Autor: Picard, 30.06.2009
Każdy kto widział kiedyś – skądinąd genialny - serial historyczny ,,Ja, Klaudiusz” pamięta zapewne scenę,ngdy starzejący się cesarz Tyberiusz – okrutnik i despota w jednej osobie – zastanawiał się tam jak pozostawić po sobie dobre wspomnienie wśród ludu rzymskiego? W przebłysku diabelskiego geniuszu doszedł do wniosku, że jedynym sposobem na pozytywne zapisanie się w pamięci Rzymian jest wybranie sobie następcy znacznie gorszego niż on sam. Tak według serialu do rządów doszedł Kaligula: psychopata i bezrozumny szaleniec, któremu żadna nikczemność i żadna zbrodnia nie były obce… Tak jak pod panowaniem Cezara Tyberiusza Rzymowi i Rzymianom wiodło się przeważnie źle, tak i pod rządami Rick’a Berman’a & Brannon’a Bragi ,,Star Trek” ledwie dyszał goniąc ostatkiem sił za dawno utraconą chwałą. Ostatni serial i film autorstwa tych panów okazał się tak na tyle dużą klęską – tak w kategoriach komercyjnych jak i artystycznych - , że wytwórnia postanowiła odebrać wspomnianej parze szefowanie Trekowi. Nie długo później zdecydowała się na powołanie na to samo stanowiska J.J Abramsa, Roberto Orciego i Alexa Kurtzmana – popularnych speców od przygodowego kina akcji rodem z Hollywood. I tak na miejsce Tyberiuszy , na ,,tronach” twórców nowego ST zasiedli Kaligulę – bo najczarniejsze nawet lata ,,panowania” Bermana i Bragi nie przygotowały mnie na porażającą ,,jakość” nowego filmu.
Po długich namowach zdecydowałem się go obejrzeć i widzę, że nie tylko nie myliłem się co do tego projektu ale, w istocie film zawodzi, w tak wielu aspektach, że nawet ja tego faktu uprzednio nie doceniałem. Obraz Abramsa ponosi klęskę zarówno jako film jak i jako Trek – na ,,otarcie łez” reżyser ma miliony dolarów jakie na tym gniocie zarobił, więc nie ma co się nad nim litować. Zasadne jest natomiast omówienie każdego ze wspomnianych aspektów filmu osobno aby lepiej zrozumieć czemu ,,dzieło” J.J’a jest tym czym jest – a jest ono klapą. Oczywiście nie kasową ale artystyczną, intelektualną i jakościową jak najbardziej! Więc co czyni ,,dzieło” Abramsa słabym, nieudanym, zwyczajnie tragicznym filmem? W celu dokonania obiektywnej oceny owego filmu będę się kierował trzema standardami: tak więc czy film ma dobry scenariusz - chodzi tu o jego sensowność i wartość intelektualną -, przełomową wizja reżysera - w jakim stopniu film ten był unikatowy i jak wyznaczył nowe drogie rozwoju dla kina? - oraz to jak film sprawdza się ramach swojego gatunku?
Zacznijmy więc od tego, iż każdy dobry film opierać się musi na solidnym scenariuszu, który zaprezentuje widzowi możliwie nową, ciekawą i wciągającą historię. Jako iż autorstwo owego scenariusza należy przypisać wspomnianym Orciemu i Kurtzmanowi – ludziom odpowiedzialnym między innymi za ,,niezwykle skomplikowany i bogaty w znaczenia” film ,,Transformers” – nie dziwi fakt, że ich Trek razi banałem, płycizną i wtórnością. Można wręcz rzecz, że scenariusz jest tyle samo szczątkowy, co protekcjonalny i służy jedynie do tego, aby pokazać kolejne sceny akcji. Tych w filmie nie brakuje, jednak nie ratują one – a wręcz przeciwnie – nieciekawej i przewidywalnej historii, jaką prezentują nam scenarzyści.
