były jako czysta rozrywka, pozbawiona naukowego prawdopodobieństwa, w dodatku rozrywka niskobudżetowa. Stąd, szukającym w "Star Treku" śladów mądrości, można polecić raczej wybrane seriale, niż filmy - tam znajdą, to jeszcze nastąpił wysyp licznych spaceoperowych imitacji cyklu Hornblowerowskiego, z cykliszczem "Honor Harrington" na czele...
