USS Phoenix
Logo
USS Phoenix forum / Świat Star Treka / Podróże w czasie, chaos i Star Trek - przekład ST TOS "The Entropy Effect"
 Strona:  ««  1  2  3  4 
Autor Wiadomość
Elaan
Użytkownik
#91 - Wysłana: 24 Mar 2013 20:04:23
cd.

- Ja także jestem zadowolony, że pana widzę. – Wyraz twarzy Kirka był nieodgadniony. – Był pan nieprzytomny przez jakiś czas.
- Jak długo, kapitanie? – spytał Spock pospiesznie.
- Kilka godzin. Dlaczego to takie ważne?

Spock odprężył się.

- To ważne, sir, ponieważ osobliwość jest w trakcie procesu przekształcania się w bardzo małą czarną dziurę, taką, jaką nazywacie według ziemskiej tradycji czarną dziurą Hawkinga. Kiedy konwersja zostanie zakończona, system eksploduje.

Kirk zerwał się na równe nogi i ruszył ku drzwiom.

- Kapitanie… - odezwał się Spock. Kirk obejrzał się. – Enterprise nie grozi żadne niebezpieczeństwo, - rzekł Wolkanin. - Proces ten będzie trwał, co najmniej, przez kolejne sześć dni.
- Och, - mruknął Kirk z ulgą. Wrócił na swoje miejsce przy łóżku Spocka. – W porządku, panie Spock. Co się wydarzyło?

Spock wyciągnął rękę i dotknął rany po kuli na swojej skroni. Była ledwo wyczuwalna, gdyż McCoy pokrył ją nową warstwą syntetycznej skóry i przezroczystego sprayu. Jego brązowo-złota jedwabna tunika leżała zmięta na stole po drugiej stronie pokoju… a Jim trzymał resztki zmieniacza czasu w dłoniach.

- Był pan w obserwatorium, - zaczął Jim. – Snarl usłyszała, jak pan upadł. Jenniver Aristeides przyniosła pana do ambulatorium. Pamięta pan?

To, co Spock zapamiętał, przypominał sobie aż nazbyt dobrze. Spojrzał na Jima, potem na McCoy`a.
Podobnie jak oni teraz, nie istniał w alternatywnym strumieniu czasu. Spock miał całkiem wyraźne wspomnienia z linii czasu, w której jego obserwacje przebiegały bezproblemowo: osobliwość rzeczywiście pojawiła się, i choć nie mógł wydedukować przyczyny tego zjawiska, było jasne od początku, że wkrótce ulegnie ona samozniszczeniu i przestanie być zagrożeniem.
Enterprise nigdy nie został wezwany na Aleph Prime. Dr Mordreaux nigdy nie wszedł na jego pokład, a Spock nigdy nie wykrył żadnego przyspieszenia wzrostu entropii.
A potem pojawił się ponownie w swoim obserwatorium, przeciągnięty z powrotem na Enterprise poprzez przestrzeń i czas, w miejsce, do którego przynależał. Jednocześnie, jak się wydawało, dogonił go błąd w obliczeniach własnej wytrzymałości. Podróż, albo wyczerpanie, czy też oba czynniki razem, doprowadziły go do utraty przytomności.

- Spock? – Jim łagodnie powtórzył pytanie. – Pamiętasz?
- Nie, kapitanie, - odparł Spock całkiem szczerze. – Nie mogę zrozumieć, co się stało.

Nie spodziewał się, że zapamięta jakiekolwiek wydarzenia z pętli czasu, którą zakreślił, a następnie wytarł z rejestru istnienia. Ale tak było.
Nauczył się, jak kruche było kontinuum. Nie przywrócił go do jego pierwotnej postaci. Udało mu się tylko zszyć je tam, gdzie rozdarcie było najpoważniejsze; położył łatki na najgorsze dziury i miał nadzieję, że będą trzymać.
Być może nie powinien być tak zaskoczony tym, że szwy nie były całkiem proste, a nici nie całkiem gładko się układały. Jeżeli niespójności te nie były gorsze, aniżeli niewytłumaczalne zjawisko astronomiczne, które miałoby pozostać tajemnicą, i sprzeczne zestawy wspomnień w jego własnym umyśle, to może powinien je zaakceptować z pokorą i wdzięcznością.