Zaprezentowana w filmie historia jest nie tylko płytka, wtórna i pełna klisz, ale także zawiera w sobie liczne logiczne błędy. W związku z czym jedynym sposobem na oddanie pełnie sprawiedliwości dla ,,genialnej” pracy duetu Orci-Kurtzman będzie omówienie całej, napisanej przez nich opowieści, z wszelkimi względem niej zastrzeżeniami. Rzecz rozpoczyna się na pokładzie okrętu federacyjnego USS Kelvin, którego załoga właśnie zauważyła burzę elektryczną w kosmosie, co z jakiś powodów zostało odnotowane przez czujniki do rejestrowania zaburzeń grawitacyjnych. Co jedno ma wspólnego z drugim? Nieważne, ruszamy dalej: a tam, tuż przed dziobem Kelvina pojawia się wielki statek z nikąd. Od razu też zaczyna strzelać do Kelvina, który już po pierwszej salwie odnosi ciężkie obrażenia – np. około 01 minuty i 45 sekund, zostaje rzekomo zniszczony układ uzbrojenia. Następnie na ekranie Kelvina pojawia się nagle jeden z oponentów i przedstawia warunki zawieszenia broni – jakkolwiek myślałem, że nie można połączyć się z żadnym statkiem, jeśli jego załoga tego nie chce, o tyle muszę przyznać, że podoba mi się emisariusz obcych w tej scenie: jego zachowanie i teksty jakie wypowiada są najlepszym w tym filmie odwzorowaniem zachowania Romulanina. Osobnik ów żąda, by kapitan Kelvina udał się promem na wrogi okręt i tam negocjował warunki pokoju z dowódcą obcych. Pan kapitan – z pochodzenia Arab, co byłoby miłym akcentem, gdyby pokazane zostało w lepszym filmie – spełnia żądania, a opuszczając statek, przekazuje komendę nad nim nijakiemu Georgowi Kirkowi. Na statku napastników kapitan Robau zostaje skonfrontowany ze swoim adwersarzem, dowódcą obcych. W tej scenie poznajemy arcyłotra całego filmu, głównego oponenta naszych bohaterów – niejakiego Nero. Lub jak go lubię nazywać Emo-Nero: przez większość sceny bidulek siedzi taki cichutki, naburmuszony, podczas gdy – wspomniany wyżej – Romulański ,,przydupas” zadaje federacyjnemu dowódcy szereg pytań dotyczących ambasadora Spocka, aktualnej daty gwiezdnej itp. Widać Emo-Nero nie był zadowolony z udzielonych odpowiedzi, bo nagle, nie wypowiadając nawet linijki tekstu, zrywa się z miejsca z dzikim wrzaskiem i wbija swego rodzaju trójząb w bogu ducha winnego Araba. Oto sposób, w jaki przedstawiono nam naszego głównego antagonistę: nie mówi nic, nie wygląda groźnie ani tajemniczo, za to przedstawia nam niczym nieuzasadniony i dziecinny wybuch morderczej agresji – cała ta scena była tak groteskowa i prześmieszna, jak sama postać Nero.
