Startrek.pl

USS Phoenix

Samaritan Snare

Opis

Podczas gdy Picard walczy o życie na sali operacyjnej, Geordi jest więziony przez żołnierzy obcego gatunku.

Polski tytuł: Los samarytanina

Zwiastuny

Recenzje

Kidnaping z żądaniem okupu, tajemnicze procedury medyczne i historia pewnej podróży.

Sezon drugi TNG ma to do siebie, że zawiera zarówno niesamowite perełki, jak i odcinki tak złe, że przeszły do historii najgorszych z możliwych. Jak się udało w jednym sezonie pomieścić tyle skrajnie różnych epizodów, to ja nie wiem. „Samaritan Snare” należy raczej do przeciętnych albo nawet słabych odcinków, ale jest na tyle specyficzny, że można go tylko albo znienawidzić albo pokochać 😉 Albo obie rzeczy naraz – kochać nienawidzić 😉

Prawie od razu na początku epizod zostaje podzielony na dwa równoległe wątki, z których żaden specjalnie nie przeważa i dzielą po równo czas ekranowy.

Wesley przygotowuje się do odlotu promem do bazy 515, aby zdawać testy do Akademii. Chciałoby się rzec: „nareszcie!”, bo na pokładzie Entka to się chyba marnuje jego potencjał, gdyż prawie ciągle siedzi za sterami. No, oprócz kilku chwil, kiedy robi coś pożyteczniejszego i ratuje dzień, ale to nie w tym epizodzie.

Enterprise natomiast leci kursem do gromady pulsarów aby, jak na statek badawczy przystało, poobserwować makroprzyrodę w pigułce. W sumie fajnie, bo w dalszych sezonach odnoszę wrażenie, że misja badawcza załogi statku została zepchnięta na dalszy plan i Enterprise stał się serwisem w stylu „przynieś, zanieś, pozamiataj”. Poleć tu, rób za taksówkę dla osoby X, obroń stację naukową, powalcz z wrogiem, itd.

Tymczasem Picard wymienia ostro zdania z doktor Pulaski. Nie wiemy jeszcze dokładnie w czym rzecz, ale z rozmowy wynika, że chodzi o drobny zabieg, coś jak wyrwanie zęba i pani doktor namawia kapitana, aby wykonał ten zabieg jak najszybciej. Sugeruje nawet, żeby zrobić to na pokładzie statku. Picard stanowczo się sprzeciwia, może nie ufa pani doktor (czyżby mu podała kiedyś zbyt bolesną szczepionkę?), albo ma jakiś inny problem. Po minucie konwersacji już wiemy, że chodzi o kapitańską dumę. Tak, po prostu kapitan wstydzi się „zbłaźnić” przy załodze, kładąc się na medyczny stół. Że co takiego? Kapitanie, nawet Worf chodzi od czasu do czasu do lekarza i jakoś nie wpływa to na jego honor – a dobrze wiemy, że Klingoni honor bardzo cenią – więc skąd ten wstyd? Zakłopotanie jest jednak u Picarda tak wysokie, że nawet nie informuje Pierwszego o swych wycieczkowych planach, po prostu oznajmia mu, że wylatuje z Crusherem. Pakuje kilka książek, drugie śniadanie i wymyka się ukradkiem w stronę hangaru.

Perspektywa spędzenia z Wesem sześciu godzin w ciasnym promie wydaje się być przytłaczająca. Nie dziwię się, to jak przejazd z Poznania do Katowic w ciasnym przedziale pociągu PKP. Wesley pomysłem też wydaje się niezbyt zachwycony. Podziela się swoimi obawami z Geordim i Irytującą Chorąży Gomez. Jak przetrwać w jednym ciasnym pomieszczeniu z Picardem? O czym ma w promie gadać przez 6 godzin z kapitanem? No ja nie wiem, o pogodzie może? Aha, no tak, w kosmosie nie ma pogody… To może o Borgu, którego spotkaliście w poprzednim odcinku?

