Autorzy: Krogulec, Ledsbourne i xetnoinu, 5.04.2025, Discord Star Trek, zredagowany fragment dyskusji
xetnoinu: Żartobliwie, mamy Dzień Pierwszego Kontaktu, o epizodzie Homestead.

Krogulec: Właśnie oglądałem ten odcinek dopiero co. A dziś obejrzałem finał. Co oni mają z tymi podróżami w czasie na finały...
xetnoinu: Hm. DS9: faktycznie Sisko poszedł do Proroków, którzy domyślnie go chyba przenieśli potem w przeszłość czy jakoś tak. W TNG jest anomalia czasowa. W VOY linia czasu alternatywnego. W PRO to szaleństwo czasowe na bogato. W LD nie ma podróży w czasie, ale jest podróż między wymiarami, w sumie podobne. W PIC w finale drugiego sezonu jest podróż w czasie. TOS nie ma finału. TAS nie ma finału - chociaż jest podróż w wymiar czasu odwróconego. DISCO w finale wspomina, że okręt będzie podróżował samotnie 1000 lat więc w sumie też podróż w czasie do odcinka Calypso. W ENT mamy w finale podróż w przeszłość za sprawą holodeku i programu historycznego. Prawie jak podróż. @Krogulec masz rację. Plus minus prawie zawsze kończy się jakimś podróżowaniem w czasie.
Krogulec: Nie mam siły na bardzo inteligentną recenzję więc będzie takie coś pomiędzy...

Główną cechą Voyagera wydaje się być zmarnowany potencjał. Zmarnowany potencjał aktorów. Zmarnowany potencjał rozwoju postaci. Zmarnowany potencjał stylu opowiadania i narracji. Zmarnowana szansa na pójście w ciekawą i być może bardziej ambitną stronę dla całej franczyzy. W rezultacie mamy coś w rodzaju dzieła, które zatytułować moglibyśmy "Wielkie Nadzieje".
Początek jest - na możliwości swoich czasów i budżetu - epicki i ciekawy. Wręcz niesamowity. Oto mamy okręt Federacji, który jako jedyny i pierwszy w historii przenosi się na drugą stronę Galaktyki. Do miejsca kompletnie niezbadanego, tajemniczego. Ten czar inności, niezwykłości, podróży w ciemność i nieznane udało się twórcom niesamowicie zbudować. Początek serialu jest niezwykle obiecujący i cały czas czekamy, czekamy... Aż okazuje się, że w zasadzie nie wiadomo na co.

Szansa by opowiedzieć o życiu istniejącym na zupełnie innych zasadach, o rasach kompletnie innych od tych znanych zostaje kompletnie zaprzepaszczona. Kilka prób, to wszystko. Za najambitniejszą z nich uznaję przedstawienie Vidiian oraz Hirogenów. Obie te rasy mogłyby być tymi najsłabszymi z grona oryginalnych i niezwykłych, które pojawiły się w serialu i nieznanym kwadrancie. Ale są tymi najmocniejszymi punktami, bo ograniczenia i być może obawy o reakcję publiczności ze strony scenarzystów sprawiły, że ci powrócili do znanych schematów. Tym najbardziej znanym są Borg, którzy zajmują w zasadzie pół serialu i których zmienia się w infantylne, łatwe do przechytrzenia zagrożenie, które zamiast spustoszenia sieje raczej zagrożenie porównywalne z tym, jakim dla Asha i Pikachu był Zespół R, który "znowu błysnął".

W efekcie wielka saga o okręcie, który utknął w nieznanym zamienia się raczej w próbę naśladowania serialu TNG, gdzie poszczególne odcinki przestają tworzyć większe całości i cała narracja rozpada się w krótkie historyjki bez większego związku. I być może tutaj jest największa klęska Voyagera. Bo był on ogromną okazją, by wprowadzić ciągłość fabularną i większą spójność historii. Format ponad 20 odcinków na sezon być może nie był do tego odpowiedni, ale aż prosiło się żeby Voyager poszedł co najmniej drogą DS9, gdzie jest dużo więcej spójności fabularnej, wynikania jednej historii z drugiej i rozwoju postaci.