Następnie następuje kolejny atak obcych na Kelvina – i o dziwo ten ostatni odpowiada ogniem, czyżby dokonał się cud natychmiastowej naprawy broni pokładowej, czy też ktoś zapomniał, że miała ona być zniszczona? W każdym razie George Kirk zarządza ewakuację, podczas gdy sam zamierza nastawić autopilot na zderzenie z statkiem obcych, Naradą i dołączyć do… swoje ciężarnej żony. Na pewno nie jest to wstęp do jakieś przesadnie sztucznej i udramatyzowanej sceny. Na nieszczęście okazuje się, że autopilot przestał działać i teraz Kirk musi przejść w tryb kamikaze i staranować wrogi okręt,bumożliwiając ucieczką swojej załodze i swej żonie, która… właśnie zaczęła rodzić! Dramatyczny kicz wcale nie wylewa się z tej sceny, gdy żona rodzi w tym samym czasie, gdy jej mężuś oddaje życie za sprawę – ale wcześniej porozmawiają sobie przez idealnie sprawny system łączności, nadając synowi jego imię. Tak proszę państwa: legendarny James T. Kirk urodził się w ogniu bitwy, i otrzymał swoje imię na krótko przed tym, jak jego ojciec poświęcił życie, aby go ratować – czyż nie jest to tak tandetnie wzruszające? Nie wspominając już o tym, że imię Luke Skywalker było by bardziej odpowiednie. Przez cały ten czas nikt z wrogiego okrętu nie jest w stanie zestrzelić Kelvina – mimo że wcześniej poharatali go pierwszą salwą – ani też nie czyni żadnego uniku przed zbliżającym się statkiem-kamikaze. A statek zbliża się długo i powolnie, czemu towarzyszą wspomniane ultra-wzruszające dialogi i równie ultra-dramatyczna muzyka… brakuje tu tylko Celine Dion i jej sławnego ,,My Heart Will Go On”. Dosłownie, kiedy Kelvin ma się zderzyć z Naradą, słychać pierwszy płacz dziecka – nie ma w tym rzecz jasna żadnego przesadnie tandetnego dramatyzmu… Scena kończy się oczywiście udanym lotem samobójczym maleńkiego Kelvina, który w świetle późniejszej wiedzy na temat wytrzymałości Narady, która bez szwanku przeszła przez czarną dziurę, - najbardziej niszczycielską siłę we wszechświecie – ma niezaprzeczalny sens…
Zostawiamy za sobą tę najlepszą w filmie scenę, by przejść do – trudno w to uwierzyć – mniej ciekawych przypadków, jakie dzieją się wiele lat później. Pamiętacie zapewne niesławną scenę ze zwiastuna, gdzie młody pseudo-Kirk ściga się z Robocopem, by w ostatniej chwili wyskoczyć z samochodu tuż nad urwiskiem? Jak można było, by tak ,,wspaniałą” sceną uczynić jeszcze ,,wspanialszą”? Umieszczając w niej product placement Noki i odgrywając w tle ,,genialną” współczesną piosnkę rockową. Naprawdę scena ta przerosła nawet moje oczekiwania – podobnie jak morał z niej płynący: pamiętajcie dzieci, nie słuchajcie starszych i niszczcie bezcenne antyki, narażając przy tym własne życie, to jest cool!
Następnie poznajemy młodego pseudo-Spocka, który uczy się na obcej planecie, Wolkanie, matematyki, używając do tego celu łacińskich znaków… Bardziej istotne jest jednak to, że jego wolkańscy koledzy zdają się go nie lubić: nazywają jego ojca zdrajcą a matkę dziwką – co jest oczywiście w pełni logicznym i godnym intelektualisty zachowaniem. Ten prztyczek w nos pozwala nam po raz pierwszy – i niestety – nie ostatni poznać pełnie uroku nowego Spocka- psychopaty, który w jednej chwili jest całkiem spokojny, by w następnej wpaść w morderczy szał, w którym bez opamiętania atakuje ubliżającą mu osobę. Logika, stoicyzm, tłumienie emocji najwyraźniej wyparowały – wraz z całym sensem tego filmu. Scena ta przywodzi mi na myśl jeszcze jedną refleksję: co w tym filmie robi Winona Ryder – dziewczyna grała u Coppoli, by teraz pojawić się w filmie, w którym jej postać nazywa się dziwką i uśmierca nim zdoła dodać ona coś znaczącego do historii. Jakaś kara za kryminalną przeszłość pani Ryder? W każdym razie grana przez nią Amanda Grayson odbyła przynajmniej z naszym Wolkanem psychopatą, jedną krótką, choć szczerą i ciekawą rozmowę – udało się w niej pokazać odrobinę prawdziwych, ludzkich emocji i ukazać, że matka uosabiała ludzką stronę natury Spocka. I była to jedna z nielicznych scen w filmie, która wydawała mi autentyczna i zawierająca jakieś realne emocje. Inaczej niż sceny z udziałem ojca pseudo-Spocka, Sareka, który dwukrotnie prezentuje nam linie dialogu znaną ze zwiastuna, by finalnie… ale o tym później.