- Przepraszam, kapitanie. Nie potrafię wyjaśnić, co się wydarzyło.
- Doznałeś lekkiego wstrząsu mózgu, - rzekł McCoy. – Twoja pamięć może powrócić, kiedy już wydobrzejesz.

Spock miał szczerą nadzieję, że tak nie będzie, ale tego nie mógł powiedzieć.
Kirk podniósł połamany fragment zmieniacza czasu.

- Może uda się panu przynajmniej wyjaśnić, co to jest.
- Oczywiście, kapitanie. Jest to przyrząd, który pomógł mi ukończyć moje zadanie.

Choć było to technicznie precyzyjne określenie, było także na tyle bliskie kłamstwa, by Spock poczuł wstyd z tego powodu.

- Skąd pan go wziął?
- Zrobiłem go, kapitanie.
- Nie ma żadnych komponentów bioelektronicznych na tym statku!
- Hej, Jim, - wtrącił się McCoy – przestań, dobrze?
- Pewnie, Bones, jak tylko pan Spock odpowie na moje pytanie.
- To nie było pytanie, kapitanie, - odparł Spock. – To było oświadczenie. Jednakże prawdą jest, że Enterprise nie ma na swoim pokładzie elementów bioelektronicznych. Chociaż, jeśli mogę panu przypomnieć, jedną z najbardziej interesujących właściwości kryształów bioelektronicznych jest ta, iż mogą być hodowane.

Wyciągnął rękę w kierunku zmieniacza czasu.
Kirk spojrzał na niego, a potem, zupełnie niespodziewanie, uśmiechnął się.

- No cóż, panie Spock, - rzekł. – Nigdy nie uważałem pana za kogoś, kto lubi siedzieć z kciukami za pasem, aż mu pozielenieją.

Z niezrozumiałego dla Wolkanina powodu, McCoy jęknął.

- Otóż to! Idź już!

Spock spojrzał w dół, na swoje dłonie. Nie zrozumiał uwagi kapitana Kirka, bo jeśli kapitan, z jakiegokolwiek osobliwego powodu, myślał o jego kciukach, musiał z pewnością zauważyć, że były one w istocie lekko zielone.

- Spock, - odezwał się Kirk, znów poważniejąc – nie mówi mi pan wszystkiego i nie bardzo mi się to podoba.
- Kapitanie… przebywając w pobliżu osobliwości, jedyną rzeczą, którą można przewidzieć jest to, że nastąpią wydarzenia, których nie można przewidzieć.
- Rozumiem, że nie obchodzi mnie szczegółowe wdawanie się w naturę tych nieprzewidywalnych zdarzeń?
- Wolałbym, aby tak było, kapitanie.

Kirk zmarszczył brwi i nachmurzył się, a Spock pomyślał, że zapewne nie zechce oddać mu szczątków zmieniacza czasu.
Niespodziewanie, Kirk znów się uśmiechnął i podał urządzenie oficerowi naukowemu.
Spock przyjął je.

- W porządku, panie Spock. Ufam panu i ufam pańskiemu osądowi, że czegokolwiek nie potrafi pan wyjaśnić, nie zagraża to bezpieczeństwu tego statku, ani nikogo na jego pokładzie.
- Pańskie zaufanie nie zostanie zawiedzione, - rzekł Spock.

McCoy skrzyżował ręce na piersi.

- Teraz, gdy obydwaj wymieniliście już zapewnienia wzajemnego dozgonnego zaufania, chcę… - tu spojrzał na Kirka – byś się stąd wyniósł, i chcę… - przeniósł zirytowany wzrok na pana Spocka – żebyś znów poszedł spać. W tej chwili. To rozkaz.

Jim roześmiał się.