Tak czy owak, chłopak wraz z kapitanem odlatują promem, kierując się w stronę bazy 515. Głównym dowodzącym na statku zostaje Riker. Enterprise nie doleciał jednak do pulsarów, ponieważ odbiera sygnał pomocy od nieznanego statku. Jak na dobrego samarytanina, nomen omen, przystało, Riker postanawia to sprawdzić i w miarę możliwości pomóc. Kontaktuje się z kapitanem obcej jednostki. Tamten wydaje się tak nieporadny, że nawet nie wie, że trzeba patrzeć prosto przed siebie w ekran, gdy się rozmawia – coś co potrafi ogarnąć przeciętny czterolatek gadający przez Skype'a na lapie.

W końcu dochodzi do kontaktu wzrokowego i werbalnego, ale niestety ten ostatni jest bardzo utrudniony. Obcy to Pakledzi, wydają się zapętlać w odpowiedziach i obok tego, że się „coś spsuło” i że „szukają rzeczy” nie da się z nich wycisnąć więcej informacji. Poza tym mają tak niekumaty wyraz twarzy jak pacjenci psychiatryków po sporej dozie leków. Oj, będzie ciężko się z nimi porozumieć. Geordi jest świadkiem rozmowy i widząc nieporadność rozmówcy zgłasza się na ochotnika, że pójdzie na statek obcych i im ponaprawia co trzeba. Tylko Worf zdaje się być sceptyczny co do tego pomysłu. Po co wysyłać głównego mechanika do jakichś drobnych usterek przestarzałego sprzętu? Na pokładzie jest ponad 1000 osób, na pewno ktoś jeszcze się na tym zna. Tak, lepiej by było wysłać Irytującą Chorąży Gomez, przynajmniej na chwilę byśmy się jej pozbyli 😉 Albo na stałe, bo już widać, że szykuje się jakaś gruba akcja.

Riker jest jednak na tyle głupi, że olewa sugestie Worfa i nawet przez chwilę nie zastanawia się po raz drugi nad swoją decyzją. Brak mu chyba podstawowego instynktu samozachowawczego, który powinien uruchamiać się zwłaszcza w przypadku, gdy spotykamy po raz pierwszy obcy gatunek. Jak ja spotkam w dżungli nieznajomo wyglądającego węża czy pająka, to też go w łapy od razu nie biorę, tylko czytam o nim co nieco w atlasach przyrodniczych, bo może być jadowity.

Akcja na chwilę się przenosi do promu, gdzie Wesley stara się za wszelką cenę przerwać krępującą ciszę i pyta kapitana o cel podróży. Nareszcie się czegoś dowiadujemy. Kapitan leci do ośrodka medycznego wymienić wadliwy implant serca. Ups, a więc jednak nie chodzi o zwykłe wyrwanie zęba :). Ale co tam, mamy XXIV wiek, wymienianie sztucznego serca na nowszy model na pewno jest łatwym zabiegiem i nie ma o czym mówić. Tak więc w promie znów zapada cisza.

W tym samym czasie na Enterprise załoga obserwuje, jak Geordi zabiera się za naprawy na obcym statku. Wszystko jest w porządku, prawda? Nie ma się czego obawiać. Gdybyśmy mieli jakiś problem z nowymi osobnikami, to by nam Troi powiedziała. Zaraz, zaraz, a gdzie jest Deanna…?

Dopiero teraz zdajemy sobie sprawę, że nie było jej na mostku, kiedy Riker rozmawiał z Pakledami. Jakże to wygodne dla rozwoju fabuły! Gdyby była obecna od początku, Geordi w ogóle by na obcy statek nie trafił.
Niestety Deanna odnajduje drogę na mostek nieco za późno, kiedy już główny mechanik jest w trakcie napraw obcego sprzętu. Program Troi.exe zapętla się i co najmniej trzy razy powtarza, że Geordi jest w niebezpieczeństwie, bo Pakledzi wcale nie są zagubieni i niewinni, ale czegoś chcą. Co robi Riker? Teleportuje natychmiast głównego mechanika z powrotem na Entka? Wysyła do niego Worfa z ochroną? Nie! Stoi i czeka!

I to czeka bardzo długo, bo na pakledzkim statku tuż po naprawie silnika wysiada zasilanie. Cóż, Geordi, nie zdążysz wrócić do domu na wieczorny mecz i piwo.
Nic to, la Forge ochoczo przystępuje do kolejnych napraw i wreszcie wszystko działa jak należy. Jak się odwdzięczają za robotę nasi nowi bohaterowie? Ogłuszając Geordiego fazerem i zrywając komunikację!