W każdym razie znów przenosimy się na Ziemię, gdzievmłodzieniec pseudo-Kirk szwenda się po barze pełnym obcych i… muzyki z XXI wieku – czy ta przyszłość, nie jest pełna przedstawicieli pokolenia MTV? W owym przybytku natrafia na dziewczynę, która najwyraźniej kocha alkohol i – jak na młodocianego prostaczka przystało – narzuca się jej. Ileż w tej scenie wyszukanego komizmu i subtelnych żartów o lekkim erotycznym zabarwieniu: ,,Myślałam, że jesteś wiejskim ćwokiem, lubiącym uprawiać seks ze zwierzętami z farmy” – odpowiada na końskie zaloty pseudo-Uhura, nim jej zalotnik zostanie napadnięty i popchnięty wprost na jej biust. Toż to szczyt finezyjnego humoru – czuć w tym rękę mistrzów Orciemego & Kurtzmana, którzy już w ,,Transformers” zaskoczyli nas ,,wyszukanymi” żartami o onanizmie. W omawianej scenie dowiadujemy się też, że kadeci Floty zostali sprowadzeni do roli zwykłych kiboli i łobuzów, jako że aż czterech z nich dopuszcza się bandyckiego napadu na pseudo-Kirka. Niektórzy zapewniali mnie, że chciał on uniknąć bójki – jeśli tak było to widać byłem ślepy, bo tego nie dostrzegłem. Przez cały ten czas pseudo-Uhura stoi w miejscu, ograniczając się do werbalnego łajania napastników, zamiast wezwać ochronę, bądź zasłonić katowanego człowieka – ale przecież jest tylko kobietą, a te w wizji Abramsa mają do robienia nie wiele więcej, jak tylko ładnie się prezentować i być obiektem męskich uczuć. W końcu na scenie zjawia się kapitan Pike, tj. kapitan Pike, który wybawia naszego protagonistę z barowych kłopotów i oferuje mu, by ten podążył w ślady ojca, odsłaniając przed nim wspanialszą przyszłość. Wiele z rzeczy ukazanych w tej scenie brzmi dziwnie znajomo, ale wrócimy jeszcze do tego…
Dość powiedzieć, że nasz ,,bohater”, cierpiący na – na jakże często spotykany w kinie młodzieżowym - syndrom ,,buntownika bez powodu” ostatecznie decyduje się wstąpić do Floty i na swoim – wcale nie stereotypowym dla wspomnianych buntowników – motorku, pojechać na lądowisko promów, które zabierają rekrutów do Akademii. W tej scenie jesteśmy świadkami dalszego popisu ,,dojrzałego” humoru duetu Orcie & Kurtzman, kiedy to nasz protagonista wali głową o sufit promu i poznaje pewnego doktora, który grozi, że na niego zwymiotuje. Po tym ,,mistrzowskim” popisie dowcipu, dowiadujemy się rzeczy groteskowej i jakby skądś znajomej: nasz doktor chce służyć w Gwiezdnej Flocie a boi się latania – zupełnie jak inna członkini personelu Floty, Hoshi Sato, bojąca się ciasnych przestrzeni i służąca na statku kosmicznym. Logiczne jest mieć sito egzaminacyjne. przez które przechodzą kibole i ludzie psychicznie niezdolni do służby w kosmosie… No i gdzie ci wszyscy obcy, na których pojawienie się powinien pozwolić wysoki budżet filmu, skoro cała załoga promu to ludzie? Na trzylatka przerzucamy ten fascynujący duet, by zobaczyć po raz kolejny głównego złego… po raz pierwszy po ćwierć wieku. Co przywodzi na myśl, co robił przez cały ten czas – serio, to pierwszy raz spotykam się z taką sytuacją, gdzie antagonista z nieznanych przyczyn znika a następnie pojawia się znowu, nagle po 25 latach.