Ten ostatni to zresztą materiał na osobny temat. Rozwoju postaci w Voyagerze praktycznie nie ma. Poza Doktorem i częściowo duetem Parris/Torres wszyscy bohaterowie zostają tacy jacy byli. Od Neelixa (postaci głęboko niepotrzebnej, o zmarnowanym potencjale zarazem i w jej miejsce z pewnością można było napisać kogoś ciekawszego), po Tuvoka, Chakotaya, Kima i na Janeway skończywszy: każdy zaczyna takim samym jakim był. Symbolem tego niech będzie ranga Kima, która przez całe siedem last stoi w miejscu.

Najgorzej z całej drużyny wypada niestety liderka, czyli Janeway. Postać stylizowana na silną, bezkompromisową i samodzielną kobietę jest taka cały czas. Ale scenarzystom siła charakteru i przywództwo pomyliło się z bezwzględnością, nieprzejednaniem i arogancją. Janeway pozostaje dla mnie najsłabszym z kapitanów, najmniej słuchającym, najczęściej podejmującym przemocowe, wątpliwe etycznie i brutalne decyzje. Często z pełną świadomością, premedytacją i przy świadomej chęci do zastraszania wszystkiego, co spotka na swej drodze. Być może to byłby dobry kapitan w realiach wojennych. Ale ideałów Federacji nie reprezentuje w żaden sposób. Nie jest też postacią, która posiadałaby interesujące życie wewnętrzne, czy osobiste. Głębia w oczach Picarda, czy poniekąd naiwna ale jednak jakaś droga wewnętrzna Sisko są tu zastąpione przez tupet. Bo tupet to jedyne czym ciągle Janeway świeci. I w żaden sposób mnie to nie przekonuje. Nie dało też statusu ikony.
Voyager to pierwszy z trekowych tworów, który sam nie wie, o czym traktuje i dokąd prowadzi. Zamiast dziwnej i niezwykłej drugiej strony Galaktyki otrzymujemy powtórki z rozrywek i tanie, wtórne zazwyczaj rozwiązania. Zamiast porządnego rozwoju postaci i historii są przypadki z życia i losowe historyjki o często bardzo wątpliwej jakości.

Nawet koniec z absurdalną podróżą w czasie pozostawia po sobie uczucie ogromnego rozczarowania. Aż prosiło się, by w ostatnim sezonie poświęcić choćby kilka odcinków na dolatywanie do Ziemi a potem życie na Ziemi naszych bohaterów. Zamiast tego mamy tylko kłótnię Janeway z Janeway i rozczarowujący koniec bez żadnej puenty.
Najmocniejsze strony Voyagera to z pewnością Doktor i wątek życia holograficznego. To także, mimo wszystko, rozbudowa historii Borg, którzy stają się nieco bardziej uporządkowani, choć zarazem mniej straszni. Mamy też atmosferę zagrożenia i osamotnienia, która sama w sobie jest cenna i stanowi wyraźne novum na tle całego Treka.

Załoga nieprzystosowanych, złożona z Maquis oraz odrzutów działających z konieczności razem, to również ciekawy i oryginalny pomysł, któremu jednak także brakuje jakiejkolwiek puenty, rozwiązania i akcentów. Mocnym elementem są też próby docierania się części członków załogi ze sobą. Kilka odcinków w stylu horrorowym, to też interesująca nowość...
Voyager z każdym kolejnym sezonem coraz bardziej chorował jednak głównie na zmęczenie aż bardziej umarł śmiercią naturalną niż został jakkolwiek zakończony, podsumowany, czy rozwiązany fabularnie. Wszelkie idee i pomysły ogólne, które miały zostać zaprezentowane ostatecznie przepadły. Jest to z pewnością ten Trek, który obiecuje najwięcej, a dostarcza najmniej. Przynajmniej na teraz. Nie dorównuje ani epickiej teatralności TNG, ani ponuremu realizmowi DS9. To serial, który stracił pomysł na siebie i śmiało można oglądać go na wyrywki. Nic się nie straci. Na cokolwiek masz nadzieje, odpalając pierwszy sezon - nie otrzymasz tego. A Janeway nigdy się nie zmieni.

