USS Phoenix
Logo
USS Phoenix forum / Świat Star Treka / Podróże w czasie, chaos i Star Trek - przekład ST TOS "The Entropy Effect"
 Strona:  ««  1  2  3  4  »» 
Autor Wiadomość
Elaan
Użytkownik
#31 - Wysłana: 21 Lis 2012 19:27:44 - Edytowany przez: Elaan
Rozdział 3.

Główny Inżynier Montgomery Scott szedł ciężkim krokiem w dół korytarza, mamrocząc przekleństwa w niezrozumiałym, szkockim dialekcie.
Sześć tygodni pracy na marne, sześć tygodni pracy, którą trzeba będzie wykonać od początku, albo - co bardziej prawdopodobne - porzucić, jakby była tak banalna, iż może być przerwana zaledwie dwa dni przed ukończeniem – i to dla takiego głupiego powodu.
Od czasu nadejścia tajemniczej wiadomości alarmowej, która skierowała ich na Aleph, wszystko, co słyszał to: biedny pan Spock, nieszczęśliwy pan Spock, którego cała praca poszła na nic.
A co, - zastanawiał się – z biednym panem Scottem?
Utrzymywanie ustabilizowanej mocy silników w sąsiedztwie nagiej osobliwości to nie był piknik, a pracował nad tym tak samo długo, jak Spock nad swoim zadaniem.
Silniki poddane były straszliwym naprężeniom, a obowiązkiem Scotta było być pewnym, że nie zawiodą: gdyby zdarzyło się to podczas korekcji orbity, misja zakończyłaby się natychmiast – lub trwałoby to o wiele dłużej niż sześć tygodni, zależnie jak na to spojrzeć.
Dla obserwatora z zewnątrz Enterprise spadałby wprost ku szaleństwu wymiarów, stając się coraz bardziej nikłym, dopóki nie zmieniłby się w pyłek i nie zniknął.
We wnętrzu okrętu załoga obserwowałaby, jak otaczająca ich przestrzeń znika, a następnie pojawia się ponownie – zakładając, że statek dokonałby przejścia w całości raczej, aniżeli w kawałkach – lecz byłaby to przestrzeń w innym miejscu i w innym czasie, a szanse Enterprise, by znów dotrzeć do domu byłyby tak bliskie zeru, że wręcz niewymierne.
Silniki były główną przyczyną podłego nastroju Scotta. Podczas gdy wszyscy na statku, albo tak wielu jak nigdy dotąd, otrzymali dzień swobody na Aleph Prime, Scott – zamiast relaksować się w najlepszym w tym oktancie miejscu na spędzenie przepustki – poświęcił każdą minutę na zdobycie potrzebnych części i dostarczenie je na statek.
To był tylko początek całej pracy: musiał jeszcze zainstalować nowe urządzenia w czasowo odłączonych silnikach warp. Czuł się dalece niekomfortowo ze świadomością, że Enterprise może polegać jedynie na silnikach impulsowych. Lecz nie mogli zadokować na Aleph Prime: nie, mieli do wykonania swoją misję. Misja, też coś.
Poza tym, była jeszcze sprawa Sulu.
Prawda, że Scott i Sulu nie byli zbyt bliskimi przyjaciółmi, lecz znał sternika od lat i było to wręcz żenujące, aby powróciwszy po sześciu godzinach mordęgi z gondolą energetyczną odkryć, że on nie tylko odchodzi z niewiadomego powodu, ale także, iż praktycznie wszyscy z wyjątkiem Scotta wiedzą, że już opuścił okręt.
Minął halę transportera, potem zatrzymał się.
Wydało mu się, że widział błysk światła, jak gdyby ktoś korzystał z przesyłowni. Oczywiście, było to niemożliwe: byli zbyt daleko od jakiegokolwiek miejsca, by przesłać kogokolwiek na pokład. Niemniej jednak, Scott zawrócił.
Pan Spock stał pośrodku pomieszczenia, jak gdyby dopiero co zmaterializował się na platformie, zszedł i zdążył zrobić dwa lub trzy kroki; jego ramiona były opuszczone i wyglądał, jakby miał upaść.

- Panie Spock?

Spock zamarł w bezruchu na nie więcej niż sekundę, potem wyprostował się i odwrócił spokojnie w kierunku głównego inżyniera.

- Pan Scott. Powinienem… spodziewać się pana.
- Wzywał mnie pan? Wszystko w porządku? Coś nie tak z transporterem?

Bez wątpienia ktoś zaniedbał i nie powiadomił go o konieczności naprawy, choć było to jednym z jego obowiązków; wydawało się, że ostatnio nikt nie pomyślał, iż warto mówić Scottowi o czymkolwiek.

- Po prostu zauważyłem pewną niewielką fluktuację zasilania, panie Scott, - rzekł oficer naukowy. – Mogłoby to stać się powodem do skarg.
- Mogę wrócić i pomóc panu, - odrzekł Scott – jak tylko złożę kapitanowi Kirkowi raport w sprawie silników.

Zmarszczył brwi. Spock, który nigdy nie okazywał jakiejkolwiek reakcji na stres, wyglądał na wymizerowanego i zmęczonego – nawet znacznie bardziej zmęczonego, niż czuł się Scott.
Tak więc każdy – człowiek, nadczłowiek, Wolkanin, i nawet pan Spock – ma, mimo wszystko, granicę wytrzymałości.

- To nie będzie konieczne, - stwierdził Spock. – Praca jest niemal ukończona.

Wolkanin stał bez ruchu, nawet nie drgnął. Scott pozostał w drzwiach jeszcze przez chwilę, potem odwrócił się na pięcie i pozostawił Spocka samego.
Po tych wszystkich latach, nie powinien już czuć się urażony, kiedy Spock nie podziękował za ofertę pomocy, o którą nie prosił, i której zapewne nie potrzebował.
Lecz dzisiaj Scott miał ochotę poczuć się urażony prawie o wszystko.
Kiedy główny inżynier dotarł do turbo-windy, dogonił go wysoki, chudy cywil; bez wątpienia była to jedna z osób, które zabrali z Aleph.
Skoro Kirk nie obdarzył Scotta zaufaniem na tyle, aby powiadomić go o powodach zmiany planów, Scott musiał założyć, iż powierzono im jakieś istotne, niezwykle tajne zadanie. Musiał przyjąć, że działają w oparciu o zasadę posiadania tylko ściśle niezbędnej wiedzy.
Założenia były zapewne fałszywe, wiadomość była banalna, a Scotta pozostawiono w niewiedzy po prostu dlatego, że jak zwykle nikt nie zawracał sobie głowy tym, by powiadomić go, co się dzieje.
Scott skinął cywilowi głową i obaj wsiedli do windy; wolałby być sam, czuł się lepiej będąc w złym humorze prywatnie, niż gburowatym publicznie.

- Przytrzymać windę!

Scott wcisnął przycisk, drzwi otworzyły się i kapitan wszedł do środka.
Wyglądał na wypoczętego, miał na sobie świeży mundur; natomiast Scott, który sześć godzin od opuszczenia Aleph spędził w maszynowni, czuł się brudny i zaniedbany.

- Cześć, Scotty, - odezwał się kapitan Kirk.
- Kapitanie, - odrzekł Scott krótko.

Nagle przyszło mu na myśl, że cywil musi być praktycznie ostatnią osobą, która korzystała z transportera, być może o jego skardze wspominał Spock.

- Sir, - zwrócił się do niego znienacka Scott – czy może pan opisać mi, jak pan się czuł po przybyciu transporterem? Pomoże to wyśledzić ewentualne trudności. - Cywil spojrzał na niego, zaskoczony. - Przepraszam, sir, - dodał Scott. – Jestem głównym inżynierem, nazywam się Scott.
- Dobry Boże, Scotty, - odezwał się Kirk – czy transporter także szwankuje?
- O ile mogę stwierdzić, pański transporter pracuje bez zarzutu, - powiedział cywil. Uśmiechnął się. – Myślę, że to domniemanie nieco panem wstrząsnęło.
Elaan
Użytkownik
#32 - Wysłana: 2 Gru 2012 20:20:34 - Edytowany przez: Elaan
cd.

W tym momencie drzwi otworzyły się i znaleźli się na mostku.

- Nie wiem, co z nim jest nie tak, kapitanie, - rzekł Scott. – Pan Spock dopiero przed chwilą powiedział mi…

Scott stanął jak wryty, a jego głos zamarł, gdy patrzył w zdumieniu na stanowisko oficera naukowego. Tam, na swoim zwykłym miejscu, Spock pochylał się nad terminalem swojego komputera.
Kapitan Kirk i towarzyszący mu cywil zeszli na niższy poziom mostka, gdzie komandor Flynn czekała na nich, oparta o balustradę. Scott podążył za nimi, ale nie mógł oderwać wzroku od Spocka i potknął się na stopniu. Flynn chwyciła go za ramię, aby go podtrzymać.

- Wszystko w porządku?
- Tak jest, - odrzekł rozdrażniony i uwolnił się z jej uchwytu.

Kirk zajął swoje miejsce i odwrócił się w stronę Scotta.

- Jakie są złe wiadomości na temat silników, Scotty?
- Silniki nie są w najlepszym stanie, kapitanie. Zdobyłem większość potrzebnych nam części na Aleph i mogę utrzymać wszystko razem, robiąc to, co niezbędne tak długo, jak napęd warp będzie na chodzie, a my znowu na linii. Jednak byłoby lepiej zostać na podświetlnej, dopóki nie dokonamy pełnego przeglądu…

Jego głos ścichł, kiedy tylko Spock podszedł bliżej, aby posłuchać.

- Co się dzieje, Scotty? – zapytał Kirk.
- Cóż, nie wiem w czym rzecz, naprawdę kapitanie – ale jak pan Spock zdołał wyprzedzić mnie w drodze na mostek? Przyszedłem tu wprost z hali transportera.

Brew Spocka powędrowała ku górze.

- Hala transportera, panie Scott? Jestem na mostku odkąd pan Sulu opuścił okręt. Nie byłem w pobliżu hali transportera w ciągu ostatnich kilku godzin.
- Lecz powiedział mi pan tam, że coś jest z nim nie tak.
- Nic mi nie wiadomo o jakiejkolwiek awarii.
- Powiedział pan, że wystąpiły fluktuacje w systemie zasilania, panie Spock, i że są już niemal naprawione. Lecz nie mogę zrozumieć, w jaki sposób znalazł się pan tutaj przede mną.

Wśród młodszych oficerów był jeden czy dwóch niepoprawnych żartownisiów, ale Spock nigdy nie zaangażowałby się w taką błahostkę, ani by się do niej nie przyczynił.
Scott potrząsnął głową, jak gdyby to mogło rozproszyć mgłę wyczerpania i dezorientacji, która go otaczała. Wszystko byłoby o wiele jaśniejsze, gdyby tylko nie czuł się tak zmęczony.

- Panie Scott, jestem tutaj, na mostku, już od dłuższego czasu.
- Ale ja dopiero co widziałem pana – dopiero co rozmawiałem z panem!

Spock nic nie odpowiedział, tylko w zdziwieniu znów uniósł brew.

- Widziałem pana!
- Scotty, - odezwał się Kirk – jak późno wrócił pan ostatniej nocy?

Scott gwałtownie odwrócił się wprost ku kapitanowi.

- Kapitanie, to nie fair! Nie wykorzystałem przepustki – nie robiłem nic oprócz pracy nad silnikami!
- Powinien był pan skorzystać z wolnego, - rzekł Kirk bardziej pojednawczym tonem. – Scotty, wszyscy jesteśmy zmęczeni, wszyscy jesteśmy w ogromnym stresie od dłuższego czasu. Jestem pewien, że istnieje rozsądne wytłumaczenie tego, co widziałeś.
- Twierdzi pan, że mam halucynacje, kapitanie! Nie miałem halucynacji, widząc pana Spocka w hali transportera, ani nie mam ich teraz!
- Niczego takiego nie powiedziałem. Mówię, że powinien pan trochę odpocząć. Porozmawiamy o tym później, jeśli okaże się to konieczne.

Wyraz twarzy Kirka wskazywał jasno, że nie życzy sobie dalszych komentarzy.
Scott zawahał się, ale wyraźnie został wykluczony z jakiejkolwiek dalszej rozmowy. Spock przyglądał mu się pytająco, ale nie podał żadnego wyjaśnienia swojego osobliwego zachowania.
Zatem dobrze, - pomyślał Scott z irytacją, właściwą pokoleniom młodszych oficerów, pozostawianych w niewiedzy przez biurokrację, wyższe dowództwo i własnych bezpośrednich przełożonych – zatem, mimo wszystko, dzieje się coś niezwykłego; to nie jest nic nieuczciwego; to nie jest zwykły lot kurierski.
Zapewne w końcu dowiem się o tym wszystkiego. I być może nawet dowiem się prawdy o tym, co mnie spotkało.
Scott opuścił mostek, wiedząc, że oficer naukowy odprowadza go wzrokiem.
Był pewien, iż Kirk właśnie teraz mówi do Spocka konfidencjonalnie, z podziwem i szacunkiem: „Cóż, nie potrafimy utrzymać niczego zbyt długo w tajemnicy przed Scotty`m, prawda?” A Spock odpowiada: „Rzeczywiście nie, kapitanie; ma niezwykłe, jak na człowieka, zdolności dedukcyjne.”
Scott wsiadł do windy, aby wrócić do swojej kwatery, marząc o wodnym, gorącym prysznicu i szybkim drinku, z którego zrezygnował wcześniej. Potem miał zamiar zapaść w długą drzemkę.
Wciąż nie mógł zrozumieć, jak Spock zdołał wyprzedzić go w drodze z hali transportera na mostek. Skoro tam był, zrobił to, czy potwierdził to, czy też nie.

***

Tymczasem na mostku, Kirk miał zamiar zapytać Spocka, co znaczyła ta scena ze Scotty`m, i o co w tym wszystkim chodzi, ale od razu jego uwagę przyciągnął Ian Braithewaite.

- Kapitanie Kirk, czy podróżujemy z prędkością podświetlną?

Kirk westchnął.

- Panie Braithewaite, Kolonia Rehabilitacyjna nr 7 jest położona tak blisko Aleph Prime – relatywnie rzecz biorąc – że gdybyśmy próbowali dotrzeć tam z szybkością warp, po prostu przestrzelilibyśmy. Niedawno przeciążyliśmy silniki znacznie poza granice bezpieczeństwa wskutek właśnie tak gwałtownego przyspieszania i hamowania.
- Chwileczkę, kapitanie, ja nie mam zastrzeżeń. Nigdy przedtem nie byłem na okręcie gwiezdnym i cieszę się, że mam okazję się tutaj rozejrzeć. Chociaż żywię pewną nadzieję, że doświadczę szybkości warp choć raz w życiu, - rzekł ze smutkiem.

Kirk poczuł, że niezmiernie trudno mu zachować swoją niechęć wobec Iana Braithewaite`a.

- Cóż, nigdy nie wiadomo, jakie pojawią się możliwości, - odrzekł. – Lecz prosił pan o omówienie spraw dotyczących bezpieczeństwa. Pomyślałem, iż komandor Flynn także powinna być przy tym.

Dotąd Flynn zachowywała milczenie; teraz podeszła i dołączyła do nich.
Ian wyciągnął z kieszeni złożoną kartkę papieru i wręczył Kirkowi.

- To przyszło, kiedy pan już spał, kapitanie.

Kirk zaczął czytać; kolejny obywatel Aleph zmarł z powodu wielopostaciowego zatrucia jadem kiełbasianym.

- Sądzi pan, że Aleph będzie potrzebowała zaplecza medycznego mojego okrętu jako zabezpieczenia? Obawia się pan epidemii?
- Nieomal pragnę, by tak było, - rzekł Ian. – Ale, ponieważ moja przyjaciółka, Lee, była obrońcą dr Mordreaux, a sędzia Desmoulins prowadził sprawę, muszę brać pod uwagę, że może to być działanie celowe.
- Ktoś ich otruł?
- Nie mam dowodów. Ale myślę, że jest to, co najmniej, możliwe.
- Dlaczego? Z jakiego powodu?
- W tym momencie mogę jedynie spekulować. Lecz ta zbieżność sprawia, że czuję się bardzo nieswojo. Boję się. Najbardziej martwi mnie to, że ktoś może próbować uwolnić dr Mordreaux. Sądzę, że powinniśmy wzmocnić zabezpieczenia.
- Ianie, - odezwał się Kirk pobłażliwie – oczywiście, rozumiem powody pańskiego zdenerwowania. Ale jest pan całkowicie bezpieczny na pokładzie Enterprise, a ochrona spoczywa w fachowych rękach komandor Flynn. - Zerknął na Flynn, jakby oczekując potwierdzenia, lecz ona unikała jego wzroku. - Komandor Flynn?

Spojrzała wprost na niego swoimi krystalicznie zielonymi oczyma.

- Wolałabym omawiać sprawy dotyczące bezpieczeństwa mniej publicznie, kapitanie.
- Och, - rzucił Kirk i zrozumiał, że nie była zadowolona z ustaleń dotyczących bezpieczeństwa, i że oczekuje od niego wskazówek – podobnie jak on liczył na jej podpowiedzi od czasu, gdy została tu przydzielona. - Dobrze. W porządku. Jednak, mimo wszystko, dr Mordreaux jest niemłodym człowiekiem.
- Komandor Flynn, - powiedział Braithewaite – dr Mordreaux to moja odpowiedzialność, podobnie jak pani, i nie sądzę, aby wykluczenie mnie z dyskusji o nim było uczciwe. Kapitan Kirk…
- Kirk! - Braithewaite jeszcze mówił, gdy w tym samym momencie zabrzmiał ów wrzask; przez chwilę Flynn myślała, że to on wykrzyczał nazwisko Kirka. - Zniszczyłeś mnie, Kirk! Zasłużyłeś na śmierć!

Wszyscy odwrócili się w kompletnym szoku.
Elaan
Użytkownik
#33 - Wysłana: 5 Gru 2012 18:35:59 - Edytowany przez: Elaan
cd.

