USS Phoenix
Logo
USS Phoenix forum / Świat Star Treka / Podróże w czasie, chaos i Star Trek - przekład ST TOS "The Entropy Effect"
 Strona:  ««  1  2  3  4  »» 
Autor Wiadomość
Elaan
Użytkownik
#61 - Wysłana: 17 Sty 2013 16:36:35
cd.

Kiedy Montgomery Scott wyłączył interkom w swoim biurze i odwrócił się, napotkał spojrzenie Iana Braithewaite`a.
Scott czuł się oszołomiony i zdradzony.

- Bardzo mi przykro, - powiedział zupełnie szczerze Braithewaite.
- Doktor McCoy ma rację, - stwierdził Scott. – Nie miałem czasu na sprawy administracyjne. Prace nad silnikami ukończone są tylko w połowie…
- Do cholery, człowieku! – Braithewaite krzyknął, zrywając się na równe nogi. – Albo McCoy pracuje pod przymusem, albo on i Spock wspólnie już zdradzili Ciebie i wszystkich innych na tym statku! Jak możesz wciąż ich usprawiedliwiać?
- Znam ich obu od bardzo dawna i nigdy nie miałem powodu do nieufności wobec któregokolwiek z nich, - rzekł Scott.

W jego duszy poczucie zdrady mieszało się z gniewem; nie był pewien, czy gniew ten skierowany był na McCoy`a i Spocka, czy na Braithewaite`a.
Może był zły na nich wszystkich, a może nie miało to znaczenia.

- To trudne, - zgodził się Braithewaite, wspominając ten jeden raz, gdy udzielił komuś swego zaufania i stwierdził, iż wykorzystano to przeciwko niemu. – Lecz Spock, co najmniej, wyczerpał swoje możliwości, biorąc pod uwagę wątpliwości na jego korzyść.
Praktycznie nie ma już znaczenia, czy Mandala Flynn była inicjatorem, czy tylko uczestniczką spisku. McCoy może być mniej winny, ale nie ma sposobu, aby którekolwiek z nich było zupełnie niewinne.


Scott nie odezwał się ani słowem; wpatrywał się w schemat konstrukcyjny przypięty do tablicy informacyjnej w jego biurze.

- Jest pan tu, panie Scott? – zapytał Ian delikatnie. - Jeśli może mi pan podać jakiekolwiek inne sensowne wyjaśnienie tego, co się tutaj dzieje, będę bardzo wdzięczny słysząc je. Nie podoba mi się pomysł, że trójka oficerów Gwiezdnej Floty uknuła spisek w celu przejęcia statku, aby uwolnić niebezpiecznego przestępcę i zamordować swojego kapitana…
- Dosyć! – przerwał mu Scott. – Proszę… nie recytować znowu tej litanii. – Przerwał, by zebrać myśli. – Wszystko, co pan powiedział, to prawda, tak… ale nie rozumiem, dlaczego to się stało.
Być może Flota dałaby Spockowi Enterprise, a być może nie. To dla niego cholerna szansa. Gdyby chciał, otrzymałby wreszcie własne dowództwo.
I dlaczego dr McCoy miałby zgodzić się na taką kombinację? Nie przejawia żadnych wyższych ambicji i nadal praktykuje medycynę, a mówił niezliczoną ilość razy, że nie chce awansować.


Ian westchnął. Nie chciał mówić Scottowi o wszystkich swoich podejrzeniach, nie tyle dlatego, że uznałby je za niewiarygodne, czy nawet z powodu tego, iż ujawnienie tej wiedzy oznaczałoby złamanie przez Iana wydanych mu rozkazów, lecz dlatego, że informacja ta sama w sobie stanowiłaby zagrożenie dla inżyniera.

- Nie mam absolutnego dowodu, że dr McCoy z własnej woli uczestniczy w tym planie. Mam nadzieję, że tak nie jest – jeśli nie, to wciąż mamy szansę przeciągnąć go na powrót na naszą stronę.
Mogę poczynić pewne założenia, ale spodobają się panu nie bardziej, niż moje podejrzenia. Mam nadzieję, iż po tym co się stało, plan uwolnienia dr Mordreaux tak dalece wymknął się spod kontroli, że nikt z nich nie miał żadnego wyboru co do tego, co robić dalej.
Najgorsze, co może się zdarzyć, to… cóż, pan Spock ma teraz pełną kontrolę nad statkiem, nie potrzebuje czekać, aż Gwiezdna Flota przekaże mu dowództwo.

- To szaleństwo! – stwierdził Scott. – I proszę nie zapominać, że załoga nie pozostanie bierna!
- To jest właśnie to, na co liczę, panie Scott. Dlatego zwierzyłem się przede wszystkim panu.
- Ach, tak, - mruknął Scott.
- Czy mogę liczyć na pańską pomoc?
- Może pan liczyć na to, że spróbuję pomóc panu w odkryciu prawdy, - rzekł Scott i to było wszystko, co mógł obiecać.
Senok
Użytkownik
#62 - Wysłana: 18 Sty 2013 17:58:31
Na początku chciałbym pogratulować i podziękować Elaan za tłumaczenie - dobra robota! Takowych tłumaczeń powinno być więcej i na większą skalę.
Jako że bardzo nie lubię spychologii, to deklaruję również swoją pomoc w ew. tłumaczeniach.

Mam jednak pewną sugestię... Może by tak otworzyć na stronach Phoenix'a dodatkowy dział, poświęcony tylko tłumaczeniom, takim jakie zaprezentowała nam tutaj Elaan?
Elaan
Użytkownik
#63 - Wysłana: 19 Sty 2013 08:11:02 - Edytowany przez: Elaan
Senok

Dziękuję. To bardzo mile słowa.
Cieszę się, że podoba Ci się moja "robótka".
A pomoc jak najbardziej się przyda, bo jest co tłumaczyć.
Ciekawe, że w tej naszej RP wydano już mnóstwo książek z uniwersum SW, za to z uniwersum ST bodaj tylko dwie.
Albo to spisek Borga, albo Federacja nie chce nas zbytnio rozpieszczać.
Elaan
Użytkownik
#64 - Wysłana: 25 Sty 2013 13:26:51 - Edytowany przez: Elaan
Rozdział 6.

Tego wieczoru, według czasu okrętowego, dr McCoy zmierzał nerwowo ku hali transportera, gdzie miał spotkać się ze Spockiem.
Cały ten dzień był okropny.
Spock zaszył się gdzieś, pracując skrzętnie nad zmieniaczem czasu. Zranione ego Scotta postawiło go w niemiłej sytuacji; inżynier nie reagował na nic poza najbardziej bezpośrednimi pytaniami, i odpowiadał tylko monosylabami. Ian Braithewaite czaił się to tu, to tam, przesłuchując niemal przemocą każdego z kim się zetknął i wymyślając, sobie i Niebiosom tylko znane, różne rodzaje fantastycznych spisków.
McCoy zachichotał na myśl, co młody prokurator zrobiłby, gdyby udało mu się potknąć o prawdę, jednak jego śmiech niósł w sobie powiew smutku.
Barry al Auriga był rozwścieczony, ponieważ starając się ułożyć sprawozdanie na temat zabójstwa Jima na podstawie relacji świadków, napotykał ludzi, na których spostrzeżenia nałożyły się już uprzedzenia i koncepcje Iana Braithewaita. A jedna z tych wstępnych koncepcji była taka, że komandor Flynn, pomimo iż zginęła próbując chronić Jima Kirka, jakimś cudem zaplanowała zamach na niego.
McCoy podejrzewał, że al Auriga żywił do niej coś więcej, aniżeli szacunek podwładnego wobec swojego dowódcy; i że udało mu się dobrze ukrywać swoje uczucia aż do teraz. Lecz nerwy Barry`ego były bezspornie napięte niemal do granic wytrzymałości. Próbował zachować kontrolę nad sobą; jak dotąd udawało mu się, ale McCoy miał wrażenie, że porucznik jest o krok od porzucenia rozwagi i cierpliwości, jeśli Braithewaite stanie mu na drodze jeszcze raz.
Najwyraźniej ostrzeżenie McCoy`a wywarło na oskarżycielu mizerne wrażenie, o ile w ogóle. McCoy nie chciał wprowadzać w czyn swojej groźby, iż zamknie Iana w kwaterze, ale wyglądało na to, że będzie musiał to zrobić. Morale na Enterprise było tak niskie, że prawdopodobnie nie dałoby się go nawet zmierzyć; McCoy nie mógł pozwolić, by sprawy toczyły się dłużej niezmienionym trybem, wśród unoszących się w powietrzu plotek i podejrzeń.
Lecz Spock ukończył zmieniacz czasu, więc może wszystkie zmartwienia McCoy`a wkrótce dobiegną końca.
Lekarz zatrzymał się w drzwiach do hali przesyłu, w której oficer naukowy zajęty był właśnie modyfikacją jednego z wewnętrznych modułów transportera.
Jeśli to, co zaplanował udałoby się, McCoy nie musiałby w ogóle nic robić. Jeśli Spockowi by się powiodło, przede wszystkim nic z tego, co zaszło, nigdy by się nie zdarzyło.
Spock zauważył jego obecność.

- Doktorze McCoy. – skwitował krótko.

Podniósł mniejsze z dwóch urządzeń o osobliwie organicznym wyglądzie i przymocował je do modułu transportera.

- Spock, - zapytał niepewnie McCoy – Spock… co się z nami stanie?
- Nie rozumiem, co ma pan na myśli.
- Jeśli cofniesz się w czasie i zmienisz rzeczy istniejące wokół nas, my także nie będziemy więcej istnieć.
- Oczywiście, że będziemy, doktorze McCoy.
- Nie tutaj, nie teraz – nie, robiąc to, co właśnie będziemy robić. Co stanie się z… z tą jedną z prawdopodobnych wersji każdego z nas? Czy nasze jestestwo po prostu zniknie?
- Nie, doktorze McCoy, nie wierzę, by coś takiego nastąpiło.
- Zatem, co?
- Zupełnie nic. – Spock zamknął panel i ponownie go otworzył, sprawdzając, czy dodatek można ukryć w dostępnej przestrzeni. McCoy parsknął, sfrustrowany. – Proszę posłuchać, - rzekł Spock – jeśli mi się powiedzie, ta prawdopodobna wersja każdego z nas nigdy się nie pojawi. Nie znikniemy z życia, bo przede wszystkim, nigdy nie zaistniejemy. Jest to bardzo proste i logiczne.
- Pewnie. – McCoy poddał się, zrezygnowany. Czuł, jak jego puls przyspiesza ze zdenerwowania, a nawet strachu; nie chciał nawet myśleć o tym, jakie musi być teraz jego ciśnienie krwi. – Więc zróbmy to i niech się stanie, co chce.
- Bardzo dobrze. – Spock podniósł większe urządzenie i przymocował na swoim ramieniu. Gdy poprawiał podtrzymujący je pasek, przyrząd pobłyskiwał niczym kiść dużych, bursztynowych paciorków.
- Spock, czekaj… jak zdołasz wrócić?
- Jak już wnikliwie pan zauważył, - odrzekł Spock – jeśli mi się powiedzie, nie będę musiał wracać. Ale jeśli będę zmuszony do powrotu, potrzeba do tego daleko mniej energii. W rzeczywistości, po uzyskaniu energii progowej obiekt jest praktycznie przeciągany na powrót do własnego czasu. To on konfiguruje odkształcenie, które ostatecznie musi zostać wyrównane. Zestaw zasilający zmieniacza będzie wystarczający do tego celu.
- Powinienem czekać tu na Ciebie? Wrócisz natychmiast po przeskoku? Albo… - McCoy nie mógł się oprzeć temu pytaniu. – Albo przed nim?
- Postaram się nie wrócić zanim pana opuszczę, - powiedział Spock z doskonałą powagą. – Chociaż, byłoby to intrygujące doświadczenie… - Przerwał, potem znów skupił swoją uwagę na bieżących problemach. – Obliczenia są znacznie mniej skomplikowane, jeśli przeskok trwa tyle, ile czasu obiekt spędza w przeszłości. Spodziewam się zniknąć na nie dłużej niż godzinę.
- Zatem najlepiej zrobię, zostając tutaj.
- Doktorze McCoy… jeżeli nie będzie mnie przez nazbyt długi czas, niezbędne jest, abym ja – lub cokolwiek ze mnie pozostanie – został sprowadzony tutaj, do mojego własnego czasu.
W przeciwnym razie konflikt pomiędzy tym, gdzie jestem, a tym, gdzie powinienem być, mógłby spowodować problemy; istnieje także możliwość wystąpienia szkodliwego paradoksu.
– Pokazał McCoy`owi element sterujący na urządzeniu, które podłączył do transportera. – Zmieniacz pomocniczy przeciągnie mnie z powrotem. Wszystko, co musi pan zrobić, to uaktywnić go.
Ale ten sygnał nie może być dokładnie ukierunkowany. Jest mało prawdopodobne bym przeżył, jeśli będziemy zmuszeni go użyć.

- Zatem nie zrobię tego.
- Musi pan. Jeżeli nie będzie mnie dłużej niż… jeden dzień, musi pan.
- Dobrze, panie Spock.

Spock wszedł na platformę transportera.

- Do widzenia, panie Spock. Powodzenia.

Spock dotknął kontrolki na swoim urządzeniu zmieniającym czas.
Transporter z szumem zbudził się do życia, ale zamiast zwykłej, stabilnej wiązki światła, otaczającej postać na platformie, pojawił się straszliwy błysk, niczym tęczowy piorun. Światła zgasły.
Bardziej przerażające było to, że miękki dźwięk wentylatorów ustał, a okręt pogrążył się w jednej chwili w ciemności i ciszy tak całkowitej, iż McCoy pomyślał, że wybuch odebrał mu słuch i oślepił go.
Enterprise stracił całe zasilanie.
Elaan
Użytkownik
#65 - Wysłana: 25 Sty 2013 13:34:29 - Edytowany przez: Elaan
cd.

Kiedy nastąpił zanik energii, Ian Braithewaite natychmiast podejrzewał, co się stało; to samo wydarzyło się na Aleph Prime, gdy dr Mordreaux zaczął bawić się swoim urządzeniem do podróży w czasie.
To właśnie to po raz pierwszy zaalarmowało Braithewaite`a, skłaniając do szczególnych działań, i to wciągnęło go w tę straszną, skomplikowaną sprawę pełną spisków, zdrady, terroru i morderstw.
Przeklinał siebie za niedocenianie Spocka i Mordreaux; przeklinał siebie zwłaszcza za zbytnią bojaźliwość i mało agresywne prowadzenie śledztwa.
Powinien był wezwać policję cywilną z Aleph dawno temu; powinien był również powiadomić Gwiezdną Flotę.
Lecz on desperacko próbował utrzymać możliwość podróży w czasie w tajemnicy, tak długo jak się da – tak jak mu rozkazano; powstrzymywanie prac na ten temat nie miało sensu, gdyby sam upublicznił je w ten sposób przed całą Federacją.
Generatory awaryjne powoli znów oświetliły statek, pozostawiając jednak jego pokłady w niesamowitym półmroku.
Ian gwałtownie wybiegł ze swojej kajuty i popędził korytarzem w kierunku kabiny dr Mordreaux w obawie, że urządzenie zostało użyte do uwolnienia profesora z tego, nawet z wyglądu, absurdalnego aresztu, w którym przebywał na Enterprise.
Zastanawiał się, jak długo potrwa, zanim statek zmieni kurs, oddalając się od Kolonii Rehabilitacyjnej nr 7 – i naraz zdał sobie sprawę, że nie ma sposobu dowiedzieć się, czy już tak się nie stało, wyjąwszy pana Scotta, który z pewnością wiedziałby i powiedziałby mu o tym.
A jak długo potrwa zanim wszyscy poznamy nasz los? – zastanawiał się. – Zostaniemy sprzedani Klingonom albo Romulanom jako zakładnicy, a statek kosmiczny będzie przehandlowany wrogowi; czy może mieli plany bardziej bezpośrednie, bardziej prywatne, co do okrętu i załogi?
Ian Braithewaite wiedział, że gdyby kiedykolwiek miał taką jednostkę jak Enterprise w swoich rękach, nie pozbyłby się jej za żadne skarby Wszechświata.
U zbiegu dwóch korytarzy zatrzymał się.
Czy był sens iść do kabiny Mordreaux? I tak by go tam nie było; Spock właśnie go uwolnił!
Lecz oficer naukowy musiałby użyć transportera równocześnie ze zmieniaczem. Ian przynajmniej będzie miał szansę go schwytać. Jeśli się pospieszy.
Zmienił kierunek i pobiegł.
Senok
Użytkownik
#66 - Wysłana: 26 Sty 2013 18:28:33
Trochę mi temat umkną...

Elaan:
A pomoc jak najbardziej się przyda, bo jest co tłumaczyć.

A skąd bierzesz materiały? Ostatnio podawał mi kolega-załogant z lubelskiego Kronos'a, ale jakoś nie mogę się dokopać do tych jego materiałów. Ale za to znalazłem kilka innych ciekawych rzeczy .

Elaan:
Ciekawe, że w tej naszej RP wydano już mnóstwo książek z uniwersum SW, za to z uniwersum ST bodaj tylko dwie.

Ja słyszałem nawet tylko o jednej książce po polsku: "Star Trek: Rebelia" i nawet ją mam .

Elaan:
Albo to spisek Borga, albo Federacja nie chce nas zbytnio rozpieszczać.

Ja myślę, że to jakieś "zdradzieckie Romulaki" .
Elaan
Użytkownik
#67 - Wysłana: 26 Sty 2013 21:41:01 - Edytowany przez: Elaan
Senok:
A skąd bierzesz materiały?

Korzystam z plików życzliwie użyczonych mi przez inną przyjazną osobę.
Jeśli wpiszesz w wyszukiwarkę "Star Trek e-book", znajdziesz ich mnóstwo na Chomikach, a niemal całą kolekcję [około 500 pozycji naraz] na torrentach.
Możesz też skontaktować się ze mną przez e-mail.
Elaan
Użytkownik
#68 - Wysłana: 29 Sty 2013 19:49:56 - Edytowany przez: Elaan
cd.

Nadal oszołomiony nagłym rozbłyskiem transportera, McCoy zamrugał kilka razy. Zatopiony w ciemności zastanawiał się, czy to, co było, odejdzie tak, jak gdyby nigdy nie istniało.

- Panie Spock?

Nie otrzymał żadnej odpowiedzi.
Stopniowo jego wzrok przywykł do mroku i rozpoznał, posiadające własne podświetlenie, tarcze transportera, które rzucały dziwną, srebrną poświatę na jego ręce.
Cofnął się w cień i stał w ciszy, czekając na coś, cokolwiek miało się wydarzyć.
Słabe oświetlenie zasilania awaryjnego wkradło się, rozpraszając ciemność.
Czekał; ale nic się nie zmieniło.
Do uszu McCoy`a zaczęły dochodzić okrzyki konsternacji znajdujących się w pobliżu członków załogi; to zawsze było traumatyczne przeżycie, owe rzadkie przypadki, gdy zasilanie na statku gwiezdnym zawodziło całkowicie.
Wszyscy byli przerażeni. McCoy nie winił ich za to. Też był przerażony, a przecież wiedział, co się dzieje.
Popatrzył na platformę transportera, ale zdecydował, że byłoby lepiej wrócić za godzinę, aniżeli czekać na Spocka tutaj.
Doszedłszy do drzwi niemal zderzył się z Ianem Braithewaitem.

- Cholera, - rzucił Braithewaite. – Miałem nadzieję…

Zablokował drzwi. Oprócz tego, że był o ponad głowę wyższy od doktora, był też dwadzieścia lat młodszy od niego.

- Jeszcze nie jest za późno, doktorze McCoy, - powiedział żarliwie. – Wiem, co się stało ostatniej nocy… Wiem, pod jak wielką presją pan pracował. Wiem, że nie był pan sobą.
- O czym pan mówi?
- Ja byłem przytomny, kiedy kapitan Kirk… umarł. Widziałem pańską kłótnię z panem Spockiem. Wiem, że nie chciał pan spełnić jego żądań. - McCoy, osłupiały, wpatrywał się w Braithewaite`a bez słowa. – Nie mogę obiecać panu bezkarności, nie po ostatniej nocy. – Chwycił McCoy`a za ramiona. – Lecz wiem, jak wielka presja może być na kogoś wywierana. Jeżeli mi pan pomoże, przysięgam, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby nie oskarżono pana o zbrodnię główną, zagrożoną karą śmierci.

Po plecach McCoy`a przeszedł lodowaty dreszcz. Zdał sobie sprawę…
W końcu zrozumiałeś! – pomyślał. – To już nie jakiś anonimowy, widmowy spisek, nie tylko komandor Flynn, ale ty i Spock.
Zatem, mimo wszystko, Spock nie był aż takim paranoikiem.

- Chce pan powiedzieć… - w głosie McCoya znów zabrzmiały niepokojąco miękkie i przeciągłe tony południowego akcentu. – Chce pan powiedzieć… sądzi pan, że Jim Kirk… Co dokładnie chciał pan powiedzieć?
- Kapitan Kirk wciąż jeszcze żył. Widziałem, jak odłączał pan systemy podtrzymywania życia.
- On był martwy, Ianie. Jego mózg był martwy zanim zabrałem go z mostka, tylko ja nie chciałem dopuścić do siebie tej myśli. O to właśnie Spock i ja spieraliśmy się. Nie potrafiłem pogodzić się z tym, że nie mogłem ocalić Jima, i nie potrafiłem pogodzić się z jego śmiercią.

Braithewaite zawahał się.

- Był pan tak pijany, że nie wiedział, co robi, więc skąd mógł pan wiedzieć czy on żyje, czy nie?
- Nawet kompletnie pijany potrafię rozróżnić dźwięki sensorów fal mózgowych. Słyszałem je! Mój Boże, wsłuchiwałem się w nie przez wiele godzin.

Braithewaite patrzył na niego w zamyśleniu z wyżyn swego wzrostu.

- Chciałbym panu uwierzyć, - rzekł. – Lecz dlaczego zrobił to pan w środku nocy, bez kontaktowania się z jego rodziną, albo choćby egzekutorem jego testamentu?
- Jedyna rodzina jaką ma, to młodociany bratanek. Wykonawcą testamentu Jima jestem ja. Może pan zobaczyć jego testament, jeśli pan chce. Prosił, aby nie utrzymywać go przy życiu, gdyby nie było nadziei na wyzdrowienie. Utrzymywałem jego ciało przy życiu przez wiele godzin, wbrew jego woli, próbując udawać przed samym sobą, że on może wydobrzeć. Takie postępowanie byłoby nie fair w stosunku do każdego, a szczególnie wobec Jima.

Napięcie częściowo zniknęło z postawy i twarzy Braithewaite`a, który usunął się na bok, ale podążył za McCoy`em w głąb korytarza.

- Awaria zasilania była wynikiem użycia urządzenia do podróży w czasie. - McCoy nic nie odpowiedział. – Doktorze McCoy, chciałbym uwierzyć w pańską opowieść dotyczącą kapitana Kirka, proszę mi wierzyć. Lecz musi mi pan powiedzieć dokąd – i w jaki czas – wysłał pan Spocka i Mordreaux.
- Nie wysłałem ich nigdzie. Co ma pan na myśli? Podróże w czasie? To najbardziej zwariowany pomysł, o jakim kiedykolwiek słyszałem. Mówiłem panu, nie może pan porozmawiać ze Spockiem, dopóki trochę się nie prześpi. Ale Mordreaux jest nadal w swojej kabinie. Czemu nie pójdzie pan tego sprawdzić?

McCoy był zbyt zaabsorbowany, aby zauważyć wściekłość na twarzy Iana Braithewaite`a, która ogarnęła go, gdy znów stanął w obliczu żałosnego kłamstwa o hibernacji Spocka, albo diapauzie letniej, czy też popołudniowej drzemce – jakkolwiek chcieli to nazywać. Powtarzano mu ewidentne łgarstwo.
Ale Ian znał swoje wady. Od początku nie angażował się w pełni w tę sprawę, starając się uchronić swoją pasję sprawiedliwości przed zagrożeniem tak niszczycielskim, iż prawie niepojętym, i starając się równoważyć podejrzenia własną dobrą wiarą.
Byłeś naiwny, Ianie, - pomyślał. – Znowu.
Lecz istniała możliwość, że McCoy sam był oszukiwany.