xetnoinu: Wooow. Świetny tekst, choć tak krytyczny. Przeświadczenie że serial jest o niczym, pamiętam, miałem kiedy go pierwszy raz zobaczyłem i nie wytrzymywał on porównania z DS9. Ale po latach łapię się na tym, że z jakiegoś powodu częściej wracam do epizodów VOY niż DS9.
Czy jest to zmarnowany potencjał ? Chyba jednak nie jest. To powrót to formuły TOS, gdzie była samotna pięcioletnia misja. Ta jest dwa lata dłuższa i bardziej samotna. Czy te gatunki mogłyby być inne bardziej? Niekoniecznie. Trek to świat panspermii. Jest definicyjnie w kanon wpisane, że one są stworzone dosłownie tak, by współpracowały, współistniały. Aby żaden gatunek w Galaktyce nie był samotny i w tym znaczeniu nie umierał z nudów. Że widz czasem umiera, o tym szaaaaa... 😉

Krogulec: TOS jest archaiczny, trudno to zestawiać. W TOS jest samozachwyt twórców, że w ogóle serial SF udaje im się tworzyć. Tutaj poprzeczka powinna być wyżej. W DS9 moim zdaniem dużo ambitniejsze cele udało się twórcom zrealizować. VOY oglądane na wyrywki i bez większych oczekiwań może trochę zyskać. Ja oglądałem ciągiem całość i miałem też oczekiwania zgoła inne.
Ledsbourne: "Szansa by opowiedzieć o życiu na zupełnie inny zasadach..." - ale to przecież problem całego Treka, że bardzo rzadko mamy faktycznie innych obcych od ludzi!
I nie zgodzę się co do Janeway - tzn. zgodzę się z oceną, ale nie z podsumowaniem. Ona się rozwija, przynajmniej w oczach widza - na początku sprawia wrażenie dobrej i troskliwej kapitan, silnej kobiety, ale mamy zgrzyt, że to przez jej brawurową decyzję okręt zostaje uwięziony. A dalej coraz bardziej widzimy, jak podejmuje wątpliwe moralnie decyzje i je usprawiedliwia. To jest złolka w białych rękawiczkach, świetnie napisana i zagrana! ...i tak jest lepszym kapitanem od Archera, o Michasi nie wspomnę. 🙂 Kim i Neelix to najmniej rozwijające się postacie, ale reszta jest ok. Seven właściwie ma całą drugą połowę serialu na rozwój.

Krogulec: "Szansa, by opowiedzieć o życiu na innych zasadach." Mi nie chodzi nawet o wygląd. Chodzi o inne cywilizacje. Co broniło pokazać np gigantyczne imperium będące skrajnie religijne albo gigantyczną cywilizację robotów albo cywilizację w stylu Gai od Asimova... Tu nawet budżetu nie trzeba dużego. Po prostu wszystko wygląda jak w znanym kwadrancie ziemskim i tyle.
"...i tak jest lepszym kapitanem od Archera, o Michasi nie wspomnę." Michasia akurat ma mimo wad dość logiczne działania, Janeway się spina tylko jeśli właśnie uznasz ją za zlolkę. Ale serial kreuje ją na bohaterkę i wcielenie cnót więc się nie da. Head canon możesz zbudować ze Yoda to złol ale no dzieło tak nie uważa i przekaz główny leci inny. Tutaj też tak jest.
"Seven właściwie ma całą drugą połowę serialu na rozwój." Seven się rozwinęła bardzo skromnie. Rozwój to zalicza dopiero w Picardzie.

Ledsbourne: "Michasia akurat ma mimo wad dość logiczne działania ...Head canon możesz zbudować ze Yoda to złol ale no dzieło tak nie uważa i przekaz główny leci inny. Tutaj też tak jest.." No ale to do widza należy ocena moralna postaci. Trudno powiedzieć, w co mierzyli twórcy. Sisko też ma ciemną stronę. A Michasia i logiczne działania, hmmm... ona robi wszystko na czuja i wbrew wszystkiemu. Podejrzewam, że jej logika się myli z logistyką.
Krogulec: Do widza należy, ale świat przedstawiony musi być spójny. Jeśli Janeway jest złolką i szkodzi oraz naraża innych na krzywdy, to chyba jej załoga powinna ją obalić i zastąpić w łańcuchu dowodzenia? Jednak wszyscy zachowują się, jakby była świetną kapitan i ona sama też... Head canon możesz mieć jaki chcesz, ale serial sam zachowuje się tak, jakby była super osobą na właściwym miejscu - tak jak w Gwiezdnych Wojnach to Jedi mają zawsze rację, a to że sobie uznasz ich za złoli niewiele zmieni, bo wydźwięk taki nie jest, co najwyżej Twoja przeróbka.
Michasia jest lepiej napisaną postacią i spójniejszą logicznie. To, że przy okazji jest irytująca albo efekty jej działań często są zupełnie inne niż zamiary, to zupełnie osobna kwestia. Na Janeway ciągle patrzysz i myślisz 'Co ona robi na takim stanowisku i w takim miejscu, wtf?'.