Dr Mordreaux stał przy wejściu na mostek, w jego oczach błyszczał obłęd.
Wycelował w ich kierunku paskudny, ciężki pistolet i lufą wskazał na Flynn i Braithewaite`a.

- Wy dwoje, odsunąć się.
- Doktorze Mordreaux, - odezwał się Braithewaite – proszę nie pogarszać swojej sytuacji.

Widząc gotową do strzału broń, Flynn poczuła gwałtowny przypływ adrenaliny.
Wtedy Braithewaite ruszył wprost ku Mordreaux.
Niedobrze, nie tak, to najgorsze co można zrobić, - pomyślała – odważne, ale głupie. Cholerni amatorzy!
Uderzając z siłą młota, pochylona, rzuciła się do przodu. Jej impet zbił z nóg Braithewaita, spychając go z linii strzału, a ją rzucił na wyższy poziom mostka.
Gdyby Mordreaux zawahał się jeszcze jedną sekundę, jej ręce zacisnęły by się wokół jego nadgarstka – jedna sekunda więcej…
Cholerny Kirk, niech będzie przeklęty za to, że nie powiedział jej, co się dzieje, do cholery z jego trywialnymi uwagami! Gdyby nie to, miałaby przy sobie naładowany fazer i do diabła z przepisami!
Pistolet wypalił. Dźwięk eksplozji zaskoczył ją bardziej, aniżeli druzgocący wstrząs, który cisnął ją na pokład.
Jim Kirk zerwał się na równe nogi. Broń zagrzmiała po raz drugi, a dźwięk wystrzału rozniósł się po mostku kakofonicznym echem. Kula uderzyła w jego ciało, pogrążając go z szybkością supernowej w wypełnionej bólem mgle.
Mordreaux cofnął się do wnętrza windy i jej drzwi zamknęły się, zanim Spock zdążył do nich dopaść. Oficer naukowy nie tracił czasu na próby otwarcia ich siłą. Skoczył z powrotem w dół schodów, minął komandor Flynn, z trudem usiłującą wstać, i wdusił przycisk wywoławczy.

- Doktor McCoy natychmiast na mostek! Zespół urazowy, kod alarmowy dziewięć! - Potem Spock ukląkł przy Jimie Kirku. - Jim…

Wokół nich na mostku panował chaos. Krew zbryzgała pokład i grodzie i połyskiwała na podświetlanych ekranach informacyjnych.
Dowódca ochrony, zaciskając dłoń na rannym ramieniu, wydawała krótkie rozkazy przez interkom, polecając swoim ludziom zatrzymanie Mordreaux.
Spomiędzy jej palców skapywała krew, niczym deszcz, znacząc podłogę tuż obok Spocka.
Druga kula trafiła Kirka wprost w klatkę piersiową. Strumień jasnej krwi tryskał z niego z każdym uderzeniem serca. Przynajmniej oznaczało to, że jego serce wciąż bije.

- Spock… - Jim walczył, próbując przedrzeć się przez powódź szkarłatnego światła, dopóki nie zdołał zobaczyć, co jest poza nią.
- Leż spokojnie, Jim. Doktor McCoy jest już w drodze.

Spock próbował powstrzymać krwawienie. Jim krzyknął i sięgnął dłonią do nadgarstka Spocka.

- Nie rób tego, - powiedział. – Proszę…

Czuł jak krew bulgocze w jego płucach przy każdym oddechu.
Rana była zbyt głęboka, zbyt niebezpieczna, aby stłumić krwawienie poprzez bezpośredni ucisk. Spock zaprzestał daremnych wysiłków, powiększających tylko ból.
Jim poczuł jak ktoś łagodnie go unosi i delikatnie podtrzymuje, prawie dostrzegalnie łagodząc wrażenie, iż topi się we własnej krwi.

- Czy jeszcze ktoś jest ranny? Mandala…?
- Nic mi nie jest, kapitanie. – Znów ruszyła ku schodom.
- Komandor Flynn! – rzucił Spock nie oglądając się za siebie.
- O co chodzi?
- Proszę nie wzywać windy. Nie należy opóźniać doktora McCoy`a.

Była potrzebna na niższym pokładzie, by pomóc swoim ludziom; była tam potrzebna, to było jak instynkt. Ale Spock miał rację. Czekała, chwiejąc się niepewnie.

- Mandala, pozwól, pomogę Ci. – Łagodne dłonie Uhury poprowadziły ją dookoła i kilka kroków do przodu, zanim zaprotestowała.
- Nie, nie mogę.
- Mandala…
- Uhura, - wyszeptała – Uhura, jeżeli usiądę, nie wiem, czy uda mi się wstać z powrotem.
- Poruczniku Uhura, - rzucił ostro Spock - proszę ponownie wywołać doktora McCoy`a.

Spock nie chciał przenosić Jima bez użycia noszy, ale jeśli dr McCoy nie dotrze w ciągu kolejnych trzydziestu sekund, zamierzał sam zanieść Jima Kirka do ambulatorium.

- Co się stało, Spock? – Wyszeptał Jim. – To miała być… wycieczka po Drodze Mlecznej.

Na jego ustach pojawiła się jasnoróżowa piana. Kula przedziurawiła jego płuca. Jego oddech był nieregularny, a kiedy próbował zaczerpnąć powietrza, szarpał nim ból.

- Nie wiem, Jim. Proszę, bądź cicho.

Jim coraz głębiej pogrążał się w szoku i nie było już czasu do stracenia.
W tejże chwili drzwi windy otworzyły się i McCoy wpadł z pośpiechem na mostek.

- Co się stało? O, mój Boże! – Najpierw zobaczył Flynn i ruszył wprost ku niej.
- Nie ja, - powiedziała. – To kapitan.

Zawahał się tylko na moment, ale zobaczył, że krew pokrywająca jej bluzę mundurową, twarz, dłonie i włosy pochodzi z wysoko umiejscowionej i nie zagrażającej życiu rany w ramieniu; pośpieszył w stronę Kirka.
Flynn weszła do windy i drzwi zamknęły się za nią.
Elaan
Użytkownik
#34 - Wysłana: 5 Gru 2012 18:55:26
cd.

McCoy ukląkł obok Jima.

- Nie przejmuj się, Jim, mój chłopcze, - odezwał się. – Znajdziesz się w ambulatorium tak szybko…

Kirk nigdy nie był tak świadomy swego własnego tętna, pulsującego niczym burza z piorunami przez całe jego ciało.

- Bones… Ja…
- Cicho!
- Miałeś rację. Gdy rozmawialiśmy o… Zamierzałem powiedzieć Hunter…
- Nadal będziesz mógł to zrobić. Zamknij się, co to za gadanie?

McCoy przesuwał trikoder nad ciałem Kirka. Serce Jima było nieuszkodzone, lecz główna tętnica na wpół przecięta. Czujnik pokazał przebite płuco, ale to było oczywiste bez jakichkolwiek mechanicznych informacji.
Zasadniczą sprawą było dostarczenie mu tlenu tak szybko, jak to tylko możliwe, a następnie podłączenie go do płynnego zamiennika, nośnika hemoglobiny. Był wykrwawiony tak bardzo, że głód tlenowy stanowił największe niebezpieczeństwo.

- Gdzie jest zespół urazowy? – Głos Spocka był cichy i napięty.
- Są w drodze, - odrzekł McCoy, broniąc swoich ludzi, choć sam był wściekły, że jeszcze ich nie było. Ale wiedział, że wciąż może uratować Jima Kirka. - Wszystko będzie dobrze, Jim, - powiedział, tym razem mając taką nadzieję.

Jednak było coś jeszcze, sygnał niebezpieczeństwa płynął z trikodera. McCoy natychmiast pomyślał o truciźnie, ale odczyty były w niewłaściwym zakresie.
Nigdy wcześniej nie widział niczego podobnego. Co to jest, do diabła…
Jim pomyślał, że krew przesłania mu oczy. Połyskująca chmura pojawiła się w jego polu widzenia.

- Nic nie widzę, - powiedział.

Sięgnął przed siebie, na ślepo.
Spock uchwycił jego rękę, trzymając go mocno, rozmyślnie opuszczając wszystkie mentalne i emocjonalne tarcze, które zbudował podczas swojej długiej współpracy z ludźmi.

- Wszystko będzie dobrze, Jim, - rzekł Spock.

Położył prawą dłoń na skroni Jima, tworząc telepatyczną, mistyczną więź, łączącą go z przyjacielem. Cierpienie, strach i żal napłynęły i wypełniły go.
Zaakceptował i przyjął je z własnej woli, i poczuł jaką ulgę przyniosło to Jimowi.

- Moja siła do twojego ciała, - szeptał, zbyt cicho, by ktokolwiek mógł to usłyszeć; hipnotyczne słowa, przywołujące jedną ze starych, wolkańskich technik. – Moja siła do twojego ciała, moja wola do twojej.

McCoy zobaczył jak powieki Spocka z wolna opadają, a jego oczy wywracają się tak, iż tylko rąbek źrenic na tle białek pozostał widoczny. Ale nie mógł poświęcić ani chwili uwagi temu, co robił Wolkanin.
Drzwi windy otworzyły się i zespół urazowy wpadł pośpiesznie wraz z wyposażeniem.

- Zejdźcie tutaj! – Na okrzyk McCoy`a podbiegli posłusznie.

Zespół urazowy sprawnie podłączył Jima pod strumień tlenu.
Jego wygłodniałe nerwy spowodowały, że przez całe ciało przetoczyła się fala nowej udręki. Jęknął i zachłysnął się krwią.
Długie palce Spocka zacisnęły się na jego dłoni. Ból nieskończenie złagodniał, ale wzrok Jima ogarnęła nieprzenikniona, czysta ciemność.

- Spock?
- Jestem tutaj, Jim.

Ręka jego przyjaciela delikatnie uciskała jego skroń i część twarzy. Jim czuł bliskość, siłę, która utrzymywała go przy życiu. Nie mógł już widzieć, nawet w swoim umyśle, ale w jakiś inny, nienazwany sposób wyczuwał precyzję myśli Spocka, ich porządek zaburzony przez jego własne cierpienie i strach.
Jim Kirk wiedział, że zmierza ku śmierci, i że Spock podąży za nim, w dół, po wciąż przyspieszającej spirali, dopóki nie spadnie zbyt głęboko, by zawrócić.
Dobrowolnie wybierze śmierć, próbując ocalić Kirkowi życie.
Jednak James Kirk także miał jeszcze wybór.

- Spock… - szepnął – opiekuj się dobrze… moim statkiem.

Przestraszył się, że czekał zbyt długo, lecz przerażenie dało mu siłę, której potrzebował.
Szarpnął się i odsunął od Spocka, zrywając kontakt, wyrzekając się siły i woli Spocka, i oddając samego siebie agonii, rozpaczy i śmierci.
Fizyczny rezonans emocjonalnej siły odrzucił Spocka do tyłu. Jego ciało z głuchym odgłosem walnęło o reling i osunęło się na podłogę.
Leżał bez ruchu, zbierając siły. Czuł jak jego twarz i ręce dotykają chłodnego pokładu. Echa ran Jima Kirka powoli odpływały.
Spock otworzył oczy, ale jego wzrok przesłaniała szara mgła. Zamrugał kilka razy; jakby błona przesunęła się przez jego tęczówki, lecz w końcu mógł widzieć. Zmusił się, by stanąć na nogi, starając się ukryć swoją reakcję.
Ciało Jima leżało teraz na noszach, podłączone do płynu i respiratora, oddychające, lecz poza tym nieruchome.
Jego oczy – jego oczy, szeroko otwarte, przesłaniała srebrno-szara membrana.

- Doktorze McCoy…
- Nie teraz, Spock.

Spock czuł, że cały drży. Zacisnął pięści.
McCoy z częścią swojej ekipy medycznej podążył do windy, a dwóch sanitariuszy zostało, by zająć się Braithewaite`m, który stracił przytomność podczas upadku, i zabrać go do ambulatorium.
Ciało kapitana wciąż żyło; teraz może być utrzymywane przy życiu w nieskończoność.
Jednak Spock czuł, że Jim Kirk umiera.
Elaan
Użytkownik
#35 - Wysłana: 8 Gru 2012 21:05:26
cd.

Mandala Flynn oparła się plecami o gródź turbo-windy, zamknęła oczy i zaczęła szacować rozmiar swoich okaleczeń.
Kula wpadła z przodu, przeszła po przekątnej przez lewy obojczyk, przez plecy i w dół, i utkwiła w jej dolnych żebrach, jak stopiona bryłka ołowiu. O ile mogła to stwierdzić, nie odniosła krytycznych obrażeń. Lecz jej obojczyk został ponownie strzaskany – wiedziała już, jak to jest.
Zaklęła głośno. Kula weszła prawie dokładnie tam, gdzie szrapnel trafił ją dwa lata wcześniej. Teraz będzie musiała poświęcić cały miesiąc na leczenie; taka układanka z kości nigdy nie wróci do swojej pierwotnej wytrzymałości.
Ciśnienie jej krwi wciąż spadało; musiała pilnować się, by nie wpaść we wstrząs. Techniki biologicznego sprzężenia zwrotnego zadziałały. Do tej pory udało jej się nawet uśmierzyć ból - przynajmniej jego większość - i odzyskać wyższy poziom świadomości.
Zdawała sobie sprawę, że nie zdoła utrzymać się na nogach zbyt długo. Straciła zbyt wiele krwi, a nawet wspomagane bio-kontrolą ludzkie ciało ma granice wytrzymałości, które ona prawie już osiągnęła.
Drzwi windy rozsunęły się wprost na pusty korytarz.
Tam powinni być strażnicy na każdym poziomie! Narastała w niej wściekłość, wściekłość i wstyd, ponieważ niezależnie od tego jak - poważnie lub w niewielkim stopniu – został ranny kapitan Kirk, odpowiedzialność za to spadała na nią. Nawet jeśli nikt z nich nie zostałby ranny, więzień zdołał uciec. Dla czegoś takiego nie było żadnego usprawiedliwienia.
Sądziła, że jest kompetentnym dowódcą sił bezpieczeństwa, nawet wybitnym. Obserwowała jak morale jej oddziału powstaje praktycznie z niczego, lecz tu i teraz wszystko to wydawało się jedynie pozorne.
Spójrz prawdzie w oczy, Flynn, - rzekła sobie z rozmyślną brutalnością – mogliby wymienić twojego poprzednika na jaskiniowca, a morale i tak by się podniosło. Nie nadajesz się do dowodzenia. Powinni na powrót zdegradować cię do chorążego, tam jest twoje miejsce. Cały czas mieli rację.
Szaleniec z pistoletem biegał luzem po statku, a ani jeden strażnik nie stał przy przeklętych drzwiach tej cholernej windy.
Wyszła na korytarz. Jej stopy były zdrętwiałe jak po śnie, a jej kolana dziwnie chwiały się i drżały.
Czy to wstrząs? – Zastanawiała się. – To nie jest objaw wstrząsu. Co się dzieje?
Zrobiła kilka kroków do przodu. Kabina Mordreaux była tuż za rogiem. Banały o zamykaniu stajni, z której uciekł już koń, wkradły się w jej umysł wraz ze zwykłą niepewnością co do tego, jak koń właściwie wygląda… albo stajnia… zmusiła się, by skupić uwagę na rzeczywistości. Jeśli jej ludzi nie było przy windzie, kabina Mordreaux była równie dobrym miejscem jak każde inne, by zacząć ich szukać. I jego.
Czy to mogła być zaplanowana napaść? – Zastanawiała się dalej. – Czy Braithewaite miał rację? Czy wszystkich strażników pochwycono i wyeliminowano po cichu, jeden po drugim, próbując uwolnić Mordreaux?
Pod względem logistycznym, taki atak na okręcie gwiezdnym – zamiast na słabiej chronionej Aleph Prime – nie miał sensu. Tutaj atakujący oddział musiałby pozostać niezauważony przez sensory okrętu; musiałby dostać się na pokład Enterprise omijając systemy ostrzegawcze, które obejmowały kilka kolejnych poziomów zabezpieczeń; i musiałby działać zbyt szybko, zbyt doskonale, aby ktokolwiek zdążył uruchomić alarm.
Mandala potknęła się i upadła na kolana, lecz niczego nie poczuła. Jej nogi były zdrętwiałe praktycznie aż do bioder. Na czworakach wyglądała głupio. To nie pomoże. Jakimś sposobem udało jej się z powrotem stanąć na nogi.
Ta napaść nie miała sensu z ludzkiego punktu widzenia; w ludzkim rozumieniu była niemożliwa. Jednak nauczyła się – była to jedna z pierwszych lekcji, których nauczyła się w życiu – że ludzka świadomość była w mniejszości, i że ograniczanie się do myślenia w ludzkich kategoriach było najszybszym sposobem do zrobienia z siebie głupca.
Wciąż nie widziała nikogo. Mogła wywołać ich przez komunikator, ale była zbyt rozzłoszczona, by rozmawiać z kimkolwiek ze swoich ludzi inaczej, niż twarzą w twarz. A prawdę mówiąc, nie sądziła, by zdołała unieść lewą rękę. Całkiem straciła czucie i wszelką siłę w ramieniu. Skręciła za narożnik.
Tam, przed kabiną Mordreaux, zebrało się kilku ludzi z ochrony, kręcąc się w zdezorientowaniu.

- Co się właściwie dzieje, do cholery? – rzuciła wystarczająco głośno, by ją usłyszeli. – Mordreaux biega na wolności, a wy stoicie w kółeczku, jak… jak…

Beranardi al Auriga, który stał pochylony, zaglądając przez okienko obserwacyjne nowych drzwi bezpieczeństwa do wnętrza kabiny, wyprostował się. Był o całą głowę i ramiona wyższy niż jego przełożona. Zobaczył krew ściekającą między jej palcami w dół ramienia i po boku.

- Mandala – komandorze, co…? Pozwól mi pomóc…
- Odpowiadać na moje pytania!

Flynn ledwo mogła wyczuć palcami ciepło swej własnej krwi. Ból zniknął.