- Dobrze, - odrzekł. – Sprawdzę, co dzieje się z dr Mordreaux. Ale musi mi pan towarzyszyć.

Nie był aż tak naiwny, aby zaufać McCoy`owi, dopóki nie będzie miał jakiegoś dowodu niewinności doktora.
McCoy westchnął.

- Cokolwiek sobie życzysz, Ianie, - powiedział.

Jego głos zabrzmiał chropawo. Drżał cały, wstrząśnięty tym, iż zmuszono go, by na nowo przeżył śmierć Jima. Poszedł wraz z Braithewaite`m w kierunku kabiny Mordreaux, czując narastającą wściekłość na prawnika.
Wątpił, by zobaczenie profesora rozwiało podejrzenia wścibskiego młodego człowieka, i zakładał, że Ian zorientuje się, iż to Spock a nie Mordreaux jest tym, który… zaginął? Jedynym bezpiecznym wyjściem z tej sytuacji było usunięcie go z drogi na czas wystarczająco długi, aby Spock mógł dokończyć swoje zadanie.
Przed kabiną Mordreaux stał Barry al Auriga, rozmawiając z dwoma, pełniącymi służbę, strażnikami. Cała trójka oficerów ochrony spojrzała na nich, jak na komendę.

- Przyszliśmy zobaczyć dr Mordreaux – jeżeli nadal jest tutaj, - odezwał się Ian.

Al Auriga zmarszczył brwi, ale trzymał swój temperament na wodzy.

- Tak, jest tutaj.
- Proszę odblokować drzwi.
- Nie, Barry, - wtrącił się McCoy. – Nie rób tego.

Wszyscy wpatrzyli się w doktora McCoy`a; Ian Braithewaite zbladł jak chusta.

- Mam prawo, - wyszeptał. – Jest pan…
- Mam już pana dosyć, - stwierdził McCoy. – Barry, zechciałbyś wziąć w areszt pana Braithewaite`a i zamknąć go w jego kajucie, dopóki nie nauczy się dobrych manier?
- Doktorze McCoy, - odrzekł al Auriga – to będzie dla mnie czysta przyjemność.
- Bądź delikatny, proszę.
- Będę obchodził się z nim w jedwabnych rękawiczkach.

Ian próbował wycofać się z zasięgu potężnego, masywnego oficera ochrony, lecz znalazł się w pułapce pomiędzy nim, McCoy`em i dwoma innymi strażnikami, stojącymi w gotowości.

- Pan nic nie rozumie! Mordreaux uciekł! McCoy i Spock pomogli mu w ucieczce! - Musiał patrzeć w górę, by spojrzeć w płonące oczy al Aurigi; minęły lata odkąd ostatni raz napotkał kogoś wyższego od siebie i widok zbliżającego się doń, górującego nad nim al Aurigi, był przerażający. Przycisnął płasko dłonie do chłodnej grodzi za swoimi plecami. - Oni zabili Jima Kirka! – mówił dalej. – Dowódca ochrony pomogła im to zaplanować, ale żądała za dużo, więc ją także zabili…

Al Auriga wyciągnął rękę i chwycił Braithewaite`a za gardło.

- Barry… - odezwał się McCoy.
- Nie zrobię mu krzywdy, - powiedział al Auriga. – Nie zrobię… - Głos mu się załamał. – Chyba, że powie jeszcze słowo. – Pochylił głowę i spojrzał wprost na Braithewaite`a, wpijając w niego swoje płonące, niesamowite, szkarłatne oczy. – Jeżeli powiesz choćby jeszcze słowo przeciwko Mandali, zabiję Cię.

Braithewaite zacisnął szczęki i wytrzymał wzrok al Aurigi w milczeniu, bez mrugnięcia okiem.
Dobrze, - pomyślał McCoy – jednak ma charakter, trzeba mu to przyznać.
Al Auriga pomaszerował ze swoim więźniem w głąb holu, skręcił na rogu w kierunku kabiny Iana i zniknął im z oczu.
McCoy docenił fakt, że Barry nie powiedział: „A nie mówiłem?”
Elaan
Użytkownik
#69 - Wysłana: 7 Lut 2013 13:38:31
cd.

Spock zmaterializował się na platformie transportera w blasku tęczowego światła. Zatrzymał się na moment, zanim zszedł w dół.
Transfer wyrwał go z czasu i przestrzeni, skręcając kontinuum i równie brutalnie obchodząc się z nim samym. Miał wrażenie, jakby każdy mięsień w jego ciele był poszarpany.
Zajęło mu to chwilę, zanim zdołał rozproszyć ból – chwilę dłużej niż powinno, jak stwierdził. Kiedy tylko się poruszył, czuł sztywność wszystkich mięśni; starał się pospieszyć, ale okazało się to prawie niemożliwe.

- Panie Spock?

Spock zamarł nie dłużej niż na sekundę, potem odwrócił się spokojnie w kierunku głównego inżyniera, ukrywając zmieniacz za plecami tak, by Scott nie mógł go zobaczyć.

- Pan Scott. Powinienem… spodziewać się pana.
- Wzywał mnie pan? Wszystko w porządku? Coś nie tak z transporterem?

Spock powiedział to, co pierwsze przyszło mu na myśl, zdawszy sobie natychmiast sprawę, że było to dokładnie to, co – jak twierdził na mostku Scott – powiedział mu Spock spotkany w hali transportera.

- Po prostu zauważyłem pewną niewielką fluktuację zasilania, panie Scott, - rzekł oficer naukowy. – Mogłoby to stać się powodem do skarg.
- Mogę wrócić i pomóc panu, - odrzekł Scott – jak tylko złożę kapitanowi Kirkowi raport w sprawie silników. – Zmarszczył brwi.
- To nie będzie konieczne, - stwierdził Spock. – Praca jest niemal ukończona.

Stał bez ruchu, nawet nie drgnął. Scott pozostał w drzwiach jeszcze przez chwilę, potem odwrócił się na pięcie i pozostawił Spocka samego.
Spock czekał, dopóki nie upewnił się, że hala transportera została poza zasięgiem wzroku głównego inżyniera.
Scott wsiądzie do turbo-windy z Ianem Braithewaite`m i kapitanem, a następnie – kilka minut później – Scott będzie tędy wracał.
Dopiero wtedy Spock będzie miał sposobność dostać się do windy nie zauważony – nikt inny bowiem nie przybył na mostek przed pojawieniem się dr Mordreaux – i czekać wewnątrz, aby przechwycić obłąkaną wersję profesora z przyszłości.
Spock dotknął swojego fazera. Wolałby nie być zmuszony do jego użycia, ale nie widział żadnego innego sposobu na trwałe zatrzymanie Mordreaux.
Powstrzymanie go tu i teraz byłoby bezużyteczne, gdyby mógł po prostu znów cofnąć się w czasie, gdzieś indziej, i tam zamordować kapitana.
Spock ukrył się w pobliżu windy, w cieniu narożnika grodzi.

- Ach, Spock, tak właśnie myślałem, że przyjdziesz tu po mnie.

Wolkanin obrócił się raptownie i znalazł się twarzą w twarz z dr Mordreaux - tym samym, nieco starszym Georgesem Mordreaux, który zjawił się na mostku Enterprise, ubranym w identyczny szary, więzienny uniform, jaki nosił jego odpowiednik, dzierżącym tę samą, paskudnie wyglądającą broń, którą planował użyć za kilka chwil.

- Powinienem był wiedzieć, że lepiej nie angażować Cię w to wszystko, ale musiałem odciągnąć Cię od tej przeklętej osobliwości, która sprawiła mi więcej kłopotów niż Braithewaite, Kirk i cała Federacja razem wzięci.
- Nie rozumiem, co pan ma na myśli, doktorze Mordreaux.

Mówiąc to, Spock powoli przesuwał dłoń w kierunku fazera.
Dr Mordreaux wskazał jego broń lufą swojego pistoletu.

- Proszę, nie rób tego. Nigdy nie chciałem nikogo skrzywdzić. Ja tylko próbuję utrzymać się z dala od większych kłopotów. Lecz nie masz pojęcia, jak skomplikowane mogą stać się pewne rzeczy. Dokonasz tylko jednej zmiany, a ona wprawia w ruch całą serię innych, których nie mogłeś przewidzieć…
- Profesorze, cierpi pan na poważne zaburzenia. Nie wolno panu wprowadzić w czyn pańskiego planu. Jest dokładnie tak, jak pan powiedział: uruchomi to cały łańcuch zdarzeń, których wcale pan nie chce.
- Nie, nie, to jedno zostanie naprawione.

Patrzył na Spocka przez długą chwilę, a oficer naukowy zdał sobie sprawę, że żaden z nich nie ma już jakiegokolwiek wyboru.
Jeżeli Spock nie powstrzyma profesora, profesor zabije go. I Jima Kirka także.
Rzucając się na bok, Spock wyciągnął fazer. Celując, usłyszał trzask pistoletu i poczuł uderzenie kuli. Wciąż próbując wycelować fazer, poleciał na gródź i osunął się na pokład.
Nie udało mu się. Przegrał.
Kiedy otworzył oczy, miał wrażenie, jakby mgła przesłaniała mu wzrok. Wiedział, że to jeden z symptomów działania pajęczyny.
Starał się zignorować perspektywę własnej śmierci, próbował coś zrobić, cokolwiek. Być może miał jeszcze czas, aby uratować życie Jima, by powstrzymać profesora Mordreaux…
Widział i czuł wici wyciągające się w kierunku jego bezwładnie rozrzuconych rąk, czuł ich łaskotanie na palcach.
Zerwał się, chwiejąc na nogach, byle uciec przed nimi i skończył na kolanach, ciężko dysząc.
Krew spływała mu po twarzy z głębokiego draśnięcia na skroni, zalewając oczy. Przetarł oczy rękawem i znów widział normalnie.
Pocisk z pistoletu-prządki wbił się w gródź, nie w jego ciało.
Włókna zaczęły rozwijać się w dół, szukając źródła ciepła i komórek nerwowych.
Kiedy patrzył, jak masa włókien, błyszczących w świetle niczym kłąb srebrnych nici, nadal zmierza ku niemu, wstrząsnął nim dreszcz.
Zupełnie niespodziewanie włókna, osiągnąwszy szczyt swego wzrostu, zacisnęły się, potem znów się rozluźniły, a ich połysk zblakł i ruch ustał.
Pajęczyna była martwa i tym razem straciła swoją ofiarę.
Spock starł krew z twarzy i oczu, koncentrując się przez chwilę na powstrzymaniu upływu krwi z rany postrzałowej. Był mokry od potu.
Doktor Mordreaux był w drodze na mostek.
Już w biegu, Spock chwycił swój fazer z miejsca, gdzie upadł, i ruszył w kierunku turbo-windy, nie dbając dłużej o to, czy ktoś go zobaczy, i czy będzie zastanawiał się, skąd on się tu wziął. Każda sekunda zdawała mu się godziną, zanim zjawiła się winda. Wpadł do środka.
Ruch windy trwał całą wieczność, wreszcie zwolniła i zatrzymała się na mostku. Drzwi rozsunęły się. Spock zrobił krok do przodu i zatrzymał się.
Poczuł zapach ludzkiej krwi i usłyszał pełen cierpienia oddech swego śmiertelnie rannego przyjaciela. Dr McCoy pracował gorączkowo. Nikt nie patrzył w kierunku otwartych drzwi windy.
Spock ponownie poczuł ogarniający go chaos; ponownie poczuł jak rozpaczliwie zespół medyczny próbuje uratować kapitana.
Czuł rurki i igły wchodzące w jego ciało, i ledwie tłumiony, świeży przypływ szkarłatnego bólu, gdy tlen wypełniał każdą komórkę.
Ale wszystkie te fizyczne przejawy zewnętrznego świata były drugoplanowe.
Pomimo sił witalnych Spocka, Jim oddalał się coraz bardziej. Umysły Jima Kirka i Spocka były połączone razem, lecz cała siła woli Wolkanina nie była w stanie zapobiec rozpadowi świadomości jego przyjaciela.
Jestestwo Kirka było miażdżone, a on nie mógł powstrzymać tej niszczycielskiej siły.

- Spock?
- Jestem tutaj, Jim.

Nie wiedział, czy usłyszał te słowa, czy tylko wyczuł je w swoim umyśle; nie wiedział, czy wyrzekł, czy tylko pomyślał odpowiedź. Czuł, jak zapada się w nicość wraz z Jimem.

- Spock…, - szepnął Jim – opiekuj się dobrze… moim statkiem.
- Jim…

Z ostatecznym, agonalnym wysiłkiem, prawie za późno, Jim Kirk szarpnął się, odsuwając od Spocka, zrywając więź i uwalniając go od własnego przerażenia i rozpaczy.
Fizyczny rezonans emocjonalnej siły cisnął Spocka do tyłu, na reling. Osunął się na pokład.
On i Jim Kirk znów byli rozdzieleni.
Kiedy drzwi windy zamknęły się automatycznie, odcinając Spocka od sceny, której miał nadzieję zapobiec, zdał sobie sprawę, że właściwie wpadł do niej, przewracając się do tyłu. Jego ciałem wstrząsało niekontrolowane drżenie.
Turbo-winda czekała cierpliwie, aż powie jej, na który pokład ma go zabrać. Ale tutaj nie miał już nic do zrobienia – nie było zupełnie nic, co mógłby uczynić.
Jego ręka drżała, gdy dotykał kontrolki zmieniacza, który przerzuci go z powrotem na przynależne mu miejsce; zniknął z tego strumienia czasu.
Jim Kirk był martwy.
Elaan
Użytkownik
#70 - Wysłana: 7 Lut 2013 19:11:36 - Edytowany przez: Elaan
cd.

Przeskok przeciągnął Spocka ponownie przez kontinuum z tą samą, szarpiącą mięśnie potęgą, jakiej już wcześniej doświadczył.
Zmaterializował się na platformie transportera i walczył, aby utrzymać równowagę. Kiedy zachwiał się, McCoy złapał go i podtrzymał.

- Dobry Boże, Spock, co się stało?
- Zawiodłem, - odrzekł. Jego głos brzmiał ochryple. – Oglądałem na nowo śmierć Jima.

McCoy zawahał się na moment, próbując wymyślić coś, co mógłby powiedzieć. Nie znalazłszy niczego, wrócił do spraw praktycznych.

- Chodź. Trzeba doprowadzić Cię do porządku.

Zarzucił sobie ramię Wolkanina na kark i nadal go podtrzymując, pomógł Spockowi opuścić halę transportera.

- Panie Spock! – Wejrzenie Spocka, jego twarz i bluza pokryte na wpół zakrzepłą, zieloną krwią, zdumiały Christine Chapel. – Co się stało?
- Spadł z łóżka, - rzucił ostro McCoy i natychmiast pożałował swojego tonu. – Przykro mi, siostro. Nie chciałem być niemiły. Proszę podać mi tackę i zobaczyć, czy nie znajdzie pani tej hybrydowej skóry syntetycznej, którą wypreparowałem.

Pomógł Spockowi usiąść. Chapel przyniosła tacę z instrumentami i wyszła bez słowa.
Cóż, - pomyślał McCoy – zasłużyłem na oziębłe traktowanie.
Rozluźnił pasek zmieniacza czasu, zsunął urządzenie i odłożył na bok, potem zaczął zmywać krew z twarzy Spocka.

- Co tam się wydarzyło? To wygląda jak rana postrzałowa.
- Bo jest, - odrzekł Spock, nie patrząc McCoy`owi w oczy. – Spotkałem doktora Mordreaux z przyszłości. Nie udało mi się go zatrzymać.
- Wygląda na to, że on niemal zatrzymał Ciebie. – McCoy raptem zdał sobie sprawę, co musiało się wydarzyć. – Spock… czy Ty nie zostałeś postrzelony z tej samej broni…?

Spock potwierdzająco skinął głową.
McCoy gwizdnął cicho i przeciągle.

- Jesteś szczęściarzem. Ale jednak widziałeś go?
- Tak.
- Jesteś pewny…
- Że to był ten z przyszłości? Tak, doktorze McCoy. Tym razem miałem okazję obserwować go dłużej. To był… inny dr Mordreaux. – Spojrzał pytająco na McCoy`a. – Czyżby miał pan wątpliwości co do tego, kogo tam znajdę?
- Cóż, miło jest mieć jakieś potwierdzenie.

Spock zamilkł na kilka chwil, podczas gdy McCoy oczyszczał ranę po pocisku.

- Muszę wrócić jeszcze raz.

McCoy zacząl protestować, lecz nic, co mógłby powiedzieć – wskazując, że prawdopodobnie Spock stracił prawie litr krwi, i mówiąc mu, że obaj znaleźli się pod zarzutem morderstwa, zdrady i badań nad zakazaną bronią – nie zatrzymałoby Wolkanina na tyle długo, by zdołał w pełni odzyskać siły.
Poza tym, w tym momencie ich zapewne jedyną szansą było wrócić i spróbować ponownie. McCoy zostanie tutaj, kryjąc poczynania Spocka, aby – w innych okolicznościach byłby w stanie śmiać się z tego – dać mu trochę czasu.

- Zamierzasz ponownie cofnąć się w czasie do tego samego miejsca?

Spock rozważał alternatywy, choć ich liczba była ograniczona.

- Nie, - powiedział w końcu. – Dr Mordreaux z przyszłości powiedział coś, co prowadzi mnie do przypuszczenia, że to on jest odpowiedzialny za wezwanie Enterprise na Aleph Prime. Moje obserwacje dotyczące osobliwości korelują w jakiś sposób z jego pracami, najwyraźniej stawiając go w niekorzystnym położeniu.
- To znaczy, że tym kto skierował nas tutaj nie był ani Braithewaite, ani Gwiezdna Flota, lecz dr Mordreaux?
- Doktor Mordreaux z przyszłości. Tak. Uważam, że taka właśnie jest prawda.
- Zdołasz przenieść się tak daleko? To całkiem spory dystans, poza tym oddalony w czasie. Kiedy zniknąłeś poprzednio, pogrążyłeś cały statek w egipskich ciemnościach.
- Jeżeli nie będę mógł czerpać energii z silników warp, będę musiał zawrócić Enterprise i powrócić na Aleph Prime – czyli na pozycję na jej orbicie, z której przyszedł sygnał.

Christine Chapel weszła i położyła pakiet syntetycznej skóry; McCoy i Spock zamilkli raptownie. Obrzuciła ich dziwnym spojrzeniem i wyszła ponownie.

- Scotty nie będzie zachwycony, kiedy usłyszy, że chcesz uruchomić silniki warp. A my będziemy mieć trudności z wyjaśnieniem, dlaczego chcemy zawrócić okręt.
- Nie zamierzam informować pana Scotta o moich planach; jeśli ukończył naprawę choćby jednego silnika warp, to uzyskanie jego zgody, aby wykorzystać jego moc, nie będzie potrzebne.
Nie widzę również żadnego powodu, dlaczego miałbym wyjaśniać zmianę kursu statku, oprócz stwierdzenia, że jest to konieczne.


McCoy otworzył pakiet i wyciągnął syntetyczną skórę za pomocą sterylnych szczypczyków. To był pierwszy raz, kiedy miał okazję ją wypróbować i niepokoił się, czy to zadziała.
Jeśli komórki zostały połączone prawidłowo, organizm Spocka nie odrzuci skóry, jak miało to miejsce w przypadku pełnej krwi ludzi i Wolkan.
Ponieważ Spock był jedynym mieszańcem wolkańsko-ludzkim w pobliżu – przynajmniej jedynym, którego znał McCoy – wartość przeszczepu tkanki do jego unikalnego systemu immunologicznego była czymś nadzwyczajnym.
Zakrył długą, wąską ranę i spryskał przezroczystym bandażem.

- Prawie nie widać, - rzekł, dość z siebie zadowolony. – Będę chciał sprawdzić codziennie jak… - jego głos zamarł, gdy brew Spocka powędrowała ku górze. – Racja, - stwierdził. – Nie będzie Cię tutaj. Mnie też tu nie będzie. Mam nadzieję.

Spock podniósł się na nogi.

- Muszę dowiedzieć się, co z silnikami warp…
- Jesteś pogrążony we śnie, pamiętasz? Spock, to rozkaz. Położysz się tutaj i zostaniesz, dopóki nie wrócę. Dowiem się, co z silnikami warp i przyniosę Ci jakieś czyste ubranie. Zrób mi przysługę i powiedz komputerowi, aby wpuścił mnie do Twojej kabiny. Nie będę musiał uruchamiać procedury ręcznego sterowania zamkiem.
- Komputer nie blokuje drzwi do mojej kajuty, doktorze McCoy.
- Co takiego?
- Moja kabina nie jest zamknięta. Wolkanie nie używają zamków.
- Ale Ty nie jesteś Wolkaninem.
- Jestem tego świadomy. Lecz nie widzę żadnego powodu, by zachowywać się odmiennie w kwestii zamków - podobnie jak nie widzę żadnego powodu, aby zmieniać swoje zachowanie pod innymi względami.

McCoy spojrzał na niego z niedowierzaniem.

- Prawie wszyscy na Enterprise są naprawdę uczciwi, lecz wydaje mi się, że zbytnio ufasz szczęściu.
- Szczęście nie ma tu nic do rzeczy. Zauważyłem, że ludzie zachowują się tak, jak się tego od nich oczekuje.
- Większość z nas być może, ale…
- Doktorze, czy mamy czas na filozoficzną dyskusję?
- Nie, chyba nie. – McCoy niechętnie zrezygnował z argumentu, zamierzając powrócić do tej dyskusji przy pierwszej nadarzającej się okazji. Potem przypomniał sobie, że jeśli wszystko pójdzie dobrze, nigdy nie będzie ku temu sposobności. – W porządku, nieważne. Odpocznij kilka minut, słyszysz? Zaraz wracam.

Kiedy McCoy opuścił ambulatorium, Spock położył się na jednej z koi w izdebce. Wciąż musiał uważać, by nie zasnąć, ale rozpaczliwie potrzebował fizycznego odpoczynku.
Nie chciał przyznać się do bólu. Lecz mógł go ignorować tylko jakiś czas; był to bowiem fizjologiczny objaw niebezpieczeństwa.
Podczas gdy jego ciało odpoczywało, on starał się zachować czujność umysłu.
Rozmyślał o zbiegach okoliczności, które zdawały się leżeć u podstaw wszystkich tych spraw.
Enterprise nie został wezwany na Aleph Prime przypadkowo; dr Mordreaux wymyślił sposób, aby ściągnąć ich na stację. Była to oznaka silnego, istotnego związku pomiędzy pracami profesora a efektem entropii, który Spock odkrył jako produkt uboczny swoich obserwacji osobliwości.
Przebłysk intuicji wstrząsnął nim, niczym szok elektryczny, a on zrozumiał nagle jaki nowy czynnik zastosował dr Mordreaux w swoich pracach.
To był bezpośredni rezultat podróży poprzez czwarty wymiar, a nie żaden produkt uboczny. Osobliwość, która została stworzona, była jedynie spektakularną fizyczną manifestacją podróży w jedną stronę poprzez czas przyjaciół dr Mordreaux.
Spock nie mógł pojąć, dlaczego nie zrozumiał tego wcześniej. Być może był zbyt skłonny zaakceptować ludzkie zapatrywania na zbiegi okoliczności; albo prawdopodobnie związek ten był zbyt oczywisty, aby łatwo było go dostrzec.
Teoretyczne sprzężenie pomiędzy istnieniem nagich osobliwości, a możliwością podróży w czasie, znane było od stuleci.
Odkrycie tego wzajemnego powiązania wydawało się poprzedzać odkrycie zasad leżących u podstaw podróży międzygwiezdnych praktycznie we wszystkich społeczeństwach technologicznych.
Lecz efekt entropii był czymś nowym, i stanowił o wiele bardziej katastrofalny skutek przemieszczenia czasowego. Przyjaciele dr Mordreaux będą musieli powrócić do swojego własnego czasu, by naprawić rozdarcie w kontinuum, które spowodowała ich podróż.
Spock nie miał możliwości ocenić, jak dr Mordreaux przyjąłby tę nową informację, ani nawet czy uwierzyłby w nią. Mógłby odmówić przyjęcia jej do wiadomości, postrzegając ją jako nic więcej, aniżeli kolejną próbę Spocka nakłonienia go do zdrady przyjaciół.
Wolkanin zaczął zdawać sobie sprawę, jak wysoka była stawka, na którą postawił swój honor.
Elaan
Użytkownik
#71 - Wysłana: 8 Lut 2013 17:09:57
cd.