- W porządku, Bones. Panie Spock, czy możemy już stąd odlecieć?
- Tak, kapitanie. Moje obserwacje zostały zakończone.
- Dobrze. – Kirk wstał i odwrócił się, by wyjść.

Spock uniósł się, wspierając na łokciu.

- Kapitanie… Jim… - Kirk obejrzał się. – Dziękuję, - rzekł po prostu Spock.
Elaan
Użytkownik
#92 - Wysłana: 2 Kwi 2013 12:48:04 - Edytowany przez: Elaan
cd.

Jim Kirk, gdy tylko skręcił za rogiem, zobaczył przed sobą pana Sulu, idącego w kierunku turbo-windy.

- Panie Sulu! – zawołał.

Sternik nie odwrócił się, więc Kirk zawołał go ponownie.
Sulu stanął jak wryty i obrócił się ku niemu.

- Przepraszam, kapitanie. Ja… myślałem o czymś.

Znów ruszyli korytarzem, idąc obok siebie.

- Zmierza pan na mostek?
- Tak, sir. Obejmuję służbę za dziesięć minut.
- Cieszę się, że to pańska wachta, - rzekł Jim. – Praca pana Spocka została zakończona i możemy stąd odlecieć. Wolę mieć przy sterze pana, niż jakiegokolwiek innego sternika, kiedy będziemy manewrować w pobliżu osobliwości.
- Dlaczego… Dziękuję, kapitanie, - wykrztusił Sulu, wyraźnie zaskoczony nieoczekiwaną pochwałą.

Sulu jest ostatnio czymś pochłonięty, – pomyślał Kirk. – I stanowczo potrzebuje fryzjera. Zaczął też zapuszczać wąsy – o co w tym wszystkim chodzi? Zaczyna wyglądać, jakby należało patrolu granicznego, a nie do załogi okrętu liniowego. Oczywiście, jest pod dużą presją…
Mało brakowało, a rzuciłby jakiś żart na temat włosów Sulu, żart, który Sulu przyjąłby, rzecz jasna, jako sugestię, by przynajmniej się podstrzyc.
Dlaczego chcesz, żeby obciął włosy? – Jim Kirk zapytał sam siebie. – Dla jego pracy nie czyni to żadnej różnicy; przecież nie wplączą się w takielunek.
Dorośnij, Jim, - powtórzył sobie w myślach.

- Czy jest pan szczęśliwy na Enterprise, panie Sulu? – zapytał.

Sulu zawahał się. Jego ton, gdy odpowiadał, był tak poważny, jak gdyby rozważał tę kwestię bardzo starannie i przez bardzo długi czas.

- Tak, kapitanie. To lepszy przydział, niż ten, na jaki kiedykolwiek miałem nadzieję, i najlepszy, jaki kiedykolwiek mógłbym mieć.

Kirk chciał zaprzeczyć, poruszony niewypowiedzianym komplementem, ale dostrzegł też alternatywną interpretację słów Sulu.
Znał przebieg służby Sulu, zapisany w jego aktach osobowych; wiedział, jak będą patrzeć na to przywiązani do swoich stołków biurokraci.
„Niewystarczająca różnorodność doświadczeń” – najprawdopodobniej tak będzie brzmiała ich analiza, pomimo faktu, iż nikt nie potrafiłby wyobrazić sobie większej liczby różnorodnych doświadczeń, niż te, które zapewniał przydział na Enterprise.
Niestety, liczyło się to, co zapisane było w aktach, a Sulu wiedział o tym równie dobrze, jak wszyscy.
Kirk nagle zrozumiał: jeśli Sulu chce awansować, to jest niemal nieuniknione, że będzie starał się opuścić Enterprise.
Jesteś o krok od tego, by stracić najlepszego sternika, jakiego kiedykolwiek miałeś na tym okręcie, jeżeli nie zrobisz czegoś, i to szybko.