- Mordreaux jest tutaj, komandorze, - rzekł Auriga.

Odblokował wizjer w drzwiach kabiny, by mogła spojrzeć. Zajrzała do środka.
Mordreaux patrzył na nich na wpół przytomnie, leżąc na swojej koi wsparty na łokciu, jakby właśnie przed chwilą został obudzony.

- Co się stało? – zapytał. – Co to za zamieszanie?
- Neon, - spytała Mandala – winda, skrzyżowanie, strażnicy?
- Komandor, - odpowiedziała Neon swoim srebrzystym głosem – więzień, cela, Neon, skrzyżowanie; alarm.
- Co…?

Dezorientacja Flynn nie wynikała z faktu, że nie rozumiała nietypowego angielskiego swojej podwładnej. Neon powiedziała nie tylko to, że Mordreaux cały czas był w celi, ale że pilnowała go w momencie, kiedy zabrzmiał alarm.

- Więzień, mostek, odseparowanie, - powiedziała Neon.

Flynn pokręciła głową na boki, próbując obronić swój umysł przed napływającą falą słabości. Nieskończona liczba możliwości przemknęła przez jej świadomość. Android-duplikat. Klony. Klony, psiakrew, a może miał brata bliźniaka.

- Barry, zbierz wszystkich, wszystkich, wyciągnij nocną wachtę z łóżek i przeszukajcie ten statek. Podwoić straż tutaj i umieścić ochronę przy promach, śluzach powietrznych i nawet, cholera, przy transporterze. - Z trudem łapała powietrze, czuła duszności i zawroty głowy. – Mordreaux dopiero co postrzelił kapitana Kirka na mostku – albo, jeśli to nie był Mordreaux, to był to ktoś cholernie do niego podobny. Pamiętaj, aby ostrzec ich, że jest uzbrojony.
- Tak jest, komandorze.
- Gdzie jest Jenniver? – zapytała Flynn. To powinno być jej pierwsze pytanie; pewnie zaczyna wchodzić we wstrząs. Na moment straciła ostrość widzenia. Zamknęła oczy na długą chwilę. - Jenniver powinna być na służbie, ma wachtę, gdzie ona jest?
- Ambulatorium, - powiedziała Neon.
- Nic mi nie jest, - rzuciła Flynn, wiedząc, że to nieprawda.
- Jenniver, ambulatorium, choroba, przeniesienie, - mówiła cierpliwie Neon. – Mandala, ambulatorium, przeniesienie; natychmiast.

Flynn skinęła potakująco głową. Neon mówiła precyzyjnie, choć dopasowując wypowiedź po angielsku do sposobu wyrażania myśli we własnym języku, posługiwała się tylko rzeczownikami.
Gdyby Jenniver została ranna podczas próby ucieczki więźnia, Neon powiedziałaby to. Ale Jenniver po prostu zachorowała i była w ambulatorium. Neon uważała, że Flynn też powinna się tam znaleźć, i to szybko. Miała rację.

- Momencik, - odezwała się Neon.

Flynn znowu zamknęła oczy. Poczuła, że traci równowagę i próbowała złapać się czegoś. Chciała wyciągnąć lewe ramię, lecz ledwo zdołała nim poruszyć; ręka całkiem odmówiła jej posłuszeństwa. Ból przeszył jej ramiona i plecy i ucichł w zdrętwiałej klatce piersiowej i brzuchu; zatoczyła się na ścianę, czując kolejny wstrząs, i zaczęła osuwać się na podłogę.
Potrzebuję obu rąk, - pomyślała tępo. – To jest to.
Jej prawa ręka nawet nie drgnęła. Zaskoczona, otworzyła oczy i spojrzała w dół, mrugając, bo coś przesłaniało jej wzrok. Jęknęła głośno.
Delikatne, srebrne włókna, połyskujące poprzez szarą mgłę, oplotły jej palce jak jedwab, przywiązując je do ramienia.
W panice rozszarpała dłoń, próbując ją uwolnić. Włókna napięły się i trzasnęły z brzękiem, niczym struny w instrumencie. Ich zerwane końce wiły się po jej bluzie, a swobodne nitki ciasno okręciły się wokół jej ręki.
Neon podeszła do niej, wydając wysoki, pytający dźwięk.

- Cofnij się!

Flynn czuła jak wici rosną i skręcają się w jej wnętrzu, owijając się niczym wstęgi wokół jej rdzenia kręgowego. Neon i Barry podeszli bliżej, próbując jej pomóc.

- Neon, Mandala, rozdzielenie, rozdzielenie! Barry, nie pozwól nikomu mnie dotykać, poza zespołem kwarantanny!

Jej szczęka i język zaczęły puchnąć i drętwieć, gdy nici wkradły się do jej mózgu. Walczyła, by móc wypowiedzieć jeszcze choć kilka słów.
Kolana ugięły się pod nią i upadła do przodu, przetoczyła się na bok, właściwie nieświadoma uderzenia. Cienka powłoka szybko rosnących wici oślepiła ją.
Teraz wiedziała już, jakiego rodzaju broni użył Mordreaux.

- Pośpiesz się, - wyszeptała. – Barry… powiedz McCoy`owi… pajęczyna… kapitan Kirk…

Wici oplotły mózg Mandali Flynn i zmiażdżyły go.
Elaan
Użytkownik
#36 - Wysłana: 10 Gru 2012 16:55:17 - Edytowany przez: Elaan
cd.

Spock zmusił się, by zignorować własną, czysto fizyczną reakcję na to, co się właśnie stało.
Chociaż rozumiał ludzką koncepcję duszy i ducha, jego postrzeganie tego, co czyni żywą istotę inteligentną i samoświadomą, było głęboko wolkańskie, zbyt subtelne i złożone, aby to wyjaśnić w ludzkich kategoriach, lub w jakimkolwiek ludzkim języku.
Lecz on miał kontakt z ową koncepcją, głębszy i bardziej intymny aniżeli to, czego jego umysł doświadczył kiedykolwiek przedtem, i obserwował – nie, czuł – wszystko, oprócz ostatniego przebłysku jej śmierci.
Gdyby Jim nie zerwał hipnotycznego połączenia, oddając Spockowi jego wolę i całą siłę, którą próbował przekazać swemu przyjacielowi, Spock także byłby teraz w stanie śpiączki i z uszkodzeniem mózgu pod czułą, bezosobową opieką podtrzymujących życie urządzeń dr McCoy`a.

- Panie Spock, co się stało? Proszę mi pozwolić sobie pomóc.

Uhura podeszła do niego, nie dotykając go, ale wyciągając ku niemu rękę. Spock wiedział, że nie dotknęłaby go bez pozwolenia.
Pavel Chekov siedział pochylony nad konsolą, wstrząsany niekontrolowanym płaczem, w szoku i uldze, mając nadzieję – podobnie jak inni ludzie na mostku – że kapitan Kirk przeżyje.
Emocje szalejące wokół Spocka były tak silne, że potrafił wyczuć je bez pomocy dotyku, i w jego osłabionym stanie musiał od nich uciec. Nie mógł logicznie myśleć w tych warunkach, a teraz miało to zasadnicze znaczenie.
Czekało go wiele pracy.
Chociaż po twarzy Uhury powoli i nieprzerwanie płynęły łzy, zdawała się być nieświadoma ich obecności; pozornie wyglądała na spokojniejszą, niż czuł się sam Spock.

- Poruczniku… - Przerwał. Jego głos był tak ochrypły, jakby zdarł go od krzyku. Zaczął jeszcze raz. – Potrzebuję pani pomocy. Proszę wywołać komandor Flynn i przekazać jej mój rozkaz, aby natychmiast udała się do ambulatorium. Mam powody sądzić, iż została ranna znacznie poważniej niż myśli. Nie wolno jej zwlekać.
- Tak jest, sir, - odrzekła. Gdy kanały zasygnalizowały gotowość, znów spojrzała na Spocka. – Ale co z panem, panie Spock?
- Nie odniosłem fizycznych obrażeń, - powiedział Spock.

Zebrał wszystkie siły, by pewnym krokiem wejść po schodach. Słyszał jak za jego plecami Uhura wywołuje Mandalę Flynn.

- Poruczniku, ona jest tutaj, na dole. – Głos Beranardiego al Auriga oscylował na granicy histerii. – Jest przed celą Mordreaux. Upadła, lecz rozkazała nam, by jej nie dotykać. Została postrzelona z prządki. Cholera, Uhura, ona myśli, że kapitan Kirk także!

Spock uderzył z trzaskiem w panel kontrolny turbo-windy. Gdy jej drzwi zasuwały się za nim, każdy członek załogi na mostku patrzył na niego zaskoczony, dotknięty szokiem, przerażeniem i strachem.
Winda ruszyła, oddzielając go od nich. Spock oparł się o ścianę, walcząc o odzyskanie kontroli nad swoim rozdygotanym ciałem.
Pajęczyna. Od razu powinien był zdać sobie z tego sprawę, ale było to tak specyficznie ludzkie w swojej brutalności, że nigdy nie potrafił pojąć, jak ktokolwiek mógłby tego użyć.
Z dala od innych członków załogi zdołał się wreszcie uspokoić. Kiedy drzwi windy znów się otworzyły, wyszedł z nich krokiem tak pewnym, jak gdyby nie był przed chwilą na granicy niepamięci.
Gdy Spock minął narożnik i zbliżył się do kabiny Mordreaux, zobaczył jak Beranardi al Auriga uderza pięścią w kontrolki interkomu.

- Gdzie, do wszystkich diabłów, są technicy medyczni?

Do tego czasu sekcja medyczna musiała już dowiedzieć się o pajęczynie, - pomyślał Spock. – W ambulatorium zapewne panuje chaos.
Neon, o połyskujących światłem łuskach, przykucnęła nad Mandalą Flynn, jakby zaciekle chciała ją chronić.
Spock ukląkł przy powyginanym ciele dowódcy ochrony. Za życia sprawiała wrażenie osoby o absolutnej kompetencji, energii i sprawności. Było to właściwe wrażenie, ale było ono wynikiem jej umiejętności i pewności siebie, a nie parametrów fizycznych. Była niewysoką, smukłą kobietą; życie wyciekało z niej, odsłaniając delikatność jej kości i przejrzystość jasnobrązowej skóry.
Widać było jak bardzo jest krucha.

- Nie, - zaprotestował al Auriga, gdy Spock wyciągnął ku niej rękę. – Powiedziała, by jej nie dotykać.
- Nie podlegam rozkazom komandor Flynn, - rzucił Spock.

Wyciągnął rękę, aby jej dotknąć, ale zawahał się. Jego ręce były pokryte krwią Jima Kirka.
Opuszkami palców przesunął delikatnie po skroni Flynn. Rana na ramieniu nadal krwawiła powoli; poszczególne komórki jej ciała wciąż podtrzymywały pozory życia. Lecz nie było tętna i nie wyczuł najmniejszej reakcji z jej mózgu.
Jej oczy, o niezwykle intensywnym odcieniu zieleni, stały się jedwabiście szare. Spock widział, jak ta sama błona zaczynała pokrywać oczy Jima Kirka, gdy zabierano go z mostka.

- Niebezpieczeństwo minęło, - powiedział Spock. Uniósł wzrok, patrząc po kolei na każdego z oficerów ochrony. – Sieć przestała rosnąć. Komandor Flynn nie żyje.

Al Auriga odwrócił się; z gardła Neon wydobył się cichy warkot. Spock zastanawiał się, czy będzie musiał bronić Mordreaux.
Neon na powrót przysiadła na tylnych łapach.

- Zemsta, - szepnęła tęsknie, potem dodała silniejszym już głosem – obowiązek. Wierność, przysięga, obowiązek.

Spock podniósł się.

- Gdzie schwytaliście doktora Mordreaux? – zapytał zastępcę komandor Flynn.
- Nie schwytaliśmy go, - rzekł głucho al Auriga. Powoli, niechętnie, spojrzał Spockowi prosto w twarz. – Był tutaj. Był zamknięty w celi. Mandala – komandor Flynn – rozkazała mi przeszukać okręt w poszukiwaniu sobowtóra.

Spock uniósł brew.

- Sobowtór. – Zanim rozważy tę mało prawdopodobną możliwość, musi zbadać jakie jest prawdopodobieństwo tego, iż ochrona popełniła błąd. – Kto był na straży?
- Neon. To była wachta Jenniver Aristeides, ale ona jest w izbie chorych.
Panie Spock, przykro mi, naprawdę nie wiem, co się jeszcze stało. Właśnie dowiedziałem się, że była chora, ale pomyślałem, że ważniejsze jest rozpoczęcie przeszukiwania.

- W istocie. Jakie inne rozkazy otrzymaliście?

Al Auriga wziął głęboki oddech.

- Straż ma zostać podwojona. To, czego chcę, i czego cały czas chciała komandor Flynn, to przenieść więźnia do zabezpieczonej celi.
Czy rozkazy, aby trzymać go tutaj, nadal obowiązują? Czy kapitan jest w stanie wydawać rozkazy?

- Nie, poruczniku, nie jest. Ale są to moje rozkazy i nadal obowiązują.
- Po tym, co się stało? – Głos al Aurigi przepełniało oburzenie.
- Kapitan rozumie i akceptuje moje uzasadnienie, - rzekł Spock, aż nazbyt świadomy, że w jakiś sposób jego rozumowanie okazało się błędne.
- To szaleństwo, panie Spock. Wydostał się poprzednio. Nawet z podwojoną strażą, być może potrafi to zrobić jeszcze raz. Mógłby odzyskać swoją broń z miejsca, w którym ją ukrył.
Opis, który otrzymaliśmy, mówi, że jest to dwunastostrzałowa broń półautomatyczna, tak więc ma gdzieś jeszcze dziesięć tych przeklętych pocisków.

- Rozkazy nadal obowiązują, panie al Auriga.

Usłyszał odgłos kroków i obejrzał się przez ramię, zanim dźwięk stał się na tyle głośny, by osiągnąć zakres ludzkiego słuchu.
Technik medyczny, stukając butami w pośpiechu, wyłonił się zza narożnika. Wyglądał na znękanego i oszołomionego. Jego tunikę pokrywała rozmazana krew.
Sięgnął i otworzył swój zestaw medyczny, jeszcze zanim zatrzymał się przy ciele Mandali Flynn. Klęcząc, próbował wyczuć tętno, a potem, zszokowany, uniósł wzrok.

- Na litość boską, nie stójcie tak!

Pośpiesznie wyciągnął z torby stymulant, aby rozpocząć resuscytację.
Spock delikatnie, ale stanowczo, odsunął go od Flynn.

- To nie jest konieczne, - powiedział. - Nie ma takiej potrzeby. Ona nie żyje.
- Panie Spock!
- Proszę spojrzeć na jej oczy, - dodał Spock.

Technik spojrzał w dół. Al Auriga z trudem wciągnął powietrze.

- Więc to tak… - Technik uniósł głowę i napotkał spojrzenie Spocka. – Tak samo wyglądają oczy kapitana. Dr McCoy właśnie go operuje.

Spock z premedytacją odwrócił się plecami do technika. Nie chciał myśleć o tym, jak jeszcze może zostać okaleczony Jim Kirk w beznadziejnej próbie uratowania mu życia.
Elaan
Użytkownik
#37 - Wysłana: 11 Gru 2012 22:44:23
cd.

Wszystkich zaskoczył nagle odgłos hałaśliwego walenia.

- Wypuśćcie mnie, słyszycie? – Dr Mordreaux krzyczał, ponownie bębniąc w drzwi. – Nie zrobiłem nic złego! O co jestem oskarżany tym razem? Mówię wam, że byłem tutaj odkąd doprowadzono mnie na ten przeklęty statek!

Al Auriga odwrócił się powoli, wprost ku zamkniętym drzwiom celi, jego ciało napięło się w gniewie.
Spock czekał, aby zobaczyć, co zrobi oficer ochrony; czekał, aby zobaczyć, czy szkarłatnooki mężczyzna potrafi panować nad sobą w wystarczającym stopniu, by zająć miejsce Mandali Flynn.
Al Auriga wzdrygnął się raptownie, zacisnął dłonie w pięści, a potem stopniowo przełamał się i rozluźnił. Odwrócił się do technika medycznego, który nadal stał bezradnie obok ciała komandor Flynn.

- Czy masz środek uspokajający, który można mu podać?
- Nie! – rzucił Spock ostro.

Obaj mężczyźni wpatrzyli się w niego.
Neon, ignorując ich wszystkich, wysunęła nosze z przegrody w zapomnianym zestawie medycznym i zaczęła je rozkładać.

- Panie Spock, - odezwał się al Auriga – nie mogę go przesłuchać, kiedy ma atak histerii.
- Dr Mordreaux znajdował się pod wpływem zbyt wielu leków podawanych ze zbyt błahych powodów jeszcze zanim ta podróż się rozpoczęła, - rzekł Spock. – Jeśli nie pozwolimy mu oprzytomnieć i uwolnić się od ich działania, to nigdy nie usłyszymy od niego spójnych odpowiedzi. Komandor Flynn rozkazała przeszukać okręt, tak czy nie?
- Tak, - potwierdził al Auriga.
- W takim razie być może powinien pan zacząć poszukiwania.
- Już się rozpoczęły, - odrzekł strażnik. Potem zaklął bardzo łagodnie. – I musimy znaleźć tę przeklętą broń.
- Przeszukaliście, oczywiście, dr Mordreaux?

Al Auriga zamarł na chwilę.

- Och, mój Boże, - rzekł. – Nie sądzę, by ktokolwiek z nas to zrobił. Neon…?
- Więzień, zabezpieczenie, rozdzielenie, - odparła Neon. Wygładziła srebrzystą powierzchnię noszy i popchnęła je w dół, aż niemal dotknęły pokładu. – Korytarz, kabina, rozdzielenie.
- Nikt z nas nie był blisko niego. Myślę, że komandor Flynn miała zamiar sama go przeszukać, ale…
- Więc lepiej zróbmy to teraz, - stwierdził Spock. – Proszę odblokować drzwi i stanąć z dala od nich.