McCoy zatrzymał się tuż po wejściu do maszynowni. Powietrze pełne było zapachu ozonu, nadpalonej izolacji i stopionych półprzewodników.
Scott siedział w swoim biurze, pochylony nad konsolą komputera; jeżeli rzeczy miały się tak źle, że nie mógł przystąpić do napraw niezwłocznie – niemal instynktownie, tak jak to robił zawsze, jak dalece McCoy sięgał pamięcią – to sprawy wyglądały rzeczywiście niedobrze.

- Witaj, Scotty, - odezwał się McCoy. – Co z…

Urwał wpół słowa swoje, wypowiedziane nonszalanckim tonem, powitanie, gdy Scott wyprostował się sztywno w swoim fotelu. McCoy wiedział, że główny inżynier jest wściekły, jeszcze zanim ten się odwrócił.
Zrobił to powoli, wciąż siedząc na krześle, odepchnąwszy się lewą dłonią, która była tak mocno zaciśnięta na krawędzi konsoli, że całe jego przedramię drżało.

- Scotty, - zapytał ostrożnie McCoy – o co chodzi, coś się stało?
- Nic takiego.
- Daj spokój. Chodzi o tę przeklętą sprawę dowodzenia? Nie prosiłem się o to – jestem pewien, że pan Spock nawet nie pomyślał o tym, jak Ty się poczujesz. On po prostu wybrał układ, który uznał za najbardziej efektywny.
- To nic takiego, - powtórzył Scott. – Nic, o czym warto wspominać. Czego pan chce? Nie mam czasu na pogawędki.

W porządku, ty uparty Szkocie, - pomyślał McCoy – jeśli chcesz pogrywać w służbowym stylu, to mam parę lat więcej doświadczenia w tej grze, niż Ty.

- Widzę to, panie Scott, - rzekł McCoy. – Oczywiście, nie chcę marnować pańskiego cennego czasu. Proszę mi po prostu podać aktualny stan silników, impulsowych i warp.

Scott spojrzał, zaskoczony odpowiedzią McCoy`a, jak gdyby zablefował i nie spodziewał się, że McCoy podejmie wyzwanie i przejdzie do ofensywy.
McCoy także czuł, że nie zareagował tak, jak Scott na to liczył, ale zupełnie nie miał pojęcia, o co chodzi Scottowi właśnie teraz.
I tak jak Scott nie miał czasu na pogaduszki, McCoy nie miał czasu na odgrywanie sesji u psychiatry, ani nawet na kolejną próbę załatania inżynierskiego ego.

- Silniki impulsowe ledwie funkcjonują, - odrzekł Scott. – Jeżeli moi ludzie będą pracować przez całą dobę, to będzie można opóźnić ich wyłączenie do czasu, aż dotrzemy do Kolonii Rehabilitacyjnej nr 7 i zawrócimy. Ale załoga maszynowni już pracuje całodobowo od wielu dni, i ludzie są wyczerpani.
- Czy wie pan, co spowodowało zaciemnienie? – McCoy zapytał o to, ponieważ pomyślał, że Scott oczekiwałby takiego pytania.
- Drenaż mocy. To było tak, jak gdyby ktoś kierował strumień zasilania do transportera i przesyłał ogromne ilości energii elektrycznej wprost w przestrzeń kosmiczną.
- Cóż, to nie powinno się zdarzyć, - powiedział szybko McCoy, mając nadzieję, że uda mu się odwrócić uwagę Scotta od informacji, których inżynier poznać nie powinien. – To nie ma sensu.
- Rzeczywiście, to nie ma sensu.
- Co zatem z silnikami warp? – McCoy zadał pospiesznie kolejne pytanie, zanim rozmowa znów zboczy na niebezpieczne tory.
- Nie możemy zwolnić w normalnej przestrzeni przy użyciu silników warp.
- Nie o to pytałem. Jeśli pójdę na mostek i poproszę o lot z prędkością warp 4 w kierunku… w kierunku Arcturusa, dostanę to, co chcę?

Scott otworzył usta, ale nie wyrzekł ani słowa. Wreszcie udało mu się wydać jakiś niezdecydowany pomruk.

- Tak jest, - rzekł. – Tak, dostanie pan.
- Dziękuję, panie Scott. To wszystko, co chciałem wiedzieć.
Elaan
Użytkownik
#72 - Wysłana: 8 Lut 2013 17:27:37 - Edytowany przez: Elaan
cd.

McCoy zdał sobie sprawę, że Spock będzie bardziej niż trochę rzucał się w oczy na Aleph Prime, mając na sobie mundur Gwiezdnej Floty z insygniami Enterprise; zjawiłby się na stacji zanim ich okręt został tam w ogóle wezwany.
W najlepszym razie byłoby to kłopotliwe, gdyby Spock został aresztowany i oskarżony o absencję bez oficjalnego urlopu.
McCoy czuł się nieswojo przeszukując garderobę Spocka, a wysoka temperatura w kabinie Wolkanina sprawiała, że ociekał potem.
Lecz w pewnej chwili dostrzegł szatę o mniej wojskowym kroju. W głębi, za bluzami mundurowymi i wyjściowymi kurtkami, znalazł kilka tunik w bardziej nieformalnym stylu.
Wrócił do ambulatorium, niosąc pod pachą zawiniątko z czystym ubraniem i mając nadzieję, że po drodze nikt o to nie zapyta.

- Spock?

W półmroku izdebki Spock płynnym ruchem uniósł się i usiadł, całkowicie świadomy i czujny. Nie wyglądał już tak mizernie jak wtedy, gdy McCoy podtrzymał go przed upadkiem z platformy transportera.
McCoy przyjrzał się skroni Spocka: syntetyczna skóra trzymała się dobrze.

- Tutaj jest strój, który znalazłem dla Ciebie, - powiedział McCoy, wręczając mu ciemnobrązową tunikę. – Mniej rzuca się w oczy, niż błękit oficera okrętu gwiezdnego.

Spock wziął ubranie z trudnym do określenia wyrazem twarzy, ale nie zgłosił zastrzeżeń do wyboru McCoy`a.

- Czy silniki warp są gotowe do działania?
- Pan Scott mówi, że są.

Tunika została wykonana z jakiegoś jedwabistego materiału, zebranego u mankietów, ze skromnym, złotym zdobieniem przy nadgarstkach i kołnierzyku.
Spock włożył ją.

- Nie widziałem, abyś nosił ją wcześniej.
- Noszenie jej na Enterprise nie byłoby właściwe.
- Bardzo twarzowa. Pasuje do Twoich oczu.

Spock podniósł zmieniacz czasu i wstał.

- Nie chciałbym pozostawić pańskiej ciekawości niezaspokojonej, doktorze. Tę tunikę podarowała mi moja matka.

Przeszedł obok McCoy`a i opuścił ambulatorium. Po chwili McCoy podążył za nim.

- Nie ma potrzeby, by mi pan towarzyszył, doktorze McCoy, - powiedział Spock, gdy lekarz zrównał się z nim.

Oficer naukowy rozpoczął ustawianie kontrolek zmieniacza, odruchowo zmierzając we właściwym kierunku.

- Jak długo nie będzie Cię tym razem?

Spock zatrzymał się.

- Nie potrafię powiedzieć, - rzekł powoli. – Nie mogę… nie jest możliwe wyliczenie tego.
- Doktor McCoy wzywany na mostek, - rozległ się głos komputera pokładowego. – Zbliża się statek. Doktorze McCoy, proszę zgłosić się na mostek.
- Och, Boże, nie teraz, - jęknął McCoy.
- Najlepiej będzie, jeśli pan odpowie, doktorze. Nastąpi kolejne zaciemnienie i zanik mocy na okręcie, poważniejszy niż ostatnio, i pańska obecność będzie niezbędna gdzie indziej. Ja nie potrzebuję… komitetu pożegnalnego.
- W porządku, - odrzekł McCoy, zdając sobie sprawę, że jego chęć towarzyszenia Spockowi do przesyłowni nie miała żadnego realnego i logicznego powodu. – Ale, jeżeli będę musiał ściągnąć Cię z powrotem, jak długo powinienem czekać tym razem?
- Co najmniej dwanaście godzin, lecz nie dłużej niż czternaście. Zmieniacz czasu nie zapewni wystarczającej energii, aby przerzucić mnie z powrotem na odległość, jaką w tym czasie przebędzie statek.
- Dobry Boże – to znaczy, że zmaterializowałbyś się gdzieś w przestrzeni kosmicznej?
- To możliwe. Jednakże, istnieje większe prawdopodobieństwo, że wiązka powrotna zostałaby rozproszona i rozrzucona w szerokim zakresie przestrzeni i czasu…
- Nieważne, nie przejmuj się, - rzekł McCoy szybko. – Nie dłużej niż czternaście godzin.
- Doktor McCoy wzywany na mostek, - znów rozległ się głos komputera. – Doktorze McCoy, proszę odpowiedzieć.
- Czy to moja wyobraźnia, czy w słowach komputera rzeczywiście pobrzmiewa jakiś histeryczny ton?
- Integralność bazy danych komputera została poważnie naruszona, - stwierdził Spock. – A niestety, nie miałem możliwości, aby naprawić szkody wyrządzone przez nagły zanik zasilania.
- Czyżbyś zaniedbał swoje obowiązki? – rzucił McCoy i zaraz, zanim Spock zdążył odpowiedzieć mu z całą powagą, dodał – Nie miałem tego na myśli, przepraszam, myślę, że sam już jestem lekko rozhisteryzowany.
- Proszę zgłosić się na mostek, doktorze. – Powiedziawszy to, Wolkanin odwrócił się na pięcie i odszedł.
- Niezidentyfikowany statek zbliża się, - komputer odezwał się ponownie. – Fazery w gotowości.
- Och, witaj smutku, - westchnął McCoy i pospieszył w kierunku turbo-windy.

***

Spock, zanim dotarł do hali transportera, zatrzymał się na chwilę, by pomyśleć.
Mógł wrócić na Aleph Prime i zapobiec wezwaniu Enterprise na stację; albo mógł porozmawiać z doktorem Mordreaux jeszcze raz i przedstawić mu dowód, który być może przekonałby go, aby zwolnił Spocka z obietnicy. To było, bez wątpienia, najbardziej logiczne posunięcie.
Elaan
Użytkownik
#73 - Wysłana: 11 Lut 2013 20:11:29
cd.

Podczas gdy McCoy anulował automatyczne nakierowanie fazerów na cel, nieznana jednostka, która zaalarmowała czujniki okrętu, podeszła na tyle blisko, by być widoczną na głównym ekranie.
Był to mały i szybki, ruchomy, srebrny punkcik na tle pola gwiazd.
Kto to jest? Skąd się tu wziął? – McCoy zastanawiał się, czy Braithewaite`owi udało się wysłać wiadomość na Aleph Prime i wezwać posiłki, przyczyniając im jeszcze większych kłopotów.
Zarówno Chekov jak i Uhura byli już po służbie, a McCoy nie mógł przypomnieć sobie nazwisk młodziutkich chorążych, którzy przejęli ich stanowiska.

- Odebraliśmy transmisję, doktorze McCoy, - odezwał się oficer łączności z drugiej zmiany.
- Dajcie to na ekran.

Ekran zamigotał i przed jego oczami pojawiła się postać kapitan Hunter.
Na krawędzi obrazu McCoy dostrzegł pana Sulu, milczącego i ponurego, z wyrazem cierpienia w szklistych od łez oczach.
Hunter wyglądała niewiele lepiej. McCoy wiedział dokładnie jak ona i Sulu muszą się teraz czuć: tak samo, jak on czuł się w noc śmierci Jima.
Pod wpływem nagłego impulsu zapragnął powiedzieć im - powiedzieć wszystkim – że wszystko będzie dobrze, że zrobimy to wszystko jeszcze raz, tak jak trzeba. Jakoś.
Lecz, jak dotąd, nic się nie wydarzyło, nic się nie zmieniło. Nie nastąpił ponowny zanik zasilania. Gdzie był Spock?
Być może nigdy nic się nie zmieni. Być może strumień czasu potoczy się dalej bez zmian, z martwymi Jimem Kirkiem i Mandalą Flynn; a jeśli Spockowi udało się zrobić cokolwiek, to nie będzie to nic więcej, aniżeli początek jakiejś alternatywnej wersji rzeczywistości.
Podejrzenie beznadziei wywołane przez niepewność sprawiło, że w oczach McCoy`a zapiekły łzy.

- Pani kapitan Hunter, - odezwał się smutno. – Witam, panie Sulu.
- Witam, doktorze McCoy, - odrzekła Hunter. Sulu skinął głową, jakby nie ufał własnemu głosowi.
- Przykro mi, że musimy widzieć się znowu w takich okolicznościach.
- To nie jest to, na co i ja miałam nadzieję. Czy możemy przesłać się na pokład?
- Oczywiście, - odpowiedział McCoy. Potem zdał sobie sprawę, że popełnił błąd. Pomijając fakt, że Spock prawdopodobnie nie dokonał jeszcze przeskoku, McCoy nie miał pojęcia, czy transporter nadal nadaje się do normalnego użytku. – Kapitanie, - dodał szybko – po namyśle sądzę, że będzie lepiej, jeżeli zadokujecie na Enterprise. Właśnie mieliśmy poważną awarię zasilania i wolałbym nie korzystać z transportera, dopóki wszystkiego nie uporządkujemy.
- Jak pan woli, - odpowiedziała Hunter.

Hunter obróciła swój mały, krępy stateczek kurierski, ustawiając go rufa w rufę z Enterprise, aby płynnie doszlusować do portu dokującego. McCoy czekał na nią, gdy wyłoniła się z wnętrza swojego statku, stojącego w polu grawitacyjnym większej jednostki, i zeskoczyła na pokład.
Sulu, znacznie wolniej, podążył za nią.

- Pani kapitan, - powitał ich McCoy. – Panie Sulu.
- Och, bogowie, doktorze, - odezwała się Hunter – nie mogę znieść tych militarnych bzdur w takiej chwili. Czy nie możemy być trochę bardziej nieformalni? Po prostu Hunter. Czy ludzie mówią do Ciebie Leonard?
- Czasami. Tak będzie dobrze.
- Dziękuję. Co się tu właściwie stało?

McCoy westchnął.

- Wyjaśnienie tego trochę potrwa, Hunter. Chodźmy i usiądźmy, by porozmawiać.
- Dobrze.

Żadne z nich nie zauważyło, kiedy Sulu odłączył się od nich, na długo przedtem, zanim doszli do salonu oficerskiego.

***

Sulu nawet nie pomyślał, że mógłby zostać, by wysłuchać tych wyjaśnień.
Wszystko, co wiedział, wszystko, co potrzebował wiedzieć, to fakt, że Mandala nie żyje.
Zatrzymał się przy drzwiach pomieszczenia stazy, zbierając siły i odwagę, aby wejść do środka. Wreszcie podszedł na tyle blisko, by zareagowały czujniki i drzwi otworzyły się.
Wewnątrz dwie komory lśniły łagodnym światłem, ich pola energetyczne stabilizowały znajdujące się w nich ciała. Zostały oznaczone chłodnymi, służbowymi tabliczkami: KIRK, JAMES T., KAPITAN oraz FLYNN, MANDALA, KOMANDOR PORUCZNIK.
Sulu złożył hołd swemu byłemu dowódcy w pełnym szacunku milczeniu, przesunąwszy delikatnie opuszkami palców po wyrytych na plakietce literach.
W końcu, z wielkim ociąganiem, otworzył komorę, w której leżało ciało Mandali.
Całun niebieskiego światła płonął wokół niej.
Pajęczyna nie przynosiła lekkiej śmierci i nie pozwalała na łatwe wspomnienia tym, którzy zostali.
Sulu widział zmagania, jakie stoczyła, nawet w jej twarzy o niewidzących oczach. Walczyła: do końca swojego życia nigdy się nie poddała.
Jej rozpuszczone włosy opadały swobodnie; wiły się gęstymi splotami wokół jej twarzy i ramion.
Sulu wsunął rękę poprzez ochronne pole energii, by dotknąć jej policzka, by poprawić pukiel jej włosów. Jej rubinowy pierścień na jego palcu zalśnił czarno w błękitnym świetle, a jego złote pasemka rozbłysły.
Pragnął móc zamknąć jej oczy. Wiedział, że nie potrafi.
Osunąwszy się na podłogę, Sulu przyciągnął kolana do piersi, otoczył je ramionami i ukrył twarz.
Długo później, pogrążony w marzeniach i wspomnieniach, poczuł na ramieniu czyjś dotyk. Zaskoczony, podniósł wzrok.
Barry al Auriga przykucnął obok niego, wpatrując się weń w milczeniu.

- Powinienem tam być, - odezwał się Sulu. – Na mostku.
- By umrzeć razem z nią? Nie chciałaby tego.
- Co Ty możesz o tym wiedzieć?

Zaskoczyła go gwałtowność własnej reakcji i próbował się odwrócić.
Dłoń Barry`ego zacisnęła się na jego ramieniu.

- Podzielam Twój smutek, - rzekł. Sulu znów spojrzał wprost w jego twarz. - Nie godzi się zakochać w dowódcy swojej sekcji, - powiedział Barry. – A ja widziałem, że Ty… I widziałem, że ona pragnęła Ciebie. Nie mogłem nic powiedzieć. Ale podzielam Twój smutek.

Sulu chwycił Barry`ego al Auriga za przedramię.

- Przykro mi. Nie wiedziałem…

Al Auriga potrząsnął głową w przeczącym geście.

- Nie rób tego, nie trzeba. To nie ma teraz znaczenia. – Podniósł się, zmuszając Sulu, by wstał wraz z nim. – Chodźmy. To nie jest odpowiednie miejsce, aby ją wspominać. - Sulu zamknął pokrywę komory stazy. To było już dla niego zbyt wiele. Stał tyłem do al Aurigi, obie dłonie przycisnął mocno do ściany, starając się opanować cicho płynące łzy. - Chodźmy, - powtórzył Barry.
Otoczył Sulu ramieniem, niczym brat; on także płakał.
Elaan
Użytkownik
#74 - Wysłana: 13 Lut 2013 16:57:29 - Edytowany przez: Elaan
Rozdział 7.

Hunter słuchała, jej twarz była jak maska. McCoy nie umiałby powiedzieć, co myślała, ani jak dalece wierzyła w opowieść, którą jej przedstawił. Była nieprzenikniona.
Lecz sam był aż nazbyt świadomy, jak naciągana jest jego relacja, jak wiele elementów nie przystaje do siebie, jak wiele w niej luk i przemilczeń. Skończył i wypił swojego drinka długim haustem.
Hunter obracała w palcach swój czarny, zakończony piórem warkocz.

- W porządku, Leonardzie, - rzekła w końcu. – Teraz prawdę, proszę. - Zamrugał zaskoczony. Nie miał pojęcia, co powiedzieć; jej niedowierzanie było zbyt oczywiste. - Jesteś bardzo marnym kłamcą. - Nadal nie potrafił odpowiedzieć. Hunter pochyliła się do przodu, opierając łokcie na kolanach i przemówiła z gniewną szczerością. - Mogłabym przeprowadzić ten okręt przez dziury w tej historii. Tajemniczy wspólnicy, znikająca broń i Zmiennokształtny, zatruwający jedzenie? Oczekujesz, że uwierzę, iż Mandala Flynn tolerowała jako swojego zastępcę kogoś, kto nie potrafi znaleźć choćby strzępka użytecznej informacji w ciągu dwudziestu czterech godzin? Była zbyt ambitna, aby dobrać sobie niekompetentnego zastępcę – musiałaby być idiotką, aby to zrobić. Zakładam, że zwodzisz al Aurigę tak samo, jak próbujesz zwodzić mnie. Lecz jest pewna różnica: możesz być jego przełożonym, ale nie jesteś moim. Gdzie jest pan Spock? Gdzie jest Ian Braithewaite, skoro już o tym mowa?
- Cóż, dopóki Spock trochę nie odpocznie…
- Nie! Nie znowu! Jego kapitan nie żyje, zbrodnia nie jest wyjaśniona, on przejął dowództwo, a Ty chcesz, bym uwierzyła, że poszedł spać na trzy dni? Nawet gdyby to zrobił, to nastąpiła całkowita awaria zasilania, wokół pełno niesprawnych komputerów – a Ty chcesz, bym uwierzyła, że Wolkanin, oficer naukowy, pogrążony jest we śnie? Daj spokój!
- Po tak długim…
- Doktorze McCoy, - powiedziała, a chłód w jej glosie wstrząsnął nim – doktorze McCoy, nie ma nic mistycznego w nadrabianiu snu. Znam te techniki. Prawdopodobnie sam mógłby się pan ich nauczyć. Spock nie jest w stanie katatonii, nie jest też w jakiegoś rodzaju transie, z którego wyrwanie mogłoby spowodować uszczerbek na jego zdrowiu. Może się obudzić – i obudziłby się w okolicznościach, które pan opisał.

McCoy poczuł, jak jego dłonie robią się zimne, a krople potu spływają mu po bokach.
Gdyby powiedział jej prawdę… Wiedziała zbyt wiele o statku i jego załodze, aby dać się oszukiwać tak długo jak Braithewaite, a on nie mógł zamknąć jej w kajucie.
Lecz nie sądził także, by mu uwierzyła, i nie mógł zaryzykować próby przekonania jej, że mówi prawdę. W desperacji próbował raz jeszcze wprowadzić ją w błąd. Wszystko, co musiał zrobić, to dać Spockowi więcej czasu.
Lecz gdzie był i co robił oficer naukowy?
Z każdą mijającą sekundą, z każdym przypadkowym dźwiękiem, McCoy oczekiwał zaniku energii, gdy Spock znów dokona przeskoku. Dlaczego wciąż był na pokładzie?

- Hunter, - odezwał się McCoy delikatnie – nikt z nas nie zachowywał się zbyt racjonalnie od czasu śmierci Jima. Wiem, jak się czujesz, naprawdę to rozumiem, ale myślę, że reagujesz nieco zbyt emocjonalnie… - Hunter wstała. McCoy, nie zważając na to, mówił dalej. – Wiem, jak bliscy byliście sobie Ty i Jim. Powiedział mi… ubiegłej nocy pierwszy raz opowiedział mi o Tobie. - Wyraz jej twarzy nie zmienił się. Patrzyła wprost na niego. – Wiedział, że popełnił błąd, odrzucając zaproszenie do waszej partnerskiej rodziny. Chciał sam Ci to powiedzieć, ale kiedy został ranny wiedział, że umiera. Wiedział, że nigdy Cię już nie zobaczy. Prosił mnie…
- Zamknij się.
- Chciał, żebyś to wiedziała.
- Nie wierzę Ci, - rzekła, a jej głos zabrzmiał kompletnie płasko i bezbarwnie.
- To prawda.
- Nie powiedziałeś mi ani jednego słowa prawdy, odkąd przybyłam na pokład, - stwierdziła Hunter. – Jim ufał Ci – ufał Ci bardziej, niż komukolwiek innemu, łącznie ze mną. Ale przysięgam, że nie wiem dlaczego.

Ruszyła ku wyjściu z salonu oficerskiego.
McCoy zerwał się i chwycił ją za ramię. Zaskoczona, obróciła się i przyjęła pozycję do ataku tak szybko, że niemal go uderzyła. Lecz po chwili się pohamowała, opuściła ręce i znowu odwróciła się do niego plecami.