Także rozumiem, że można coś lubić po swojej przeróbce interpretacyjnej, ale ja się skupiam na bezpośredniej wymowie dzieła i spójności wewnętrznej.
Ledsbourne: Ale ona robi dobrą robotę dla załogi, nic dziwnego, że ją lubią - ostatecznie dowozi ich do domu. Problemem jest właśnie to, że ona sama uważa się za czystą moralnie, gdy taka nie jest. Equinox chyba najbardziej dosadnie to pokazuje. No i to są warunki wojenne właściwie.
Krogulec: No nie robi. Wielokrotnie bardzo ich naraża, przedłuża pobyt często też (ma krew na rękach), i nie tylko ona siebie uważa za czystą ale otoczenie też. Stąd właśnie sztuczność, nieadekwatność postaci do roli i te dziura. Gdyby mówili do niej "Hej, Janeway, jesteś świetną kapitan, to po prostu nie miejsce na zasady i federacyjne wartości" to dałoby się bronić twojego stanowiska. Ale mówią jej coś zupełnie odwrotnego. Wszyscy tam się mają za białorycerzy i ją za świętą.
A dałoby się to dobrze napisać. Wystarczyłoby właśnie pokazać, że federacyjne wartości nie są już zasadne i nie robić z postaci idiotów. Potem dałoby się napisać kilka odcinków po powrocie, kiedy kilku załogantów postanawia zgłosić zachowania Janeway i staje ona przed federacyjnym sądem, jest rozprawa. Za samo morderstwo Tuvixa powinna pójść do pierdla. A zostaje admirałką i wcieleniem cnót wszelakich dla wszystkich, no po prostu głupotka.

xetnoinu: Zgadzam się ze spostrzeżeniem, że Michasia na przestrzeni około 60 odcinków ma znacznie większy rozwój postaci niż Kaśka przez siedem sezonów. Że było to w DISCO bez finezji pisane to inna sprawa - ale ta burzliwa ewolucja była i to spora.
Tuvix. Jak już wielokrotnie pisałem, Flota jest rodzajem armii z dużym działem naukowym i ratowanie dwu żołnierzy podwładnych i eliminacja tworu ich połączenia ma sens dla morale podwładnych i w tych okolicznościach odcięcia od Alfy - no nie było innego wyjścia. Swoją drogą czekam aż @Krogulec oceniasz analog sytuacji z LD.

Natomiast brak w Waszej dyskusji nie head canonu tylko kontekstu czasu tworzenia VOY. To nie jest serial o przyszłości tylko zwierciadło swoich czasów. Zawsze Trek taki był. Więc sobie przypomnijmy na przykładzie odcinka jubileuszowego chyba numer 600 z Belanną rozbitą w wahadłowcu a na planecie pewien władca ogląda sobie sztuki teatralne.
Kontekst około roku 2000 plus minus. Na świecie jest 10 lat po zwycięstwie Zachodu nad Żelazna Kurtyną. Ale już to wszystko jest przebrzmiałe. Helmut Kohl, mityczny kanclerz zjednoczenia Niemiec, zaczynają wychodzić jego brudy finansowe - upada z pomnika. W Rosji upada Jelcyn. Jaki był, taki był, ale upada z nim jedyne okno na demokratyzację posowiecką i w glorii służb specjalnych wchodzi na arenę Putin. W Watykanie podrygi dawnej chwały i koturnowe trzyletnie obchody millenium i ledwie stojący papież, w złotych ciężkich szatach rodem z innej ery, puka w drzwi bazyliki. Świat żyje glorią chwały zwycięstw dawnych i dawnej wielkości a za rogiem odradzają się autorytaryzmy i chronienie pedofilów.
W tym odcinku jubileuszowym VOY jest jakiś przebłysk, że świat stoi w niepewnym momencie. Ten watażka oglądający przedstawienie nie wiadomo jaki będzie - jak ten ówczesny Putin. Mamy w tle historię wielkości teatru, że tam był ołtarz i ofiary z ludzi a kiedyś zastąpiono to przedstawieniami i one uczyniły dobro. Ale w finale odcinka nie jest postawiona kropka nad i. Nie wiadomo, czy pomoc Belanny, która złamała wszelkie dyrektywy da pokój na tej planecie czy nie da. Co zrobi watażka?
Żeby było dziwniej, Torres łamie zasady i robi, co robi - nie dla pokoju na tej planecie. Mówi, że musi coś zrobić, bo Kim nie rozumie, jak to jest, jak ktoś się zainspiruje nią i ją to zachwyciło. Serio. Tak to jest tam uzasadnione.