Kiedy al Auriga odblokowywał drzwi celi, Neon uniosła Mandalę Flynn i ułożyła na noszach, potem podniosła je wraz ich brzemieniem do wysokości pasa.
Przesunęła je bliżej technika medycznego, który chwycił drugi koniec noszy i stanął wpatrzony w dół, z twarzą bez wyrazu.

- Proszę zabrać ją do komory stazy, dopóki nie przejrzymy zapisu jej ostatniej woli, - powiedział Spock. – Neon: Neon, wejście, zrównoważenie.

Technik medyczny ruszył powoli korytarzem; Neon przytaknęła ruchem głowy i stanęła po jednej stronie drzwi, gotowa do skoku i pomocy w razie potrzeby.

- Doktorze Mordreaux, - odezwał się Spock, wystarczająco głośno, aby profesor mógł go usłyszeć – proszę się uspokoić. Przychodzę, by z panem porozmawiać.

Walenie ucichło.

- Panie Spock? Czy to pan, panie Spock? Dzięki Bogu, rozsądna osoba zamiast tych wojskowo-biurokratycznych idiotów!

Spock pchnięciem otworzył drzwi. Był gotów zareagować z całą siłą i szybkością jaką posiadał, aby zapobiec wystrzeleniu kolejnej pajęczynowej kuli.
Lecz dr Mordreaux stał nieruchomo pośrodku swojej kabiny ze sztywno rozłożonymi ramionami. Gdy zobaczył Spocka, jego oczy rozszerzyły się w zdziwieniu, ale nie poruszył się.

- Panie Spock, co się stało?

Spock spojrzał w dół na swoje poplamione krwią ręce i bluzę, lecz nie odpowiedział.

- Muszę pana przeszukać, doktorze Mordreaux.
- Proszę bardzo, - rzekł Mordreaux z rezygnacją i pewną dozą ironii. – Jestem coraz lepszy w trzymaniu się protokołu.

Spock przeszukał go sprawnie.

- Jest nieuzbrojony.

Al Auriga skanował kabinę przy pomocy trikodera.

- Panie Spock, co to jest, czego rzekomo się dopuściłem?
- Kapitan Kirk został postrzelony, doktorze Mordreaux.
- Co? A pan podejrzewa mnie?
- Było tam kilku świadków.
- Kłamali. Kłamali tak samo, jak kłamali wszyscy inni, mówiąc o mnie. Nikogo nie skrzywdziłem, nie zrobiłem nic złego. Wszystko, co kiedykolwiek zrobiłem, to pomogłem moim przyjaciołom spełnić swoje marzenia.

Jakkolwiek obciążająca mogłaby być prawda, jeśli Spock powstrzyma go teraz, profesor nigdy nie będzie miał powodu, by mu zaufać ponownie.

- Sir… Jestem jednym ze świadków tej napaści.

Spock skupił wzrok na swoich zakrwawionych dłoniach.
Mordreaux wpatrywał się w niego, oszołomiony.

- Pan! Panie Spock, jak mógł pan w to uwierzyć, znając mnie?
- Nie ma tutaj broni, - odezwał się al Auriga, wyłączając trikoder. – Musiał ją gdzieś porzucić. Muszę pomóc w poszukiwaniach, panie Spock. Myślę, że będzie lepiej, jeżeli pan stąd wyjdzie, dopóki jest tu dodatkowy strażnik.
- Nie musi się pan troszczyć o moje bezpieczeństwo.
- Panie Spock…
- Jeżeli to będzie konieczne wydam panu rozkaz, panie al Auriga.

Oficer ochrony spojrzał na niego przez moment, a potem nagle wzruszył ramionami.

- Jak pan sobie życzy.

Odszedł, zostawiając Spocka sam na sam z dr Mordreaux.

- Niełatwo mi uwierzyć, że zamordował pan mojego kapitana, - powiedział Spock. – Jednakże mam świadectwo moich własnych oczu.
- To nie byłem ja, - odrzekł Mordreaux. – To musiał być… impostor, oszust. Ktoś próbuje mnie wrobić.
- Doktorze Mordreaux, z jakiego powodu ktokolwiek miałby próbować sfabrykować dowody przeciwko panu? Już został pan skazany na pobyt w kolonii rehabilitacyjnej. Nie ma surowszej kary.
- Jedynie śmierć, - rzucił Mordreaux i zaczął chichotać. – Nie pozostało już nic oprócz śmierci i właśnie to zaplanowali dla mnie.

Od histerycznego śmiechu niespodziewanie przeszedł do łez i płacząc, upadł na swoją koję.

- Doktorze Mordreaux! - Spock podniósł głos.

Chwycił Mordreaux za przód koszuli i przemocą postawił na nogi. Druga dłoń Spocka zacisnęła się w pięść. Mordreaux szlochał, ukrywszy twarz w dłoniach.

- Nic na to nie poradzę, przykro mi, nic na to nie poradzę.

Spock rozwarł palce, zszokowany swoją własną reakcją. Pod wpływem nerwowego impulsu był bliski uderzenia profesora.

- Doktorze Mordreaux, nie mogę teraz zostać tutaj dłużej. Proszę spróbować się uspokoić.
- To nie ja, - powiedział Mordreaux przez łzy. – To nie ja, to te leki, proszę, nie dajcie mi więcej leków.
- Nie, - zapewnił go Spock. – Nie będzie więcej leków. – Patrzył w dół na człowieka, którego szanował przez tak długi czas, teraz drżącego i łkającego, i pozbawionego kontroli nad sobą. – Przyjdę ponownie, kiedy tylko będę mógł.

Opuścił kabinę Mordreaux i na powrót zablokował drzwi bezpieczeństwa. Neon reaktywowała tarcze energetyczne.
Elaan
Użytkownik
#38 - Wysłana: 13 Gru 2012 20:37:16 - Edytowany przez: Elaan
Rozdział 4.

Leonard McCoy dr. n. med.

Stojąca na jego biurku tabliczka, uderzona, obróciła się o sto osiemdziesiąt stopni; Leonard McCoy patrzył na nią, nie widząc.
Miał wrażenie, że patrzy na niego, przedrzeźniając go tymi właśnie literami, kpiąc z jego stopnia naukowego. Mosiądz i plastik były warte tyle samo, ile jego umiejętności.
Nalał whisky do swojej opróżnionej szklanki – dobry burbon wprost z Kentucky, żadna z tych dziwnych, obcych rzeczy, które wszyscy inni na statku wynajdywali Bóg wie gdzie, pili i porównywali kaca.
Zdumiewające, jak wiele różnych, rzekomo inteligentnych gatunków wybierało wręcz truciznę, etanol, jako odprężającą używkę; zadziwiające, jak wiele różnego rodzaju systemów biologicznych reagowało nań w podobny sposób.
Raz widział nawet pijanego Spocka, choć Wolkanin nie chciał powiedzieć z jakiej to okazji. Nieważne. Pijany Spock nie był bardziej zabawny, aniżeli trzeźwy.
Jego szklanka znów była pusta. Myślał, że dopiero co ją napełnił. Nieważne.
Napełnił ją ponownie. Ludzie piją różne rzeczy, nawet to dziwne brandy, które tak lubił Jim…
Z jego gardła wydobył się cichy jęk bólu i rozpaczy. Burbon miał pomóc mu zapomnieć, a nie zmusić go, by pamiętał.
Lecz teraz pamiętał, co się wydarzyło, co widział, słyszał i czuł, wspomnienie jedwabiście szarej powłoki w szeroko otwartych oczach Jima Kirka…
Słyszał słabe dźwięki i szumy wydawane przez system podtrzymywania życia w pomieszczeniach kwarantanny intensywnej terapii obok jego biura.
Wstał niechętnie, i chwiejąc się na nogach, poszedł sprawdzić monitory.
Rozrost mechanicznej sieci zatrzymał się; włókna molekularne nie wiły się już coraz dalej i dalej w głąb mózgu Jima. McCoy naprawił przerwaną arterię i przedziurawione płuco; indukował nawet regenerację tkanek w ranie operacyjnej, tak więc zagoiłaby się bez blizny.
A jednak, skanery dawały zupełnie mylące odczyty.
Wykazywały mocny oddech, ale to był tylko respirator, który wymuszał przepływ powietrza w płucach Jima; jego ciało nie poruszało się z własnej woli.
Serce Jima biło regularnie, ale brak było jakiegokolwiek sygnału na analogicznym ekranie, co wskazywało, że serce kurczy się ze względu na charakter samego mięśnia, a nie w odpowiedzi na jakikolwiek impuls nerwowy.
Nerwy zostały zniszczone. Nawet węzeł zatokowo-przedsionkowy i węzeł przedsionkowo-komorowy zostały zinfiltrowane i zgniecione.
Parametry krwi wyglądały normalnie, lecz była to normalność wymuszona, odczyty całkowicie zrównoważone, niezmienne. Elektrolity i pH, cukier i nośniki hemoglobiny – wszystko było stabilizowane przez niezwykle czuły element aparatury. W normalnym, zdrowym organizmie żyjącego człowieka odczyty byłyby rozsiane po całej skali, reagując na wszystko: od rytmu oddechu i głodu po nastrój, otoczenie i wyobraźnię.
McCoy próbował nie patrzeć na wskazania EEG. Tak długo, jak na nie spojrzy, będzie mógł dalej oszukiwać samego siebie.
Nadal trzymał w ręku do połowy pełną szklankę. Opróżnił ją i poczuł przypływ nadziei, nagłą pewność, że jeżeli spojrzy tym razem, znajdzie jakiś dowód, iż mózg Jima przetrwał, że jego przyjaciel będzie żył i wyzdrowieje.
Odwrócił się w kierunku ostatniego i najważniejszego ekranu.
Wszystkie linie fal mózgowych były płaskie, śmiertelnie płaskie, jak mawiali kiedyś w szkole medycznej, z samoobronnym cynizmem młodych ludzi jeszcze nie oswojonych ze śmiercią.
Alfa, beta, delta, theta, i wszystkie pomniejsze fale aż do omegi – każdy wzór, który mógł oznaczać życie wskazywał, że Jim Kirk był martwy.
Sieć osiągnęła końcowe stadium wzrostu i samoistnie przestała się formować.
Ani McCoy, ani ktokolwiek inny nie mógł jej powstrzymać. Tak została zaprojektowana.
Pajęczyna była zakazana na każdym świecie należącym do Federacji. Żaden rząd, nawet najbardziej wojowniczy, nie produkował takiej broni. Oprócz obrzydzenia - z którym nawet sojusznicy potraktowaliby podmiot, który ośmieliłby się jej użyć - broń ta mogła być równie niebezpieczna dla używających jej, jak i dla ewentualnych ofiar.
A jednak, jakiś niedokształcony kretyn mógł skonstruować coś takiego w podziemnym laboratorium. Stało się to jasne podczas rzadkich ognisk terroryzmu, które wybuchały nawet w Federacji.
Pajęczyna była niczym innym jak bronią terrorystów: zabijała bezwzględnie i niechybnie, a powodowała paskudną i powolną śmierć.
Czy jakakolwiek śmierć jest piękna? – McCoy zastanawiał się. – Czy śmierć zadana fazerem jest w jakimkolwiek stopniu mniej oczywista? To jest śmierć, wszystko jedno, czy błysk zakończy twoją egzystencję, czy powoli rozpłyniesz się w uniwersalnej entropii, pomimo wszelkich zasobów nowoczesnej medycyny.
Wici rozrosły się w postępie geometrycznym wzdłuż aksonów i dendrytów, wspinając się wzdłuż rdzenia kręgowego i do mózgu. Neutrofilowe, metaloorganiczne cząsteczki skoncentrowały się w mózgu, a miały tak szczególne powinowactwo z nerwem wzrokowym, że gdy wtargnęły i zniszczyły siatkówkę, nadal rosły na całym oku – białku, tęczówce, źrenicy - blokując widzenie mimo otwartych powiek.
Jim Kirk wpatrywał się w sufit martwymi, jedwabisto-szarymi oczyma.
McCoy poszedł do swojego biura i nalał kolejnego drinka. Łzy ciekły mu po twarzy, osunął się na krzesło i siedział, trzymając swoją szklankę, jak gdyby jej chłód mógł dać mu jakąkolwiek pociechę w ślepej, krzyczącej rozpaczy.

- Doktorze McCoy.

McCoy zerwał się gwałtownie na równe nogi, zaskoczony cichym pojawieniem się Spocka w drzwiach jego biura. Burbon chlusnął ze szklanki na jego ręce, chłodząc jego skórę, w miarę jak alkohol odparowywał.
Wyzywającym gestem wypił resztę alkoholu i twardo odstawił szklankę na stół.

- Czego chcesz, Spock?

Spock patrzył na niego beznamiętnie.

- Sądzę, że zdaje pan sobie sprawę, dlaczego przyszedłem.
- Nie, nie wiem. Będziesz musiał mi powiedzieć.

Spock wyszedł z biura i stanął ze skrzyżowanymi ramionami przed pomieszczeniem kwarantanny.
Po chwili doktor wstał niechętnie i poszedł za nim.

- Doktorze McCoy, kapitan nie żyje.
- Moje maszyny mówią co innego, - rzucił sarkastycznie McCoy.

I nagle naszło go wspomnienie Jima Kirka, pytającego ze śmiechem: „Bones, odkąd to pokładasz ufność w maszynach?”

- To jest dokładnie to, co mówią pańskie maszyny.

Ramiona McCoy`a opadły bezsilnie.

- Spock, życie to coś więcej, niż elektryczne impulsy. Być może, w jakiś sposób…
- Jego mózg jest martwy, doktorze McCoy.

McCoy zesztywniał, nie potrafił pogodzić się z tym, co mówił Spock, chociaż wiedział, że to prawda.
W jakiś sposób jego otumaniona alkoholem świadomość upierała się, że tak długo jak wierzy, iż Jim może wyzdrowieć, możliwość ta jest równie dobra jak prawdziwa.

- Byłem w jego umyśle, aż do chwili tuż przed śmiercią, - rzekł Spock. – Doktorze, czułem jak umiera. Czy wie pan jak funkcjonuje sieć? Jej wici owijają się wzdłuż włókien nerwowych. Kiedy się zaciskają, zrywają połączenia między komórkami mózgu. Rozcinają same komórki.
- Studiowałem medycynę wojskową, Spock. Więcej od Ciebie. O wiele więcej od Ciebie.
- Mózg kapitana został zgnieciony. Nie ma nadziei na regenerację.
- Spock…
- Ciało, które się zachowało, to tylko powłoka. Nie jest bardziej żywe, niż jakikolwiek bezmózgi klon, czekający na swego gospodarza, lub podzielenie na części.

McCoy obrócił się gwałtownie, zakołysał, próbując niezdarnie uderzyć pięścią z półobrotu.

- Bądź przeklęty, Spock! Do diabła z Tobą, niech Cię cholera…

Spock z łatwością chwycił jego rękę. McCoy nadal próbował go uderzyć, wymachując pięściami –bezskutecznie wobec siły trzymającego go oficera naukowego.

- Doktorze McCoy, pan wie, że mam rację. – McCoy opadł, pokonany. – Nie może pan utrzymywać go już dłużej w takim stanie. Zrobił pan wszystko, aby go uratować, lecz od chwili kiedy został ranny nie można go było ocalić.
Ta porażka nie przynosi panu wstydu, chyba że zechce pan przedłużać tę parodię życia. Niech pan pozwoli mu odejść, doktorze, błagam pana. Niech pan pozwoli mu odejść.


Wolkanin mówił z przeszywającą intensywnością. McCoy spojrzał na niego, a Spock odsunął się, usiłując ukryć potężne uczucia smutku i rozpaczy, które podeszły niebezpiecznie blisko, przytłaczając go.

- Tak, panie Spock, - rzekł McCoy – ma pan rację.
Elaan
Użytkownik
#39 - Wysłana: 13 Gru 2012 21:00:35 - Edytowany przez: Elaan
cd.

Otworzył drzwi do komory kwarantanny. Gdy wchodził do środka, owionął go strumień powietrza, który wtargnął do pomieszczenia o obniżonym ciśnieniu. Spock podążył za nim.
McCoy po raz ostatni sprawdził wskazania EEG, lecz wiedział lepiej niż ktokolwiek, że nie ma nadziei na jakąkolwiek zmianę. Sygnał pozostał płaski i bezbarwny; wszystkie zapisy wydawały ten sam, głuchy dźwięk.
McCoy odsunął kosmyk włosów z czoła Jima.
Z trudem zatrzymywał wzrok na twarzy przyjaciela, ze względu na jego oczy.
Precyzyjnie, niespiesznie, przystąpił do pracy. Kiedy już podjął decyzję, jego ręce poruszały się pewnie, jakby alkohol, który wypił, nie miał na niego wpływu.
Wyciągnął igły wkłute w ramię Jima. Sygnały biochemiczne natychmiast zaczęły zmieniać swoją harmonię. Ton tlenu opadł, dwutlenku węgla wzrósł; nic już nie odfiltrowywało produktów przemiany materii. Sygnał przeszedł od doskonałej harmonii w minorowe akordy, a następnie w kompletny dysonans.
McCoy usunął podłączenia, które ponownie uruchomiłyby serce Jima, gdyby nieuchronnie zawiodło. Wreszcie, twardo zaciskając zęby, McCoy odłączył respirator.
Serce Jima Kirka wciąż biło, ponieważ serce będzie bić dalej, nawet jeżeli zostanie wycięte z klatki piersiowej; mięsień będzie kurczył się rytmicznie, dopóki poszczególne komórki nie przestaną działać zsynchronizowanie, nie nastąpi migotanie przedsionków, a komórki nie zaczną obumierać jedna po drugiej.
Jednak odruch oddychania wymaga impulsów nerwowych. Kiedy McCoy odwrócił się od respiratora, ciało Jima nawet nie próbowało zaczerpnąć kolejnego oddechu. Po ostatnim, wymuszonym wydechu nie podjęło walki, i to właśnie - dalece bardziej niż dane urządzeń, perswazja Spocka, czy jego własna intelektualna pewność – ostatecznie przekonało McCoy`a, że każda iskra i tchnienie jego przyjaciela, odeszły bezpowrotnie.
Wszystkie oznaki życiowe ustabilizowały się na poziomie zero, a dźwięki sygnałów ucichły. Doktor nasunął prześcieradło na twarz Jima, na martwe, szare oczy.
McCoy załamał się. Szloch wstrząsał nim i zachwiał się, jak gdyby nagle uświadomił sobie, jak wiele wypił. Omal nie upadł, lecz Spock chwycił go i podtrzymał, wspierając sobą na tyle, na ile Wolkanin mógł znieść tak bliski uścisk.