- Dokąd idziesz?

Nie odpowiedziała, ale McCoy podążył za nią. Rychło zdał sobie sprawę, że zmierza do kabiny Mordreaux.

- Nie ma sensu próbować rozmawiać z Mordreaux. – Przemówił z pośpiechem; jego głos zabrzmiał jeszcze mniej przekonująco, aniżeli słowa. – Jest całkowicie niekomunikatywny. Jest…
- Nie okłamuj mnie więcej, Leonardzie, - odparła Hunter. – Albo powiedz mi prawdę, albo po prostu bądź cicho.
Elaan
Użytkownik
#75 - Wysłana: 13 Lut 2013 17:11:20
cd.

Ian Braithewaite jeszcze raz próbował otworzyć na siłę drzwi swojej kabiny i ponownie mu się nie udało. Zamek przestał reagować na polecenia głosowe.
Zablokowany terminal komunikacyjny uniemożliwiał mu połączenie z kimkolwiek; nie mógł skontaktować się z panem Scottem.
Pełen frustracji i wściekłości uderzył pięściami w drzwi. Jego głos stał się już ochrypły od krzyków za każdym razem, gdy ktoś mijał jego kabinę.
McCoy naprawdę go podszedł tą sentymentalną, poruszającą opowiastką o uczynieniu zadość ostatniej woli najlepszego przyjaciela. W porządku. Ten człowiek był wytrawnym aktorem. Ian powinien był pamiętać, że jest to talent kultywowany przez większość lekarzy, a McCoy znakomicie wykorzystał swoje zdolności.
W przedziwny sposób Ian podziwiał go, choć nie przychodziło mu to łatwo. Doktor realizował swoje cele z pewnym polotem. Oskarżyciel uświadomił sobie wreszcie, że żadnych działań McCoy`a, nie można wybaczyć, ani usprawiedliwić; jakkolwiek zdenerwowany i rozstrojony był lekarz w chwili śmierci Kirka, to szybko zdołał się z nią pogodzić. Potencjalne zyski z porwania Enterprise i wykorzystania zmieniacza czasu, niewątpliwie uspokoiły jego boleść i sumienie.
Ian czuł się całkowicie bezradny, tak bezradny, jak był w żelaznym uchwycie al Aurigi.
Oficer ochrony nie skrzywdził go, ale Ian był na łasce i niełasce McCoy`a, Spocka i Mordreaux. Niepewność, co do jego własnego położenia, zaczęła w nim wyraźnie narastać. Aż do teraz był zbyt wściekły, by zbytnio martwić się o własne bezpieczeństwo. Pierwszy raz, odkąd wszedł na pokład Enterprise, nie miał nic innego do roboty, tylko myśleć o tym.
Nie czuł przerażenia ani strachu. Rozmyślał o swoim możliwym przeznaczeniu z pewną rezygnacją, fatalistycznym podejściem. Być może spiskowcy zabiją go. To wydawało się najbardziej prawdopodobne. Ale jeśli dostanie jeszcze jedną szansę, tylko jeden łut szczęścia, to nie będzie tak wybredny, by dalej szukać absolutnego dowodu ich winy.
W całej tej niebezpiecznej sprawie tylko jedno pytanie pozostawało bez odpowiedzi: jak zamierzają posłużyć się okrętem i zmieniaczem czasu dla własnych korzyści – bezpośrednio, czy też wystawią te realnie istniejące, najbardziej zaawansowane przykłady federacyjnej technologii, na swoistą licytację pomiędzy wrogów Federacji?
Rzucił się na swoją koję i zakrył oczy ramieniem. Burczało mu w brzuchu; czuł mdłości spowodowane napięciem i gniewem. Zawsze żył ze świadomością, że grożą mu wrzody żołądka, ale nie przyjmował tego do wiadomości.
Był przekonany, że gdyby mógł po prostu prawidłowo uporządkować wydarzenia ostatniego dnia i wywnioskować, co będzie dalej, wówczas zdołałby jakimś sposobem powstrzymać nadchodzącą katastrofę.
Lecz wszystko, o czym mógł myśleć, wciąż i wciąż na nowo, brzmiało: Nie powinienem ufać McCoy`owi. Po tym wszystkim, co widziałem, powinienem był lepiej wiedzieć. Nie powinienem ufać McCoy`owi.
Usłyszał, jak drzwi jego kabiny otwierają się; leżał nieruchomo, udając, że śpi. Do jego zasłoniętych rękawem oczu, wkradł się promień światła.
Zastanawiał się, czy to McCoy przyszedł dobić go, niczym ranne zwierzę, tak jak pozbył się kapitana, czy też Spock przyszedł go otruć, tak jak zdołał jakoś otruć Lee, sędziego Desmoulinsa i strażniczkę.
Odgłos kroków był coraz bliższy. Przygotował się do walki, próbując utrzymać w bezruchu swoje napięte mięśnie.

- Panie Braithewaite?

Ian natychmiast rozluźnił napięte ciało. Odkrył oczy i szybko usiadł.

- Panie Scott – dzięki Bogu!
- Musiałem obejść blokadę zamka, - rzekł Scott. – Próbowałem skontaktować się z panem przez panel komunikacyjny, ale nie mogłem.
- Odcięli mi łączność, - odrzekł Braithewaite. Zerwał się na nogi. – Próbowałem dać McCoy`owi jeszcze jedną szansę, a on mnie aresztował.
- Ach tak, - mruknął Scott bezbarwnie.

Ian chwycił Scotta za ramiona. Inżynier unikał jego wzroku.

- Wiedziałem, że mogę panu ufać, - powiedział Ian. – Wiedziałem, że musi być na tym statku ktoś, kto postępuje inaczej. Mój Boże, gdyby nie było pana tutaj…
- Proszę mi o tym nie przypominać, - stwierdził Scott. – Proszę nie prawić mi komplementów. Wszystko to napawa mnie wstydem.
- Musimy postarać się ponownie schwytać Spocka i Mordreaux. Obaj mieli opuścić okręt, ale być może przeoczyli jakąś ważną wskazówkę. Pracowali w kajucie Mordreaux – chodźmy!

Ruszył biegiem w głąb korytarza, nie zważając na to, że ktoś może go zobaczyć i na powrót uwięzić. Scott podążył za nim.
Elaan
Użytkownik
#76 - Wysłana: 17 Lut 2013 16:19:35 - Edytowany przez: Elaan
cd.

Dr Mordreaux siedział przygarbiony na krześle, z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Jego płonące gniewem oczy patrzyły groźnie na Spocka.

- Nie, do wszystkich diabłów! – powtórzył. – Wiedziałem, że tak się stanie, jeśli Ci pomogę, wiedziałem to. Nigdy nie będziesz zadowolony, dopóki nie uda Ci się narzucić mi swojej woli i swojej etyki!
- Zapewniam pana, doktorze Mordreaux…
- Zamknij się! Wynocha! Rób, co chcesz, nie obchodzi mnie to.
- Czy to znaczy, że zwalnia mnie pan ze zobowiązania?
- Nie! Twoje czyny to Twoja własna sprawa. Jeżeli to zrobisz, zdemaskuję Cię jako kłamcę, którym jesteś.

Spock spojrzał w dół, na zmieniacz czasu. Groźba dr Mordreaux była dość trywialna.
Jeśli Spock złamie swoją obietnicę i uchroni profesora przed aresztowaniem, obietnica ta – technicznie rzecz biorąc – nigdy nie zaistnieje; jeżeli Spock zawiedzie, profesor zostanie zabrany do kolonii rehabilitacyjnej i nikt nie będzie zwracał uwagi na to, co mówi.
Ale nawet gdyby groźba była przekonująca, to i tak Mordreaux nie mógłby kontrolować działań Wolkanina.
Spock sam musiał podjąć decyzję, czy musi złamać dane słowo, i czy zdoła potem żyć sam ze sobą, jeśli to uczyni.
Drzwi do luksusowej kabiny dr Mordreaux rozsunęły się.

- Powiedział pan, że uciekli, - rzekł pan Scott do Iana Braithewaite`a.

Braithewaite wpatrywał się w Spocka i Mordreaux, wyraz oszołomienia na jego twarzy zmienił się w ulgę i triumf.

- To nie ma znaczenia, złapaliśmy ich. Proszę zabrać Spockowi tę rzecz. To jest… to jest broń!
- Panie Scott, - zwrócił się Spock do głównego inżyniera – szukał mnie pan?
- Panie Spock… pan Braithewaite wysuwa pewne poważne oskarżenia przeciwko panu i przeciw doktorowi McCoy`owi. Mam kilka pytań, które nie dają mi spokoju. Sądzę, że musimy porozmawiać.

Braithewaite parsknął z niesmakiem.

- Wydaje mi pan rozkaz, panie Scott? – zapytał Spock.
- Nie chciałem wprowadzać oficjalnej procedury przeciw panu o stwierdzenie niezdolności do pełnienia obowiązków, ale zrobię to, jeśli będę do tego zmuszony.
- Będzie pan odpowiadał za bunt.
- Nie potrafi pan tego po prostu wyjaśnić? – Scott podniósł głos. – Nie chce pan odpowiedzieć na moje pytania, okłamał mnie pan…
- Na litość boską, panie Scott! – krzyknął Braithewaite. – To nie jest czas, aby się kłócić o pańskie zranione uczucia! – Rzucił się w kierunku Spocka. – Daj mi to…

Kiedy Braithewaite wyciągnął rękę po zmieniacz czasu, Spock odepchnął go na bok i uciekł. Łokciami utorował sobie drogę między dwójką oficerów ochrony, stojącą w drzwiach kabiny Mordreaux, lecz Scott i Braithewaite ruszyli za nim biegiem, a wyższy, długonogi prawnik, szybko zmniejszał dystans.

- Zatrzymać go! – wrzasnął Scott, a dźwięki zdezorientowanych głosów i odgłosy bieganiny przemieniły się w narastający chaos.

Spock, ścigany, biegł korytarzami Enterprise. Skręcił za narożnik i wpadł z impetem wprost na doktora McCoy`a i kapitan Hunter. Ale Hunter nie miała powodu, aby próbować go zatrzymać; uciekł ponownie, zostawiając zmieszanego McCoy`a, kiedy Scott i Braithewaite niemal do nich dobiegli.
Słyszał jak wszyscy krzyczą na siebie nawzajem, klnąc, wykrzykując sprzeczne rozkazy i wyjaśnienia, na czele z McCoy`em, który robił co mógł, aby skomplikować sprawy jeszcze bardziej. Lecz po chwili bałagan znów zmienił się w łańcuch prześladowców.
Kiedy Spock wbiegł do hali transportera, Ian Braithewaite przyspieszył, niczym sprinter na finiszu, rzucił się w kierunku Spocka i podciął Wolkaninowi kolana. Upadli obaj, splątani, a Ian uchwycił zmieniacz czasu, próbując go ściągnąć.
Spock zacisnął swoje palce wokół mięśni u podstawy szyi Iana, szukając wrażliwego nerwu. Prokurator opadł, jak szmaciana lalka.
Spock oswobodził się i zerwał na nogi. Nie tracąc czasu na powtórne sprawdzanie ustawień zmieniacza, bez zastanawiania się, czy nie powinien spróbować cofnąć się w czasie dalej, niż pierwotnie planował, ruszając w drogę do samego początku, Spock wskoczył na platformę transportera.
Hunter pojawiła się w drzwiach, w dłoniach trzymała swój pistolet energetyczny. Odbezpieczyła go: nie był ustawiony na ogłuszanie; to była zabójcza broń.
Walczący z niemocą, na wpół przytomny Braithewaite, jęknął.

- Powstrzymaj go, - rzekł z trudem. – Powstrzymaj go, on zamordował Jima Kirka.

Ale ona zawahała się. Kiedy pan Scott wraz z dwójką zdezorientowanych strażników i podążającym tuż za nimi doktorem McCoy`em wpadli do przesyłowni, Spock wcisnął kontrolki i poczuł jak tęczowe światło pochłania go, druzgocze, i ciska w bezmiar kontinuum.
McCoy czuł drżenie niechętnie budzących się do życia silników warp, karmiących swoją energią żarłoczny zmieniacz czasu.
Drenaż mocy był zbyt wielki. Zanim światła zgasły, doktor dostrzegł w opuszczonej dłoni Hunter pistolet energetyczny.
Miała mnóstwo czasu, aby strzelić, - pomyślał McCoy.

- Co on, do diabła, wyprawia? – spytała Hunter.
- Po pierwsze, znakomicie na nowo partaczy wszystkie moje naprawy, - stwierdził Scott w zapadłych nagle ciemnościach, stając się na chwilę znów starym Scotty`m.
- Zasilanie awaryjne powinno włączyć się za minutę, lub coś koło tego, - rzekł McCoy. – Jak już mówiłem, mamy z tym pewne problemy…
- Masz więcej, niż tylko problemy, - odezwała się Hunter tonem, który uciszył go wpół zdania.
Elaan
Użytkownik
#77 - Wysłana: 17 Lut 2013 16:48:39 - Edytowany przez: Elaan
cd.

Powrócił cichy przepływ powietrza, a przyćmione światła rozbłysły na powrót wokół nich. Głosy przerażonych członków załogi zmieszały się w chaotyczne crescendo. Komputer pokładowy zaczął bełkotać, a potem generował tylko rozmyty, biały szum.
Pan Scott pomógł Ianowi Braithewaite`owi stanąć na nogi. Oszołomiony prokurator prawie znowu upadł. McCoy pospieszył ku niemu, ale Ian szarpnął się do tyłu.

- Trzymaj swoje ręce z daleka ode mnie. - Usiadł na platformie transportera i ukrył twarz w dłoniach.
- W porządku, Ianie, - powiedział McCoy łagodnie. Odwrócił się do strażników. – Czy ktokolwiek pilnuje doktora Mordreaux?
- Ja… ja sądzę, że chyba nie, doktorze.
- Zatem lepiej wracajcie tam, obydwaj. Tutaj wszystko jest pod kontrolą. - Patrzyli nań sceptycznie. McCoy nie winił ich za to. - Odejść! – krzyknął.

Odeszli z ociąganiem, by wrócić na swój posterunek. McCoy skrzyżował ramiona na piersi i przyjrzał się Braithewaite`owi.

- Miałeś pozostać w swojej kwaterze, Ianie, - rzekł. – Co Ty właściwie tu robisz?
- Ja go uwolniłem, doktorze McCoy, - odrzekł Scott. – Nie wiem, co się dzieje z tym statkiem i nie wiem, co się dzieje z panem i panem Spockiem, odkąd to wszystko się zaczęło. Ale pan Braithewaite postawił pytania, na które należy odpowiedzieć, a pan odpowiedzieć nie chce.
- Scotty, złamałeś moje bezpośrednie rozkazy…
- Pańskie rozkazy! Pan nie jest tu oficerem dowodzącym! Dlaczego przekazał dowództwo właśnie panu?
- Spock przekazał dowództwo doktorowi, ponieważ to był jedyny sposób, aby mógł przeprowadzić swoje plany, - stwierdził Braithewaite. – Musiał trzymać pana na uboczu.
- Teraz tylko minuta, - odezwał się McCoy.
- Przestańcie, wszyscy.

Trzej mężczyźni zamilkli, rozpoznając ton kogoś, kto przywykł do należnego posłuszeństwa i szacunku.

- Jestem starsza stopniem od każdego z Was, nie wyłączając Spocka, - powiedziała Hunter – i jeżeli będę musiała wykorzystać rangę, by odkryć, co się tu dzieje, rozważę to. Doktorze McCoy, czy teraz ma pan coś do powiedzenia?

Otworzył usta, by jej odpowiedzieć – ale Spock dokonał przeskoku i być może potrzebuje jedynie kilku minut, aby wszystko naprawić. Lecz jeśli znów mu się nie uda i powróci, mógłby zostać zatrzymany, gdyby ich plany wyszły na jaw. McCoy nie mógł skorzystać z szansy ujawnienia tego, co próbowali zrobić.
Potrząsnął przecząco głową, jakby z rezygnacją.

- Panie Scott? – zwróciła się Hunter do inżyniera.
- Nie mam pojęcia, co się dzieje. Doktor McCoy powiedział, że pan Spock jest w głębokim śnie. Nie śpi, jak sama pani widziała. Także to nie przypomina żadnej wiązki transportera, jaką kiedykolwiek widziałem – i dokąd go to przeniosło? Nie mogę odnaleźć w działaniach Spocka żadnego sensu. Chyba że podejrzenia pana Braithewaite`a są słuszne. Nie chciałem w nie wierzyć – lecz, jeśli nie są prawdziwe, to dlaczego doktor McCoy chce lecieć na Arcturusa?
- Arcturus! – wykrzyknęła Hunter.
- Skąd przyszło Ci do głowy, że chcę lecieć na Arcturusa? - zapytał zdumiony McCoy.
- Sam mi pan to powiedział, - odrzekł Scott, a gdy McCoy potrząsnął przecząco głową, dodał – zapytał pan, czy jeśli poprosi o warp cztery na Arcturusa, dostanie pan to.
- Nie to miałem na myśli, - zaprotestował McCoy. – Po prostu wybrałem pierwszy przykład, który przyszedł mi do głowy. Ale, gdybym nawet chciał udać się na Arcturusa, to co z tego? Co to za różnica?
- Leonardzie, - odezwała się Hunter – Arcturus jest niemal dokładnie w równej odległości od Federacji, Romulan i przestrzeni Klingonów. To teren neutralny – przez większość czasu,w każdym razie. Ludzie udają się na Arcturusa, by robić interesy.
- Nie chcę lecieć na Arcturusa, - powtórzył McCoy. – Chciałem tylko wiedzieć, czy napęd warp jest sprawny.
- On nawet nie potrafi sfabrykować przyzwoitych wymówek! – parsknął Ian.
- Nie, panie Braithewaite, - odrzekła Hunter, a wyglądała tak, jakby tłumiła wybuch śmiechu. – Co do tego ma pan rację, doktor McCoy nie potrafi wymyślać dobrych usprawiedliwień. Ale co pan ma w tej sprawie do powiedzenia?
- Spock próbował uwolnić Mordreaux, - stwierdził Braithewaite. – Był na Aleph zaraz po procesie, widziałem go. I kręcił się koło transportera krótko przed tym, jak Kirk został zamordowany. Lecz nie mógł wydostać Mordreaux z aresztu, więc postanowił uciec sam, zanim sprawy załamią się całkowicie. Wcześniej wciągnął McCoy`a do swojej kombinacji. Dowódca ochrony też była w to zaangażowana, ale pozbyli się jej…
- Dowódca ochrony? Chyba nie ma pan na myśli Mandali Flynn!
- Tak. Bardzo pragnęła dowodzić statkiem takim jak ten, a nie mogła tego posmakować. To nie była tajemnica, nawet powiedziała o tym Kirkowi. Ale on śmiał się z niej. Musiał wiedzieć, że jako bezpaństwowiec nie miała szans na tak wysoki awans w Gwiezdnej Flocie.
- Ma pan kilka bardzo dziwnych pomysłów, panie Braithewaite.
- Ale to jest właśnie to, co się stało! Spock prawdopodobnie zaoferował jej Enterprise w rewanżu za jej pomoc. Najpierw musieli pozbyć się Kirka. Doktor Mordreaux próbował go zabić, ale nie udało mu się, więc Spock zmusił McCoy`a, aby pozwolił Kirkowi umrzeć.
- Cholera, Braithewaite, on był martwy! Był już martwy! – Głos McCoy`a załamał się, a on odwrócił twarz. W przedłużającej się ciszy zdołał się na nowo pozbierać. – Postąpiłem zgodnie z jego życzeniem. Postąpiłem zgodnie z zaleceniami w jego testamencie. Może pan go zobaczyć, jeśli pan chce.
- Ja zamierzam to zrobić, - rzekła Hunter. – Cokolwiek zrobiłeś, lub czego nie zrobiłeś później, nie zmienia to faktu, że Jim padł ofiarą napaści.
- Mogła ich pani powstrzymać! – krzyknął Ian. – Dlaczego nie zastrzeliła pani Spocka, kiedy miała pani szansę?

Hunter spojrzała w dół, na pistolet, który wciąż trzymała w dłoni, i powoli schowała go do kabury.

- Myśli pan, że zabiłabym kogokolwiek z powodu pańskiego widzimisię?

Ian podniósł się i ruszył prosto do konsoli sterowniczej transportera.

- Wciąż nie jest za późno! Nadal możemy… - Przerwał, kiedy McCoy skoczył ku niemu, aby zapobiec wykryciu przezeń pomocniczego zmieniacza czasu.

Ian zachwiał się, a wyraz jego twarzy stał się zagubiony i zdezorientowany.

- Co się dzieje? – zapytał Scott. – Ianie… - Prokurator upadł, jego ciało kompletnie zwiotczało. – To przez wolkański ucisk karku, - stwierdził Scott.
- Nie, to nie to, - odrzekł McCoy, klęczący na podłodze obok Braithewaite`a. Natychmiast rozpoznał objawy, po raz drugi w ciągu tych dni. – To wielopostaciowe zatrucie jadem kiełbasianym! Pomóżcie mi go przenieść, nie ma czasu, by czekać na nosze!
Elaan
Użytkownik
#78 - Wysłana: 24 Lut 2013 21:22:39 - Edytowany przez: Elaan
cd.

Uwięziony we władzy zmieniacza Spock niemal fizycznie odczuwał przemijający czas. Wrażenie było całkiem odmienne od tego, jakie wywoływało korzystanie z transportera, które było niczym więcej, jak tylko krótką chwilą przemieszczenia.
Czuł, jak gdyby spadał poprzez przestrzeń Kosmosu, poprzez całkowitą próżnię, targany każdym wirem wiatru słonecznego, każdym nurtem każdego napotkanego pola magnetycznego, miotany przez fale grawitacyjne, przez samo światło.
Zmaterializował się dwa metry ponad powierzchnią gruntu, w samym środku parku na Aleph Prime, i resztę drogi przebył spadając.
Nie był przygotowany na tak twarde lądowanie i musiał walczyć, aby nie stracić przytomności.
Mogło być gorzej. Wiedział, że nie może skalibrować urządzenia z całkowitą precyzją – przeskok z poruszającego się okrętu gwiezdnego na miejsce, w którym Aleph znajdowała się kilka dni wcześniej, był i tak wystarczającym osiągnięciem – więc wybrał pojawienie się w otwartej przestrzeni. W ten sposób miał większe szanse na to, że nie zmaterializuje się wewnątrz ściany.
Wolałby pojawić się bezpośrednio w pomieszczeniu nadajnika awaryjnego, ale wiedział, że było to wyzwanie, w którym ryzyko niepowodzenia było zbyt wielkie.
Wstał i otrzepał się, rozglądając jednocześnie wokół, by sprawdzić, czy nikt go nie widział.
Wybrał porę ciemności, podobnie jak wybrał otwartą przestrzeń; park naśladował cykl dobowy i właśnie teraz imitował noc. Fałszywy księżyc zawisł w matowej czerni bezgwiezdnego nieba.
Pozostawiając park za sobą, Spock wszedł do jednego z labiryntu korytarzy, które tworzyły Aleph Prime. Mijając publiczny terminal informacyjny poprosił o podanie czasu: przybył tak, jak zamierzał, około godziny przedtem, zanim komunikat alarmowy został przekazany na Enterprise.
W tych wczesnych godzinach przedświtu nawet hulacy na przepustce z okrętów, transportowców i przetwórni górniczych, skupionych wokół Aleph, przeważnie leżeli już w swoich łóżkach, ale kilku z nich minęło Spocka, nie zwracając na niego uwagi.
McCoy miał rację, co do munduru: tak ubrany bardziej rzucałby się w oczy. Doskonale zdawał sobie sprawę z ludzkiej skłonności do porównywania przydziałów, okrętów, dowódców; gdyby był w mundurze, to już dawno jakiś pijany, nadmiernie przyjacielski człowiek, zadałby mu więcej pytań, niż zdołałby odpowiedzieć.
Mały sektor instytucji rządowych był nawet cichszy i spokojniejszy, aniżeli reszta stacji. Wiedział, gdzie był nadajnik awaryjny, ale było to miejsce niedostępne nikomu, kto nie znał właściwego kodu.
Szedł powoli korytarzem, mijając szereg biur o szklanych ścianach, wszystkie ciemne i opuszczone: urząd celny, ochrona, Federacja, Gwiezdna Flota, biuro obrońcy publicznego, biuro prokuratora…
Zapaliły się światła; Ian Braithewaite opuścił pomieszczenie na zapleczu i wszedł do głównego pokoju.
Spock zamarł w bezruchu, ale było za późno, by zejść mu z oczu. Ściskając aktówkę, przenośny czytnik i garść stenogramów, Braithewaite wszedł do holu. Światła zgasły, kiedy zamknął drzwi. Zauważył Spocka, gdy tylko podszedł bliżej. Spojrzał nań z roztargnieniem.