Właściwie dostajemy tę informację nieco później w filmie i jest to przypadek, kiedy to wytłumaczenie jakiegoś problemu jest bardziej problematyczne niż samo pytanie. Ale o tym nieco później, gdyż Eric Bana dostarcza nam kolejnego pokazu wnerwionego Romulańca, gdy planuje swoją zemstę na Spocku, który właśnie wyleciał z… znikającej i pojawiającej się czarnej dziury. Następnie przechodzimy do kolejnej sławetnej sceny ze zwiastuna czyli: ,,Kirk you so deep!” ,,And you are so green!” – dobrze, nie jest to cytat z filmu, ale ważne, że skoro było już kilka scen akcji przyszedł czas na łatwy sekd, czyli to co docelowy odbiorca tego filmu tak kocha. A następnie przyszedł czas na powielenie ,,Gniewu Khana” i pokazanie sławnego testu Kobayashi Maru i sposobu w jaki nasz protagonista go pokonał. Jak zwykle przy tej okazji pseudo-Kirk zachowuje się nie inaczej niż jak zarozumiały dupek.
To, co następuje później, jest jednak jedną z kolejnych , nielicznych, autentycznie dobrych scen w filmie. Oto nasz ,,heros” staje przed komisją, która ma rozpatrzyć jego oszustwo na teście i skonfrontowany zostaje tam z naszym Wolkanem psychopatą. Jest on już dziwnym trafem komandorem – czyżby burak, w tym filmie to niemożliwe! – ale istotne jest to, co ma do powiedzenia. Gdy pseudo-Kirk sprzecza się z nim, podważając sensowność testu, którego nie można z powodzeniem ukończyć, gdy twierdzi, że nie wierzy w sytuację bez wyjścia, nasz Wolkan stwierdza…, że w analogicznej sytuacji znalazł się ojciec podsądnego. Ta krótka scena daje widzowi złudzenie, że ten film może mieć jednak jakąś głębię, mieć jakiś motyw przewodni, którym w tym przypadku było by poznawanie siebie poprzez konfrontacje z ostatecznym testem charakteru, z którego nie można wyjść z życiem. Jakkolwiek jest to motyw w dużej mierze ściągnięty ze wspomnianego ,,Gniewu Khana”, to jednak miał nadać temu płytkiemu filmowi i jego papierowym bohaterom tej odrobiny głębi, której desperacko potrzebowały. Z czasem okażą się być to próżne nadzieje – niestety – tak nie jest.
Bo oto nadszedł czas na kolejną scenę akcji, która rozpocznie się niedługo po tym jak dowództwo Floty odbierze sygnał wzywający pomocy z Wolkana. Źródłem problemów mieszkańców tej planety są jakieś wstrząsy sejsmiczne. W związku z tym, Flota wysyła im na ratunek armadę statków obsadzoną w głównej mierze… świeżo upieczonymi absolwentami Akademii, bądź którzy wciąż są jeszcze w trakcje szkolenia. Cóż najwyraźniej ta misja nie jest poczytywana za niebezpieczną – w końcu Wolkanie meldowali jedynie o wstrząsach sejsmicznych, więc można tam wysłać młodzików, niech się uczą poprzez działanie– to nawet ma sens. Gdyby mowa była o wielkim, niebezpiecznym statku demolującym planetę to co innego, ale tak – można wysłać młodzików! Niestety pseudo-Kirk nie znalazł się wśród nich: został zawieszony w prawach studenta po tym jak jego oszustwo wyszło na jaw – przynajmniej zachowane zostały jakieś pozory przyzwoitości Floty, bo ja spodziewałem się, że z miejsca dostanie awans co najmniej na komandora… W każdym razie gdy okazuje się, że nie może on lecieć wraz z resztą kadetów doktor McCoy wyświadcza mu przysługę i daje mu zastrzyk jakieś szczepionki, która… zamienia naszego protagonistę w Papaya marynarza. Tak pseudo-Kirk biega teraz z rękoma Papaya marynarza – drodzy państwo film oficjalnie zmienił się w kreskówkę. Nie dość tego ochrona Floty nie ma praktycznie żadnych problemów z zaakceptowaniem faktu, że na pokład statku zostaje wprowadzony chory człowiek, którego z powodzeniem można było by leczyć na Ziemi – będącej kwaterą główną Gwiezdnej Floty. Widać wszyscy lekarze w Federacji przebywają teraz na sejsmicznie aktywnym Wolkanie… W każdym razie nasz buntownik bez powodu, za wstawiennictwem doktorka i dzięki głupocie ochrony dostaje się na pokład promu, który ma go dostarczyć na Enterprise. Tak – Flota zapomniała teraz, że ma coś takiego jak transporter i wszystkich członków misji ratunkowej wysyła na orbitę ni mniej ni więcej za pomocą promów.