Wiecie, Entek spotykał różne formy życia, brał udział w wielu bitwach. To nie hańba zginąć w walce np. z Borg, nie hańbą jest zostać przechytrzonym przez Q czy przegrać z ikoniańskim wirusem komputerowym.
Ale zostać pokonanym przez rasę, której IQ wynosi tyle, co przeciętnego szympansa, to już totalna porażka.
Ja nie wiem, co się z tymi ludźmi na pokładzie dzieje. Istnieje jedynie jedno wyjaśnienie, że głupota jest zaraźliwa i wszystkim się udzieliło po kontakcie z Pakledami.

Ostatnim razem wszystkim mocno się rzuciło na IQ w odcinku „Datalore” (no, oprócz Wesleya, rzecz jasna :D), ale to był pierwszy sezon i takie dziwactwa mogły się jeszcze zdarzać (nie, żebym usprawiedliwiała, bo to głupie było bezdennie i tak). Ale teraz mamy mocno posunięty naprzód sezon drugi i znowu taki babol na całego?! Nieakceptowalne. Nie znęcajmy się już więcej nad tymi biedakami, zostawmy ich w spokoju na chwilę i przejdźmy do drugiego wątku, czyli dalszej podróży kapitana i Wesa.

Pomimo, że siedzą w ciasnym promie i odbywają z pozoru nudną podróż, jest tu zdecydowanie bardziej ciekawa i ambitna akcja. Polega ona w sumie jedynie na rozmowie, no i jeszcze trochę na jedzeniu kanapek (przy okazji – Wesley na początku mówił, że nie jest głodny, a w końcu zeżarł aż dwie :D). Picard jest trochę zaniepokojony zabiegiem, ale sam siebie uspokaja, że śmiertelność przy wymianie serca wynosi tylko 2,4%.
Że co!? Myślałam, że to miała być standardowa procedura. Śmiertelność jest naprawdę bardzo wysoka, wyższa, niż dajmy na to cesarskie cięcie w polskich szpitalach. Wniosek jest taki, że lepiej chyba rodzić w jakieś zapyziałej miejscowości w Polsce, niż mieć zabieg na sercu w bazie Gwiezdnej Floty ;P Ale Picard zbytnio się tym nie przejmuje. Kontynuuje rozmowę z Wesem, chociaż z początku jest ona bardzo krępująca dla obojga. Ale jakoś kapitan się otwiera.

Mamy rozmowę o tym, dlaczego nie założył rodziny, trochę i jego przeszłości, a przede wszystkim – poznajemy historię tego, dlaczego potrzebował sztucznego serca za pierwszym razem. Jak się okazuje, był bardzo krnąbrnym młodzieńcem, wdawał się w bójki i w końcu spotkał na swej drodze nożownika. Bardzo to istotna rozmowa, zwłaszcza że ten temat zostanie poruszony i pociągnięty dalej duuużo później w TNG w 6. sezonie.

Podczas, gdy ta dwójka dociera do bazy, reszta naszej załogi nadal zmaga się z problemem Pakledów. Dowiedzieli się wreszcie, że tamci chcą i dostępu do bazy komputerowej, a i Geordiego chętnie sobie zatrzymają, żeby im konstruował nowe bronie. Ktoś wreszcie odrobił zadanie domowe i w atlasie odczytał charakterystykę tego gatunku. Pakledzi znani są z gromadzenia śmieci oraz kradzieży sprzętu od innych cywilizacji, dzięki czemu mogą w ogóle latać. Zależy im na tym, aby mieć jak najwięcej i jak najszybciej, bo dla nich to oznacza rozwój. W celu wymuszenia tego, czego chcą, posuwają się nawet do upozorowania awarii systemów na statku, aby zwabić potencjalne ofiary w swoje pobliże. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak by na przykład mieli zmusić Romulan lub Klingonów do podzielenia się technologią, ale dobra. Przyjmijmy, że są jak gracze RPG, którzy startują od najniższego levelu, słabsi od NPC, po czym eksplorują świat, kolekcjonując loot, zdobywając EXP i robiąc się przez to coraz lepiej wyposażeni, silniejsi, zyskując przewagę. Tylko że Pakledzi zapominają, żeby zdobyte punkty za levele pakować w Inteligencję i Speech, zamiast w Konstytucję i HP (ale przyznać trzeba, że masę mają ;)).