- Przepraszam, - odezwał się. – Czy mogę w czymś pomóc? Pan kogoś szuka?

Oczywiście, – pomyślał Spock. – Nie spotkał mnie jeszcze; nie wie, kim jestem i nie ma żadnych podejrzeń, co do mnie. Jutro, kiedy przybędzie Enterprise, będzie pamiętał, że mnie widział.
Czy to oznacza, że nie powiedzie mi się także i tutaj?

- Gdzie jest konsulat wolkański? – zapytał Spock.

Braithewaite pogładził grzbiet nosa kciukiem i palcem wskazującym.

- Ach. Racja. Jest pan w złym sektorze, wszystkie konsulaty znajdują się wyłącznie w części stacji o podwyższonym standardzie.

Udzielił Wolkaninowi wskazówek jak ma dostać się do strefy w podbiegunowym regionie północnym. Spock podziękował mu i Braithewaite oddalił się, pogrążony w czytaniu jednego ze stenogramów. Nic dziwnego, że zajęło mu trochę czasu, zanim przypomniał sobie, gdzie widział Spocka wcześniej.
Kiedy prokurator zniknął z pola widzenia, Spock wypróbował drzwi do pomieszczenia nadajnika awaryjnego. Były, oczywiście, zamknięte, a komputer, który ich strzegł, zażądał identyfikacji.
Uważał, aby nie przemówić do niego, ani nie dotknąć dłonią czujnika; nie chciał, by pozostał jakikolwiek prawnie dopuszczalny dowód jego obecności.
Przez chwilę rozważał powrót do boksu informatora publicznego, uzyskanie dostępu do komputera i przełamanie przy jego pomocy zabezpieczeń pomieszczenia nadajnika. Oszukał poprzednio system komputerowy Aleph Prime, lub dokładniej, zrobi to w przyszłości; mógł to zrobić i teraz.
Lecz to było dokładnie to, co zrobiłby dr Mordreaux. To był najprostszy, najbardziej bezpośredni sposób na uzyskanie dostępu do nadajnika, który profesor musiał wykorzystać, jeśli chciał wezwać Enterprise na Aleph.
Wszystko, co musiał zrobić Spock, to znaleźć sobie kryjówkę, zaczekać i schwytać go, kiedy się pojawi.
Zachowując ostrożność, Spock próbował otworzyć każde kolejne drzwi w korytarzu. Ku jego zaskoczeniu jedne z nich otworzyły się.
Wewnątrz było ciemno, lecz nie zapalił świateł. Widział wystarczająco dobrze: to była mała, pusta sala rozpraw, być może ta, w której dr Mordreaux został osądzony, skazany i pozbawiony jakiegokolwiek prawa do apelacji.
Zrozumieć wszystko, wybaczyć wszystko, – pomyślał Spock – to filozofia trudna do wyrażenia w wolkańskim.
Potrafił zrozumieć, dlaczego ludzie postawieni w obliczu badań dr Mordreaux byli nimi tak przerażeni, tak zdeterminowani, aby je wyciszyć, iż podważyli w tym celu zasady wymiaru sprawiedliwości. Tym niemniej, gdyby był na jego miejscu, z trudem przyszłoby mu to wybaczyć; mógł jedynie żałować tej całkowitej pewności, iż odkrycia profesora zostały niewłaściwie wykorzystane.
Gdyby przebywał na Vulcanie i Wolkanie byliby jedynymi istotami zaangażowanymi w jego badania, studiowaliby ich zasady i uhonorowali odkrywcę; i uzgodniliby, poprzez etyczny konsensus, nigdy nie wprowadzać owych teorii w życie.
Wiedział o tym. Był tego pewien. Niemal pewien.
Ukrywszy się we wnętrzu małej, zaciemnionej sali rozpraw, skąd mógł obserwować, nie będąc widzianym, czekał.
Tym razem logika go nie zawiodła. Po zaledwie kilku minutach dr Mordreaux skradał się korytarzem wprost ku pomieszczeniu nadajnika awaryjnego, rozglądając się nerwowo przez ramię przy każdym kolejnym kroku, i zatrzymując przy każdym nikłym odgłosie. Na ramieniu nosił zmieniacz czasu, niemal identyczny z tym, jaki miał Spock.
Położył dłoń na panelu blokady; udało mu się przełamać układy zabezpieczeń, podobnie jak zrobiłby to Spock. Drzwi rozsunęły się.
Spock wyciągnął swój fazer i wyszedł na korytarz.

- Doktorze Mordreaux, - odezwał się łagodnie.

Profesor odwrócił się gwałtownie, w popłochu. Chwycił za broń, którą miał przy sobie.

- Nie, zaczekaj, - zawołał.

Spock strzelił.
Pochwycił Mordreaux zanim upadł. Jego fazer był, rzecz jasna, ustawiony na ogłuszanie. Nie chciał zabijać, jeśli miał możliwość tego uniknąć.
Z łatwością wziął starszego mężczyznę na ręce i zaniósł do sali rozpraw.
Zabezpieczył drzwi od wewnątrz, przyciemnił szklane ściany i ustawił poziom oświetlenia tak, aby profesor był w stanie go dostrzec, kiedy się obudzi.
Spock usiadł i czekał.

***

W izbie chorych dr McCoy pracował rozpaczliwie, bojąc się, że minęło zbyt wiele czasu, bojąc się, że znów mu się nie uda, bojąc się, że będzie musiał patrzeć jak Ian Braithewaite także umiera pod jego rękami.
Spock, - myślał – gdzie jesteś, do wszystkich diabłów, dlaczego nic nie robisz? Świat rozpada się w szwach, a ja nie mogę nic zrobić, aby to powstrzymać.
Na zewnątrz sekcji intensywnej opieki medycznej czekali Scott i Hunter.
Nieregularne dźwięki systemów podtrzymywania życia nie całkiem zagłuszały głos Scotta.

- Bał się, że zostanie zabity, - powiedział, jego głos był napięty i udręczony. – Bał się, że…

Trucizna przytłaczała ciało Iana, pomimo wsparcia urządzeń intensywnej opieki. Jego serce drżało, wpadając w migotanie, a jego ciałem wstrząsały konwulsje, które na nowo przywracały rytm uderzeń.
Walcz, ty głupi, zawzięty, wścibski plotkarzu, - krzyknął doń McCoy w myślach.
Ledwie zauważył, kiedy Hunter oddaliła się.
Elaan
Użytkownik
#79 - Wysłana: 24 Lut 2013 21:34:33
Rozdział 8.

Hikaru Sulu siedział ze skrzyżowanymi nogami na podłodze w kabinie Mandali Flynn, jego ręce spoczywały na kolanach, jego oczy były zamknięte.
Próbował uchwycić na powrót którekolwiek z uczuć, których doświadczał w tym pokoju, kiedy ona żyła. Ale to było tak, jakby nigdy jej tutaj nie było; odeszła, nie pozostawiając po sobie nic takiego, co czyniłoby ten pokój wyjątkowym odbiciem jej własnej osobowości.
Powiesiła antyczną szablę Hikaru na ścianie, lecz wisiała tam samotnie na nagiej płaszczyźnie. Jej pierścionek, ciepły na wewnętrznej powierzchni, chłodny na zewnętrznej, otaczał jego palec.
Indywidualność Mandali nie była funkcją niczego, co posiadała. Odeszła i nie pozostawiła po sobie niczego prócz pamięci.
Żyła trwale i jasno w jego myślach – przez chwilę sądził, iż uchwycił delikatny, wyraźny zapach jej włosów – i zaczął rozumieć jej niechęć do gromadzenia rzeczy. Nie mógł utracić swoich wspomnień o niej i nikt nie mógł mu ich odebrać.
Łóżko było wciąż w nieładzie po tym, jak się kochali.
Awaria zasilania zaskoczyła go, wyrywając z zadumy i na nowo budząc w nim poczucie winy.
Wędrując przez Enterprise, pogrążony we mgle rozpaczy, nie widział sensu we wzywaniu Hunter, nie widział sensu w odnajdywaniu odpowiedzi na to, co się stało.
Z tego, co mówił mu Barry al Auriga, każde z możliwych wyjaśnień rozpływało się w błocie osobliwych zdarzeń. Hikaru czuł się równie oszołomiony i wściekły jak Barry, że Mandala znalazła się wśród podejrzanych.
Wstał powoli, podnosząc się jednym płynnym ruchem; w zalegającej ciszy powracający szum wentylatorów zabrzmiał bardzo głośno. Poruszając się niczym duch w przyćmionym świetle zasilania awaryjnego, Sulu opuścił kabinę swojej ukochanej.

***

W hali transportera Hunter dotknęła dziwnego dodatku na konsoli sterowania, uważając, by nie naruszyć jego połączeń albo kontrolek.
Spock nie miałby dokąd się przesłać, nie za pomocą normalnego transportera, ale, jak próbował to powiedzieć Ian Braithewaite, ta maszyna zdecydowanie nie była już normalnym transporterem.

- Co to takiego? – zapytał Sulu.

Spotkał ją, gdy opuściła ambulatorium.
Hunter była zadowolona z jego towarzystwa, nie tylko dlatego, że mógł być jej przydatny ze względu na swoją znajomość okrętu i załogi, lecz także dlatego, że martwiła się o niego, pozostawionego sam na sam ze swoim smutkiem.
Podczas przelotu z Aleph na Enterprise rozmawiali o Mandali i Jimie; wiedziała, jak bardzo cierpiał.
Znów spojrzała uważnie na urządzenie przymocowane do transportera.

- Nie jestem całkiem pewna. – Kusiło ją, aby je otworzyć i zobaczyć, jak wyglądają i co kryją jego wnętrzności. – Myślę, że dam dr McCoy`owi jeszcze jedną szansę powiedzenia nam, co się dzieje, i czemu ta rzecz służy, zanim zacznę się nią bawić.

Na powrót zamknęła bursztynowe kryształy w transporterze, a potem ona i Sulu skierowali się wprost ku ambulatorium.

- Jak się pan trzyma? – zapytała łagodnie.
- Lepiej niż jakiś czas temu, - odrzekł. – A pani?
- Kiedy dowiem się, dlaczego musieli umrzeć, będę w stanie panu odpowiedzieć, - powiedziała. – Nie chcę, by okazało się, że to jakaś błahostka.
- To nie jest błahostka, - stwierdził Sulu. – Nikt nie zachowuje się tak, jak oczekiwałem – ani dr McCoy, ani pan Spock, ani pan Scott – a ludzie nie zmieniają się tak po prostu, bez żadnego powodu.

Wiedziała, że w jego ustach słowa te oznaczały obronę, ale równie dobrze mogły zostać wykorzystane do oskarżenia. Więc nic nie odpowiedziała.
Elaan
Użytkownik
#80 - Wysłana: 1 Mar 2013 17:54:14
cd.

W ambulatorium Ian Braithewaite wciąż leżał nieprzytomny, otoczony urządzeniami intensywnej opieki medycznej.
Czujniki pokazywały, że jego oznaki życia ustabilizowały się. Hunter odnotowała to z pewną ulgą; spodziewała się, że umrze.
McCoy i Scott siedzieli w milczeniu w biurze McCoy`a, starannie unikając patrzenia na siebie.
Hunter przysiadła na rogu biurka doktora, a pan Sulu stanął w drzwiach.

- Czy pan Braithewaite dojdzie do siebie?
- Nie wiem, - odpowiedział McCoy.
- Obawiał się, że zostanie otruty, - odezwał się Scott.
- Przestanie pan to powtarzać? Nie został otruty tutaj! Ktoś wprowadził do jego organizmu toksyny w postaci kapsułek. Matryca rozpuściła się w ciągu kilku dni. Jeszcze zanim przybył na pokład.
- Ponieważ widział pana Spocka na Aleph, zanim Enterprise tam się zjawił, tak samo jak ja widziałem pana Spocka tam, gdzie nie mógł być!
- Braithewaite prawdopodobnie miał już wtedy halucynacje…
- Chce pan powiedzieć, że ja także mam halucynacje? Czy to znaczy, że ja także zostałem otruty?

Hunter była skłonna pozwolić im na kłótnię, licząc, że uzyska w rezultacie jakieś użyteczne informacje, ale to było niedorzeczne.

- Doktorze McCoy, - rzekła – właśnie znalazłam coś bardzo dziwnego we wnętrzu transportera. Dodatek bioelektroniczny.

Scott spojrzał na nią przenikliwie.

- Bioelektroniczny! Więc to takie ustrojstwo miał ze sobą pan Spock, kiedy zniknął – pan Braithewaite mówił, że to jakiś rodzaj broni. Żadna rzecz tego rodzaju nie powinna znajdować się w transporterze!

Wstał gwałtownie.

- Proszę tu zostać, panie Scott, - powiedziała Hunter, nie patrząc na niego, uwagę i wzrok skupiając na Leonardzie McCoy`u. Twarz doktora nie potrafiła kłamać lepiej, aniżeli jego słowa. Powoli stał się bardzo blady, popatrzył na nią. – Nie chcę tego wymontowywać, panie Scott. Jeszcze nie. Leonardzie, czy chcesz powiedzieć mi, co to jest?
- Niespecjalnie, nie.
- Zatem ja coś Ci o tym powiem. To jest wzmacniacz wiązki. I zmienia ją w… coś innego. Najciekawszy w tej rzeczy jest sterownik powrotu.
- Chyba nie dotykałaś go…!
- Nie. Nie tak szybko. Lecz jeżeli to uruchomię, a pan Spock nadal będzie miał odpowiednik tej zabawki przy sobie, przeniesie go on z powrotem. Niezależnie od miejsca, w którym się teraz znajduje. Mam rację?
- Być może.
- Cholera! Po prostu powiedz mi, co się, do diabła, dzieje!
- Daj Spockowi jeszcze trochę czasu, - odrzekł McCoy. – Proszę.
- Ile więcej czasu?
- Powiedział, że postara się wrócić w ciągu dwunastu godzin. Nie ma go niecałe dwie.
- Czy naprawdę oczekujesz ode mnie bezczynności przez dwanaście godzin? Bez rozsądnego wyjaśnienia? Albo choćby nawet nierozsądnego?

McCoy potrząsnął przecząco głową.

- Jeżeli nie uwierzyłaś mi przedtem, to po prostu nie ma możliwości, abyś uwierzyła w to, co powiedziałbym Ci teraz.
- Leonardzie, - rzekła – co masz do stracenia?
- Wszystko.

W kłopotliwej ciszy, która zapadła, pan Sulu podszedł bliżej.

- Doktorze McCoy, - odezwał się – proszę jej zaufać. Jak ona może zaufać panu, jeśli nie da jej pan szansy?

McCoy spojrzał w górę na sternika, z bolesnym westchnieniem ukrył twarz w dłoniach, wreszcie na powrót uniósł głowę.

- Jeśli przekręcisz tę rzecz w transporterze, - rzekł powoli – zdołasz sprowadzić Spocka z powrotem. Lecz jest bardziej prawdopodobne, że go zabijesz.
- Czemu nie zaczniesz od początku?

Wziął głęboki oddech, wypuścił go, splótł palce razem i, trzymając zaciśnięte dłonie przed swymi zamkniętymi oczyma, zaczął opowiadać historię o wiele bardziej niedorzeczną nawet, aniżeli to, co stworzył Ian Braithewaite, historię, której Hunter słuchała zafascynowana, wbrew sobie.
Kiedy skończył, wszyscy – Hunter i Scott i Sulu – wpatrywali się w niego.

- Nie słyszałem bardziej szalonej opowieści w całym moim życiu! – rzucił Scott.
- Scotty, Ty wiesz, że podróże w czasie są możliwe, - odparł McCoy.
- Tak… - Inżynier, milknąc, wycofał się w głąb siebie.
- Albo dr Mordreaux nie był tak pomylony jak myślałam, - stwierdziła Hunter – albo Ty zupełnie zwariowałeś.

McCoy westchnął.

- Wiem, jak to brzmi, zwłaszcza teraz, po tym jak poświęciłem tyle czasu, starając się wprowadzić Cię w błąd. Wciąż żywiłem nadzieję, że Spockowi uda się, jeśli tylko dam mu szansę.
- A teraz chcesz, abym to ja dała mu tę szansę.
- Hunter… mogłaś go zatrzymać, wcześniej. Nie zrobiłaś tego.
- Nie zabiłabym Spocka z powodu tego, że mnie okłamałeś, tak jak nie zrobiłam tego dlatego tylko, że chciał tego Ian Braithewaite.
- Więc nie zabijaj go teraz. Po prostu daj mu jeszcze trochę czasu. To wszystko prawda, przysięgam.

Hunter oparła się plecami o ścianę i popatrzyła w sufit.

- Nie mogłam już nic zrobić dla Jima, ale on był jego przyjacielem i to jest prawdziwy powód, dla którego go nie zatrzymałam.
- Hunter, - odezwał się Sulu żarliwie – to jest niewiele czasu – wobec możliwości, że Mandala i kapitan nie zostaliby – nie zostaną - mimo wszystko zabici. To jest warte ryzyka!

Roześmiała się delikatnie.

- Nie, jeśli jesteśmy w błędzie, to nie jest.

Potrząsnęła głową, jakby sama sobą zaskoczona.

- Sądzę, że spędzę za to następne dziesięć lat powieszona za kciuki w więzieniu wojskowym, ale Spock dostanie swoje cholerne dwanaście godzin.
Elaan
Użytkownik
#81 - Wysłana: 1 Mar 2013 18:13:29
cd.

Leżący na ławce w sali rozpraw profesor Mordreaux jęknął. Spock podszedł do niego, i kiedy jego dawny nauczyciel w pełni odzyskał świadomość, delikatnie pomógł mu usiąść.

- Spock? Panie Spock, co pan tu robi? Jak…? – Przyjrzawszy się Wolkaninowi dostrzegł zmieniacz czasu. – Och, nie, - stęknął i zaczął się śmiać.

Spock spodziewał się tego, choć miał nadzieję na choćby pozory racjonalności.
Nie będzie w stanie przekonać tej wersji dr Mordreaux do opamiętania się, podobnie jak poprzednio.
Profesor zerwał się na równe nogi.

- Jak długo byłem nieprzytomny? Może wciąż jest jeszcze czas!

Ruszył pośpiesznie ku drzwiom, lecz Spock złapał go i zatrzymał, zanim zrobił trzy kroki.

- Panie Spock, pan nic nie rozumie! Nie ma czasu do stracenia!
- Rozumiem doskonale, sir. Jeśli zaczekamy kilka chwil dłużej, co najmniej jedno zdarzenie w tej linii czasu zostanie zmienione i, prawdopodobnie, Enterprise nie zostanie tu skierowany.
- Ale to nie ja! To znaczy, ja nie jestem nim! – W czystej desperacji wydał jakiś nieartykułowany dźwięk i wziął głęboki oddech. Zamknął oczy, otworzył je i zaczął ponownie. – Zatrzymał pan niewłaściwą osobę, - rzekł. – Przybyłem tutaj, próbując powstrzymać samego siebie – szalonego samego siebie – przed oderwaniem pana od badań osobliwości. Wiem o wszystkim, co się zdarzyło. Jest pan tutaj, aby uchronić Jima Kirka przed zamordowaniem. Ścigałem samego siebie poprzez strumienie czasu od… - Przerwał i znów się roześmiał, wciąż na granicy histerii. – Oczywiście, czas trwania jest w tym wypadku bezsensowny. Czy pan nie rozumie, panie Spock? Próbuję powstrzymać samego siebie, aby ocalić samego siebie…

Spock pośpiesznie wyminął go, wyszedł z sali rozpraw i przeciął korytarz.
Drzwi do pomieszczenia nadajnika stały otworem. Spock przeszedł przez nie, dr Mordreaux podążał tuż za nim.
Drugi dr Mordreaux odwrócił się od nadajnika podprzestrzennego. Taśma obracała się w urządzeniu z ogromną prędkością i cichym skowytem.

- Za późno! – krzyknął z radością dr Mordreaux stojący przed nim.
- Za późno, - powtórzył łagodnie dr Mordreaux za jego plecami. – Za późno.

Profesor stojący przy nadajniku dotknął swojego zmieniacza czasu Wyciągnięta ręka Spocka przeszła przez jego bezcielesny kształt, a potem on też zniknął.
Dr Mordreaux z przyszłości i pan Spock wpatrywali się w nadajnik. Obaj wiedzieli, że ta wiadomość nie może być odwołana, ani anulowana. Była to część systemu zabezpieczeń.

- Cholera, - rzucił szeptem Mordreaux. Potem dodał głośniej – Lepiej chodźmy stąd, zanim ktoś nadejdzie. Jeżeli mnie rozpoznają, zastrzelą mnie na sam widok.

Zabrali zmieniacze czasu z sali rozpraw, opuścili sektor instytucji rządowych na Aleph Prime i poszli razem w milczeniu do centralnej części parku.
Teraz, o świcie, był opustoszałym i prawdopodobnie najbezpieczniejszym miejscem, jaki dr Mordreaux mógł znaleźć. Usiedli na ławce. Mordreaux ukrył twarz w dłoniach.

- Dobrze się pan czuje, profesorze?

Po chwili skinął potwierdzająco głową.

- Tak dobrze, jak można by oczekiwać, biorąc pod uwagę to, że Wszechświat nieustannie udowadnia mi, o ile łatwiej jest stworzyć chaos, aniżeli porządek.
- Dość łatwo można udowodnić, że chaos jest podstawowym rezultatem wszystkiego, co nastąpiło.

Mordreaux podniósł głowę i spojrzał na niego

- Ach. Ma pan na myśli powiązanie między pańską pracą i moją. Nie walczymy ze mną, tak naprawdę walczymy z chaosem. Entropią.
- Początkowo wierzyłem, że popełniłem jakiś błąd w moich obserwacjach, - rzekł Spock.
- Nie, wszystkie były aż nazbyt dokładne. Odkąd zacząłem korzystać ze zmieniacza czasu, narastanie entropii rzeczywiście uległo przyspieszeniu.
- Uznałem ten destrukcyjny potencjał za trudny do zaakceptowania.
- Tak. Ja także tak uważam. Przez milion lat ludzie uczynili wszystko, aby odkryć broń ostateczną. Mnie przypadło wymyślenie takiej, która naprawdę może zniszczyć nasz wszechświat. - Przeczesał dłońmi włosy, gestem, który nie zmienił się w ciągu tych wszystkich lat. – Dzieje się bardzo źle w moich czasach, panie Spock. Wszechświat po prostu… zapada się. Cóż. Może pan to sobie wyobrazić.
- W istocie.

Fałszywy księżyc zniknął za malowanym zboczem wzgórza na przeciwległej ścianie, a rozżarzone, szkarłatne smugi słonecznego światła wynurzyły się ze ściany za nimi.

- Dlaczego pozwolił mu pan posunąć się tak daleko, profesorze? Czy może starał się pan przywrócić właściwy stan rzeczy od dłuższego czasu?
- Od dłuższego czasu, tak. Lecz nie mogłem nawet zacząć, dopóki nie odtworzyłem moich prac. Program-wirus był bardzo efektywny, panie Spock. Wszystkie moje publikacje rozpłynęły się. Można przeszukiwać banki pamięci i biblioteki, i rzadko kiedy udaje się znaleźć choćby odsyłacz do mojego nazwiska.
- Mógł pan skontaktować się ze mną. Musiał pan wiedzieć jakim szacunkiem darzę pana prace. Musiał pan wiedzieć, że zachowam zabezpieczone kopie.