- O mój Boże, Spock, jak to się mogło stać? – McCoy z wdzięcznością pogrążył się w ciemność.

Spock znów złapał upadającego McCoya i podniósł go z łatwością.
Uczucia straty i żalu targały Spockiem tak mocno, że nie mógł zaprzeczyć ich istnieniu; jedyne, co mógł zrobić, to powstrzymać je przed ujawnieniem się na zewnątrz. To nie umniejszało jego prywatnej hańby. Jego twarz zakrzepła.
Zaniósł McCoy`a do jednej z alkow i łagodnie położył na koi. Zdjął McCoy`owi buty i rozluźnił zapięcia jego poplamionej potem bluzy mundurowej, przykrył go kocem i przyciemnił światło.
Następnie, wspominając jedyną chwilę niebacznego poniżenia, gdy on sam stał się nietrzeźwy, Spock postanowił zostać, dopóki nie będzie pewny, że ilość wypitego etanolu nie zagraża życiu lekarza. Spock usiadł na krześle koło łóżka McCoy`a i wsparł czoło na dłoni.

***

Spock był nieświadomy, podobnie jak i McCoy, że byli obserwowani.
Naprzeciwko pomieszczeń kwarantanny, z na wpół zasłoniętego kącika, Ian Braithewaite obserwował wszystko, co się działo.
Był mocno otumaniony środkami uspokajającymi; miał pęknięcie czaszki na linii włosów i poważny wstrząs, których nabawił się podczas upadku na mostku; głowa bolała go wściekle i widział podwójnie, a nawet poczwórnie.
Początkowo nie zdawał sobie sprawy, co się dzieje, a potem pomyślał, że to musi być halucynacja, albo sen. Kiedy zrozumiał z niedowierzaniem, że to co widzi jest rzeczywiste, próbował wstać, lecz czujniki wstrzyknęły mu kolejną dawkę środków uspokajających.
Gdy wyświetlacze parametrów życiowych, umieszczone nad ciałem kapitana Kirka, gasły jeden po drugim, Ian był bliski utraty przytomności. Próbował krzyczeć, próbował powstrzymać Spocka i McCoy`a, ale nie mógł się poruszyć.
Mógł tylko bezsilnie obserwować, jak pan Spock i dr McCoy spierają się, a potem czekają na śmierć Jima Kirka.
Ian pogrążył się w nieświadomości, mając nadzieję, że nigdy się nie obudzi, ale pamiętając, co widział.

***
Elaan
Użytkownik
#40 - Wysłana: 13 Gru 2012 21:24:24
cd.

Spock ocknął się nagle. Był bliski zapadnięcia w sen. Gdyby teraz zasnął, trudno byłoby go dobudzić co najmniej przez kilka dni.
Nie był pewny jak długo zdoła powstrzymać rosnącą potrzebę snu, lecz nie miał wyboru. Czekało na niego zbyt wiele obowiązków, by mógł pozwolić sobie na odpoczynek.
Czemu jednak ocknął się z drzemki? Spojrzał na McCoy`a, ale doktor spał spokojnie, niepomny nieszczęścia.
Do przyciemnionej przestrzeni głównego ambulatorium światło z pomieszczenia kwarantanny docierało tylko częściowo; to właśnie ten półmrok, który zapadł wokół niego, zwrócił uwagę Spocka.
Jenniver Aristeides, oficer ochrony, która zachorowała stojąc na wachcie przy kabinie dr Mordreaux, patrzyła przez szybę na cichnące maszyny, milknące sensory i przykryte ciało kapitana. Jej odbicie zamigotało, gdy dwie łzy spadły z jej srebrnych oczu i spłynęły po stalowoszarych policzkach, a palce zacisnęły się na krawędzi okna.
Christine Chapel podeszła ku niej pospiesznie z drugiego końca pomieszczenia.

- Chorąży Aristeides, nie powinna pani wstawać.
- Kapitan nie żyje, - odezwała się cicho Aristeides.

Chapel zawahała się.

- Wiem, - rzekła po chwili. – Wiem. Proszę wrócić do łóżka, była pani bardzo chora.
- Nie mogę zostać. Jestem potrzebna.

Chapel stanęła twarzą w twarz z Aristeides, blokując jej drogę do korytarza.
Aristeides czekała cierpliwie, jej ogromne ręce zwisały luźno wzdłuż boków, w jej postawie nie było cienia agresji.
Kontrast pomiędzy tymi dwoma kobietami był tak wyraźny, że obserwatorowi nie obeznanemu z ich pochodzeniem trudno byłoby uwierzyć, iż należą do tego samego gatunku.
Siostra Chapel była wysoką, silną, elegancką kobietą, ale przy granitowej masywności Aristeides wydawała się tak delikatna, jak półprzezroczyści jeźdźcy wiatru, istoty żyjące daleko w głębi wolkańskich pustyń, zbyt delikatne, by kiedykolwiek dotknąć ziemi.
Spock wstał i cicho podszedł do Aristeides.
Była ona jedyną ludzką istotą na pokładzie Enterprise, która dorównywała Spockowi pod względem siły i wytrzymałości. Nawet więcej niż dorównywała. On i Chapel razem wzięci nie byliby w stanie powstrzymać strażniczki, gdyby zdecydowała się ich wyminąć.

- Chorąży, - powiedział – kiedy jest pani tutaj, musi pani stosować się do zaleceń personelu medycznego.
- Już wyzdrowiałam, - odrzekła. – Mam obowiązki.
- Doktor McCoy zwolnił panią z obowiązków co najmniej na tydzień, - stwierdziła Chapel.

Spojrzała z ulgą na stojącego za plecami Aristeides Spocka, wdzięczna za, co najmniej, moralne wsparcie; była równie świadoma jak on, co może zrobić Aristeides.
Spock zastanawiał się, czy może zastosować na Jenniver wolkański ucisk karku, czy jego ręka zdoła objąć jej masywny mięsień czworoboczny, i czy sam nerw był na tyle blisko powierzchni, by go dosięgnąć.

- Powinnam zachować się honorowo, - rzekła Aristeides. – Zostało mi jeszcze trochę honoru.
- Pani honor nie podlega wątpliwości, - odrzekł Spock.

Aristeides nic nie odpowiedziała.

- Na co zachorowała? – Spock zwrócił się do Chapel. – Czy grozi jej nawrót choroby?

Chapel zamrugała i przesunęła dłonią po oczach, szukając w pamięci wydarzeń sprzed kilku godzin, które wydawały się długie jak dni.

- Wielopostaciowe zatrucie jadem kiełbasianym, - powiedziała.
- Bardzo niezwykłe.

Spock, podobnie jak Kirk, przypuszczał, że dwoje kolegów Iana Braithewaite`a zmarło z powodu zakażenia pochodzącego z tego samego źródła, ale jakim sposobem nabawiła się tego także Aristeides? Ani na Aleph Prime, ani na Enterprise nie było epidemii zatrucia pokarmowego.
Wręcz przeciwnie, jedynym punktem wspólnym pomiędzy ofiarami był ich związek z dr Mordreaux.

- Jestem zdrowa, - powtórzyła Aristeides. – Nie mogę tutaj zostać. Przynajmniej pozwólcie mi iść do mojej kwatery.

Spock spojrzał na Chapel, unosząc pytająco brew.

- Są jakieś medyczne zastrzeżenia przeciwko temu?
- To nie jest dobry pomysł.
- Proszę, - wyszeptała Aristeides. – Błagam panią.

Twarz Chapel złagodniała, patrzyła na strażniczkę ze współczuciem.
Wyciągnęła rękę, by dotknąć plastikowej opaski, przytrzymującej metalowy sensor na lewym nadgarstku Jenniver, ale strażniczka wzdrygnęła się i cofnęła - jak gdyby Chapel chciała ją uderzyć?
To nie miało sensu. Być może ona po prostu nie lubi być dotykana.

- Jenniver, - powiedziała Chapel – czy obiecuje pani nie zdejmować czujnika? W ten sposób, jeśli pojawią się jakiekolwiek dolegliwości, będziemy wiedzieli i pomożemy pani.
- Gdybym potrzebowała pomocy, czujnik to zasygnalizuje.

To nie jest odpowiedź na zadane pytanie, - pomyślał Spock. – Ona złożyła oświadczenie, a nie obietnicę.

- Niech tak będzie. Przypuszczam, że wystarczy, jeśli zostanie pani w swoim pokoju, - odrzekła Chapel. – Potrzebuje pani teraz odpoczynku bardziej, niż czegokolwiek innego.

Jenniver Aristeides skłoniła głowę w podzięce, a Christine Chapel odsunęła się, by mogła przejść. Strażniczka ruszyła powolnym krokiem w dół korytarza i skręciła za rogiem, znikając z oczu.
Chapel obserwowała jak odchodzi, potem zrobiła kilka kroków w głąb ambulatorium i zatrzymała się.

- Mam nadzieję, że postąpiłam słusznie.

Spock chciał ponownie sprawdzić co z McCoy`em, lecz kiedy się odwrócił Chapel wyciągnęła rękę i musnęła jego rękaw końcami palców.
Spock stanął z nią twarzą w twarz, oczekując jakiegoś emocjonalnego wybuchu, który wzbraniałby się zrozumieć.

- Panie Spock, - odezwała się cichym, opanowanym głosem – ktoś musi powiadomić załogę o tym, co się stało. To nie w porządku, aby dowiadywali się za pośrednictwem plotek, lub tak jak Jenniver. Tak, jak ja się dowiedziałam.
Teraz pan przejął dowództwo. Jeżeli pan nie może, jeżeli woli pan tego nie robić, to musi pan poprosić kogoś innego.


Spock zawahał się na moment, potem skinął potwierdzająco głową.

- Ma pani rację, - odrzekł. Trudno mu było przyznać się, że spartaczył lub, co najmniej, zaniedbał swój podstawowy obowiązek wobec statku i załogi; jego autorytet mniej by ucierpiał, gdyby upomniał Chapel za mówienie o sprawach, które do niej nie należą. Ale miała rację. – Tak, ma pani rację. Nie powinienem dłużej zwlekać.

Skinęła głową szybko, bez satysfakcji, i zostawiła go samego, znikając w ciemnej głębi pomieszczenia pełnego maszyn, leków i wiedzy, które były teraz tak mało użyteczne.
Elaan
Użytkownik
#41 - Wysłana: 16 Gru 2012 20:09:55 - Edytowany przez: Elaan
cd.

Za plecami Spocka dał się słyszeć jęk McCoy`a. Spock wrócił do kabiny, bo jeśli etanol zaszkodził doktorowi, będzie musiał mu pomóc. Rozjaśnił światło na nieco wyższy poziom. McCoy zasłonił oczy ramieniem.

- Zmniejsz to, - wymamrotał, jego słowa były tak niewyraźne, że Spock z trudem je zrozumiał.

Poziom światła nie czynił Spockowi różnicy; mógł widzieć przy oświetleniu, które dla człowieka sprawiało wrażenie zupełnych ciemności. Spełnił prośbę McCoy`a.

- Doktorze, czy pan mnie słyszy? - Odpowiedź McCoy`a była całkowicie niezrozumiała. – Doktorze McCoy, muszę wrócić do swoich obowiązków.
- Miałem sen, - powiedział McCoy, wypowiadając słowa całkiem wyraźnie. Spock wyprostował się. Lekarz mógł być pozostawiony samemu sobie. McCoy odepchnął się gwałtownie i uniósł na łóżku w półmroku. - Spock, ja śniłem o czasie.
- Proszę ponownie zasnąć, doktorze. Rano poczuje się pan lepiej.

McCoy zaśmiał się cynicznie.

- Naprawdę pan tak sądzi? – Przetarł twarz obydwiema rekami. Jego zmarszczki pogłębiły się od poprzedniego dnia, a oczy były czerwone i podpuchnięte. Spojrzał na Spocka mrużąc oczy, jakby Wolkanin stal w pełnym świetle. – Wiem, co powinniśmy zrobić, - dodał.
- Tak, - rzekł Spock. – Muszę powiadomić resztę załogi Enterprise o tym, co się wydarzyło.
- Nie!
- To musi być zrobione, doktorze.
- Czas, Spock, czas. Robiliśmy to przedtem – możemy zrobić jeszcze raz.

Spock nie odpowiedział. Wiedział, o czym mówi McCoy. Sam rozważał taką możliwość i odrzucił ją bez wahania. To było nieetyczne i amoralne; a jeśli pewne hipotezy były prawidłowe, to było także, w ostatecznym rozrachunku, tak destrukcyjne, że aż niewykonalne.

- Musimy przygotować silniki do skoku w czasie. Możemy wrócić. Możemy wrócić i uratować Jimowi życie.
- Nie, doktorze McCoy. Nie możemy.
- Na litość boską, Spock! Wiesz, że to jest możliwe!

Spock zastanawiał się, jaka logika będzie w stanie przeniknąć wysoce emocjonalny stan umysłu McCoy`a. Prawdopodobnie żadna, ale będzie musiał postarać się go przekonać.

- Tak. Cofnięcie się w czasie byłoby możliwe. Być może nawet zdołalibyśmy zapobiec temu, co się stało. Ale naprężenia spowodowane naszym działaniem zakłóciłyby czasoprzestrzeń.

McCoy potrząsnął przecząco głową, jak gdyby odrzucał słowa Spocka bez jakiejkolwiek próby ich zrozumienia.

- Uratowalibyśmy Jimowi życie.
- Zrobilibyśmy więcej szkód, aniżeli zdołalibyśmy naprawić.
- Robiliśmy to przedtem! Robiliśmy to, by pomóc innym ludziom – dlaczego nie możemy tego zrobić, by pomóc przyjacielowi?
- Doktorze McCoy… wówczas byliśmy zmuszeni ingerować w strumień zdarzeń – i nie zawsze udawało nam się pomóc innym – robiliśmy to, aby przywrócić ciągłość naszej linii czasu z maksymalnym prawdopodobieństwem. A nie po to, by ją odwracać.
- Co z tego?
- Robiliśmy to, by zapobiec zmianie przyszłości. Tym razem, jeśli zmienimy przeszłość, zmienimy także przyszłość.
- Lecz to przyszłość, która już się zdarzyła. Żyjemy w niej. Dla nas teraz przyszłość nie ziściła się jeszcze.
- To właśnie powiedzieliby nam ludzie, na których życie wpływaliśmy w przeszłości.
- Mówisz, że przyszłość jest nieodwracalnie ustalona – zatem nic, co zrobimy niczego nie zmieni, ponieważ nie można dokonać żadnych zmian.
- Nie powiedziałem niczego podobnego. Mówię, że istnieją ścieżki największego prawdopodobieństwa, które nie mogą być zatrzymane i ponownie uruchomione wedle woli.
Mogłoby to wywołać przerwanie kontinuum – rodzaj osobliwości, jeśli pan woli, nie różniący się swoją istotą i destrukcyjnym potencjałem od osobliwości, wokół której orbitowaliśmy zaledwie kilka dni temu. Mogłoby to pociągnąć nas ku naszej własnej zagładzie. Czy to jest przyszłość, której pan pragnie?

- W tej chwili nie dbam o przyszłość! Żyjemy w teraźniejszości. Jaką różnicę uczyni, jeśli zmienimy to, co robimy teraz, albo to, co robiliśmy kilka godzin temu?

McCoy zmarszczył brwi, próbując jakoś uporządkować w myślach te wszystkie czasy i czasowniki.

- To czyni wielką różnicę. Zawarte jest to w każdej przedstawianej teorii na temat funkcjonowania czasu, poczynając od ekstrapolacji Wolkan tysiąclecia temu, poprzez rozszerzenie ogólnej teorii względności w ziemskim dwudziestym pierwszym wieku, aż do ostatniej opublikowanej pracy doktora Mordreaux.

McCoy wpatrywał się w niego przez chwilę.

- Mordreaux! Powołując się na jego pracę próbujesz udowodnić, że nie możemy cofnąć zbrodni, którą popełnił!
- W istocie, to prawda.

McCoy wstał gwałtownie, chwiejąc się na nogach.

- Do diabła z Tobą. Nie jesteś jedyną osobą na tym statku, która wie jak wywołać efekt skoku w czasie. Mam zamiar znaleźć Scotty`ego i…

Spock zatrzymał go, kładąc mu rękę na ramieniu i McCoy poczuł dreszcz wzdłuż kręgosłupa, gdy Spock nacisnął delikatnie na nerw u zbiegu jego szyi i barku.

- Nie chcę pana obezwładniać, doktorze McCoy. W pańskim stanie, byłoby to niebezpieczne. Ale zrobię to, jeśli będę do tego zmuszony.
- Nie możesz pozbawić mnie świadomości ani zamknąć na zawsze…
- Nie. Nie mogę.
- Więc jak zamierzasz mnie powstrzymać?
- Zamknę pana w kwaterze na dzisiejszą noc, jeżeli to konieczne. Nie sposób przecenić niebezpieczeństwa tego, co pan planuje.
- A po tej nocy?
- Mam nadzieję, że rano będzie pan bardziej podatny na logiczną argumentację.
- Nie licz na to.
- Doktorze McCoy, zabraniam panu realizacji tego typu działań.

McCoy obrócił się ku Spockowi z wściekłością.

- A Ty myślisz, że możesz mi teraz rozkazywać, czyż nie? Ponieważ jesteś kapitanem? Nigdy nie będziesz kapitanem tego okrętu!