- Zastanawiałem się, - powiedział Kirk. – I sądzę, że czas, abyśmy porozmawiali o bezpośrednim odzwierciedleniu w pańskich aktach pełni obowiązków i odpowiedzialności, jaka na panu spoczywa, nie tylko tych formalnych. Byłby to cholerny wstyd, gdyby kiedyś, w przyszłości, zapragnął pan objąć jakieś stanowisko, a otrzymałby je ktoś mniej kompetentny tylko dlatego, że wspinał się po drabinie kariery utartą ścieżką. - Wyraz twarzy Sulu sprawił, że Jim uznał złożenie sobie gratulacji za całkiem usprawiedliwione. – Rozwiązaniem nie jest normalizacja pańskich akt, - ciągnął dalej. - Trzeba uczynić je wyjątkowymi, tak aby musiał pan być oceniany na własnych warunkach. Myślę, że dobrym krokiem w tym kierunku byłaby promocja w warunkach polowych do stopnia komandora porucznika. Nie ulega wątpliwości, że otrzymałby pan ten awans tak czy owak w ciągu kilku lat, lecz promocja w warunkach polowych jest wystarczająco niezwykła, by się wyróżnić, nawet w oczach biurokratycznych krętaczy.
- Kapitanie… - w głosie Sulu brzmiało całkowite oszołomienie.
- Oznaczałoby to większą odpowiedzialność, rzecz jasna.
- To byłoby w porządku, - rzekł Sulu. – To znaczy… to byłoby wspaniale!
- Dobrze. Wobec tego spotkajmy się i porozmawiajmy o tym. Popołudniami udziela pan lekcji szermierki, prawda?
- Co drugi dzień. Kiedy indziej pobieram lekcje judo u komandor porucznik Flynn.
- Kiedy pan kończy?
- O szesnastej zero-zero, sir.
- Zatem, co pan powie na siedemnastą, jutro, w salonie oficerskim?
- Będę tam, kapitanie! Dziękuję, sir.

Kirk skinął głową. Doszli do turbo-windy, wsiedli i ruszyli w górę, na mostek.

- Przy okazji, panie Sulu, myślę, że będą to bardzo charakterystyczne wąsy, jeśli uczyni je pan nieco dłuższymi. - Policzki Sulu poczerwieniały. – Mówię poważnie, – dodał Kirk.
- Nie byłem pewien, czy pan to aprobuje, sir.
- Sam zapuściłem wąsy, kilka lat temu.
- Naprawdę? Dlaczego już ich pan nie nosi?
- Powiem panu, jeśli obieca pan nie mówić o tym nikomu innemu.
- Oczywiście, obiecuję, sir.
- Robiły się rude. Ceglasto-rude. Najbardziej absurdalna rzecz, jaką kiedykolwiek w życiu widziałem.

Roześmiał się i Sulu także.

- Nie sądzę, by moje zrobiły się rude, kapitanie, - rzekł Sulu.

Drzwi windy otworzyły się i weszli na mostek. Kirk spojrzał na Sulu i uśmiechnął się.

- Rzeczywiście, przypuszczam, że nie musi się pan martwić taką możliwością.

Kirk zajął swoje miejsce; Sulu zluzował młodszego sternika i sprawdził kontrolki.

- Panie Sulu, - rzucił Kirk – proszę wykreślić kurs i wyprowadzić nas stąd.
- Tak, sir! – Zajęło mu to zaledwie kilka sekund; był przygotowany na to, by zabrać statek z dala od osobliwości niemal w każdej chwili; był gotowy na każdy rodzaj zagrożenia.
- Kurs wprowadzony, sir. Szybkość, warp jeden.
- Dziękuję, panie Sulu.

Niczym ptak wypuszczony z klatki, Enterprise, uwolniony z uchwytu osobliwości, pożeglował poprzez otaczające go, płonące zasłony rozpadającej się materii, w ciemną głębię przestrzeni kosmicznej.