Mordreux wyciągnął rękę, by lekko dotknąć dłoni Spocka, a Wolkanin nie cofnął się przed jego dotykiem. Jedynymi uczuciami jakie odebrał od swego starego nauczyciela były sympatia i uznanie, oraz jego zawstydzenie.
Spock poczuł, że jego także ogarniają głębokie, niepotrzebne uczucia.

- Ach, mój przyjacielu, Ty nie przeżyłeś oskarżeń skierowanych przeciwko Tobie. Zostałeś zesłany na rehabilitację, chociaż władze musiały wiedzieć, co to może dla Ciebie oznaczać. Jestem pewien, że wiedzieli, iż będziesz się opierał ich wysiłkom przeprogramowania Twojego umysłu…

Spock przytaknął ruchem głowy.
Wielu ludzi zostało wysłanych na rehabilitację i wyszli stamtąd posłuszni, pogrążeni w błogostanie, ale żywi; jedynie kilku Wolkan kiedykolwiek otrzymało takie wyroki i każdy z nich zmarł.
Świadomość, że jego psychika bliższa była wolkańskiej aniżeli ludzkiej, dawała Spockowi swoisty rodzaj pocieszenia.
Elaan
Użytkownik
#82 - Wysłana: 6 Mar 2013 18:44:26
cd.

- A co z dr McCoy`em? I kapitan Hunter?
- Flota Gwiezdna zmusiła Hunter do zaakceptowania niehonorowej degradacji i zwolnienia ze służby. Zerwała związki z rodziną, by chronić dzieci przed hańbą i wstąpiła do ochotniczej jednostki komandosów. Została zabita na granicy kilka miesięcy później. Jeden z jej oficerów popełnił samobójstwo w proteście przeciw temu, jak dowództwo potraktowało Hunter…
- Pan Sulu! – Wbrew sobie, Spock nie mógł ukryć zaskoczenia. Sulu nigdy nie wydawał się być typem człowieka, który posunąłby się aż do seppuku.
- Sulu…? Nie, nazwisko było rosyjskie. Nie pamiętam dokładnie, jak brzmiało. Sądzę, że pan Sulu również wstąpił do komandosów jako ochotnik. – Dr Mordreaux wzruszył ramionami. – Niewielka różnica, jedynie wolniejsza metoda samobójstwa. Jeśli chodzi o dr McCoy`a… - Profesor potrząsnął głową. – Starałem się śledzić jego losy. Ale po wypuszczeniu ich na wolność, zaginął. Zanim jeszcze zaczęli odbywanie orzeczonej kary, stracił serce i chęć do życia. Został skazany za zamordowanie Jima Kirka, sam pan rozumie.
- A jednak pan wyszedł z tego z nienaruszonym umysłem, to jasne.
- Po namyśle zmienili zdanie, co do mnie, - rzekł. – Zdali sobie sprawę, jak cenny mogę być, robiąc dokładnie to, za co zostałem skazany.
- Jak zdołał pan uciec?
- Po tym, jak oszalałem, stałem się dla nich bardzo mało użyteczny i przestali mnie pilnować aż tak starannie. To dało mi nieco czasu, by dojść z powrotem do zdrowia…, a następnie znaleźć się tutaj.
- Nie mogę zrozumieć, dlaczego pańskie drugie ja zamordowało kapitana Kirka. Powiedział pan – na mostku wczoraj, czy raczej jutro – że zniszczył pana. Ale wszystko, co uczynił, to zareagował na rozkazy, które sam pan wysłał.
- Wiem. Lecz w linii czasu, w której nie umarł, bronił pańskiej propozycji – że byłem zbyt cenny, by mnie zniszczyć – aż nazbyt dobrze. Później, gdy oszalałem, myślałem, że byłoby lepiej, gdybym został zesłany i poddany bezpośredniej rehabilitacji. Byłbym potulny i szczęśliwy i nikt nie prześladowałby mnie. Więc postanowiłem wrócić i uniemożliwić mu uratowanie mnie.
- Jak wiele tych ścieżek czasu istnieje?
- One się mnożą, panie Spock, niczym lemingi. Główna ścieżka rozdzieliła się na kilka szlaków, kiedy wysłałem moich przyjaciół w przeszłość; te podzieliły się ponownie po moim procesie, gdy obdarzona szczególnie zbrodniczymi skłonnościami wersja mnie samego z przyszłości cofnęła się w czasie i rozpoczęła kampanię zemsty…
- Obrońca publiczny? I sędzia?

Dr Mordreaux potwierdził ruchem głowy.

- Ian Braithewaite także, ale on był ostatni na tej liście.

Imitacja słońca wzeszła na tyle wysoko, aby rozciągnięte cienie ich sylwetek zarysowały się na podnóżach wzgórz.

- Kolejna ścieżka już się oddzieliła, kiedy wysłałem tę wiadomość. Istnieje taka, w której doprowadza pan do końca swoje obserwacje, a zmiany prowadzą wprost do mnie i jestem za to prześladowany. Istnieje również taka, w której uniemożliwiam panu zakończenie ich i uświadamiam sobie skutki efektu entropii w ciągu kilku lat. – Spojrzał na Spocka zagadkowo. – Sam pan widzi, jak skomplikowane to się staje.
- A wszystkie one ewoluują od momentu użycia przez pana po raz pierwszy zmieniacza czasu?
- Tak. Obawiam się, że tak właśnie jest.
- Co się stało, gdy usiłował pan zmienić te wydarzenia?
- Próbowałem kiedyś cofnąć się tak daleko. Wróciłem, by przekonać samego siebie do nie demonstrowania możliwości podróży w czasie. Zostałem tam tylko przez chwilę, ponieważ zobaczyłem, jak jeden z moich przyjaciół zabija mnie – to znaczy innego mnie, postać z mojej przyszłości, lub innej linii czasu… Bałem się spróbować ponownie. Wiem, że w końcu muszę, ale…
- Pańskie szanse na zmianę wydarzeń, sięgając z tak odległej przyszłości, są znikome.
- Muszę spróbować.
- Ja nie cofnąłem się aż tak daleko.
- Czy może pan cofnąć się jeszcze raz… i spróbować mnie powstrzymać?
- Obiecałem panu nie ingerować w sprawę pańskich przyjaciół. – Spock odwrócił wzrok. – Moja przysięga wydaje się błahą sprawą, w porównaniu do tego, co nastąpi, jeśli jej nie złamię.
- Wątpię, by pańska przysięga kiedykolwiek stała się dla pana błahą sprawą, panie Spock, - rzekł doktor Mordreaux. – Czy mogę uwolnić pana od tej obietnicy?
- Nie potrafię powiedzieć. Czy jest pan tą samą istotą, której ją złożyłem?
- Sądzę, że muszę nią być. Tak wiele się wydarzyło, a moje wspomnienia z czasów, zanim oszalałem, okryła mgła niepewności. Lecz to brzmi znajomo, i jest to z pewnością coś, co mógłbym zażądać od pana, kiedy byłem młodszy i bardziej nierozsądny. Panie Spock, błagam pana, aby pozwolił mi pan uwolnić się od tej obietnicy. Przysięgam panu, że według mojej najlepszej wiedzy, mam do tego prawo.
- Muszę wrócić do początku, żeby to rozplątać, - stwierdził Spock – niezależnie od tego, czy ma pan prawo mi na to pozwolić, czy też nie. Jestem wdzięczny za pańskie zapewnienie i postaram się je zaakceptować.
- Dziękuję, panie Spock. – Dr Mordreaux zawahał się. – Jednakże, jest coś jeszcze, o czym muszę panu powiedzieć.
- O co chodzi?
- Im dalej, im częściej dokonuje pan przeskoku, tym bardziej jest to szkodliwe dla pańskiego organizmu. To nie tylko skręcane kontinuum staje się nieuporządkowane. Zauważył pan wpływ podróży w czasie na pańskie ciało?
- Doświadczyłem… pewnego dyskomfortu.
- Uczucie dyskomfortu, powiada pan? Cóż, każdy kto zna Wolkan wie, że są wytrzymalsi od ludzi. Niemniej, jest to oddziaływanie niebezpieczne i kumuluje się. Byłoby nieuczciwe nie powiedzieć o tym panu, zanim zdecyduje pan, co zrobić.

Spock nie wahał się z odpowiedzią.

- Mam przed sobą wybór pomiędzy podróżą dalej w przeszłość, albo powrotem do mojego własnego czasu, by stawić czoła hańbie, niesławie mojej rodziny, i śmierci. Nie uważam, by była to wyjątkowo trudna decyzja.

Sięgnął po swój zmieniacz. Dr Mordreaux także się podniósł.

- Może powinienem iść z panem.
- Jest to zarówno niepotrzebne, jak i nieracjonalne. Mogłoby to zagrozić pańskiemu życiu, a pańskie szanse osiągnięcia czegokolwiek są bliskie zeru.

Mordreaux przesunął palcami po lśniącej, niczym bursztynowe świecidełko, powierzchni jego zmieniacza.

- Dziękuję, panie Spock. Im częściej przenosiłem się w czasie, tym bardziej byłem przerażony tym, co osiągnąłem. Ja nie czekam ze spokojem na śmierć.

Dr Mordreaux zaprowadził Spocka do swoich pokoi na Aleph Prime; pokoi wcześniejszego doktora Mordreaux, który teraz w szpitalu oczekiwał na przeniesienie na Enterprise.
Mieszkał w starszej części stacji kosmicznej, w połowie drogi między rdzeniem parku, a połyskliwą powłoką zewnętrzną. Planetoida stanowiła podbudowę miasta; tutaj korytarze przypominały tunele, a pokoje – jaskinie.
Gospodarstwo dr Mordreaux wyglądało jak pobojowisko.
Książki i dokumenty walały się po podłodze. Ekran terminala komputerowego mrugał w sposób charakterystyczny dla maszyn samoświadomych, gdy ich ślady pamięciowe zostaną usunięte, lub zakodowane. Meble były poprzewracane, a odłamki porcelanowej zastawy zaściełały całą podłogę.

- Wygląda na to, że usilnie sprzeciwiał się pan aresztowaniu.
- Być może nie jestem na tej samej ścieżce czasu, o której myślałem, – rzekł Mordreaux. – Ale nie pamiętam, kiedy nie poszedłem z nimi spokojnie.

Odsuwając stopami skorupy, utorowali sobie drogę poprzez ten obraz zniszczenia i przeszli do pomieszczenia w głębi, laboratorium, gdzie nieład był mniej rozległy. Transporter wydawał się nie uszkodzony. Mordreaux zajrzał do jego wnętrzności.

- Zabrali zmieniacze, rzecz jasna, - stwierdził – ale reszta wygląda dobrze.

Zacisnął mocniej kilka połączeń, podczas gdy Spock opracowywał koordynaty niezbędne, aby mógł cofnąć się w czasie, zanim ścieżka największego prawdopodobieństwa zacznie dzielić się na wiele rozpadających się linii.

- Transporter ustawiony, - odezwał się dr Mordreaux. - A co u pana?
- Jestem gotowy, - odparł Spock. – Co pan teraz zrobi, sir?
- Jak tylko mnie pan opuści, wrócę do mojego własnego czasu. Jeśli będę mógł.

Spock wszedł na platformę transportera, trzymając swój zmieniacz w obu dłoniach.

- Żegnam, doktorze Mordreaux.
- Żegnam, panie Spock. I dziękuję panu.

W odpowiedzi Spock dotknął jedynie kontrolek zmieniacza. Dwa pola energetyczne weszły w interakcję, tworząc furię światła, i Spock zniknął.
Elaan
Użytkownik
#83 - Wysłana: 8 Mar 2013 19:00:22
cd.

Z punktu widzenia Spocka, podobny do jaskini pokój w apartamentach dr Mordreaux blaknął i zanikał, przesłaniany przez całe spektrum barw: czerwoną, pomarańczową, żółtą, zieloną, niebieską, fioletową, aż po rażący wzrok ultrafiolet, w miarę jak energia wzrastała.
Spock czuł się tak, jakby go przeciągano przez kompletną próżnię, potem przepchnięto na powrót przez ultrafioletową barierę energetyczną, poprzez tęczę, znów w normalną przestrzeń. Poczuł, że ponownie się materializuje, cząsteczka po cząsteczce, jak gdyby wiązka wyszarpywała go na powrót do istnienia.
Zatoczył się, stracił równowagę całkowicie, i runął na kamienną posadzkę, tłukąc się boleśnie. Ledwie udało mu się obrócić ciało tak, aby uchronić zmieniacz czasu przed zniszczeniem.
Przewrócił się na plecy, patrząc tępo w górę, oślepiony na chwilę. Zaczął wstawać, ale zamarł z mimowolnym westchnieniem czystej, palącej męczarni.
Otoczyły go pełne zaskoczenia głosy, potem cienie; nadal był oszołomiony gwałtownym uderzeniem ultrafioletowego światła. Przycisnął płasko dłonie do chłodnej podłogi i mocno zacisnął powieki.
Ból stał się zbyt wielki, aby odsunąć go na bok, bądź zignorować.
Próbował i nie udało mu się odróżnić jakiegokolwiek pojedynczego głosu z plątaniny słów wokół niego. Słyszał i wyczuwał w nich konsternację, zdziwienie, oburzenie.
Przedstawiciele władz Aleph Prime musieli podążać za nim i dr Mordreaux, albo pomieszczenia należące do profesora były pod obserwacją; teraz przyszli, aby ich aresztować – a co ważniejsze, by ich powstrzymać – i nic nigdy nikogo nie przekona, że on i dr Mordreaux usiłowali zrobić coś absolutnie niezbędnego.
Jeden głos przedarł się poprzez szum otaczających go dźwięków.

- Panie Spock? Czy wszystko w porządku?

Zamrugał powoli kilka razy i stopniowo odzyskał zdolność widzenia. Profesor pochylał się nad nim, marszcząc brwi z niepokojem.

- Jak pan się tu dostał? Co pan tu robi?

Spock odepchnął się i usiadł, jego ruchy były chwiejne i niezgrabne.
Bolesne skurcze szarpały wszystkie mięśnie w jego długim ciele od góry do dołu i miał wrażenie, jakby pokój wirował wokół niego. Odmówił przyjęcia do wiadomości tego wrażenia; zmusił się, by skupić wzrok na postaci doktora Mordreaux, który przysiadł na piętach obok niego.
Nie był to ten sam dr Mordreaux, którego dopiero co opuścił; to był zdecydowanie młodszy mężczyzna, mężczyzna, który wyglądał prawie tak samo, jak lata wcześniej, kiedy Spock znał go na Makropyrios.
W ciągu miesiąca postarzeje się o dziesięć lat pod wpływem stresu związanego z oskarżeniem, procesem i skazaniem.

- Czy mogę pomóc panu wstać? – zapytał Mordreaux uprzejmie.

Wyciągnął rękę, lecz nie dotknął Spocka, a Spock pokręcił przecząco głową.

- Nie. Dziękuję panu. - Wstał niezdarnie, ale o własnych siłach. Trzymany w ręce zmieniacz czasu uderzył go w bok.
- Skąd pan to ma, na miłość boską? – spytał Mordreaux. – I skąd pan przybywa?
- Jakiś problem? – zawołał ktoś z drugiego pokoju i jeden z dwóch ludzi stojących w drzwiach odwrócił się, by odpowiedzieć.
- Ktoś właśnie zmaterializował się na platformie zmieniacza.
- Cóż, panie Spock, minęło wiele czasu. – Dr Mordreaux gestem dłoni wskazał na zmieniacz. – Więcej dla pana, aniżeli dla mnie, jak sądzę, jeśli liczyć od czasów Makropyrios.
- Przybyłem, aby pana ostrzec, doktorze Mordreaux, - rzekł Spock.

Jego głos brzmiał słabo i nie mógł powstrzymać drżenia kolan i rąk.
Wyprostował się, zmuszając ciało do przezwyciężenia bólu, do zmierzenia się z nim bezpośrednio.
Kilkoro spośród osób obecnych w saloniku tłoczyło się przy drzwiach: przyjaciele dr Mordreaux, ludzie, których marzenia wysłały go w tę śmiertelnie niebezpieczną drogę. Spock miał nadzieję, że zjawi się, kiedy dr Mordreaux będzie sam.

- Proszę usiąść, - odezwał się profesor. – Wygląda pan niczym śmierć.

Nadszedł moment, kiedy nawet Spock musiał przyznać się do własnych ograniczeń.
Kuśtykając, powlókł się do przyległego pokoju i przyjął podstawione przez dr Mordreaux krzesło.
Ludzie stojący w drzwiach odsunęli się, przepuszczając go, po czym stanęli razem, otaczając go podejrzliwym kręgiem: sześcioro dorosłych i czworo dzieci.

- Czego on chce, Georges?
- Cóż, Perim, jeszcze tego nie wiem.

Profesor gestem nakazał wszystkim usiąść.

- Jesteś Wolkaninem? – zapytało jedno z dzieci.
- To jest pan Spock, - wyjaśnił dr Mordreaux. – Był jednym z moich najlepszych studentów, kiedy byłem nauczycielem fizyki, a obecnie pracuje na statku kosmicznym. Przynajmniej wierzę, że tym właśnie teraz się zajmuje – ale może zaczął robić coś innego w czasie, z którego do nas przychodzi.
- Nie, - odrzekł Spock. – Wciąż służę na Enterprise.

Jeden z młodych ludzi – co najwyżej w wieku studenckim – podał Spockowi szklankę wody. Spock popijał z niej od czasu do czasu.

- Wystarczy tych opowieści o dawnych czasach i popołudniowej herbatce, - odezwał się Perim. Wziął za rękę dziecko, które pytało i odciągnął je od Spocka i Mordreaux. – Co on tutaj robi? To jest cholernie nieodpowiedni czas na wizytę. Chyba, że przyszedł, by nas powstrzymać.
– Czy to dlatego pan tu jest, panie Spock?
- Tak, sir, dlatego.

Popatrzył kolejno po wszystkich twarzach, zastanawiając się, która z tych osób zareagowała – zareaguje – z taką mieszaniną strachu i przemocy, gdy dr Mordreaux z przyszłości próbował zrobić to, co Spock zamierzał uczynić teraz.
Grupa podróżników w czasie stanęła razem i Spock wyczuwał ich narastający gniew i obawy.
Elaan
Użytkownik
#84 - Wysłana: 8 Mar 2013 19:33:39
cd.

- Sir, - zwrócił się Spock do profesora – nim minie miesiąc, zostanie pan oskarżony o zamordowanie wszystkich tych ludzi. Zarzuty przeciwko panu zostaną udowodnione, podobnie jak oskarżenie o prowadzenie nieetycznych eksperymentów na istotach rozumnych. Pańskie prace nie zostaną potwierdzone; nie będą nawet klasyfikowane, czy kontrolowane. Zostaną zatuszowane. Ich istnienie zrodzi takie obawy wśród urzędników władz sądowych i wykonawczych, że uznają, iż nie ma innego sposobu, aby powstrzymać to, co pan stworzył. Zostanie pan skazany na rehabilitację. Enterprise zostanie przydzielony, by pana tam przewieźć. W trakcie podróży doprowadzi pan do śmierci dowódcy ochrony i kapitana Jamesa T. Kirka.
- To niedorzeczne!
- To prawda. Nie wolno panu kontynuować tego eksperymentu. Doprowadzi on jedynie do katastrofy.
- Chwileczkę, - wtrącił się jeden z podróżników w czasie. – Powiedział pan, że nie powinniśmy iść. Chce pan, abyśmy zostali tutaj.
- Musicie.
- Możemy pozostawić zapis naszych zamiarów, wtedy Georges nie wpadnie w kłopoty – wszyscy zgodziliśmy się wypróbować jego teorie.
- Zgodziliśmy się, do diabła, - rzuciła kobieta w średnim wieku, siedząca na oparciu kanapy. – Namawialiśmy go, aż pozwolił nam to zrobić.
- Kilkoro z Was pozostawi zapisy, - powiedział Spock. – Zostaną wykorzystane jako dowód jego zdolności przekonywania. Jego władzy nad Wami, jeśli wolicie.

Dr Mordreaux opadł na krzesło.

- Myślałem, że podjąłem wystarczające środki ostrożności, aby uniknąć podobnych komplikacji, - rzekł. – Ale z pewnością mogę podjąć też inne środki.
- Nie będą one wystarczające, - odparł Spock. – Czy raczej, być może byłyby, ale panu nie wolno wprowadzić tych planów w życie. Pański los i los tej grupki ludzi, to stosunkowo błaha sprawa w porównaniu z dalekosiężnymi konsekwencjami pańskich działań. Przemieszczenie pańskich przyjaciół na stałe do niewłaściwego kontinuum spowoduje odkształcenie, którego czasoprzestrzeń nie będzie w stanie wytrzymać.
- Dobry Boże, - powiedział Perim. – To brzmi tak, jakby mówił pan o końcu Wszechświata.
- W czasie, o którym mówię, to właśnie to oznacza.
- W czasie, o którym pan mówi, to może oznaczać wszystko! – krzyknęła kobieta w średnim wieku.
- Wszechświat przetrwa nie dłużej, niż sto standardowych lat ziemskich.

Zapadła cisza.

- Co za stek bzdur, - rzuciła ostro kobieta. – Proszę posłuchać, panie Spock, obojętnie skąd i z jakiego czasu pan pochodzi, nie obchodzi mnie jak wspaniałym studentem fizyki był pan kiedyś. Sama sprawdziłam te równania i nie dostrzegłam jakiejkolwiek możliwości powstania zniekształcenia w kontinuum.
- Popełniła pani błąd. Odchylenie było nieuniknione, niemniej, popełniła pani błąd.
- Georges, do jasnej cholery… - Kobieta odwróciła się ku Mordreaux.
- Taka jest prawda, panie Spock. Obawiałem się, że transfer może spowodować pewne zniekształcenie. Ale to się po prostu nie stanie. Nic w równaniach na to nie wskazuje.
- Jest pan w błędzie, - powtórzył Spock. – To, co pan zamierza, zakłóciło rzeczywistość do takiego stopnia, że wzrost entropii przyspieszył. Oczywiście, początkowo efekt ten nie jest duży, ale w ciągu kolejnych dwudziestu lat większe gwiazdy zaczęły przechodzić w novą. Nietrwałe ekosystemy zaczęły się załamywać.
- Udowodnij to, - powiedział Perim.

Spock popatrzył w kierunku terminala komputerowego w rogu pokoju.

- Wykażę Wam pochodność, - rzekł.

Pracował na klawiaturze przez pół godziny. Dzieci grały w gry w drugim kącie pokoju.
Po kilku minutach większość dorosłych cofnęła się, nie będąc w stanie podążać za postępem toku dowodowego tak odległego od ich specjalizacji, lecz kobieta w średnim wieku, Mree, i dr Mordreaux, obserwowali uważnie.
Perim, ojciec dziewczynki, skrzyżowawszy ręce na piersiach stanął, niczym uosobienie groźby, za lewym ramieniem Spocka.
Spock wygospodarował sobie trochę wolnej przestrzeni pośrodku ekranu i wpisał weń nowe równanie.

- Co to jest, na wszystkie kręgi piekielne? – zapytała Mree.
- Przekleństwa nie są tu konieczne, - odparł Spock. – Wyjaśnię wszystko, co uzna pani za zbyt trudne do zrozumienia.
- To nie przekracza moich możliwości zrozumienia, - odrzekła gniewnie. – To jest współczynnik korekcji, który jest dość oczywisty. Możesz udowodnić każde cholerstwo, jakie Ci się spodoba, jeśli wrzucisz współczynniki korekcyjne.
- Mree, - odezwał się pojednawczo dr Mordreaux – proszę, daj mu skończyć, zanim wpadniesz w gniew. I panie Spock, przede wszystkim, to Mree zbudowała zmieniacz czasu. Gdyby mógł pan powstrzymać nieco swój sarkazm, myślę, że wszyscy bylibyśmy szczęśliwsi.
- Nie zamierzałem silić się na sarkazm, - stwierdził Spock.
- W porządku. Ale można bezpiecznie założyć, że zarówno Mree, jak i ja, zdołamy nadążyć za tym, co umieści pan na ekranie, dopóki nie wyciągnie pan danych wziętych z powietrza, choć, o ile mogę stwierdzić, dokładnie ku temu pan zmierza.