Wykrzyczał to ochrypłym od whisky głosem i tylko gniew powstrzymał go od upadku.
Spock zrobił krok wstecz, potem odzyskał panowanie nad sobą.

- Doktorze McCoy, proszę dać mi słowo oficera Gwiezdnej Floty, że tej nocy nie podejmie pan żadnych potencjalnie niebezpiecznych działań. - Spock pominął swą niewypowiedzianą groźbę.

McCoy spojrzał na niego, a potem nagle rozluźnił się i wzruszył ramionami.

- Oczywiście. Tej nocy niczego nie zrobię. Daję panu moje słowo. Co mnie to obchodzi? – Roześmiał się, a zabrzmiało to, jak zgrzyt torturowanej stali. – Mam cały czas świata! – Odwrócił się i powlókł w głąb izby chorych. – Co stało się z moją butelką?
Elaan
Użytkownik
#42 - Wysłana: 19 Gru 2012 18:50:22 - Edytowany przez: Elaan
cd.

Porucznik Uhura siedziała przy swoim stanowisku na mostku, mając ochotę krzyczeć.
Poruczniku Uhura, - mówiła sobie. – Opamiętaj się. Pamiętaj, gdzie jesteś.
Doskonale wiedziała, że nie będzie krzyczeć, ani nie rzuci w Pavla Chekova tym, co znajdzie pod ręką, choć pragnęła zrobić obie te rzeczy.
W miarę jak napięcie ostatnich kilku godzin wzrastało, pobudliwy Rosjanin próbował je rozładować, na przemian mrucząc coś w ojczystym języku, albo gwiżdżąc tak niemelodyjnie, że nie wiedział chyba nawet, co robi.
Uhura miała słuch absolutny; Chekov gwizdał jednostajnie. Dla niej dźwięk ten brzmiał jak nieprzerwane drapanie paznokciami po tablicy.
Uhura wiedziała także, że jej irytacja na nerwowe zachowanie Chekova, to jej własna próba zapanowania nad niepokojem o kapitana.
Dr McCoy nie wydał biuletynu o jego stanie zdrowia od chwili bezpośrednio po zabiegu, a to było kilka godzin temu. Nie wiedziała, czy traktować to milczenie jako znak pełen nadziei, czy raczej złowieszczy.
Najgorsze było nie to, że Chekov gwizdał połowę frazy melodii w kółko, a nawet, że gwizdał ją w nie pasującej do nastroju utworu tonacji, ale że robił to wciąż jednostajnym, bezbarwnym tonem.
Spock nie wrócił, a Uhura nie słyszała żadnych informacji o nim od czasu, gdy opuścił mostek. Nie słyszała też niczego o Mandali Flynn. Musiała być w izbie chorych, skoro Beranardi al Auriga koordynował poszukiwania wspólnika sprawcy ataku.
Uhura wzdrygnęła się. Pajęczyna była dotąd dla niej niewiele więcej niż pogłoską; pochodziła z Ziemi, gdzie nie było terroryzmu od dziesięcioleci.
Wiedziała, co przypuszczalnie pajęczyna jest zdolna zrobić; nadal jednak miała nadzieję, że raporty były przesadzone.
Kapitan Kirk i Mandala Flynn znajdowali się w ambulatorium, prawdopodobnie poważnie ranni, lecz oboje wyzdrowieją. Uhura była tego pewna. Mimo wszystko, Mandala wyszła stąd o własnych siłach, więc jej obrażenia nie mogły być krytyczne.
Pavel wydał wyjątkowo fałszywy dźwięk i Uhura spojrzała na niego z rozdrażnieniem. Drzwi turbo-windy otworzyły się. Pavel przestał gwizdać.
Pan Spock wkroczył na mostek i Uhura natychmiast wiedziała, z przytłaczającą falą rozpaczy, że wszystko poszło potwornie źle.
Bez jednego słowa Spock zszedł w dół, na niższy poziom mostka. Zatrzymał się na moment, a potem usiadł w fotelu kapitana.
Uhura zacisnęła swoje długie palce. Odczuwała irracjonalne pragnienie, by zerwać się i uciec ze swego stanowiska w miejsce, gdzie nie musiałaby wysłuchać tego, co Spock miał właśnie powiedzieć. Jednak Spock otworzył alarmowy kanał komunikacyjny; kiedy przemówi, wszyscy na Enterprise będą go słyszeć. Nie było dokąd uciekać. Pavel odwrócił się i rozejrzał wokoło; on też wyczuł katastrofę, a jego twarz przybrała odcień chorobliwej bladości.
Cisza i napięcie potęgowały się.
Spock przymknął swoje ocienione długimi rzęsami oczy, otworzył je na powrót i patrzył wprost przed siebie.

- Mówi komandor Spock.

On prawie nigdy nie odnosi się do siebie poprzez swój stopień, – pomyślała Uhura – jedynie poprzez swoje stanowisko: oficer naukowy, pierwszy oficer…

- Jest moim obowiązkiem powiadomić Was, że kilka minut temu James T. Kirk, kapitan U.S.S. Enterprise, zmarł. Został ranny bez jakiejkolwiek nadziei na przeżycie.
Nie odzyskał świadomości po tym, jak zabrano go z mostka. Nie doświadczył już dalszego cierpienia.


Uhura wycofała się, tak dalece jak tylko mogła, w głąb własnego umysłu, pozwalając słowom przepływać ponad jej świadomością i ślizgać się po gładkiej, lśniącej powierzchni, którą utworzyła w myślach, by chroniła ją od bólu. Świadomość tego, co się stało, przeniknie do niej powoli; lecz teraz nie potrafiła jej zaakceptować.

- Podczas próby obrony życia kapitana, dowódca ochrony Mandala Flynn została śmiertelnie ranna. Zmarła w trakcie wykonywania obowiązków służbowych.
Podejrzany w sprawie tych morderstw znajduje się w areszcie. Nie odkryto konkretnych dowodów na istnienie współsprawcy.


Spock przerwał, jakby szukając jakiegoś niezwyczajnego słowa pociechy, które mógłby przekazać załodze. Nie udało mu się znaleźć żadnego. Zamknął połączenie; przełącznik wydał ostateczny trzask.

- Kapitan… nie żyje? – Pavel Chekov mówił cicho, tonem pełnym niedowierzania.
- Tak, panie Chekov.
- Ale… co my teraz zrobimy?
- Będziemy kontynuować naszą misję, - odrzekł Spock. – Poruczniku Uhura…

Spojrzała na niego pustym wzrokiem i odpowiedziała wreszcie, jak gdyby musiała przebyć bardzo długą drogę, aby go usłyszeć.

- Tak, panie Spock?
- Proszę zawiadomić Gwiezdną Flotę o tym, co się stało… a także władze cywilne. Pan al Auriga zechce niewątpliwie zebrać wszystkie nasze sprawozdania w ciągu najbliższych kilku godzin.
Wszyscy musimy zrobić co w naszej mocy, by dokładnie zrelacjonować wydarzenia.

- Tak, sir, - potwierdziła Uhura bezbarwnym głosem.
Elaan
Użytkownik
#43 - Wysłana: 19 Gru 2012 19:08:15 - Edytowany przez: Elaan
cd.

Sulu wkradł się cicho do malutkiej kabiny, którą dzielił ze starszym oficerem uzbrojenia, Ilyą Nikolaievichem. Kabina była nie większa niż połowa jego prywatnej kwatery na Enterprise.
Być może w końcu uznałby współdzielenie pokoju za nieprzyjemne, ale teraz jego podekscytowanie pobytem na Aerfenie było nie do przebicia. Poza tym, podczas normalnej służby, gdy będą na patrolu, on i Ilya Nikolaievich będą pełnić wachtę w różnych godzinach, i każdy z nich będzie miał pokój dla siebie przynajmniej na chwilę każdego dnia.
Sulu od lat nie czuł się tak szczęśliwy, ani tak zmęczony.
Pracował, prawie bez przerwy, od osiemnastu godzin, zapoznając się z systemami uzbrojenia na Aerfenie i jego siostrzanych okrętach – bronią, której skuteczność zależała raczej od precyzji i finezji, aniżeli brutalnej siły, jak to miało miejsce na Enterprise.
Był zadowolony ze swojej punktacji pierwszej serii ćwiczeń, lecz nie całkiem usatysfakcjonowany. I nie będzie szczęśliwy, dopóki nie osiągnie, lub nie przekroczy wyników dwu innych oficerów uzbrojenia, służących na statku. Rywalizacja między nimi była przyjazna, niemniej była to rywalizacja.
Ilya spał spokojnie jak dziecko. Po przebudzeniu jego mocno rzeźbiona twarz o kwadratowych szczękach przybierała wyraz podejrzliwości, czujności, a nawet okrucieństwa. Zapoznał Sulu z procedurami skutecznie, bezpośrednio i obojętnie, nie okazując swemu nowemu koledze ani niechęci, ani entuzjazmu.
Inni członkowie załogi nazywali go Ilyushka, lecz skoro nie poprosił Sulu, aby zwracał się do niego tym zdrobnieniem, Sulu ostrożnie pozostał przy oficjalnej formie imienia i patronimiku.
Sulu wiedział, że musi wykazać się przed wszystkimi: przed Hunter, oczywiście, i być może przede wszystkim przed Ilyą Nikolaievichem.
Ilya był niższy niż Sulu, lecz podobnie zbudowany: zwarty, proporcjonalny, smukły, ale muskularny. Jego gęste, proste, blond włosy opadały na czoło, prawie do brwi, a z tyłu sięgały poniżej kołnierza. Swoją umiejętnością ścisłej samokontroli przypominał Sulu Spocka.
Był nie mniej posępny teraz, kiedy spał, aniżeli był wcześniej, lecz napięcie zniknęło z jego twarzy. Był człowiekiem, jedynie zaadaptował świadomie wolkańskie cechy do swego charakteru.
Sulu zdjął bluzę, potem usiadł, aby ściągnąć buty. Były one raczej ciasne i kiedy ściągał lewy, jego ręka ześlizgnęła się. But spiralnym ruchem wyrwał się z jego dłoni. Rzucił się do przodu, by go złapać wiedząc, że nie zdąży i skrzywił się, gdy łoskot zakłócił ciszę okrętu.
Ilya zerwał się z koi, przyczaił, gotowy do skoku, a w jego ręku zalśnił nóż.
Sulu zamarł pochylony, z jedną ręką wyciągniętą w kierunku buta.

- Przepraszam, - odezwał się zawstydzony, czując jak krew uderza mu na policzki.

Ilya wyprostował się i, nachmurzony, opuścił nóż.

- Nieważne, - rzekł. – Powinienem był pana uprzedzić. Spędziłem dwa lata za linią frontu podczas starć na granicy Oriona. – Na powrót schował nóż pod poduszkę. – Ale proszę nie dotykać mnie kiedy śpię, ani nie podchodzić do mnie od tyłu bez ostrzeżenia. Rozumie pan? Reaguję instynktownie i mógłbym pana zranić.
- Będę pamiętał, - obiecał Sulu.

Ilya skinął głową. Jego sięgająca ud, rosyjska tunika z wysokim kołnierzykiem, miała rozcięcie powyżej przepasującej ją szarfy, odsłaniające siną bliznę, która biegła w dół klatki piersiowej i na całym brzuchu. Sulu wpatrywał się w nią, nie mogąc oderwać wzroku i Ilya zauważył jego spojrzenie. Wzruszył obojętnie ramionami.

- Pamiątka, - rzucił, wrócił do łóżka i zasnął, nie dodając ani słowa więcej.

Sulu skończył się rozbierać i wspiął się na swoją ciasną koję tak cicho, jak tylko mógł. Wyciągnął rękę, potarł kark i na kilka chwil zamknął oczy. Lecz nie chciał jeszcze zasnąć.
Wysunął ze ściany czytnik, zamocowany tak, że zawisł nad jego kolanami.
Nie miał nawet czasu, aby zaprogramować go na własne komendy głosowe, a poza tym byłoby oznaką złych manier rozmawiać z komputerem, gdy ktoś inny stara się zasnąć w tym samym pokoju.
Użył klawiatury, by wyświetlić schematy Aerfena. Studiował je kilka godzin, zapamiętując plany i robiąc notatki na temat różnic pomiędzy tym okrętem, a innymi jednostkami w eskadrze.
Podczas gdy czytał, obracał rubinowy pierścień Mandali na swoim palcu, wokół i wokół, wciąż i wciąż. Tęsknił za nią. Jeszcze nie brakowało mu Enterprise i dziwiło go to. Lecz, och, jakże brakowało mu Mandali Flynn!
Zdarzyło się tyle rzeczy, o których chciał jej powiedzieć, i o których wciąż myślał: o jej lekcjach szermierki, albo o jego lekcjach judo, albo kiedy znów ją zobaczy… a potem przypomniał sobie, że, przynajmniej na razie, tamten czas, ich czas razem, skończył się.
Wreszcie, prawie dwadzieścia cztery godziny po tym, jak przybył na pokład okrętu kapitan Hunter, zapadł w głęboki sen przy bladym świetle ekranu czytnika, świecącym prosto w twarz.
Elaan
Użytkownik
#44 - Wysłana: 19 Gru 2012 19:27:50
cd.

Komandor Spock szedł w dół szerokiego korytarza statku, który teraz należał do niego. Nie był osobą pozbawioną ambicji, lecz jego ambicje skierowane były w inną stronę, aniżeli dowodzenie okrętem z załogą składającą się głównie z niepojętych ludzkich istot.
McCoy miał rację: był w rzeczywistości, jeśli nie formalnie, kapitanem Enterprise. Będzie wykonywał tę pracę najlepiej jak potrafi tak długo, jak będzie do tego zmuszony; poprosi o przeniesienie na stanowisko oficera naukowego na innym okręcie tak szybko, jak to możliwe.
Nigdy nie brał pod uwagę ewentualności, że mógłby zostać na Enterprise; nawet nie przyszło mu do głowy, że pozostanie tu po dowództwem innego kapitana byłoby najbardziej logicznym sposobem postępowania. Wraz ze śmiercią Jima Kirka ta część życia Spocka także dobiegła końca i nie widział sensu w przedłużaniu jej na siłę.
Starał się zrozumieć, co się właściwie wydarzyło i jak, lecz kompletnie mu się nie powiodło. Każdy rozsądny tok myślenia kończył się paradoksem, lub niemożliwością. Żadne dowody na istnienie jakiegokolwiek wspólnika nie zostały znalezione, ani nie wydawało się możliwe, by dostał się na statek, a następnie uciekł niezauważenie. W sprzeczności z tym stał fakt, że Mordreaux nie mógł uciec ze swojej kabiny bez pomocy, ale najwyraźniej tak właśnie zrobił.
Dokumentacja medyczna Jenniver Aristeides była osobliwa. Była tak poważnie chora, że Spock odrzucił możliwość, iż to ona uwolniła Mordreaux, a następnie zażyła truciznę, aby ukryć swoją winę. Ale mogła być spiskowcem, którego zdradzono. To wydawało się mieścić w granicach możliwości, jeśli nie prawdopodobieństwa.
Broń nie została odnaleziona. Ani też żadne pozostałości po jej usunięciu: nie wykryto anormalnych ilości, ani jakichkolwiek nietypowych elementów, podczas analizy systemów recyklingu.
Czy dr Mordreaux miał tajemniczego wspólnika, czy też jakimś sposobem udało mu się dotrzeć do śluzy powietrznej zanim wszystkie wyjścia z okrętu znalazły się pod strażą? Wówczas pistolet mógł zostać wyrzucony w przestrzeń i przepaść.
A może broń została przesłana poza Enterprise bez koordynatów docelowych, więc jej subatomowe cząstki były już rozrzucone bezpowrotnie w ogromnym rozmiarze przestrzeni kosmicznej? To zaczynało wyglądać jak jedyny możliwy wniosek.
Jednakże sam Mordreaux nie miałby tyle czasu, aby wykonać takie zadanie: Spock nie mógł nawet skalkulować wystarczającej ilości czasu, w której Mordreaux mógłby zrobić to, co widziano, że zrobił.
Spock powoli doszedł do niechcianej konkluzji, że to członek załogi zorganizował, a może nawet dokonał, tej tak dalece pozbawionej motywu zbrodni.
Lecz czy mógł zaufać swemu wnioskowaniu? Miał dowody swoich własnych oczu, że Mordreaux popełnił morderstwo; ale miał także dowody z własnych obserwacji, prowadzące do uzasadnionego wniosku, że Mordreaux nie był człowiekiem zdolnym do przemocy; i ta konkluzja również wydawała się fałszywa.
Spock miał nadzieję, że Mordreaux wydobrzał do tej pory. Koniecznie musiał porozmawiać z profesorem; musiał wiedzieć jak on postrzega te wydarzenia. Spock wielkimi krokami skierował się wprost ku luksusowej kabinie dla VIP-ów.
To, co stało się na Enterprise, wykazywało pewne niepokojące podobieństwa do tego, co Spock odkrył, a raczej wywnioskował, ze swoich obserwacji nagiej osobliwości. Analiza wydawała się wskazywać, że entropia wzrastała znacznie szybciej niż powinna; że, w rzeczywistości, niezwykłe tempo wzrostu wciąż się zwiększało.
Spock uznawał te wyniki za niezwykle trudne do uwierzenia - tak bardzo, że gdyby kiedykolwiek pozwolił sobie odczuwać ulgę lub gniew, bardziej by mu ulżyło aniżeli rozgniewało, kiedy nowe rozkazy wstrzymały jego misję. Potrzebował czasu, by ponownie sprawdzić swoją aparaturę obserwacyjną i ustalić, czy wyniki były jedynie artefaktem.
Wydarzenia na Enterprise miały tę samą niepokojącą i złowrogą aurę zdarzeń, które nie powinny się wydarzyć w sposób, w jaki wydawały się przebiegać.
Podobnie jak nie mógł dokonać żadnego ostatecznego ustalenia wyników entropii bez większej ilości danych, tak nie mógł zrozumieć wydarzeń ostatnich kilku godzin bez większej ilości informacji.
Spock będzie obserwował, zadawał pytania i prowadził śledztwo, zanim spróbuje wyciągnąć więcej wniosków. Jakikolwiek inny plan działania będzie skazany na porażkę.
Będzie wiedział, co się wydarzyło i dlaczego; zrozumie przyczynę. W języku wolkańskim nie istniał odpowiednik słowa „przypadek”.