Flota zapomniała też, że operuje we wszechświecie ,,Star Trek” bo jej statki wchodzą teraz najwyraźniej w nadprzestrzeń, a nie w warp - coś mi to przypomina: dawno, dawno temu w odległej… nie, to na pewno zbieg okoliczności, tak jak Kirk młodzik z farmy szukający sobie miejsca w świecie, jego mentor, starszy człowiek, który ratuje go w barze pełnym obcych, nie to nie brzmi wcale znajomo… Dowiadujemy się też, że sternikiem Enterprise, najwyraźniej będącego flagowym okrętem Federacji jest niejaki Sulu, Hikaru Sulu człowiek, który nie potrafi pilotować statku, dzięki czemu Enterprise zostaje z tyłu za armadą śpieszących Wokalną na pomoc okrętów – na pewno nie jest to jakiś zbieg okoliczności, który miał by być ważny dla dalszego przebiegu fabuły. Nie to jest jednak w tej chwili najważniejsze bo oto nasz spuchnięty bohater dowiaduje się, że nad Wolkanem zarejestrowano burze elektryczną. Tak to musi być okręt, który odpowiedzialny jest za śmierć jego ojca, okręt, którego załoga przez ubiegłe 25 lat siedziała na czterech literach i nie robiła nic! Biegnie aby podzielić się tą wiedzą z naszą znajomą pseudo-Uhurą, - która także znajduje się na Enterprise – i doświadczamy kolejnego komicznego momentu rodem z kreskówki gdy pseudo-Kirk ze spuchniętym jęzorem próbuje wytłumaczyć o co mu chodzi. Jestem pewien, że żadne inne żarty w tym filmie nie są na przemian obsceniczne i dziecinne… W każdym razie pseudo-Uhura zdoła go zrozumieć by następnie wraz z nim pobiec na mostek bielutkimi okrągłymi, korytarzami, które w niczym nie przypominają wnętrza statku Federacji – no bo coś takiego jak interkom za pomocą, którego można było by skontaktować się z dowódcą, nie istnieje w XXIII wieku. Najwyraźniej zapomniano o nim celowo by pozwolić na koleją sprzeczkę pseudo-Kirka i naszego Wolkana- psychopaty – tym razem będącej beztreściową i szczerze powiedziawszy wkurzającą utarczką słowną, w której obaj panowie próbują się wzajemnie przekrzyczeć. Ostatecznie dowodzący Enterprise kapitan Pike dopuszcza jednak pseudo-Kirka do głosu i daje wiarę jego zapewnieniom, że mamy do czynienia z atakiem. W tym momencie być może przysnąłem na tym fascynującym filmie – ale czy ktoś potrudził się wysłać komunikat o możliwym ataku do reszty lecącej na Wolkana armady? Cóż tak czy siak, na pewno żadnemu z tych statków nie stanie się nic złego… W każdym razie na Enterpsie trwa wówczas nerwowe odliczanie do wyjścia z warp przed osiągnięciem orbity Wolkana – tak, teraz wszystkie załogi Floty są ślepe gdy przebywają w tej quasi nadprzestrzeni, ma to idealny sens, tak jak prowadzenie rozpędzonego samochodu wyścigowego z zawiązanymi oczami.