Spock usiadł na powrót, opierając dłonie na kolanach i wpatrując się w ekran.

- To jest równanie uzyskane na podstawie obserwacji, których dokonałem, odnoszące się do tego strumienia czasu, niejako w stanie początkowym. Jak pan widzi, aktualna wartość liczbowa jest niezwykle mała. Ale, jak również pan widzi, jest ona uzależniona od wartości T minus t1 do kwadratu. Krótko mówiąc, wartość ta nie tylko się zwiększa, lecz powoduje także przyrost przyspieszenia.

Ponownie pochylił się nad klawiaturą i pokazał jak dopasować współczynnik korekcyjny do oryginalnego równania.
Doktor Mordreaux gwizdnął cicho.
Elaan
Użytkownik
#85 - Wysłana: 8 Mar 2013 19:48:16
cd.

- Georges, - powiedziała Mree – tam nie ma cienia dowodu na istnienie takiego czynnika!
- To prawda, - zgodził się Mordreaux. – Co pan na to, panie Spock?
- Nie ma tam dowodu na jego istnienie, ponieważ czynnik ten jeszcze nie istnieje. Wartość t zależy od momentu, w którym zacznie pan zniekształcać kontinuum czasowe, by przesłać tych ludzi w przeszłość i pozostawić ich tam.

Mree, z oczywistym niedowierzaniem, wymamrotała jakieś przekleństwo.

- To jest najgłupsza argumentacja, jaką kiedykolwiek słyszałam. To zupełne kręcenie się w kółko.
- Doktor Mordreaux stworzył to koło, - odrzekł Spock.
- Próbuje pan uratować życie Jamesa Kirka, prawda? – Mordreaux spojrzał na Spocka, po raz pierwszy porzuciwszy chłodne opanowanie. – Naturalnie, to oczywiste. Musiał być wyjątkowym człowiekiem. Podziwiam pańską lojalność, panie Spock, ale to nie jest jakikolwiek powód do rujnowania planów wszystkich moich przyjaciół. Ostrzegł mnie pan i to wystarczy – nie pozwolę, aby mnie aresztowano po tym, jak wyślę Mree i pozostałych. W razie konieczności sam cofnę się w czasie.
- Cały czas staram się namówić Cię do tego, - powiedziała Mree.

Spock wstał i spojrzał prosto w twarz starego nauczyciela.

- Doktorze Mordreaux, Wolkanie nie kłamią. Efekt entropii wywołał we mnie poważny… niepokój, – kosztowało go wiele wysiłku, aby przyznać się do tego, mimo iż była to prawda – kiedy to odkryłem. Wierzyłem, że popełniłem błąd. Ale pan – pana wersja z przyszłości, która stara się naprawić kontinuum, tak jak ja próbowałem – zapewnił mnie, że tak nie było. Pochodzi on z czasu, kiedy efekty pańskich działań wywołały naprawdę poważne konsekwencje.

Mordreaux zmarszczył brwi i nachmurzył się.

- Wolkanie mówią, że nie kłamią, ale po pierwsze, twierdzenie takie niekoniecznie jest prawdą, a po drugie, pan nie jest Wolkaninem. Nie całkowicie, w każdym razie. A istoty ludzkie są najlepszymi łgarzami we Wszechświecie.
- Ja… ja dążyłem usilnie do wzmocnienia wolkańskich pierwiastków mego pochodzenia i stłumienia ludzkich cech charakteru.
- Dlaczego nie chce pan po prostu przyjąć mojego kompromisu? Nie będzie pan zamieszany w to, co robię, pański okręt nigdy nie zostanie wezwany na Aleph Prime, a pański kapitan będzie bezpieczny.
- Los Jamesa Kirka nie jest związany z tym, co panu powiedziałem. Czy on przeżyje, czy też umrze, nie ma to nic wspólnego z tym, co nastąpi, jeśli zrealizuje pan swoje zamiary.
- Gdzie zatem jest owa legendarna wersja mnie samego? Dlaczego nie cofnie się w czasie i nie powie mi tego wszystkiego osobiście?

Spock zaczął mówić, ale nie dane mu było dokończyć odpowiedzi.
Stojący za jego plecami Perim, nieoczekiwanie chwycił go, przytrzymał jedną ręką za szyję i pociągnął, próbując go przewrócić.

- Nie możemy mu pozwolić zatrzymać nas! Pomóż mi go związać i ruszajmy…

Spock pozwolił się ciągnąć bez oporu, dopóki Perim sam nie stracił równowagi.
Wtedy Wolkanin pochylił się, obrócił, i przerzucił wyższego mężczyznę przez ramię, na podłogę.
Perim leżał oszołomiony, nie stanowiąc już zagrożenia, a Spock odwrócił się na powrót ku doktorowi Mordreaux, zadowolony, że odkrył, który z przyjaciół profesora ma tak gwałtowny temperament.

- Próbował pan, - rzekł. – Próbował pan co najmniej dwukrotnie. Za drugim razem…

O mgnienie oka za późno poczuł dłoń zaciskającą się na jego ramieniu.
Palce zagłębiły się w jego ciało, szukając i odnajdując podatny nerw, zanim zdążył zareagować. Stracił czucie w całym ciele. Stał jeszcze przez chwilę, chwiejąc się na nogach, potem upadł bezwładnie. Otumaniony i sparaliżowany Spock zobaczył, jak przez mgłę, pochylającą się nad nim Mree.

- Nic mu nie będzie, Georges, - powiedziała. – Ale Perim ma rację. Wynośmy się stąd, zanim będzie za późno.

Spock walczył, aby odzyskać kontrolę nad własnym ciałem, ale Mree gruntownie opanowała zasadę posunięcia ofensywnego i uczyniła go niezdolnym do jakiegokolwiek ruchu, pozbawiając świadomości jedynie na krótko.
Był bezsilny, lecz podziwiał ją za mistrzowską technikę: ludzie, którzy jej próbowali, zazwyczaj albo nie osiągali żadnego efektu, albo używali jej tak agresywnie, że skutki były śmiertelne. Jedynie wyjątkowo biegły uczeń potrafił wywołać unieruchomienie bez utraty świadomości.
Dr Mordreaux zawahał się. Spock widział go, choć było to na krawędzi jego pola widzenia, lecz nie mógł ani odwrócić głowy, ani przemówić.

- Dobrze, - rzekł nagle Mordreaux.

Oboje weszli do laboratorium. Spock zmagał się bezskutecznie, by odzyskać choć trochę czucia, choć trochę zdolności poruszania się.
Strumień tęczowego światła, oślepiającej ultrafioletowej energii powiedział mu, że znów zawiódł.
Uciekali do jakiegoś miejsca, w którym nigdy ich nie odnajdzie, i mógłby cofać się w czasie jeszcze raz i jeszcze, coraz dalej i dalej, dodatkowo rozbijając samą istotę Wszechświata, i bezskutecznie próbując naprawić wyrządzone szkody. Lecz zawsze przegra, teraz to wiedział. Zawsze zdarzy się coś, co doprowadzi go do klęski. Entropia zawsze zwycięży.
Tak musi być. To nieuniknione.
Krzyknął w rozpaczy.
Walcząc z poczuciem beznadziei, które nim owładnęło, zdołał jakoś przetoczyć się twarzą do ziemi.
Każdy nerw i każdy mięsień w jego ciele protestował przeraźliwym bólem, gdy zaczął pełznąć po podłodze, jak okaleczone stworzenie, którym przecież był.
Niczym pierwszy pierwotny płaz walczący o oddech na brzegu ginącego jeziora, wiedzący instynktownie w najbardziej prymitywnych połączeniach swego mózgu, że prawdopodobnie umrze, jeśli pójdzie dalej, że na pewno umrze, jeśli zostanie, i że jego jedyną szansą jest wciąż iść, próbując przetrwać.
Elaan
Użytkownik
#86 - Wysłana: 18 Mar 2013 15:10:30
cd.

Hunter przemierzała ambulatorium, pragnąc w duchu znaleźć się niemal gdziekolwiek indziej we Wszechświecie. W drzwiach biura McCoy`a zatrzymała się.

- Leonardzie, - odezwała się – dwanaście godzin pana Spocka prawie już upłynęło.
- Wiem, - odrzekł McCoy, jego głos brzmiał nieszczęśliwie. – Hunter, on powiedział mi, że maksymalna granica to czternaście godzin…
- O, bogowie, - westchnęła Hunter, rozdrażniona. – Leonardzie…
- Zaczekaj… - McCoy podniósł głowę. – Słyszysz to… to sensory!

Zerwał się i pobiegł, minąwszy ją, w głąb izby chorych.
Czujniki urządzeń intensywnej opieki medycznej sygnalizowały wartości zerowe, ale nie dlatego, że toksyna zdusiła w końcu życie w ciele Iana Braithewaite`a.
Hunter rzuciła jedno spojrzenie na puste łóżko i wybiegła na korytarz. Dostrzegła Iana znikającego za rogiem.

- Próbuje dostać się do transportera! – domyślił się McCoy.

Hunter ruszyła w pościg za Ianem. Wciąż był bardzo słaby i szybko zmniejszyła dzielący ich dystans, ale on, potykając się, wpadł do windy. Hunter rzuciła się ku niemu i uderzyła o zamknięte drzwi, spóźniwszy się o ułamek sekundy.

- Cholera!

Czekała, wrząc z niecierpliwości; McCoy dogonił ją w chwili, gdy winda znów się pojawiła. Weszli do środka, i gdy tylko winda zatrzymała się ponownie, Hunter pobiegła w ślad za prokuratorem.
Dotarł już do hali transportera, już otworzył konsolę; spojrzał w dół, na to bioelektroniczne urządzenie, wystające z wnętrza modułu niczym migotliwy, złośliwy nowotwór.

- Nie, Ianie! Na bogów, nie rób tego!
- To jedyny sposób, - wyszeptał.

***

W drzwiach laboratorium, wspierając się na łokciach, Spock uniósł głowę i wyszeptał:

- Doktorze Mordreaux…

Mała grupka podróżników w czasie rozsunęła się i odwróciła, by spojrzeć na niego, wszyscy zaskoczeni dźwiękiem jego głosu. I wszyscy wciąż tam byli.
Spock nie mógł prawidłowo skupić wzroku: sądził, że widzi podwójnie. Lecz wtedy drugi doktor Mordreaux potknął się, schodząc z platformy transportera, zupełnie tak jak Spock, a pierwszy doktor Mordreaux, ten, który przynależał do tego czasu i tego miejsca, ukląkł obok niego i odwrócił go. Starszy profesor jęknął.
Wspierając się o framugę drzwi, Spock podciągnął się i stanął na nogi. Mree spoglądała od jednego Mordreaux do drugiego, potem spojrzała na Spocka.

- Sir… - odezwał się Spock.
- Nic się nie zmieniło, - rzekł Mordreaux. – Nic się… nie zmieniło… - Jego głos przypominał suchy, ulotny szelest piasku ciskanego o kamień. – Czekałem, ale chaos…

Spock zmusił się do przebycia tych kilku metrów przestrzeni pomiędzy nim a profesorem i osunął się na kolana. Teraźniejszy Dr Mordreaux wpatrywał się w samego siebie.

- Oni są zdeterminowani, by przejść, sir, - powiedział. – Próbowałem uzmysłowić im, co się stanie…

Dłoń Mordreaux zacisnęła się wokół jego nadgarstka.

- Nie chcę umierać w ten sposób, - wyrzekł. Odwrócił głowę, by spojrzeć na samego siebie. – Uwierz mu. Proszę, uwierz mu.

Westchnął i zamknął oczy, jego ręka opadła bezwładnie, a życie powoli ulotniło się z jego ciała.
Dr Mordreaux z teraźniejszości wyprostował się i przysiadł na piętach.

- Mój Boże, - wyszeptała Mree. – Mój Boże, patrzcie.

Dr Mordreaux z przyszłości stopniowo rozsypał się w proch, a proch rozpłynął się w nicość. Zanim rozpadł się na cząstki elementarne, Spock chwycił zmieniacz czasu, zresetował go i cisnął w pył. Dostrojony do cząsteczek, które tworzyły ciało dr Mordreaux, pociągnął je, aż zadrżały, i zniknął, powracając do własnego czasu.
Spock zastanawiał się, dlaczego profesor zadał sobie trud naprawy czasoprzestrzeni, skoro był przekonany, że nie uda mu się zapobiec poważnym szkodom, które miały nastąpić.
Wstał powoli, obolały ze zmęczenia.

- Czy teraz mi wierzycie? – Jego fasada samokontroli i absolutnego braku emocji zaczynała pękać. – Wiedział, że umrze, jeśli cofnie się w czasie tak daleko jeszcze raz. Wiedział to! Bał się tego. W jego czasie zmiany, które spowodowaliście, stały się tak nie do zniesienia, że świadomie wybrał śmierć, byle spróbować Was powstrzymać!
- A co z nami? – krzyknął Perim. – Te wszystkie lata w przyszłości! Nasze nadzieje…
- A nadzieje waszych dzieci? – Spock spojrzał na ciekawską, małą dziewczynkę, która zapytała go, czy jest Wolkaninem – uświadomiwszy sobie, że nikt właściwie nie odpowiedział na jej pytanie – a ona wpatrywała się w niego z powagą, jakby rozumiała wszystko, co się wydarzyło. Być może tak właśnie było, być może rozumiała to lepiej niż on, czy ktokolwiek inny. – Daleko w przyszłości, gdy wasze dzieci dorosną, a Wszechświat będzie niczym więcej, tylko chaosem – co wtedy? Wy cofniecie się w czasie, Wy będziecie bezpieczni. – Popatrzył kolejno na każdego z ich grupy, dorosłego i dziecko. – Wasze dzieci poniosą tego konsekwencje.

Dr Mordreaux z teraźniejszości podniósł się.

- Panie Spock… - Jego głos drżał. – Być może…
- Georges! – Perim postąpił krok do przodu, jego pięści zacisnęły się. – Nie możesz…

Mree zacisnęła dłoń na jego ramieniu, delikatnie, jak się wydawało, lecz przerwał i zamilkł.

- Myślę, że będziemy musieli znaleźć inne nadzieje, - powiedziała.
- Nie!
- Perim, - Mree mówiła dalej – Spock ma rację. Byliśmy samolubni – wiedzieliśmy o tym przez cały czas, lecz teraz wiemy, jakie będą rezultaty naszego egoizmu.
- Przykro mi, - rzekł dr Mordreaux.

Popatrzył dokoła na wszystkich swoich przyjaciół, Mree i Perima i innych, którzy obserwowali wszystko z niedowierzaniem.
Młody student, który podał Spockowi wodę, płakał, łzy spływały mu po twarzy.

- To byłoby… - Nie mógł dokończyć.
- Moi przyjaciele, bardzo mi przykro, - powtórzył Mordreaux.

Podszedł do transportera i zaczął odłączać dodatkowe urządzenia. Perim i jeszcze jeden z podróżników próbowali go powstrzymać, ale Mree i trzej inni dorośli członkowie grupy zapobiegli temu. Mordreaux ukończył demontaż, potem, również ze łzami na twarzy, uścisnął każdego z nich.

– Nie mogę tego dla Ciebie zrobić, nigdy, - rzekł, kiedy podszedł do Perima. – Wiem to.

Perim odsunął się, nie pozwalając się objąć.

- Masz rację, - odrzekł, choć jego głos przypominał bardziej warczenie, aniżeli jakikolwiek ludzki dźwięk. – Nie możesz.

Wziął swoje dziecko na ręce i uciekł.
Elaan
Użytkownik
#87 - Wysłana: 18 Mar 2013 15:33:55 - Edytowany przez: Elaan
cd.

Ian Braithewaite wcisnął przycisk na zmieniaczu czasu. Hunter i McCoy dopadli do niego w tej samej chwili, lecz za późno; odrzuciło ich od panelu kontrolnego transportera, kiedy nadwerężone silniki warp, hucząc, zbudziły się do życia w sposób tak niezsynchronizowany, że cały Enterprise zadrżał.
Transporter zalało jaskrawe światło, przechodzące stopniowo w tęczowy strumień.

- czerwień – pomarańcz - żółć –

McCoy jęknął, pełen żalu i rozpaczy.

– zieleń – błękit – fiolet -

Na okręcie zapadły kompletne ciemności; wiązka zniknęła, a McCoy uświadomił sobie, że leży jak długi na podłodze. Kiedy otworzył oczy, oświetlenie było zupełnie normalne, a on był całkiem sam.
Podniósł się na nogi; był tak zesztywniały, jakby leżał tam przez kilka godzin.
Zdarzyło się coś strasznego, ale było to niczym sen, który prześlizgnął się między palcami, zanim zdołał go zatrzymać. Coś się wydarzyło, lecz nie wiedział, co.

- Co ja tutaj robię? – wymamrotał.

Jeszcze raz rozejrzał się wokół po pustym pomieszczeniu, wzruszył ramionami i wrócił do ambulatorium.

***

W saloniku, po tym jak inni także odeszli, dr Mordreaux spojrzał ze smutkiem na Spocka, następnie na Mree.

- Sądzę, że będzie lepiej, jeśli nie opublikuję moich ostatnich prac, - stwierdził.

Pomimo tego wszystkiego, co się stało, Spock odczuwał coś więcej, aniżeli ukłucie winy i niepokoju na myśl o tłumieniu wiedzy. Znowu zapragnął, aby profesor mógł osiedlić się w społeczeństwie tak uregulowanym, jak na Vulcanie.

- Ja także sądzę, że nie powinieneś, - powiedziała Mree. – I na pewno nie będziesz o tym wspominał. Cholera. Pomysł cały czas wydawał się świetny.
- Czy ktokolwiek z pozostałych może spróbować zmusić jedno z Was do odbudowania zmieniacza czasu? – zapytał Spock.

Mordreaux wzruszył ramionami.

- To możliwe. Kto wie? Czy można być czegokolwiek pewnym? Ale myślę, że to już nasz problem, nie pański, panie Spock.
- Mam nadzieję, że pana nie skrzywdziłam, - rzekła Mree. – Bardzo mi przykro.
- Pani technika jest nieskazitelna, - odrzekł Spock. – Gratuluję pani.
- Dziękuję, - odparła.

Mordreaux spojrzał w kierunku drzwi do laboratorium, gdzie jego drugie ja rozpadło się w proch.

- Czy nic panu nie grozi, panie Spock? Może pan powrócić do swego własnego czasu bez…
- Pańska inna wersja odbyła o wiele więcej podróży, aniżeli ja.
- Pańska fizjologia jest odmienna.
- Nie mam wyboru, doktorze Mordreaux. Nie mogę pozostać tutaj, podobnie jak pan nie może wysłać swoich przyjaciół w przeszłość, do czasów, w których woleliby żyć. Jestem świadomy ryzyka. – Wstał. Pozostawanie tu dłużej było bezcelowe – bezcelowe i potencjalnie niebezpieczne. Każda chwila jego pobytu zwiększała szanse, iż mimowolnie popełni jakiś błąd, czyn, którego skutki narastałyby kaskadowo, aż do katastrofy gdzieś w przyszłości. – Muszę wrócić. – rzekł.

Podniósł swój zmieniacz czasu. Leżał gładki i chłodny w jego dłoni.

- Panie Spock…
- Muszę wrócić, - powtórzył. – Muszę wrócić teraz.

Jego palce zacisnęły się konwulsyjnie na zmieniaczu czasu, gdyż nie pragnął niczego więcej, niż odrzucić go od siebie tak daleko, jak tylko potrafi, i nigdy już nie dotykać.
Nie chciał ponownie podróżować poprzez czas. Był tak zmęczony, że nie chciał już więcej zmagać się z cierpieniem… Bał się.

- Żegnajcie, - powiedział i wcisnął kontrolki.

Słyszał ich głosy powtarzające słowa pożegnania, kiedy zasilacz zmieniacza utworzył ścianę energii wokół niego, a potem wszystkie dźwięki znikły, gdy został pochłonięty przez strumień czasu. Ostry blask ultrafioletowego światła wbił się w jego źrenice.
Pomimo wszelkich swoich zapewnień, jakie złożył McCoy`owi, nie był pewien, czy pozostał sobą, samoświadomą wersją samego siebie z tego strumienia czasu, i czy nadal będzie istnieć, gdy ta podróż się zakończy.
Znajome ściany Enterprise zmaterializowały się wokół niego; miał tylko chwilę, aby się o tym upewnić, zanim osunął się w tak głęboką, czystą męczarnię, że było to jedyne wrażenie, jakie jego umysł zdołał odebrać.

***

Wiązka tęczowego światła zniknęła, a wraz z nią pan Spock. Georges spojrzał na Mree; wpatrywała się w platformę transportera, potrząsając głową.

- Myślisz, że nic mu się nie stanie?
- Mam nadzieję. Będziemy musieli zaczekać kilka tygodni, zanim upewnimy się, że wrócił do domu. Wtedy mogę nawiązać łączność z Enterprise. Jeśli nie będzie pamiętał, co się wydarzyło, po prostu się przywitam.
- Zamierzasz połączyć się z nim stąd?

Georges Mordreaux zmarszczył brwi.

- Co masz na myśli?

Mree wzięła go za rękę.

- Jeżeli Perim jest naprawdę wściekły, łatwo może zacząć Ci grozić. Możesz być w poważnym niebezpieczeństwie.

Georges myślał nad tym przez kilka chwil, potem powtórzył pytająco:

- Mogę być w niebezpieczeństwie?

Mree wzruszyła ramionami.

- Przypuszczam, że zdołałbym zbudować zmieniacz czasu sam, - rzekł Georges. – Lecz Perim wie, równie dobrze jak ja, kto rzeczywiście go zbudował.
- Tak, - odparła. – Ale ja planowałam opuścić Aleph tak czy owak. Nie sądzę, by czyniło to wielką różnicę, czy podróżować będę przez cztery wymiary, czy w normalnych trzech.
- I uważasz, że ja także powinienem opuścić stację.
- Zgadza się.
- Mam uciekać?
- Chyżo niczym zając, - zażartowała. Potem, całkiem poważnie, dodała – Georges, co Cię tutaj trzyma?
- Niewiele, - przyznał.

Mijały długie sekundy, a Mree i Georges patrzyli na siebie, wspominając inne rozmowy, bardzo podobne do tej.

- Wiele razy przedtem prosiłam Cię, byś mi towarzyszył, - powiedziała. – Powinnam poprosić Cię jeszcze raz, czy wolałbyś, abym tego nie robiła?
- Nie, - rzekł. – Nie musisz znowu mnie prosić. Gdziekolwiek jest to miejsce, do którego się wybierasz… myślisz, że będą tam mieli jakikolwiek pożytek z szalonego naukowca?
- Pewnie, - odrzekła. – Tak długo, jak będziesz współpracował z szaloną wynalazczynią. – Gestem ręki wskazała zmieniacz czasu. – Pomyśl o projektach, które możemy zrealizować. Dlatego, nie może nam się nie udać.

Roześmieli się oboje, z odcieniem smutku, i przytulili do siebie bardzo mocno na bardzo długi czas.
Elaan
Użytkownik
#88 - Wysłana: 21 Mar 2013 16:47:56
cd.

Wydawszy kolejny nieartykułowany krzyk, Jim Kirk usiadł na swojej koi. Przycisnął dłonie do twarzy: coś próbowało dostać się do jego oczu…
Reagując na jego ruch, światła w pomieszczeniu rozjaśniły się stopniowo; był w swojej kabinie, na swoim okręcie, był cały i zdrowy. To wszystko było niczym więcej, jak tylko nocnym koszmarem.
Położył się znowu i przetarł twarz obydwiema rękami. Był cały mokry od potu. To był najbardziej realistyczny sen, jaki miał od dłuższego czasu. Terroryzm, który widział na samym początku swojej kariery w Gwiezdnej Flocie, nawiedzał go latami w snach właśnie takich, jak ten.
Mroczna postać pojawiła się, wycelowała w niego z pistoletu i strzeliła. Potem, jak gdyby był dwiema oddzielnymi osobami, obserwował własną śmierć i czuł jak umiera, kiedy pajęczyna powoli przenikała jego mózg. Sen zawsze kończył się, gdy srebrnoszara śmierć przesłaniała jego piwne oczy.
Potarł pierś, tuż nad mostkiem, gdzie we śnie kula weszła w jego ciało.