- Panie Spock!

Spock odwrócił się w kierunku, z którego dobiegło wołanie. Snnanagfashtalli podążała za nim korytarzem na wszystkich czterech łapach.
Od pokrytych futrem członków załogi nie oczekiwano, by nosili, zaprojektowane dla humanoidów, standardowe mundury; Snarl nosiła uprząż z miękkiej skóry, do której przymocowane były insygnia Enterprise, komunikator i fazer.
Podeszła cicho i zatrzymała się płynnie, jej mięśnie zafalowały pod szkarłatnymi cętkami na bordowej sierści. Jej długie, cienkie palce wysklepiały się do biegu, a kiedy zginała dłonie, wydłużały się pazury.

- Proszę pójść ze mną. Istnieje poważny powód do niepokoju.

Spock w zdziwieniu uniósł brew. Snarl przemówiła w płynnym wolkańskim, z zaledwie śladem obcego akcentu, bez szczebiotu, którym kaleczyła standardowy angielski. Wolkańskie spółgłoski przedniojęzykowe były wymawiane całkiem odmiennie.

- O co chodzi? – zapytał, także po wolkańsku.
- Moja przyjaciółka, Jenniver. Choroba… zaburzyła jej myśli. Zamęt jest w niej i wokół niej, a ona widzi tylko jedną drogę do odzyskania honoru.

Spock nie widział wcale powodu, by wierzyć Snarl, nie wiedząc dokładnie, co ta fraza oznacza.
Snarl przeszła na angielski.

- Ona jest w rozpaczy, panie Spock. – Tego nie można było wyrazić w wolkańskim, chyba że poprzez wykorzystanie archaicznych słów. – Pragnie jedynie umrzeć.
- Zaprowadź mnie do niej, - rzekł Spock. – Szybko.
Elaan
Użytkownik
#45 - Wysłana: 24 Gru 2012 21:40:44 - Edytowany przez: Elaan
cd.

Jenniver Aristeides wpatrywała się w obraz swojego domu. Był zawieszony na ścianie, jakby to było okno.
Zrobiła go sama w chwilach, gdy czuła żałosną tęsknotę za domem i samotność, własną słabość i niekompetencję.
Malarstwo było umiejętnością niewiele cenioną na jej ojczystym świecie i czasami czuła pogardę do siebie za uleganie temu zajęciu. Jednak tworzenie sceny lub pejzażu dawało jej swego rodzaju pocieszenie.
Niemal zdecydowała się namalować za domem pastwisko z kucami, pasącymi się po dniu pracy w polu. Ale to byłoby beznadziejnie sentymentalne.
A i obraz pozostałby statyczny; na płótnie potężne stworzenia o wysokości dwudziestu czterech dłoni i masie dwóch ton nigdy nie zastrzygły by uszami, wiatr nie rozwiałby ich grzyw, i nie pogalopowały by ku odległemu ogrodzeniu, wierzgając niczym stado źrebaków. Tak chciała je zapamiętać, a nie zastygnięte w czasie.
Ulegając potrzebie malowania, mogła przynajmniej udawać, że tworzy coś realistycznego.
Drzwi do jej kabiny otworzyły się. Słyszała to, ale nie odwróciła się. Poza Jenniver jedynie Snnanagfashtalli mogła otworzyć drzwi, i Aristeides była zadowolona, że będzie mogła zobaczyć swoją przyjaciółkę po raz ostatni.
Choć nie po to, aby się pożegnać. Gdyby się pożegnała, Fashtall próbowałaby ją powstrzymać. Wyciągnęła szybko rękę i ukryła resztki zgniecionego czujnika medycznego. Obiecała tylko, że jeśli będzie potrzebować pomocy, to czujnik to zasygnalizuje. Teraz nigdy już niczego nie zasygnalizuje, a ona nie potrzebowała żadnej pomocy przy tym, co musiała zrobić.

- Chorąży Aristeides. – To nie był głos Fashtalli; należał do oficera naukowego, pierwszego oficera… teraz kapitana. – Czy mogę wejść?

Snnanagfashtalli weszła, stanęła przy niej i potarła swój policzek o skroń Jenniver w przyjacielskim powitaniu. Jej kremowo-kasztanowa sierść prześlizgnęła się gładko po krótkich, szorstkich, brązowych włosach Jenniver.

- Jeśli pan chce, - powiedziała.

To nie było zaproszenie; nie zobowiązywało ją do niczego, nawet, ściślej mówiąc, do uprzejmości.
Powinna wstać, zasalutować, w jakiś sposób uszanować przynajmniej jego obecność, jeśli już nie wyższy stopień. Ale nie mogła uczynić nawet tak znikomego w ziemskiej grawitacji wysiłku, by się poruszyć.
Nie chciała urazić Spocka. Wręcz przeciwnie, był jednym z niewielu ludzi na pokładzie, których naprawdę podziwiała.
Chociaż Mandala Flynn traktowała ją życzliwie, a nie z pogardą, jak poprzedni dowódca ochrony, Jenniver obawiała się jej z powodu jej stłumionej agresji i, paradoksalnie, z powodu jej kruchości fizycznej.
Z obowiązku Jenniver szanowała kapitana Kirka. Z własnej woli i na swój sposób trzymała się z daleka od większości humanoidalnych członków załogi, którzy patrząc na nią, bez powodzenia próbowali ukryć swoją odrazę, i odczuwali głęboki dyskomfort w jej obecności.
Snnanagfashtalli – dzięki niej poczuła się tak, jak nie czuła się nigdy w życiu.
Być może była to wdzięczność za przyjaźń i delikatność; być może była to miłość. Lecz ona nigdy nie doświadczyła miłości, ani dając, ani otrzymując, więc nie wiedziała, jak to jest.
Nie mogła zapytać Fashtalli, a nie znała nikogo innego na tyle dobrze, aby zapytać. Gdyby zapytała i została wyśmiana, upokorzenie przepełniłoby jej serce i przytłoczyło ją.
Lecz Spocka podziwiała.
Zawsze miała wrażenie, że obróciwszy się niezdarnie – choć, w rzeczywistości, wcale nie była niezdarna – może przez nieuwagę zgnieść jakąś ludzką lub humanoidalną istotę na statku; lecz odporność i siła Spocka uspokajały ją.
Nigdy nie musiała martwić się o to, że zrani go przypadkiem przy jakimś nieprzemyślanym kroku. I był jedyną ludzko-podobną istotą na okręcie, w której jej wygląd nie budził wstrętu. Traktował to obojętnie i ta reakcja była dla niej taką ulgą, że mogła czuć się swobodnie w jego obecności.

- Czy teraz czuje się pani dobrze?

Zawahała się, ale odpowiedziała. To, co mówiła, nie miało znaczenia; a on nie mógł jej powstrzymać. Miała nadzieję, że okaże jej nieco uprzejmości, nie próbując.

- Nie. – Nie chciała kłamać w odpowiedzi na tak bezpośrednie pytanie. – Czuję się zawstydzona i zhańbiona. Zawiodłam tak, jak zawodziłam zawsze i we wszystkim.
- Chorąży Aristeides, czy zdaje pani sobie sprawę, że prawie pani umarła? Że jakikolwiek inny członek załogi z pewnością umarłby, zbyt szybko, aby wszcząć alarm?
- Rezultaty były takie same. Zemdlałam – musiałam stracić przytomność, w przeciwnym razie jak więzień mógłby uciec? Kapitan i mój dowódca nie żyją.
Nie miałam prawa zachorować. Moi ludzie nie nabawiają się chorób. Byłoby lepiej, gdybym umarła.


Fashtall zawarczała.

- Powiem Ci jeszcze raz, że Twoi ludzie oczekują zbyt wiele od siebie samych.

Jenniver pogładziła dłoń Fashtalli o długich palcach, która spoczywała zaciśnięta lekko na jej ramieniu w uspokajającym geście.

- Nie proszą o więcej, aniżeli wszyscy pozostali mogą dać. Jedynie ja nie mogę temu sprostać.

Spock podszedł i usiadł naprzeciw niej.

- Nie rozumiem, o czym pani mówi.
Elaan
Użytkownik
#46 - Wysłana: 24 Gru 2012 22:07:43
cd.

- Panie Spock, rośliny, które uprawiają moi ludzie są tak obciążone metalami ciężkimi, że jeden kęs naszego chleba zabiłby członka każdego naturalnego gatunku, jakie znamy.
Jesteśmy odporni na każdą ludzką zarazę, i niemal każdą toksynę. A lekarz mówi mi, że nabawiłam się zatrucia pokarmowego?
– Zaśmiała się gorzko. – To nic więcej, jak kolejny dowód, że jestem bezużytecznym przykładem regresji, zawieszonym gdzieś pomiędzy prawdziwym człowieczeństwem, a prawdziwą przemianą.
- Samobójstwo nie wydaje mi się być kreatywnym sposobem na rozwiązanie pani problemów.
- Opuściłam mój dom, ponieważ byłam zbyt nieodpowiednią osobą, by tam żyć. Tutaj przyczyny są odmienne, ale ja nadal jestem nieodpowiednią osobą.
Jestem pół-człowiekiem i na żadnym z tych światów nie ma dla mnie miejsca.
– Odwróciła wzrok. – Nie może pan tego zrozumieć.
- Naprawdę sądzi pani, że nie? – zapytał Spock. – Ja także jestem w połowie człowiekiem.

Jenniver znowu się zaśmiała.

- Ach, - rzekła – rzeczywiście nie widzi pan żadnych różnic między nami?

Miał dość wyczucia i delikatności, by nie pogarszać sprawy, odpowiadając.

- Nie wątpię, że musi pan czasami czuć się nieswojo, albo że bywa pan obiektem nienawiści, - mówiła dalej Jenniver. – Lecz na tym okręcie…
Widziałam, jak inni patrzą na pana, i jak patrzą na mnie. Widziałam, że nie potrzebuje pan przyjaciół, ale jeśli zdecyduje się pan wyciągnąć do nich rękę, przyjaciele będą do pana dyspozycji.

Podziwiam pańską niezależność, ale nie umiem jej naśladować. Tęsknię za przyjaciółmi, lecz mój własny gatunek ucieka ode mnie. Gdyby nie Snnanagfashtalli, oszalałabym. – Westchnęła. – Dałam z siebie wszystko, aby jak najlepiej wykonywać pracę, do której się nie nadaję. Wiedziałam, że zawiodę, to było nieuniknione. Czy pan sądzi, że potrafię znieść hańbę porażki ze względu na chorobę, której epidemia dotknęła tylko mnie?
- To nie była epidemia, - stwierdził Spock. – Ściśle rzecz biorąc, to nie była nawet choroba.
- Proszę nie próbować mnie rozbawić, panie Spock. Jestem zmęczona, tym także.
- Podejrzewałem to od chwili, gdy siostra Chapel powiedziała, że z całej załogi tylko pani zachorowała.
Pomimo zjadliwości toksyny wielopostaciowego zatrucia jadem kiełbasianym, musiałaby pani otrzymać ogromną dawkę, aby podziałała – dawkę zbyt dużą, by mogła być podana w jakikolwiek sposób, oprócz swojej czystej postaci. Analiza wyników badań potwierdziła moje podejrzenia.

- O czym pan mówi?
- Została pani otruta.

Snnanagfashtalli zawarczała niskim, gardłowym głosem.

- Ktoś próbował panią zabić i prawie mu się udało. Udałoby mu się z każdą inną istotą na tym statku, łącznie ze mną. Jestem przekonany, że ta sama osoba otruła także dwoje obywateli Aleph Prime w ten sam sposób, i zaaranżowała śmierć kapitana Kirka. Nie mogę jeszcze stwierdzić, czy komandor Flynn też była planowanym celem.
- Bogowie moi.

Jenniver zamrugała powoli kilka razy, jej gęste, brązowe rzęsy rzuciły cień na policzki. Fashtall pogłaskała ją delikatnie.

- Kto to zrobił? – Diagonalne źrenice kasztanowych oczu Fashtalli rozszerzyły się na samą myśl o polowaniu.
- I dlaczego? – zapytała Jenniver.
- Nie wiem, - odrzekł Spock. – Nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań. Doktor Mordreaux został dokładnie przeskanowany po przybyciu na pokład i nie miał przy sobie niczego – a na pewno żadnej broni, czy kapsułki z trucizną. - W żadnym razie nie pozwoliłabym więźniowi podać mi kapsułki z trucizną, - stwierdziła Jenniver. – Na tyle przynajmniej jestem kompetentna.
- W istocie, - rzekł Spock. – Chorąży, kiedy była pani na wachcie, albo krótko przedtem, czy nie poczuła pani jakiegoś ukłucia?
- Ma pan na myśli coś, jak grot strzałki? Nie, ale i tak bym tego nie zauważyła.
Mój system nerwowy jest tak skonstruowany, że nie zareagowałby na tak słaby bodziec.


Poważny uraz fizyczny był jedynym uszczerbkiem, jaki mógłby stanowić zagrożenie dla kogoś z jej rasy, i to był jedyny rodzaj bólu, jaki była zdolna odczuwać.

- Rozumiem. – Spock rozważył to, co powiedziała, potem znów spojrzał jej w oczy. – Czy pamięta pani utratę świadomości?
- Nie, - odrzekła szybko, potem odwróciła wzrok. – Ale tak musiało być.
- Według słów pana al Aurigi, który panią znalazł, była pani na wpół przytomna i oparta o drzwi. To wydaje się wskazywać, że nawet jeżeli pani zasłabła, doktor Mordreaux miałby poważne trudności z przejściem obok pani.
- To jest pomysł. Ale, oczywiście, popełniłam błąd. Zdołał się wydostać. Sam pan go widział.
- Wierzyłem, że to prawda. Ale jeśli nie mógł uciec ze swojej kabiny, musi istnieć jakieś inne wyjaśnienie.
- Chciałabym, aby powiedział mi pan, co to było.

Spock podniósł się.

- Czy rozumie pani teraz, że nie jest pani odpowiedzialna za to, co się stało?
Cokolwiek się wydarzyło, nie może się pani obwiniać.


Jenniver desperacko próbowała w to uwierzyć, ale to było takie trudne, takie trudne…

- Nie powinnam zachorować, - powtórzyła, jakby to nadal była prawda.

Snnanagfashtalli, warknęła i zaskowytała w poczuciu frustracji.

- Ona teraz już nie zrobi sobie krzywdy! – rzuciła. – Jeżeli spróbuje, rozszarpię jej gardło!

Jenniver i Spock jednocześnie spojrzeli na Snnanagfashtalli, której oczy błyszczały gniewem, bez śladu ironii.
Z nagłym uczuciem rozluźnienia i ulgi, Jenniver wybuchła śmiechem i przytuliła przyjaciółkę.

- Wszystko w porządku. Teraz wszystko będzie dobrze.

Spock podszedł do drzwi i otworzył je, po czym odwrócił się jeszcze na chwilę.

- Chorąży, - odezwał się – proszę zaspokoić moją ciekawość. Pani nie zgłosiła się sama do służby w ochronie?
- Nie, - powiedziała. – Próbowałam się przenieść. Mój wcześniejszy wniosek został odrzucony i nie miałam już odwagi prosić komandor Flynn.
- Jakie stanowisko odpowiadałoby pani?
- Botanika. To nie byłoby to samo, co orka skalistej ziemi przy pomocy zaprzęgu czterech kuców. Lecz jest najbliższe temu, co mogę mieć bez powrotu do domu. - Milczała chwilę. – A ja nie chcę wracać do domu.

Spock skinął tylko głową. Rozumiał to.
Kiedy ten kryzys minie, sam będzie mógł zainicjować jej przeniesienie.
Zamknął za sobą drzwi i pozostawił przyjaciółki same.
Elaan
Użytkownik
#47 - Wysłana: 27 Gru 2012 18:02:13
Rozdział 5.

