Autor: xetnoinu, 1.06.2024, Discord Star Trek

Dobiegł końca serial, który obudził franczyzę i przywrócił Treka do popkultury. Nie dokonał cudu Abramsa i nie przebił Gwiezdnej Wędrówki do głównego nurtu, ale dał mimo wszystko dobre podwaliny pod trzecią - po klasycznej (z Shatnerem) i złotej erze (TNG, DS9, VOY, ENT) - erę nowoczesną, wypączkowaną z Discovery w postaci serialu Strange New Worlds (najlepszym produktem Treka od lat).

Powstały też dwa miniseriale Short Treks oraz very Short Treks oraz bardzo udany serial dla dzieci Prodigy, komediowa animacja dla dorosłych Lower Decks, oraz ukłon dla starszego pokolenia Star Trek: Picard.
Ale Discovery zaczynało samotnie w atmosferze echa hejtu na serial Enterprise i faktu stworzenia Abramsowego Kelvin Timeline. ST: Discovery musiało pogodzić ogień z wodą, być produktem i dla młodych i dla starszych odbiorców.

Serialowi wyszło to na dobre. Był przez dwa sezony odważny. Przeprojektowano gigerowsko Klingonów, uzupełniono wstecz historię Imperium Klingońskiego o jego zapomnianą jak Hatszepsut Kanclerz Matkę, odkopano ze wspaniałym komiksowym efektem mirror, tworząc Lorcę i Cesarzową oraz z mniejszym ale sukcesem przywrócono do trekowych opowieści Sekcję 31.

Wielka wtopę serial zaliczył w trzecim sezonie, gdy główny pomysł fabularny oparto o Zapłon, czyli uszkodzenie zasobów dilitu w galaktyce. Błąd logiczny poszedł razem z wyparciem z kanonu, że wiele cywilizacji miało inne rodzaje napędów i podstawa ukazania upadku Federacji nie trzyma się żadnych podstaw. A gdy tego dodano wyjaśnienie Zapłonu – płacz straumatyzowanego dziecka wychowywanego przez holopostacie na holodeku – okręt Discovery jako serial ostro zaczął nabierać wody.

Mimo że trzeci sezon miał bardzo ciekawe pomysły, świat upadku tak wielkiej struktury jak UFP i problemów z jej odbudową jest bardzo w klimacie Treka, to dało się odczuć gwałtowny spadek jakości scenariuszy.

To pogłębiło się z czwartym sezonem. Jego ogólny zarys był ciekawy, nawet chyba najbardziej w duchu Star Trek a i jego twórcy. Starcie młodo odrodzonej Federacji z zagrożeniem, które okazuje się lemowskim, niezrozumiałym i trudnym w werbalnym kontakcie gatunkiem niehumanoidalnym. Ale nierówna jakość epizodów zapowiadała to, co nastąpiło w piątym sezonie.

Ktoś w Paramount zauważył problem, choć nie rozwiązał go, zatrudniając porządnych scenarzystów, i wymyślił ogólny zarys jako kino nowej przygody czyli najprostszy, jakże doskonale zrealizowany w pierwotnych Gwiezdnych Wojnach i filmowym tasiemcu o Indianie: schemat poszukiwania, ciągłego ruchu i potoku map, artefaktów i zagadek.

Dla zaprawionej starszej widowni miała być wisienka, czyli nawiązanie do słynnego odcinka TNG z bezimienną rasą, która stworzyła, zaprojektowała i zasiała całe życie humanoidalne w uniwersum Star Treka, teraz trafnie nazwana Protoplastami.
No i wdrożono pomysł poszukiwania mapotwórczych wskazówek (nazwanych tu poszlakami) o finezji ... cepa, prosty samograj, w którym chyba ktoś uwierzył, że tego nie da się popsuć.
Otóż dało się. Przede wszystkim kopiowanie Gwiezdnych Wojen, co w pierwszym odcinku jest przeogromne, to czerwona płachta na byka. Ale czy do końca?

Teraz Discovery nie jest już jedynym produktem franczyzy. Nie jest dla wszystkich. Odnosi się wrażenie, że świadomie zmieniono i doprecyzowano grupę docelową na nastoletnich młodych. Wiele przesłanek na to wskazuje.