Riker zwołuje zebranie i zastanawia się z resztą, jak zażegnać kryzys. Chyba odczuwa lekką ulgę na słowa, że Pakledzi to rasa przebiegła – przynajmniej wie, że aż tak głupi nie są, na jakich wyglądają, honor Pierwszego uratowany. Teraz tylko trzeba odbić jakoś Geordiego, tak więc wszyscy skupiają się na opracowaniu planu. Przede wszystkim trzeba dać znać zakładnikowi, co powinien robić, ale tak, aby nie wzbudzić podejrzeń porywaczy. Załoga odstawia mały teatrzyk na mostku, żegnając się z głównym mechanikiem, a Worf nawet poczuł ducha RPGa i życzy Geordiemu osiągnięcia 24 levelu. Oby tylko la Forge zainwestował punkty w INT...

Picard tymczasem trafia na stół operacyjny, gdzie jego sercem zajmuje się jakiś zgoła nieogarnięty lekarz i jego zespół. Następuje trochę medi-bełkotu, operacja polega na zastosowaniu jakichś tajemniczych narzędzi i procedur, po czym… coś idzie nie tak, syndrom 2,4 procent daje o sobie znać. Na sali operacyjnej panika, pacjent jest bliski zejściu i przeniesieniu się do krainy wiecznych statków kosmicznych, tam gdzie trafiają wszystkie rasy humanoidalne, być może również i EMH i androidy po śmierci, aby odbywać nieskończoną podróż w nieznane 😉 Informacja o stanie zdrowia kapitana dociera na Enterprise, w momencie, gdy Riker jest zagrzebany we własnym bagnie po uszy i stara się znaleźć rozwiązanie wraz z Datą i Irytującą Panią Chorąży. Czas nagli, bo tylko szybki przylot Enterprise do bazy 515 może ocalić kapitana.

Następuje szybka akcja, która polega na udowodnieniu Pakledom, że Geordi jest dla nich bezużyteczny, a Enterprise zbyt silny w starciu z małym stateczkiem. Kupują to w pełni, jednocześnie z żalem stwierdzając, że nie są mądrzy :(. Oj, smuteczek ;(.
Zdecyduj się, Star Treku, czy ta rasa jest w końcu przebiegła i może się rozwijać dzięki oszustwom na innych, czy zbyt głupia, by nawet oddychać?

Po odzyskaniu głównego inżyniera Enterprise dociera na czas do bazy, aby jedyna osoba we wszechświecie zdolna uratować Picarda zrobiła to w sposób profesjonalny. Kto to taki, Zbigniew Religa? Nie, Pulaski.

Według mnie ten odcinek jest słaby, sposób prowadzenia wątku porwania tak niedorzeczny, że aż śmieszny, bo wszyscy na Enterprise zachowują się na początku jak skończeni idioci, nie ustępując w tym przeciwnikowi, którego spotkali. Epizod ratuje podróż Wesa i kapitana promem, bo tak naprawdę to najprzyjemniejsza część odcinka – dużo dowiadujemy się o przeszłości Picarda.

Chociaż nie powiem, całość ogląda się fajnie, Pakledzi są tak pociesznie durni, że aż nie sposób się nie pośmiać. Jest to chyba najgłupsza rasa w całym Treku, jak to stwierdził nawet Data – niemożliwym jest, aby ogarnęli podróże międzygwiezdne. A jednak tu są i, co zabawne, przez chwilę naprawdę zyskują przewagę nad bezradną załogą Enterprise. Poza tym są źródłem niekończących się memów oraz wielu tekstów, które na stałe wkroczyły do dialogów fanów, wywołując przy tym uśmiech na twarzy. No i hej, czy to ta rasa, która uratowała Lore'a z przestrzeni kosmicznej? W takim razie wybaczam im idiotyzm istnienia w uniwersum ST :>

Cytat odcinka:

Pakled: „We look for things to make us go”

Czego się nauczyliśmy:

Klasyczne książki na papierze oraz trójkątne kanapki w XXIV wieku są nadal trendy – przynajmniej wg Picarda.