Ale mniejsza o to gdyż dochodzimy do swoistego ,,nuke the fridge” całego filmu – sceny tak groteskowej, nieraalnej, wręcz bezgranicznie głupiej w każdym swym aspekcie, że jeśli nie jesteś w stanie jej przetrawić, to nie do końca filmu. Jak tylko Enterprise wychodzi z warp, wpada oczywiście w pole szczątek pozostałe po armadzie Floty. Gdyby ktoś tych biedaków uprzedził, ostrzegł przed tym, że będą mieli do czynienia nie z misją ratunkową tylko z potężnym, obcym statkiem, to może znaleźli by sposób by się obronić, może nie zabrali by na misje kadetów, którzy byli praktycznie całkiem zieloni – niektórzy całkiem dosłownie: żegnaj zielona oblubienico pseudo-Kirka! Gdyby tylko Wolkanie uprzedzili misje ratunkową o tym, że są atakowani – co było można stwierdzić gołym okiem z powierzchni planety! Inna sprawa, że Narada nie była w stanie zestrzelić jednego, małego Kelvina natomiast zmasakrowała całą flotę statków o ćwierć wieków bardziej zaawansowanych od okrętu ojca pseudo-Kirka – a wcześniej rozprawiła się z cała flotyllom statków Klingonów. Ale to dopiero początek absurdów bo oto ocalony cudownym zbiegiem okoliczności od zagłady Enterprise zostaje rozpoznany przez Nero. Powtarza się scenariusz z sceny z Kelvinem – dowódca Enterprise ma negocjować warunki zawieszenia broni – w tym celu ma się udać na obcy okręt promem. Nim to zrobi podejmuje dwie decyzje: mianuje pseudo-Spocka kapitanem a pseudo- Kirka pierwszym oficerem – ludzi bez praktycznego doświadczenia w dowodzeniu, z których jeden nie tylko formalnie nie skończył jeszcze Akademii, ale był zawieszony w prawach jej ucznia oraz w ogóle nie miał prawa znaleźć się na pokładzie Enterprise.
Druga decyzja tyczy się tego, iż ma zostać sformowana mała grupa ludzi wyszkolonych w walce w ręcz , którzy udadzą się na platformę wiertniczą Romulan i unieruchomią ją. A w skład tej grupy wchodzić ma… nie kto inny jak nowo mianowany pierwszy oficer i sternik Enterprise – bo akurat jest to dwójka ludzi całkowicie zbytecznych na statku! Skąd właściwie Pike wiedział, że na platformie znajdują się jacyś ludzie, czemu nie wysłał tam uzbrojonej po zęby drużyny ochrony, czemu – jeszcze lepiej – nie kazał odstrzelić łańcucha łączącego wiertło ze statkiem? A no temu, że scenarzyści chcą nam pokazać głupią scenę walki, w której wezmą udział głowni bohaterowie – i jest to scena wymyślona chyba przez braci Marx. Zaczynimy od tego, że delikwentów nie da się przenieść na platformę za pomocą transportera więc trzeba ich będzie wyrzucić z promu skąd polecą w kolorowych skafanderkach i wyhamują za pomocą spadochronów. Tak, spadochronów bo wcale nie mamy do czynienia z przyszłością, z ,,Star Trekiem” gdzie nie raz używano odrzutowych plecaków i takich samych butów! Rzecz staje się jeszcze ciekawsza gdy dowiadujemy się w jakiej formie walki specjalizuje się rzeczony Sulu: w szermierce. Pseudo-Kirk kiedy to usłyszał przez chwilę miał taką minę jak ja: czyli bezgraniczne zdziwienie przemieszane z niedowierzaniem – cóż, Sulu najwyraźniej nigdy nie widział co Indiana Jonem zrobił z arabskim szermierzem w ,,Poszukiwaczach zaginionej arki”... Oczywiście drużyna w sile trzech chłopa nie ma problemu z wylądowaniem na maleńkim obiekcje zawieszonym w górnej atmosferze. Ginie wprawdzie