Dokonano infantylizacji absolutnie wszystkich postaci. Apogeum jest Stamets – geniusz swoich czasów wyprzedzający o 1000 lat epokę w jakiej się urodził, nagle jest trybikiem w maszynowni, gdzie wiele pomysłów rozwiązuje nieopierzona Adira bez wykształcenia i dorobku zawodowego i naukowego, oraz receptą na problemy jest nieomal na dochodne pani od napraw przewodów (kobieta pracująca tego serialu, co żadnej pracy się nie boi) – a sam naukowiec zalicza niziny intelektu i ze zdania, że technologia tworzy życie humanoidalne, wysnuwa niby oczywisty wniosek naukowy wyższego rzędu, że ta technologia ożywia zmarłych. Ojojoj.
Ale za to teraz Stamets jest czułym ojcem paczłorkowej rodziny dla młodej dorosłej postaci z nastoletnimi problemami czyli Adiry. To już nie naukowiec. To wzorcowy czuły ojciec, idylla dla młodych osób oglądających.

To jest drobny ale dowód na to, że ten serial w piątym sezonie jednak wie, co robi. Po prostu nie jest dla nas – a my go oglądamy z fanowskiego obowiązku. Przykro mi się zrobiło, że serial się skończył i że tak mizernie się skończył.
W piątym sezonie są strasznie głupie rzeczy. Są wyścigi po wodę w miseczkach z Ikei, złolka Moll jest dosłownie bladerunnerowym cieniem ładnej laski, co strzela z ... zielonej laski Breenów. A Michasia przebija Proroków i jest jasnowidząca, wszechwiedząca i po prostu wszechwszystka – niczym jakaś wróżka z różowych seriali dla dziewczynek.
Kiedy w pewnym odcinku, w jednym z dialogów Michasia wykrzykuje, że nie jest chyba w jakiejś pastelowej holoprojekcji to człowiek przed ekranem krzyczy: taaaaak! Jesteśmy w niej!To jest pastelowa holoprojekcja, to się nie dzieje. To miał być serial dla dorosłych i rodzin, jak złota era Treka, tak zaczął, a jest na koniec produktem z pogranicza marvelozy i miernot gwiezdnowojennych, jakie teraz hurtem są produkowane.

Michael nie może się dowiedzieć, że ma rację.
Czy ten piąty sezon, który nie miał być ostatnim, ale w trakcie już realizacji nim się okazał, ale z szansą na poprawki w czasie jego produkcji, uniósł zakończenie całej tej serii?
O dziwo jako tako tak. To obok odcinka z pluskwą czasu (też ogromnie fabularnie dziurawego logicznie ale jednak przyjemnie oglądalnego) – dał radę. O ile ów epizod z czasorobalem to dalekie echo finału TNG (skoki w alternatywne przeszłe i przyszłe linie czasu) to finał serialu Discovery garściami czerpie z zakończenia DS9 (z cepową ponownie finezją).
Jest to tak samo długie, to podwójny czas ekranowy. I tak samo jak tamten finał wieńczy jedynie sezon a nie cały serial. (Finał TNG nawiązywał do pierwszego epizodu serii). Są tu dosłowne aluzje. W pożegnaniu z Kirą Odo na pstryk zmienia swój strój na smoking. Ma to mocne uzasadnienie emocjonalne. Tu senior Michasia na pstryk zakłada mundur admirał, co sensu poza kopią pomysłu nie na żadnego.

Od tych zapożyczonych tropów popkultury wsadzonych do finału, to aż się nogi uginają. Jest monumentalny obraz czarnych dziur z Nolanowskiego Interstellara. Jest z tegoż filmu geometryczny nieskończony jakby wielościan z charakterystycznymi oknami poglądowymi oraz z bardzo zauważalnym motywem unoszenia się, u Nolana piasku/kurzu, tu listków w kierunku siły ciążenia danego okna/portalu.
Jest wreszcie kulminacyjna poklatkowa sekwencja nawiązująca do słynnej trylogii Qatsi, gdzie akt stworzenia natury jest przeciwstawiony dziełom człowieka, miastom wreszcie, świadectwom antropocenu: ludzkiego wyścigu do gwiazd, startu rakiety. Tylko czy kopiujący ten pomysł scenarzyści pamiętają, że w tamtej trylogii ta interwencja człowieka w naturę to powód do wstydu, to akt niszczenia. Przyroda w trylogii Qatsi musi zwyciężyć, my ludzie to niczym jesteśmy. Rakieta Ariane w finale potoku obrazów do hipnotycznej muzyki Glassa ... eksploduje. Trylogia Qatsi to antytrek!