Ten odcinek pokazuje dobrze dylemat tych czasów i kontekst powstawania VOY. Kaśka jest jak Kohl, Putin, Jelcyn czy Wałęsa z tego czasu. Mają wielkie zasługi ale się popsuli, lub wychodzi prawda o nich a co do niektórych nowych aktorów polityki nie wiadomo, co będzie, Nie ma zagrożeń. Wszyscy się chełpią wielkością przeszłości i nie ma stawki. Więc nie ma nowych złych imperiów w fabule VOY. Jest rozgryzanie starego wroga czyli Borg czy niuansów życia w Continuum Q. Stawka pojawi się po 11 września i będzie w ENT - z całym innym pomysłem jaki ma być i kapitan i świat przedstawiony.
Sisko był wyrazisty, bo odzwierciedlał czas tych wielkich przywódców z czasów, jakie zaowocowały momentem 1989 roku w geopolityce światowej. I był mężem stanu na te czasy.
Kaśka, stworzona na dekadę późniejszą, to już popłuczyny i dlatego ona stoi w miejscu. Nie ma jej rozwoju. To taki pomnik ideałów i serio chełpienie się Zachodu, że wygrał zimną wojnę - przy braku samokrytyki i spostrzegawczości, co tak na prawdę zaraz będzie ze strony terrorystów i co się serio dzieje w Rosji.

Muse - lubię ten teatralny odcinek VOY. On pokazuje, że wtedy był czas niejednoznaczny. Wiele rzeczy już się psuło ale nie bardzo było wiadomo w jakim wszystko pójdzie kierunku. I największym plusem odcinka jest, że nie wiemy, jakie będą skutki działania Belanny. A widzimy pychę i nieuzasadnione, krótkowzroczne zadufanie w sobie tego starego świata czyli Federacji przez nią reprezentowaną.
Życie dopisało przykry epilog. Ten ciekawy odcinek raczej nieczęsto jest omawiany. Aktor od watażki okazał się drapieżnikiem i molestował nastoletniego chłopca.
Krogulec: Politycznie rzecz biorąc jest trochę inaczej: Janeway odzwierciedla raczej pychę amerykańskiej supremacji, "końca historii" i jest wstępem do bushyzmu i mordowania setek tysięcy Irakijczyków. To właśnie zadufanie w sobie, brak jakiejkolwiek zdolności do autorefleksji zachodniego imperium i jego bezlitosna ekspansja doprowadziły do 11.09 i Janeway doskonale to odzwierciedla, bo jest jak Bush w spódnicy. Może mają broń masowego rażenia, może nie - ale na wszelki wypadek zbombardować i zabić. Tuvix to tylko kropla w morzu krwi Janeway. Zbrodniarka wojenna na całego.
xetnoinu: Inaczej to nazywasz. Ale tak. Kaśka jest preludium do putinizmu i bushyzmu, i jest pomnikiem pychy, przebrzmiałej. Ale świat jest w momencie, że jeszcze nie jest to oczywiste. Teraz ...jest to dla Ciebie i mnie oczywiste.