Czego się nie dowiedzieliśmy:

Czy Pakledzi zainwestowali wreszcie punkty EXPa w inteligencję.

Screenshot odcinka:

Na widok takiej sali operacyjnej odwróciłabym się na pięcie i uciekła gdzie pieprz rośnie 🙂

Autorka: Pleiades

***

Autor: xetnoinu, Discord Star Trek, reblog

Samaritan Snare. Chyba pamiętam późniejsze nawiązanie do faktów z tego odcinka. Ale doktor Pulaski ze skalpelem w niepokojącym stroju medycznym wryła mi się do głowy. 🙂 No to do oglądania.

Zobaczone i jestem bardzo zdziwiony. W pamięci była tylko doktor Pulaski w czerwonym stroju - jak jakiś średniowieczny kat. A w odcinku są Pakledzi i pogadanki Wesa z kapitanem na promie.

Mam wrażenie, że ten epizod stał się jakąś wieloserialową obsesją scenarzystów - aby prawie każde, nawet banalne jego fragmenty kiedyś wykorzystać i rozbudować.

I tak okoliczności uszkodzenia serca Picarda tu słownie opowiedziane wrócą w wersji sfilmowanej. Motyw sztucznego serca też jeszcze pojawi się poza TNG.

Pakledzi z kampowego absurdalnego pomysłu urosną do rangi głównego złola w serialu LD.

Na promie Wes wypytuje Picarda, czy ten chciał mieć kiedyś dzieci i tenże motyw - jak kolejny syn dr Crusher pyta Picarda o to samo - powróci w serialu PiC.

Można przetrzeć oczy ze zdumienia, że akurat taki przeciętny odcinek okazał się protoplastą istotnych później wątków na skalę iście starotestamentowego Genesis.

Epizod buduje też konsekwentnie postać Picarda jako osoby na dzisiejsze standardy chyba nieodpowiedniej na dowodzenie dużym zespołem ludzi. Te jego fochy, ego. Jestem zaskoczony, bo kiedyś tego nie zauważałem, a jest takich toksycznych momencików sporo. Aktor je skutecznie trochę niweluje ale na poziomie tego, co postać robi i mówi, to jakby scenarzyści tej postaci Picarda nie lubili. I ten brak serca to tu nie jest tylko medyczną ale i metaforyczną przypadłością kapitana.

W odcinku błyszczy ponownie doktor Pulaski, która jest głosem rozsądku. Prawidłowo ocenia Picarda i na płaszczyźnie medycznej i relacji społecznych i ma talent, by szybko sprowadzić tego szefa do pionu.

Odcinek poniżej średniej, ale w kontekście ile z niego potem wyciągnięto, okazuje się bardzo ważny fabularnie.

Ps. Madame Picard napisała mi:

„Jak dla mnie, to największym mankamentem pierwszych sezonów TNG, większym niż camp, efekty niespecjalne i teatralność, jest Łoś; jak go widzę, to mam ochotę natychmiast wyłączyć emisję, niezależnie od dramaturgii, fabuły i aktorstwa reszty; a jak Łoś występuje w komplecie z matką, to dostaję piany na ustach i odbiera mi rozum 😉ale wiem, że niektórzy panowie identyfikowali się drzewiej z Łosiem i mają do niego słabość.”

To ostatnie to taki przytyk do mnie. 😉 Mnie Łoś za młodu, jak widziałem serial, wcale nie denerwował. Ale tak. Z tym Łosiem to trochę prawda. W tym powyższym odcinku to jakiś kosmos. Nieletni gnój, z nepotycznym startem, wypytuje kapitana, dlaczego nie ma dzieci. No ludzie! Aczkolwiek progresywne jest, że takie pytanie zadane jest facetowi. Ostatnio google atakowało mnie nagłówkami chyba Aleksandry Kwaśniewskiej, że ją w koło o to pytają a jej męża dziwnym trafem nigdy.

 

Dołącz do spoleczności!

Wpadnij na nasz serwer Discord, pogadaj o Star Treku i innej fantastyce.
searchclosearrow-circle-o-downbarsangle-leftangle-rightellipsis-v