Ale twórcy liczą, że nastoletnia widownia zna z memów czarną dziurę z Interstellara a o trylogii Qatasi nie słyszała. A może i oni sami nie wiedzą, do czego się odwołują. Z finału DS9 wzięto jeszcze pomysł na niezwykle szybkie zakończenie wątku wojennego. W DS9 były dwie sceny. W jednej nagle się dowiadujemy, że w zemście zniszczono dwumilionowe miasto a w drugiej, że giną miliony Kardasjan na rozkaz Założycielki. To tu poszło nawet szybciej. Też na dwie sceny. Jest udany występ negocjacji bojowego Saru (to ta infantylizacja) i potem nawet pomysłowe egzorcyzmowanie jednej frakcji Breenów grzyboskokiem w miejsce odległe ale z nazwy znane starym fanom. Pan Bogu (młodej widowni) świeczkę a diabłu (dinozaurom fandomu) ogarek.

Z finału DS9 jest też pomysł na nieme przywołanie obrazów retrospekcyjnych bohaterów i potoku uścisków. Sztampowe ale w sumie działa. Innowacją scenarzystów jest koniec po końcu na końcu (piętno finału Władcy Pierścieni i Endgame ale tego nie z VOY) czyli tu senioralne sceny z życia Michasi (z różowymi zwierzątkami z kreskówek dla dziewczynek, infantylizacja po raz enty).
Mamy też próbę uzyskania efektu cudzej aureoli. Czyli nawiązanie do najlepszego odcinka związanego z tym serialem ale formalnie z Short Treks czyli Calypso. Zrobiono to jednak tak prymitywnie, że aż boli, ale chciano bardzo skorzystać ze światła humanizmu jaki ten epizod z samotną Zorą, która za 1000 lat uratuje bezimiennego żołnierza i uleczy jego duszę. Echhhhh. Ten jeden szort bardziej zaświecił ideałem Treka niż cały serial Disco i chyba to dostrzeżono, podpinając się do niego. Tylko że nas oszukano. Bo w tym epizodzie uratowanie żołnierza nie jest celem misji a przypadkiem.

Napisałem, że mimo wszystko ten finał dał radę. W tym znaczeniu dał, że nie jest najgorszym możliwym zakończeniem i jest w dwójce najlepszych epizodów tego sezonu i daje jakieś uczucie nikłej, bardzo nikłej ale fanowskiej katharsis dla samobójczych jego miłośników jak ja. Otóż chodzi mi o to, że nie popsuli do końca wątku Protoplastów. Ale to wywód nerdowski (co go pewnie max siedem osób przeczyta, a może z jedna dotrze do końca tego tekstu) więc trochę muszę się nagimnastykować, aby to wyjaśnić 😉 .
Disco przywołało dwa pojęcia z absolutnego początku trekowej chronologii. Przywołało Protoplastów oraz Strażnika Wieczności. Samo Disco dopisało też element nawet ich poprzedzający czyli grzybnię. Ale grzybnię rozumianą jako strukturę siejącą podstawę życia (język biochemii, aminokwasów, DNA, cegiełek życia grzybów potem roślin i zwierząt). Dzięki temu Trek to jedyna franczyza s-f, która spójnie wyjaśnia, dlaczego wszędzie jest życie oparte na tym samym abecadle biologii (w każdej galaktyce, w każdym czasie alternatywnym i w mirrorze).
Wątek ten wprowadzał Stamets ale fatalnie napisanym dialogiem w pierwszych sezonach on umknął. Umknął ale tak bardzo, że teraz o nim zapomniano. Grzybnia to w piątym sezonie tylko świetliki, które mrugają przy skoku i fruwają nad kwiatkami na poletku siewnika humanoidów (tak, wypatrywałem i takie migotliwe punkciki tam fruwają jeden raz, jak zgasło światło).
Budowano na fałszywej logice cały sezon, że Protoplaści mają technologię tworzenia pierwotnych czarnych dziur, tworzenia życia od podstaw ogółem i wskrzeszania umarłych – na szczęście nie wlepiono tych zdolności Protoplastom. To jest spójne z kanonem, którego podstawowa reguła to to, że boga o wszechmocy w Treku nie ma. Jeśli coś dla nas jest boskie, to po prostu tylko technologia, jakiej nie znamy. I to się w tym finale udało: być w tej naukowej tradycji szkiełka i oka. Nie wszystko zawdzięczamy Protoplastom.