Krogulec: I dlatego ona zupełnie się nie klei z Federacją i jej wartościami. Star Trek jednak powinien być kontrkulturowy a nie odzwierciedlać dominującą hegemonię. W czasach jak powstawało Discovery mamy Trumpa, mnóstwo zła na świecie, a jednak serial jest lewicowy, krytyczny i alternatywny w stosunku do zła. Chyba taka była idea Roddenberego, żeby pokazywać świat lepszy, doskonalszy - a nie odzwierciedlać MAINSTREAMOWEGO ducha czasu. Nawet TOS tego nie robił, tylko był wobec mainstreamu krytyczny, antyrasistowski, antywojenny...
Nie wiem, dkaczego Janeway mamy dać taryfę ulgową, bo jest taka jak zło jej czasów. Reszta kapitanów właśnie jest lepsza niż ich czasy, w tym całe clue. Janeway nawet stosowała bezpośrednio Bushowskie metody tortur.
xetnoinu: W DISCO masz trumpowskie i brexitowe narracje wsadzone w usta Klingonów, Nivar i ich krytykę. Tak to wielki plus DISCO. Na prelekcji w Krakowie je pokazywałem te narracje, że są tam umieszczone.
Krogulec: Ja bym to określił tak: twórcom Treka zazwyczaj udawało się odkleić od swojej epoki na tyle, by przedstawić świat lepszy i doskonalszych bohaterów, wskazujących do czego mamy dążyć (np. doskonałe odcinki z Sisko i cofnięciem się w czasie do USA czasu segregacji). W przypadku Voyagera im się to nie udało właśnie.
xetnoinu: Zgodzę się. VOY utknął w tym czasie niepewnym "pomiędzy", w zasie myślenia, że historia się skończyła i będzie już cacy i nic nie trzeba robić. Ale scenarzysta odcinka z teatrem nie był do końca pewny i nie wiemy, co było dalej na planecie z watażką.

Krogulec: Jest świadomość polityczna i jest nieświadomość polityczna. W TNG, DS9, TOS, DISCO mamy świadomych politycznie twórców rysujących krytykę ich współczesności przez kostiumy i SF. W Voyagerze nie mamy krytyki - ale apoteozę i odzwierciedlenie mainstreamowego politycznego zła własnych czasów. Takie dziełko wyobcowane.
xetnoinu: Plusem jest sprawczość kobiet w fabule i to zrobiono dobrze. Są świadectwa z całego świata, że do nauki i kierunków politechnicznych wchodziły kobiety zainspirowane VOY. To się udało.

Kroguklec: W VOY jest w ogóle bardzo mało świadomych fabuł politycznych. Kojarzą mi się chyba 2-3 odcinki. Ten z prywatyzacją systemu zdrowia (latający szpital dla bogatych), wątek z Anoraxem i jakieś drobiazgi może jeszcze Pamiętaj z trzeciego sezonu.
"Plusem jest sprawczość kobiet w fabule i to zrobiono dobrze." Tak ale to jest taki feminizm liberalny, girlboss i pomiatanie bez empatii często. Średnio to z mojej lewicowej bajki. DISCO robi to znacznie lepiej.
xetnoinu: Ponownie się zgodzę, ale jesteśmy tu jedyni dwaj, co widzą te plusy w DISCO. 🙂

Krogulec: Masz rację o tyle, że to były czasy, kiedy USA wydawały się być jednoznacznie dobre a imperializm niewidzialny, nie było jeszcze Iraku, Afganistanu, water boardingu, Klewek itd... W tym sensie scenarzyści możliwe, że faktycznie poczuli, że nie ma czego krytykować, nie potrafili zarysować punktów oporu zbyt dobrze. Ciekawe jak to będzie w ENT, które teraz zaczynam, ale początek jest obiecujący...
xetnoinu: W punkt. Ja jakiś czas temu aż daty sprawdzałem. VOY był przed pewnymi milowymi wydarzeniami.
Krogulec: Enterprise ma premierę tuż po 11.09 więc środek przełomu i czasy już zupełnie inne, ciekawe jak to się odbije.
"Ponownie się zgodzę ale jesteśmy tu jedyni dwaj co widzą te plusy w DISCO." Argumentum ad populum? Zgadzanie się z większością w źle urządzonym świecie byłoby podejrzane. 🙂
xetnoinu: Mi w liceum siostra zakonna powiedziała, że czasem powinienem milczeć, bo jestem niepewny społecznie. 😉
Krogulec: To teraz już pewnie byłaby bezrobotna, bo coraz mniej osób na religię chodzi. 🙂
xetnoinu: Haaa. (...) Sprawdziłem, że to najdłuższa krytyczna rozmowa o VOY jako całości od kilku lat w fandomie. Włączam ją do Portalu w Wiecznej Budowie. Dzięki. 🙂