jeden z rzeczonych chwatów – ale już po wylądowaniu. Ale ten jakże wiarygodny wyczyn jest tylko początkiem przygód naszych superbohaterów – bo czymże one by były bez porządnego mordobicia!? Znów szczęśliwym trafem na platformie jest tylko dwóch chłopa – idealnie tyle co naszych ,,herosów”. Co by było gdyby było ich dziesięciu – albo, któryś zwyczajnie zastrzelił naszych gierojów? Ale żadna tych rzeczy nie ma miejsca: mamy natomiast do czynienia z walką wręcz w stylu kung-fu: w stratosferze, bez aparatów tlenowych, bez użycia broni palnej za użyciem mieczy– mimo, że to przyszłość a nie średniowiecze! W porównaniu z tym drobiazgiem jest, że Sulu wymachuje swoją kataną nie tak jak się to robić powinno – tak walczono chińskim mieczem, ale nie szablą samurajów. A nasz ostatni samuraj Sulu za przeciwnika ma obcego też wyposażonego w miecz – co z t ą przyszłością, czy oglądam ,,Powrót do przeszłości”? Równie dobrze walka mogła by się odbywać za pomocą maczug – bo przecież jej stawką nie jest ocalenie świata, prawda? Oczywiście nasi bohaterowie dzięki cyrkowym fikołkom i innej ,,wymyślnej” taktyce odnoszą zwycięstwo nad ,,armią” nieprzyjaciela.
Jest jednak za późno: udało mu się bowiem do wydrążonego otworu wpuścić pojemnik z magiczną czerwoną materią… przekształcają planety w czarne dziury! Po piewsze widać, że Orci i Kurtzman nie mają zielonego pojęcia czym jest i jak działa czarna dziura: to zapadła gwiazda o masie wielokrotnie przekraczającej masę naszego Słońca i o sile przyciągania tak potężnej, że nawet światło nie jest w stanie jej opuścić. Nigdy, przenigdy planeta – a już w szczególności nie taka wielkością zbliżona do Ziemi – nie zmieni się w czarną dziurę: nie ma na to odpowiedniej masy . Po drugie: czemu u licha by czarna dziura zassała taką planetę potrzeba umieścić ją w jej środku? Czyżby cała ta scena w wiertłem była jedynie wymówką dla głupiej sceny akcji? W takim filmie to przecież niemożliwe! Po trzecie: jakim cudem nikt nie ucieka z planety, której zostały tylko minuty istnienia – pewnie władze nie wydały komunikatu o zagładzie skoro same siedzą w jaskini. Przeczekać czarną dziurę – Wolkanie w tym filmie to największe chamy, psychopaci i głupki galaktyki! I czemu pomiędzy powierzchnią a Enterprise nieustannie nie kursują promy, czemu z powierzchni nie przesyła się każdego mieszkańca, którego da się uratować? Czyżby załoga Enterprise uznała Wolkan za niewartych ratowania? – co by mnie nie zdziwiło zważywszy na to jak rasa ta przedstawiona jest w tym filmie… Tymczasem pseudo-Sulu i pseudo-Kirk spadają z platformy wiertniczej, a jeden drugiego dogania w locie niczym James Bond samolot, w ,, GoldenEye” i w ostatniej chwili przed spotkaniem z glebą zostają przetransportowani na Enterprise przez Wesley’a Crusher’a… tj. pseudo-Chekova! Proszę państwa powyżej podziwialiśmy opis filmu z cyklu Michael Bay przedstawia! Przez ten czas pseudo-Spock z egoistycznych powódek przysyła się na powierzchnie, starając się ratować swoją matkę i ojca, którzy – wraz z resztą głupiego rządu – skryli się w jaskini. Chekov przesyła na pokład prawie wszystkich za wyjątkiem matki pseudo-Spocka, która zostaje zassana z cała planetą przez czarną dziurę… a wraz z nią resztki sensu jakie ten film mógł mieć.