Rozwinięto też projekt panspermii. Bo jeśli się nad nim zastanowić, to niby jak wymarła rasa zasiała życie humanoidalne po swoim wymarciu i to w układach gwiezdnych powstałych miliony, jak nie miliardy lat po swoim wyginięciu? Jakimś przebłyskiem nie wiadomo którego ze scenarzystów odpowiedzi na te pytanie tu są.
Oto jest maszyna o nieskończonej strukturze okien portali do światów, gdzie teraz odbywa się sianie życia humanoidalnego. Okna są otwarte. Czyli możliwy jest nadzór projektu i jego kontrola. Jest też łatwość owego zasiewu. Z klasycznego kanonu Treka wiemy, że Protoplaści stosują technologię, która jest ukryta w zjawisku ewolucji konwergentnej. Czyli kształt oka i jego struktura czy ogona itp może wyewoluować w środowisku u różnych gatunków tak samo. Pływające ssaki i ryby mają cechy wspólne. W finale Disco dowiadujemy się, że ów projekt działa tak, że można regulować jego szybkość, czyli można go zamaskować w naturalnym procesie ewolucji na planetach. I to zrobiono.
Urządzenie, ów obiekt siewnik wymaga obsługi, strażnika. Protoplaści obsługują go ... zza grobu. Bo przybyła na wezwanie Michasi Protoplastka obecnie istnieje martwa w innym poziomie egzystencji. A to z kolei jest nawiązaniem do finału TNG. Tam Q poucza Picarda, że celem ludzkości i (celem prób jakie Continuum prokuruje) jest to, czy ludzie są już gotowi przejść z prostej eksploracji mgławic czy planet na eksplorację innych wymiarów egzystencji. Bo to jest wyzwanie. Tak oto Michasia stanęła przed taką możliwością. To już nie jest propozycja jaką kiedyś dostał Riker, aby zostać Q. To etap wyżej, bohaterka Discovery mogła wejść jako strażniczka/operator maszyny na poziom egzystencji jaki osiągnęli Protoplaści. Zgodnie z duchem Treka i doświadczeniem Rikera odmówiła. I mimo fandomowej krytyki tej sceny, to ma ona głęboki sens sama przez siebie bez łzawych wywodów, że tu Book mnie kocha i woła a koledzy walczą w bitwie. To pył przy perspektywie tej ascendencji. Sisko się na to połasił i zostawił żonę w ciąży, patol! Na plus że kapitan Michael Burnham nie uciekła z naszego wymiaru.

W serialach serii SG w prosty sposób zaoferowano wyższe poziomy bytu w fabułach. Jednak jedyna seria space opera, która głębiej się nad tym zastanawiała i ciekawie wplotła to w wydarzenia – to zabytek telewizyjny czyli serial B5 z całą hierarchią pierwszych i ze sceną przejścia ludzkości na niematerialny etap rozwoju. Ale to nie ta liga.
Wielka szkoda, że wraz ze słowami Protoplastów, że ich rodzaj nie stworzył siewnika humanoidów i być może oni są też jej tworem, nie wspomniano zagadnienia, jak powstała grzybnia, siejąca alfabet tego stworzenia.
Na ogromny plus należy podać, że Protoplastka przywołuje koncepcję cykliczności wszechświata. To klasa pomysłów teoretycznych, w których nie ma punktu stworzenia ani stwórcy. Noblista Penrose promuje jedną z jej odmian – konforemną, cykliczną teorię kolejnych eonów rozwoju wszechświata. Serial Discovery właśnie prowadził do kanonu Treka nowoczesny nurt myśli z zakresu fizyki teoretycznej. Prawie spadłem z fotela.

Ten odcinek finałowy mądrze, bo małymi kroczkami rozwinął wspaniały koncept trekowej panspermii z TNG i dał mu serio ciekawe i spójne perspektywy. Finał tworzy też bardzo ciekawe pojęcie (już treknologiczne) ale w nawiązaniu do prawdziwej nauki i kreuje byt: przestrzeni liminalnej, czy samej liminalności (liminality, patrz angielska Wiki).
To punkt życia/bytu/przestrzeni?, w którym Burnham ma możliwość rytualnego (odkupionego próbami z pozyskania poszlak) przejścia na inny poziom egzystencji w jakim są Protoplaści i nawiązania kontaktu z istotami, które w naszym rozumieniu wyginęły. Próg poznania, o którym mówi Q Picardowi w finale TNG. Przywołanie nieopatrzonego w popkulturze terminu liminalności z jego naukowym kontekstem oraz sensowna rozbudowa panspermii i teorii istnienia samego wszechświata w tym uniwersum, świadczą, że jednak ktoś w tym Discovery czuł Treka i dał mu coś, z czego go kiedyś dobrze wspomnimy.
Bo, moim zdaniem, najważniejsze co pozostanie z czasem uznanym wkładem tego finału do kanonu, jest to właśnie rozszerzenie wiedzy o kosmogonii w Multiwersum Star Trek.