Dziennik kapitański, data gwiezdna 5001.1
- Znajdujemy się obecnie dzień drogi od osobliwości, a niepokój, który nie opuszczał Enterprise i mojej załogi podczas całej tej misji, zniknął, ustępując miejsca uczuciu ulgi, a nawet zadowolenia. Morale jest lepsze, aniżeli ostatnimi czasy, zwłaszcza w oddziale ochrony. Choć ja osobiście uważam nowego dowódcę za osobę o raczej ostrym i gwałtownym charakterze, wykonuje ona swoje obowiązki znakomicie.
Postanowiłem skierować Enterprise w region przygraniczny, pomiędzy przestrzenią Federacji a terytorium Imperium Klingońskiego, strzeżony przez flotę kapitan Hunter. Klingoni zdają się być nastawieni bardziej agresywnie niż zwykle; eskadra poniosła pewne straty i, dopóki nie przybędą uzupełnienia, obecność okrętu liniowego w tym rejonie z pewnością nie zaszkodzi.

Adnotacje administracyjne: przekazałem Gwiezdnej Flocie moją rekomendację, dotyczącą promowania pana Sulu do stopnia komandora porucznika w warunkach polowych. Ponieważ uczyni go to jednym z najmłodszych oficerów tej rangi bez formalnego doświadczenia frontowego, być może będę musiał zmagać się z kilkoma dzielącymi włos na czworo biurokratami, by uzyskać jego zatwierdzenie; z drugiej strony, jeśli służba na Enterprise nie kwalifikuje się jako pewnego rodzaju doświadczenie frontowe, to nie wiem, co nim jest.
Na podstawie zalecenia komandor porucznik Flynn zatwierdziłem także przeniesienie chorąży Jenniver Aristeides z sekcji ochrony do działu botaniki, a pan Spock poprosił ją o przejęcie opieki i odpowiedzialności nad projektem, który chce zainicjować, dotyczącym hodowli większej liczby komponentów bioelektronicznych. Dotąd Aristeides zawsze wydawała mi się osobą jeszcze bardziej twardą i mniej emocjonalną niż pan Spock, lecz jest najwyraźniej uszczęśliwiona swoją nową pracą.
Pan Spock odzyskał już siły po ciężkim przepracowaniu. Zapewnił Gwiezdną Flotę, że osobliwość wkrótce zniknie samoistnie. Mój oficer naukowy nie wykazuje najmniejszych chęci do rozmowy na temat owych „nieprzewidywalnych zdarzeń”, które zaszły podczas jego obserwacji. Pomimo pewnej pokusy, aby zadać mu pytanie, czy nie powinniśmy poznać tych informacji – pytanie, które niewątpliwie kłóciłoby się z jego naukowym obiektywizmem – nie chcę na niego naciskać, by uzyskać odpowiedzi. Możliwe, że po prostu popełnił jakiś błąd, którego ujawnienie byłoby dla niego upokarzające.
Cokolwiek się wydarzyło, wydaje się, że dotyczyło to tylko samego Spocka; cokolwiek to było, nie miało to wpływu na Enterprise i jego załogę.
A to jest, rzecz jasna, jak zawsze, moją główną troską.


KONIEC
Elaan
Użytkownik
#93 - Wysłana: 2 Kwi 2013 12:54:48 - Edytowany przez: Elaan
I to już wszystko.
Dziękuję bardzo tym wszystkim, którzy poświęcili swój czas i uwagę, by to przeczytać, mając zarazem nadzieję, iż dało im to choć chwilę zadowolenia, rozrywki, i może refleksji.
 Strona:  ««  1  2  3  4 
USS Phoenix forum / Świat Star Treka / Podróże w czasie, chaos i Star Trek - przekład ST TOS "The Entropy Effect"

 
Wygenerowane przez miniBB®


© Copyright 2001-2009 by USS Phoenix Team.   Dołącz sidebar Mozilli.   Konfiguruj wygląd.
Część materiałów na tej stronie pochodzi z oryginalnego serwisu USS Solaris za wiedzą i zgodą autorów.
Star Trek, Star Trek The Next Generation, Deep Space Nine, Voyager oraz Enterprise to zastrzeżone znaki towarowe Paramount Pictures.

Pobierz Firefoksa!