- Mógł przynajmniej zabić mnie od razu, - rzekł głośno, choć było to dalekie od jakiegokolwiek, nawet czarnego humoru.

Chociaż sen, który śnił przed koszmarem, był zupełnie inny. To był kolejny sen, którego nie miał już od bardzo dawna: śnił o Hunter. Przez większość czasu nie próbował nawet myśleć o niej. Był tak bliski zniszczenia ich przyjaźni przez własną niedojrzałość; z pewnością zniszczył ich intymność.
Dlaczego nie dorośniesz, Jim? – pomyślał. Twoje sny nie przychodzą tylko dla igraszki, przychodzą, by dać Ci dobrą radę. Zostałeś ostrzeżony o swojej śmiertelności, choć, jeśli będziesz miał szczęście, będzie Ci dana lepsza śmierć, aniżeli ta. Ale jesteś śmiertelny – tak jak i ona. Ona jest w większym niebezpieczeństwie niż ty, i to przez większość czasu; co będzie, jeśli coś się jej stanie i nigdy nie powiesz jej, co czujesz, lub przynajmniej, że wiesz jakim byłeś cholernym głupcem?
Polecił, by światła zgasły na powrót i leżał w ciemności, próbując znów zasnąć. Ale wiedział, że rankiem będzie pamiętał sny, które miał tej nocy.

***

W swojej zaciemnionej kabinie Hunter uniosła głowę znad podświetlonego ekranu czytnika i wzdrygnęła się. Czyżby przysnęła? Nie sądziła, by tak było.
Odchyliła się, dotykając plecami oparcia, przeciągnęła się, potarła skronie i znów skupiła uwagę na czytniku.
Referat, który wyświetliła był trudny w odbiorze, pomimo wszystkich lat jej formalnego wykształcenia z dziedziny fizyki, ale praca była wystarczająco dziwaczna, by ją zainteresować. Zawsze uważała, że Georges Mordreaux był trochę szalony, a ten artykuł potwierdził jej podejrzenia. Czwarty dokument z pięciu nosił datę publikacji sprzed dwóch lat. Hunter nie mogła znaleźć żadnej wzmianki o jakiejkolwiek kolejnej monografii w artykule nr 5.
Zastanawiała się, co się stało z Mordreaux po tym, jak opuścił Makropyrios w przypływie rozgoryczenia i urażonej dumy. Zawsze podpisywał swoje prace, lecz nigdy nie podawał miejsca pobytu.
Hunter czuła się zbyt niespokojna, aby skoncentrować się na fizyce. Zgasiła czytnik, złożyła go, umieszczając w ściennej wnęce, i poszła do kokpitu, by przygotować Aerfena do dokowania na Aleph Prime.
Jej załoga potrzebowała zastępstwa, nawet bardziej, niż Aerfen potrzebował napraw, ale Gwiezdna Flota odebrała jej prośbę i jeszcze nie raczyła odpowiedzieć. Za każdym razem Hunter stykała się z biurokracją, która coraz częściej obarczała ją coraz większą odpowiedzialnością, o której marzyła jedynie, by móc z niej zrezygnować.
Zawsze mogła dołączyć do ochotniczych oddziałów komandosów. Albo po prostu wrócić do domu i zostać tam na trochę. Urlop naukowy nie należał jej się jeszcze przez dwa lata; najlepszym, na co mogła liczyć w międzyczasie, było kilka tygodni w domu wraz z rodziną, razem z córką; i kilka dni dla siebie, w górach, by odnowić jej przyjaźń z orłem, który czuwał nad nią od chwili, gdy otrzymała imię z wizji.
Hunter pokręciła głową nad sobą. Czasami potrafiła być beznadziejnie sentymentalna; jeśli rozrzewni się jeszcze bardziej, to zacznie myśleć o Jimie Kirku, a to zaprowadziłoby ją na złe tory zastanawiania się „co by było, gdyby”.
Gdyby tylko był zupełnie innym człowiekiem, - pomyślała Hunter. – Gdybym ja także była inna. Wtedy wszystko ułożyłoby się perfekcyjnie.

***

Zmierzając spacerowym krokiem w kierunku swojego biura, Ian Braithewaite zatrzymał się, uchylił drzwi i wsunął głowę do biura obrońcy publicznego na Aleph Prime.

- Cześć, Lee, jak się dzisiaj czujesz?
- Lepiej, - odrzekła. – Musiałam nabawić się jakiejś infekcji wirusowej, ale teraz już mi przechodzi.
- To dobrze.
- Przyszło coś interesującego? – zapytała. – Jestem zmęczona błaganiem o grzywny dla pijanych górników. Czemu nie pojawi się jakaś smakowita sprawa przemytnicza?
- Ja nie żałuję, - odparł.
- Chcesz pójść później na kawę?
- Pewnie, - rzekł Ian. – Spotkamy się po rozprawie.

Poszedł w dół korytarza do swojego biura, aby zająć się swoim umiarkowanie ciężkim bagażem sporej ilości nudnych spraw, dzień po dniu zawsze takich samych.

***

Bezszelestnie, bez żadnego ruchu, Mandala obudziła się. W jednej chwili przeszła z głębokiego, pełnego obrazów snu, do stanu całkowitej czujności. Czuła zimno, a zarazem była spocona ze strachu.
Niemal tak szybko, jak się obudziła, przypomniała sobie gdzie jest: w swojej kabinie na Enterprise, jej nowym przydziale. Nie była znowu na patrolu, w samym środku strzelaniny.
Potarła bolące miejsce pod blizną na lewym ramieniu. Musiała naciągnąć stare złamanie podczas treningu. Naprawdę powinna znaleźć czas na regenerację kości. To było głupie godzić się na taką dolegliwość. A tym razem atak bólu pobudził jej wspomnienia i sprowadził na nią koszmar.
Ale to był tylko koszmar. Stawiła czoło zagrożeniom i przezwyciężyła je, tak jak pokonała inne, rzeczywiste niebezpieczeństwa, a walka i zwycięstwo przepełniły ją dziką, okrutną radością.
Hikaru spał spokojnie obok niej. Słabe światło lśniło na jego barkach. Leżał twarzą w dół, z głową opartą na ramionach, zwrócony ku niej. Wczoraj, gdy oboje zdali sobie sprawę, jak bardzo siebie pragną i potrzebują, postanowili spędzić razem tak dużo czasu, jak tylko mogą, nawet jeśli on wkrótce opuści Enterprise.
Był taki delikatny, łagodny… Mandala nie chciała myśleć o tym, jak twardym uczyni go przemoc, z którą zetknie się w swoim następnym przydziale. Ale nie mogła powiedzieć mu o tym. Jej powody były zbyt samolubne; mówiąc mu o tym, w efekcie nakłoniłaby go do porzucenia swoich ambicji.
Być może jest wystarczająco silny, by przejść przez to doświadczenie niezmienionym. To było możliwe. Lecz było to prawdopodobne w tym samym stopniu, jak szanse rozwoju jego kariery bez dokonywania transferu w ogóle.
Odsunęła od siebie te przygnębiające myśli, wciąż bowiem czuła wewnętrzną radość, jaką przyniósł jej sen. Jej serce biło szybko; była podekscytowana.
Pochyliła się i pocałowała Hikaru w ramię. Całowała kącik jego ust, jego ucho, jego skroń. Jego oczy otworzyły się, zamknęły i znów otworzyły. Wziął głęboki oddech.

- Cieszę się, że mnie obudziłaś.
- Cieszę się, że się obudziłeś.

Jej palce prześlizgnęły się niespiesznie po jego plecach w górę i w dół. Zadrżał.

- Zbudziłaś mnie z jakiegoś koszmaru, - powiedział.
- Było bardzo źle?
- To było takie… Ale teraz, nie mogę nic sobie przypomnieć.

Przysunęła się bliżej niego i otoczyła ramionami jego barki, tuląc go. Objął ją mocno, chowając twarz w jej długie, rozpuszczone włosy, dopóki nie otrząsnął się z niepokoju, a jego ciało nie zaczęło reagować na jej bliskość.
Pochyliła się nad nim, pozwalając swoim włosom opaść i otoczyć ich niczym kurtyna. Gdy połaskotały mu kark i ramiona, uśmiechnął się. Ona pieściła go, rysując na jego skórze palcami ciepłe wzory, przetykane chłodnym dotykiem rubinowego pierścienia.

- Jesteś taki piękny, - rzekła Mandala i schyliła się, żeby znów go pocałować, zanim zdążył pomyśleć, co odpowiedzieć.
Elaan
Użytkownik
#89 - Wysłana: 21 Mar 2013 17:11:43
cd.

Jenniver Aristeides i Snnanagfashtalli siedziały naprzeciwko siebie w pokoju służbowym, grając w szachy. Obie wolały klasyczną, dwuwymiarową szachownicę zamiast wersji 3-D; było to w jakiś sposób czystsze i mniej pretensjonalne, lecz zachowywało swoją nieskończoną złożoność.

- Jeśli poproszę Mandalę Flynn o przeniesienie, to przynajmniej nie plunie mi w twarz, - powiedziała Jenniver.
- Nie, - zgodziła się Fashtall. – Ona nie jest podobna do tamtego, nie oplułaby kogoś.
- Chodzi po prostu o to, że trudno komukolwiek uwierzyć, iż nie lubię bić ludzi i powalać ich na ziemię, kiedy tylko mam do tego okazję. – Jenniver wzruszyła ramionami. – Myślę, że nie można ich za to winić.

Fashtall podniosła swoją kształtną głowę i spojrzała na nią przez stół, źrenice jej kasztanowych oczu rozszerzyły się.

- Wierzę, - mruknęła. – Nikt z nich nie powie, że Ci nie wierzy, kiedy ja jestem w pobliżu. I nikt nie splunie Ci w twarz.
- On nigdy tak naprawdę tego nie zrobił, wiesz o tym, - rzekła Jenniver łagodnie. – Nie potrafił sięgnąć tak daleko.
- Poprzednik Mandali Flynn odszedł, - powiedziała Fashtall. – A Mandala Flynn jest naszym bezpośrednim przełożonym. Jeśli nie pozwoli Ci na przeniesienie do działu botaniki, poda Ci przynajmniej powód swojej decyzji. Nie sądzę, by zatrzymała Cię tutaj dłużej niż to konieczne, jeśli będzie wiedziała, że jesteś nieszczęśliwa.
- Boję się z nią porozmawiać, - stwierdziła Jenniver.
- Ona Cię nie skrzywdzi. A Ty nie skrzywdzisz jej. Przyglądałaś się jej kiedyś, jak trenuje judo? Żaden zwykły człowiek na tym statku nie zdołałby jej pokonać, nawet kapitan.
- A Ty mogłabyś? – zapytała Jenniver.

Fashtall mrugnęła do niej okiem.

- Ja nie gram fair, wszystko przez te reguły.

Kobieta-Odmieniec roześmiała się. Uświadomiwszy sobie, że Fashtall ma o wiele więcej poczucia humoru, niż ktokolwiek mógłby sądzić, Jenniver pionkiem zabrała jej królową. Po chwili Fashtall zawarczała. Jenniver uśmiechnęła się.

- Nawet mnie nie zaszachowałaś.
- Wkrótce bym to zrobiła. Pokonana przez pionka! – Wydała kolejny, pełen irytacji dźwięk. – Myślisz, że posuniesz się dalej do przodu niż ja, przyjaciółko Jenniver, i że Ci zazdroszczę. - Nagle odwróciła się, cętkowane futro na jej karku najeżyło się. – Co to było?
- Coś upadło. Albo ktoś. W obserwatorium.

Fashtall wyskoczyła z pokoju służbowego na wszystkich czterech łapach, a Jenniver podążyła za nią, biegnąc z łatwością w tak absurdalnie niskiej grawitacji. Minęła Fashtall i pierwsza dotarła do obserwatorium.
Pan Spock stał, chwiejąc się na nogach, pośrodku słabo oświetlonego pomieszczenia, jego oczy wywróciły się w głąb czaszki tak, że widać było ledwie białe półksiężyce, jego włosy były w nieładzie. Krew spływała po jego twarzy z rany na lewej skroni, i co było najdziwniejsze ze wszystkiego – jak stwierdziła Jenniver – był bez munduru, ubrany w miękko opadający, ciemnobrązowy strój, tunikę raczej, aniżeli uniform.
Podbiegła do niego; jej buty zachrzęściły na odłamkach czegoś, co przypominało plastik. Zawahała się, przestraszona, jak to często się zdarzało, gdy przez nieuwagę uszkodziła jakiś kruchy przedmiot, należący do słabych ludzi wokół niej. Ale podłoga była wręcz zasłana bursztynowymi kawałeczkami; cokolwiek zostało zniszczone, nie ona to spowodowała.
Kolana Spocka ugięły się i Jenniver zapomniała o połamanych okruchach wokół niej; skoczyła do przodu i złapała oficera naukowego, zanim upadł. Trzymała go. Fashtall uniosła się na tylne nogi i dotknęła jego czoła.

- Gorączka, - stwierdziła. – I to wysoka – o wiele za wysoka, nawet jak na Wolkanina.

Spock podniósł głowę.

- Moje obserwacje… - rzekł. – Entropia… - Spojrzenie jego oczu było dzikie i zdezorientowane. – Kapitan Kirk…
- Fashtall, idź obudzić doktora McCoy`a. Ja pomogę panu Spockowi dotrzeć do ambulatorium.

Białe wibryssy Snnanagfashtalli zjeżyły się i poruszyły w geście porozumienia. Przeskoczyła ponad fragmentami połamanego przyrządu i zniknęła w korytarzu.

- Nic mi nie jest, - zaprotestował Spock.
- Pan krwawi, panie Spock.

Przyłożył dłoń do swojej skroni; jego palce natychmiast stały się mokre od krwi. Potem spojrzał na swój rękaw: brązowy, jedwabny, a nie z niebieskiego weluru.

- Proszę pozwolić mi zabrać pana do ambulatorium, - powiedziała. – Proszę.
- Nie potrzebuję wsparcia!

Pomyślała, że jest okrutny, ale nawet nie przyszło jej do głowy, by okazać mu nieposłuszeństwo. To ona podtrzymywała większość ciężaru jego ciała; puściła go, tak wolno, jak tylko się ośmieliła, dając mu szansę pójścia o własnych siłach. Ale tak jak się obawiała, nie mógł ustać na nogach.
Osunął się ponownie i znów powstrzymała go przed upadkiem.
Patrzyła na ścianę po drugiej stronie pokoju, unikając jego wzroku; jeśli ona będzie udawać, że nic nie zauważyła, być może on będzie udawał, że nic nie widziała.

- Idę do ambulatorium, - stwierdziła. – Chce pan iść ze mną?
- Chorąży Aristeides, - odparł łagodnie – moja godność nie potrzebuje aż tak wielkiej ochrony. Będę wdzięczny za pani pomoc.

***

Leonard McCoy przechadzał się tam i z powrotem po swoim biurze, zastanawiając się, co uczynił, by zasłużyć na taką bezsenność.
Niewytłumaczalny okres nieprzytomności w hali transportera, o cokolwiek w tym wszystkim chodziło, w żaden sposób nie złagodził jego zmęczenia; jedynie je pogorszył. I to martwiło go jeszcze bardziej.
Czuł się tak, jakby miał za sobą solidną pijatykę, taką, na jakie nie pozwalał sobie, odkąd przestał być długowłosym studentem, pomimo swojej reputacji – a właściwie pozie – twardego miłośnika mocnych trunków ze starej, południowej szkoły. Ale nie pił nic mocniejszego niż kawa – a i to niewiele, od kiedy zaczęły się problemy ze snem – od czasu powitania Mandali Flynn przez grono oficerskie. Trudno, aby ta chwila słabości wróciła i prześladowała go dwa miesiące później.

- Doktorze McCoy! – Snnanagfashtalli wbiegła i z wdziękiem uniosła się na tylne nogi. – Pan Spock jest chory. Gorączka, co najmniej trzy stopnie Celsjusza…
- On zawsze ma gorączkę co najmniej trzech stopni Celsjusza.
- Podobnie jak ja, - rzekła Snarl, a jej uszy gładko przylgnęły do głowy. – W ludzkich kategoriach.

Snarl nie była istotą, z którą można przerzucać się dowcipami; McCoy spoważniał bardzo szybko.

- Gdzie on jest?
- Pozostał przytomny, więc chorąży Aristeides pomaga mu dotrzeć do izby chorych.
- Dobrze. Dziękuję. – McCoy odetchnął z ulgą, gdy Snarl na powrót nastawiła swoje szpiczaste uszy.

Jenniver Aristeides wkroczyła do środka, dźwigając Spocka. Wolkanin leżał na jej rękach, bez świadomości, z głową odrzuconą do tyłu, jego długie ręce zwisały bezwładnie. Co kilka sekund krople jego krwi skapywały na podłogę.

- Zemdlał minutę temu. – Chociaż chorąży górowała nad McCoy`em głową i ramionami, jej głos brzmiał niepewnie. – Pomyślałam, że lepiej go tu przynieść, niż czekać na nosze.
- Wykazała się pani właściwą oceną sytuacji. – McCoy westchnął. – Obawiałem się tego, zapracowywał się po prostu do siódmych potów.
Elaan
Użytkownik
#90 - Wysłana: 24 Mar 2013 19:31:52 - Edytowany przez: Elaan
Epilog

Jim Kirk siedział przy łóżku Spocka, obracając w dłoniach po raz kolejny kawałek połamanego urządzenia o dziwnym kształcie. Nigdy wcześniej nie widział niczego podobnego i nie potrafił zrozumieć, co to było, lub czemu służyło. To był jedyny fragment wystarczająco duży, by go zbadać; pozostałe fragmenty leżały razem, pomieszane, w pudełku obok.
McCoy wszedł i usiadł, przecierając oczy ze zmęczeniem.

- Bones, - odezwał się Jim – wezwałbym Cię, gdyby zaczął się budzić. Dlaczego się trochę nie prześpisz?
- To jest właśnie problem, próbowałem, - odrzekł McCoy. – Cokolwiek Spock zrobił ze sobą, by nie potrzebować snu, myślę, że mnie także to zadał.

Jim przesunął palcem wzdłuż gładkiej, zakrzywionej, bursztynowej powierzchni, zatrzymując się na złamanej krawędzi.

– Czułem się nieswojo przez kilka ostatnich dni, - mówił dalej McCoy. – Jakby coś strasznego miało się wydarzyć, a ja nie mógł w żaden sposób temu zapobiec. Albo, jakby to już się stało, a ja nie wiedział, co się właściwie wydarzyło.

Kirk wyszczerzył zęby w uśmiechu.

- Czujesz się tak zaledwie od kilku dni? Ja czuję się tak, odkąd tkwimy uwiązani w zasięgu oddziaływania tej przeklętej osobliwości. – Popatrzył na Spocka, który leżał, nie wykonawszy najmniejszego ruchu, od chwili, gdy Kirk wszedł do pokoju. – Bones, czy on dojdzie do siebie?
- Tak, tak sądzę.
- Nie jesteś pewien? – powiedział Kirk, zaskoczony, bo zadał pytanie tylko po to, by otrzymać uspokajającą odpowiedź.
- Jestem wystarczająco pewny, - odparł McCoy. – Ale, by zacząć od początku, nie wiem jak zdołał się doprowadzić do takiego stanu. Spodziewałem się, że ktoś przywiezie go tu na wózku, osłabionego z wyczerpania, za kilka dni…
- Wiedziałeś, że pracuje pozbawiony snu…
- Taak.
- … i nie powiedziałeś mi o tym?
- A co byś zrobił? Zabroniłbyś mu? – McCoy uśmiechnął się. - Nie powiedziałem Ci, bo wiąże mnie etyka lekarska. Zachowanie poufności między lekarzem a pacjentem. Nie miałem ochoty, by mój kapitan odgryzł mi głowę.
- Dobrze już, dobrze. Lecz, dlaczego jest z nim tak źle, skoro to nie wyczerpanie?
- To jest wyczerpanie, ale takiego rodzaju, jakiego oczekiwałbym, gdyby jego ciało było poddane ogromnemu wysiłkowi fizycznemu. Kilka wolkańskich maratonów, powiedzmy, sto kilometrów przez pustynię. Rana na głowie jest całkowicie niewytłumaczalna. Nie nabawił się jej upadając – rozorał tylko wcześniejszą ranę, która była już częściowo zaleczona. A ta została załatana przy pomocy hybrydowej skóry syntetycznej. Spock wiedział, że zrobiłem kilka płatów dopasowanych do jego genotypu. Mógł więc sam ich użyć. Sęk w tym, że tego nie zrobił; pakiet nadal jest w schowku, nieotwarty. - Przerwał i wzruszył ramionami. - Mam mówić dalej?
- Nie. Sam mogę to zrobić. Był bez uniformu – nigdy nie widziałem go na okręcie ubranego inaczej, niż w mundur. Co więcej, - uniósł fragment dziwnego urządzenia – to jest coś, czego nigdy przedtem nie widziałem. Scotty także nie wie, co to jest. Składa się głównie z elementów bioelektronicznych, które są taką nowością, że trudno je zdobyć. Nigdy nie podpisywałem na nie zapotrzebowania, i nie ma zapisu, że kiedykolwiek dostarczono je na pokład okrętu.

Pan Spock, którego świadomość budziła się powoli z głębin snu, stopniowo zdawał sobie sprawę z brzmienia głosów wokół niego. Rozmawiano o nim, ale jak dotąd, nie potrafił uchwycić znaczenia poszczególnych słów. Próbował się skoncentrować.

- Dzieje się coś bardzo dziwnego, - powiedział Jim Kirk. – Coś, czego nie rozumiem. I nie podoba mi się to wszystko.
- Jim! – Spock usiadł tak szybko, że każdy mięsień, staw i ścięgno w jego ciele zaprotestował niemym wrzaskiem przeraźliwego bólu; był świadomy tego doznania, lecz nie dopuścił go do siebie, zignorował, tak jak powinien, choć z całkiem niewłaściwych powodów.

Chwycił Jima Kirka za ramię. Było mocne i rzeczywiste. Ulga i, tak, radość, owładnęły Wolkaninem. Przesunął rękę w górę, wzdłuż ramienia Jima; sięgnął do jego twarzy, aby położyć dłoń na jego skroni i poczuć niepokojącą energię nieuszkodzonego umysłu Jima.
Odsunął się gwałtownie, wstrząśnięty własną impulsywnością; odwrócił twarzą ku ścianie, starając się odzyskać kontrolę nad sobą.

- Spock, co się stało? Bones…
- No cóż, chciałeś go obudzić, - stwierdził McCoy cierpko.
- Nic się nie stało, kapitanie, - odezwał się Spock. Opadł z powrotem na koję. Jego głos był wystarczająco pewny, by nie ujawnić, że jest na krawędzi zarazem i śmiechu i łez. – Jestem po prostu… bardzo zadowolony, że pana widzę.
 Strona:  ««  1  2  3  4  »» 
USS Phoenix forum / Świat Star Treka / Podróże w czasie, chaos i Star Trek - przekład ST TOS "The Entropy Effect"

 
Wygenerowane przez miniBB®


© Copyright 2001-2009 by USS Phoenix Team.   Dołącz sidebar Mozilli.   Konfiguruj wygląd.
Część materiałów na tej stronie pochodzi z oryginalnego serwisu USS Solaris za wiedzą i zgodą autorów.
Star Trek, Star Trek The Next Generation, Deep Space Nine, Voyager oraz Enterprise to zastrzeżone znaki towarowe Paramount Pictures.

Pobierz Firefoksa!