Dr McCoy obudził się z najgorszym kacem, jakiego kiedykolwiek miał w swoim życiu. Powinien był wziąć coś ostatniej nocy, by temu zapobiec, lecz był zbyt pijany, zbyt rozkojarzony, i zachował pewną anachroniczną moralność - przekonanie, że trzeba zapłacić za swoje ekscesy.
Ale kiedy wstał, musiał natychmiast pędzić do toalety; wymioty szarpały nim, dopóki jego żołądek nie stał się pusty, oczy omal nie wyszły z orbit, a obolałego gardła nie wypełnił smak żółci. Rezygnując z próby ukarania samego siebie, wziął tabletkę przeciw mdłościom i dwie aspiryny, wypijając do tego szklankę roztworu izotonicznego, który zapobiega odwodnieniu. Jego smak był tak podły, że o mało znów nie zwymiotował.
McCoy westchnął i umył twarz. Jego oczy były podkrążone i przekrwione; wyglądał tak, jakby nadal płakał.
Może jestem już na to za stary i nadaję się tylko do leżenia w jakiejś bocznej uliczce na zapomnianej przez Boga i ludzi granicznej planecie, - pomyślał. – Wszystko czego mi jeszcze potrzeba, to trzydniowy zarost…
W tym momencie zauważył, ku swemu obrzydzeniu, że ten rodzaj represora zarostu, którego używał, skończył się; a on nie zachował rozkładu replikacji. Chociaż bokobrody nie rosły aż tak bardzo, aby wyglądał na zaniedbanego, zarost był szorstki i irytujący.
Powlókł się z kabiny, w której spał – w której leżał bez przytomności, poprawił się w myślach – na powrót do swojej kwatery.
Nie udało mu się w porę odwrócić wzroku. Zobaczył puste pomieszczenie kwarantanny, wyłączone, milczące urządzenia, i musiał oprzeć się o ścianę.
Ktoś – być może Spock, albo raczej Christine Chapel – zachował dość zdrowego rozsądku ostatniej nocy, o wiele więcej niż on. Ciało Jima zostało przeniesione do komory stazy.
McCoy umył się, ogolił, wziął kolejną dawkę represora zarostu i włożył czyste ubranie.
Był zakłopotany sposobem, w jaki zachował się po śmierci Jima – nie, na długo przedtem, odkąd odmówił uwierzenia dowodom swoich własnych urządzeń, jak również własnej wiedzy medycznej i doświadczeniu.
Od chwili, gdy Uhura przekazała straszliwą informację o użyciu pajęczyny, McCoy wiedział, że nie zdoła ocalić Jima, ale jakiś przytłaczający impuls zmuszał go, aby spróbować dokonać nadludzkiego wyczynu.
Czy jego motywacją była miłość, czy po prostu zwykły upór i duma?
Teraz nie miało to znaczenia; zawiódł.
Było mu wstyd również za sposób, w jaki potraktował Spocka. Najgorsze było to, że nawet jeśli przeprosi – co miał zamiar zrobić – nigdy nie będzie pewien, czy Spock zrozumiał jak bardzo jest mu przykro, znacznie bardziej, niż kiedykolwiek zrozumie, jak wielką wyrządził mu przykrość.
Ich rozmowa wciąż była żywa w jego umyśle. Niemal wolałby mieć zanik pamięci.
Wydarzenia ostatniej nocy przypominał sobie z surrealistyczną przejrzystością snu. To, czego się domagał, było absurdalne.
W świetle dnia, trzeźwy, gdy pierwszy wstrząs żalu i niezrozumienia przyblakł, zmieniając się w głuche poczucie straty i smutku, McCoy wiedział, że jego pomysł był niemożliwy do zrealizowania. Przyjął go za prawdziwy we śnie, ponieważ był to tylko sen.
Spock wiedział to. Wszystkie jego usprawiedliwienia, jego wyjaśnienia, były jedynie pełnym technologicznych frazesów przebraniem dla prawdziwego powodu odmowy, by to zrobić.
On wiedział w głębi duszy to, co McCoy zrozumiał dopiero teraz: że igranie z przeznaczeniem jest niewłaściwe i niebezpieczne. Być może rzeczywiście śmierć Jima poruszyła go mniej, aniżeli McCoy`a, lub, być może, jego beznamiętna akceptacja okoliczności pozwoliła mu patrzeć bardziej realnie.
Tym co znienacka spadło na McCoy`a była świadomość faktu, że śmierć nie jest stanem nienaturalnym; można ją opóźnić, ale nigdy odwołać; nie mogli wrócić, jak dzieci opowiadające baśń, i naprawić rzeczy tak, aby wszystko było w porządku, a wszyscy żyli długo i szczęśliwie.
McCoy westchnął ponownie. Miał pracę do wykonania, którą zaniedbywał już zbyt długo, ale jak tylko skończy, pójdzie znaleźć Spocka i przyzna, że Wolkanin miał rację.
Elaan
Użytkownik
#48 - Wysłana: 27 Gru 2012 18:11:55
cd.

Sulu obudziło pukanie do drzwi. Przez kilka sekund leżał, patrząc w górę i zastanawiając się gdzie jest. Nie na Enterprise, w każdym razie…
Teraz przypomniał sobie. Rozejrzał się po kabinie; koja Ilyi była pusta i nie zasłana.
Drzwi otworzyły się bezgłośnie i światło z korytarza przedostało się przez wąską szczelinę.

- Panie Sulu?

Odepchnął się i oparł na łokciu, mrugając. Nic nie widział, jedynie cienie poza pasmem światła.

- Tak…? Co…? Kto tu jest? – Czuł się tak zmęczony i rozbity, że głowa sama mu opadała.
- To ja, Hunter. Muszę z panem porozmawiać. – Jej głos był szorstki i napięty.

Sulu na powrót wsunął czytnik w ścianę, gdzie jego ekran posłusznie zgasł. Sięgnął do włącznika i zapalił światło w kabinie, jednocześnie podciągając wyżej koce na łóżku.

- Tak, madame? Proszę wejść.

Podeszła powoli, z ociąganiem, do podnóża pryczy. Jej włosy opadały swobodnie, niezaplecione.

- Właśnie otrzymałam transmisję podprzestrzenną, - odezwała się. – Z Enterprise. To… wyjątkowo złe wieści.

Przesunęła dłonią po oczach, jakby mogła w ten sposób zetrzeć swój ból.
Sulu zauważył, że odruchowo zacisnął pięść tak mocno, iż pierścień Mandali wrył mu się w dłoń.

- O co chodzi? Co się stało?

Przysiadła na krawędzi łóżka.

- Nie jest mi łatwo powiedzieć to panu. Jim Kirk został zamordowany.

Oszołomiony, słuchał jej opowieści o tym, co się wydarzyło, choć te słowa wydawały mu się niczym więcej, jak zbiorem przypadkowych dźwięków.
Kapitan Kirk nie żyje? To było niemożliwe.
Pochłonął go wir obrazów i wspomnień o życzliwości, jaką Jim Kirk mu okazywał, o wszystkim czego kapitan go uczył, o tym, jak kilkakrotnie Kirk uratował mu życie.
Gdybym tam był, - pomyślał Sulu. – gdybym był na mostku, gdy to się stało, może byłbym w stanie coś zrobić. Może udałoby mi się go powstrzymać.

- Jestem najwyższym rangą oficerem Gwiezdnej Floty w tym sektorze, - rzekła Hunter. Głos prawie jej się załamał; przerwała, wzięła głęboki oddech i znów zapanowała nad sobą. – Moim obowiązkiem jest przeprowadzenie śledztwa w sprawie śmierci Jima Kirka i Mandali Flynn. Zamierzam…

Sulu gwałtownie uniósł głowę, nie mogąc w to uwierzyć, powoli owładnął nim żal, zimny niczym lodowa skorupa.

- Mandala? – wyszeptał. – Mandala nie żyje?

Głos kapitan Hunter zamarł. Sulu wpatrywał się w nią, wstrząśnięty do głębi, jego twarz poszarzała po raz drugi, pod wpływem jeszcze bardziej niszczącego szoku.

- O, bogowie, - odezwała się Hunter. – O, bogowie, bardzo mi przykro. Nie zdawałam sobie sprawy…
- Nie mogła pani wiedzieć, - rzekł Sulu. – Mało kto wiedział. – Spojrzał w dół na swoją dłoń, która teraz nie mogła nic zrobić. Rubinowy pierścień wydawał się szary, niczym pospolity kamień. Teraz był bezsilny. – My dopiero uczyliśmy się siebie odkrywać. – Gdyby tam był, może mógłby coś zrobić. – To nie pani wina.

Ale może moja, - pomyślał. – Może to moja wina.

- Wyruszam na Enterprise za godzinę, - rzekła kapitan Hunter. – Mam dwumiejscowy statek kurierski. Drugie miejsce może być dla pana, jeśli pan chce.

Wstała szybko i opuściła kabinę.
Później Sulu nigdy nie był pewien, czy wyszła, bo obawiała się, że się rozpłacze, czy dlatego, że już się rozpłakała.
Elaan
Użytkownik
#49 - Wysłana: 29 Gru 2012 20:48:38 - Edytowany przez: Elaan
cd.

Max Arrunja odblokował drzwi kabiny dr Mordreaux przed panem Spockiem, nie odzywając się doń ani słowem ponad to, czego wymagała uprzejmość; druga członkini podwojonej straży po prostu stała przy drzwiach i patrzyła prosto przed siebie. Spock nie próbował z nią rozmawiać, ani wymagać od niej, aby do niego przemówiła.
Oddział ochrony stracił szanowanego dowódcę, osobę mającą o wiele bardziej bezpośredni wpływ na ich życie aniżeli kapitan Kirk. Kogoś, kto zastąpił nieodpowiedniego przełożonego, i kto jako dowódca zdobył ich podziw, nie tylko swymi kompetencjami.
W pewnym stopniu obwiniali Spocka za jej śmierć, a on miał bardzo niewiele dowodów na to, że byli w błędzie.
Zapukał do drzwi i przyjął niewyraźną odpowiedź jako pozwolenie na wejście.
Poza kręgiem światła, w półmroku, profesor leżał zwinięty w kłębek na swojej koi, skulony pod kocem.

- Profesorze Mordreaux?

Cisza trwała przez chwilę.

- Czego pan chce, panie Spock?
- Mówiłem panu, sir, że wrócę, kiedy minie dość czasu, aby doszedł pan do siebie i otrząsnął się ze skutków leków, które otrzymał pan na Aleph Prime.
- Właśnie teraz nie jestem pewien, czy narkotyki są takim złym pomysłem.
- Doktorze Mordreaux, to nie czas na użalanie się nad sobą. Muszę wiedzieć, co się wydarzyło, zarówno tutaj, jak i na stacji.
- Ja to zrobiłem, - powiedział Mordreaux.

Usiadł powoli i odwrócił się ku Wolkaninowi, rozjaśniając jednocześnie światło o jeden poziom. Spock usiadł naprzeciw niego, czekając na dalsze słowa.
Oficer naukowy nie ufał sobie na tyle, by teraz przemówić; zdał sobie sprawę, że przyszedł tutaj, mając nadzieję na zaprzeczenie i jakieś inne wytłumaczenie, w które mógłby uwierzyć – bardziej aniżeli w to, że nauczyciel, którego szanował najbardziej w całym swoim życiu za jego dążenie do wiedzy, zamordował Jima Kirka.

- Tak musiało być, tak sądzę, - dodał Mordreaux. – Zastanawiam się, co skłoniło mnie, by to zrobić?

A jednak jest promyk nadziei.

- Profesorze, jeśli był pan w stanie amnezji…
- Nie zrobiłem tego teraz, panie Spock. Jeszcze nie doprowadzili mnie do szaleństwa. I pomimo tego wartego śmiechu procesu, nigdy nikogo nie zamordowałem.
- Sir, przed chwilą powiedział pan, że popełnił zbrodnię.

Mordreaux spojrzał na niego, potem roześmiał się. W jego śmiechu zabrzmiała część życia, która minęła, ale także poczucie zaniechania i bezradności.

- Bardzo mi przykro, - rzekł. – Sądziłem, że zapoznał się pan z moimi pracami, także tymi ostatnimi. Przypuszczam, że nawet dla pana były zbyt szokujące.
- Wprost przeciwnie, doktorze Mordreaux, mój terminal informacyjny jest zaprogramowany na sygnalizowanie danych, związanych z pańskim nazwiskiem. Uważam pańskie prace za niezwykle fascynujące. – Pokręcił głową. – Nie powinien pan nigdy opuszczać Makropyrios; pańskie badania przetrwałyby swoich krytyków.

Doktor Mordreaux zachichotał.

- One już przetrwały swoich krytyków. Jest kilku, którzy je znają i wierzą w nie. Wierzą w nie tak mocno, że robią wszystko, by powstrzymać te prace. A raczej, aby powstrzymać mnie, jeśli o to chodzi.

Spock wpatrywał się w niego, znaczenie tego, co usłyszał, powoli stawało się jasne.
Dr Mordeaux powiedział dwukrotnie, iż pracował nad tym, aby spełnić marzenia swoich przyjaciół; powiedział, że chyba jednak zamordował kapitana Kirka, ale nie zrobił tego teraz…

- Chyba nie chce pan powiedzieć, że swoje prace teoretyczne na temat fizyki temporalnej przeniósł pan na grunt zastosowania praktycznego!

Wbrew sobie, Wolkanin był zszokowany.

- Naturalnie, że tak zrobiłem. Dlaczego by nie?
- Względy etyczne, nie wspominając o niebezpieczeństwie. Paradoksy czasowe…
- Dowody teoretyczne nie były wystarczające; musiałem wykazać podstawowe zasady. Mógłbym publikować referaty naukowe całe moje życie, ale Dziennik Naukowy nie podjąłby więcej tych tematów, a bez jego imprimatur moje monografie zwróciłyby nie większą uwagę, aniżeli te wydawane przez niektórych samolubnych pseudo-naukowców. Równie dobrze mógłbym przyłączyć się do pozaświatowego oddziału Towarzystwa Płaskiej Ziemi.
- Byłoby lepiej, gdyby pan tak zrobił, - stwierdził Spock. – Tam przynajmniej niebezpieczeństwo groziłoby jedynie pańskiemu zdrowemu rozsądkowi.
- Nie rozumiem pańskich zastrzeżeń, - rzekł dr Mordreaux. – Nikt nie ucierpiał. Przyjaciele, dla których zrobiłem to na Aleph Prime, błagali mnie o zastosowanie moich teorii w praktyce.
- Więc spełnił pan ich prośby. Wysłał ich pan z powrotem w czasie, i właśnie dlatego został pan skazany za nieetyczne eksperymenty.

Dr Mordreaux wzruszył ramionami.

- Tak. Pracowałem nad przemieszczeniem w czasie, aby udowodnić, że to możliwe. Jestem trochę zmęczony byciem obiektem drwin. Ale moi przyjaciele nie śmiali się ze mnie. Wręcz przeciwnie, byli zaintrygowani. Kilkoro z nich nawet mi pomogło; szczególnie jeden, który zorientował się, że moja wiązka przesyłowa była w istocie udoskonaloną formą transportera – i przystosował transporter do moich potrzeb. To przyspieszyło moje prace o rok lub więcej.
- Doktorze Mordreaux, istnieje jakościowa różnica pomiędzy niewielką prezentacją przy pomocy przedmiotów nieożywionych, a wysyłaniem istot ludzkich do innych czasów, aby tam pozostały!
- Tak, przypuszczam, że ma pan rację. Jest to bardziej spektakularne. Lecz myślę, że miałbym taką samą ilość kłopotów niezależnie od tego, czy pracowałbym z ludźmi, czy też nie.
- Dlaczego pan to zrobił?
- Ponieważ ci ludzie byli moimi przyjaciółmi, i byli bardzo przekonujący. Panie Spock – czy nie ma jakiegoś innego czasu i miejsca, gdzie chciałby pan żyć i gdzie, według pana, byłoby panu lepiej niż teraz?
- Nie, profesorze.
- Proszę mówić prawdę!
- Doktorze Mordreaux, jak panu wiadomo, jestem hybrydą. Techniki pokonywania różnic ewolucyjnych i tworzenia krzyżówek pomiędzy wysoko rozwiniętymi gatunkami zostały udoskonalone dopiero kilka lat przed moim narodzeniem. We wcześniejszym czasie nie mógłbym nawet istnieć.
- Proszę nie dzielić przy mnie wolkańskiego włosa na czworo, wie pan, co mam na myśli. Nieważne. Obecnie może się to panu wydawać utopią, ale zapewniam pana, że praktycznie każdy człowiek, który zaufa panu wystarczająco mocno, aby opowiedzieć o swoich nadziejach i marzeniach, ujawni głęboko zakorzenione pragnienie życia w jakimś innym czasie – przekonanie, że jest niejako nie na miejscu i przynależy gdzieś indziej, do miejsca, którego nie jest w stanie odnaleźć.
Elaan
Użytkownik
#50 - Wysłana: 29 Gru 2012 21:07:24
cd.

- Bardzo romantyczne, - rzucił Spock oschle, przypominając sobie fascynację pana Sulu dawno wymarłą ziemską kulturą, w której – gdyby się w niej pojawił – najprawdopodobniej uznano by go za pogańskiego szaleńca, i w której miałby statystyczny wybór umrzeć z powodu zatrucia krwi, epidemii czarnej śmierci, lub od cięcia mieczem w pojedynku.
- Ludzie, których odesłałem, byli pierwszymi osobami od bardzo, bardzo długiego czasu, które we mnie uwierzyły, panie Spock. Nie mogłem powiedzieć im o posiadaniu dostępu do jedynej rzeczy we Wszechświecie, której pragnęli, a następnie odmówić im jej.
- Musi pan wrócić i ściągnąć ich z powrotem.
- Absolutnie nie!
- Szanuję pańską lojalność wobec przyjaciół, profesorze, lecz pańska przyszłość – a w istocie pańskie życie – jest zagrożona. Jeśli rzeczywiście są pańskimi przyjaciółmi, nie zechcą pozostawić pana skazanego na karę, której mogliby zapobiec.
- Być może, a być może nie, - odparł dr Mordreaux – z drugiej strony, nawet pan wystawia tym stwierdzeniem naszą przyjaźń na próbę dość ciężką. Poza tym, sprowadzenie ich z powrotem nie przyniosło by mi niczego dobrego. Nie zostałem osądzony za przeprowadzanie eksperymentów na inteligentnych istotach, nie naprawdę, chociaż za to właśnie mnie skazano. Moja demonstracja sprawiła, że ktoś wpadł w panikę, ktoś wysoko postawiony w Federacji; władze i tak znalazłyby taki czy inny sposób, aby mnie uciszyć.
- Jednak inne okoliczności…
- Oczywiście, wziąłem pod uwagę zmiany historyczne. Lecz moi przyjaciele udali się tak daleko wstecz, że niebezpieczeństwo jest minimalne.
- Jak daleko?

Równania wykazały, że zdolność jednostki do zmiany zdarzeń w przeszłości była odwrotnie proporcjonalna do kwadratu odległości w czasie, którą osoba owa przebyła.

- Nie odpowiem na to pytanie, nie chcę dawać panu żadnych wskazówek do ich odnalezienia. Lecz ich szansa dokonania jakichkolwiek znaczących zmian wynosi zero do siódmego miejsca po przecinku.
- Sir, jednakże, gdyby sprowadził pan swoich przyjaciół z powrotem do ich własnego czasu, zapobiegłby pan zainteresowaniu władz pańskimi pracami i nic z tego, co się zdarzyło, nie stałoby się.

Dr Mordreaux znów się roześmiał.

- Teraz to pan mówi o zmianie zdarzeń z przeszłości. Nie rozmawiamy o sprowadzeniu moich przyjaciół z powrotem, rozmawiamy o cofnięciu się w czasie i zapobieżeniu opuszczenia przez nich pierwotnego miejsca pobytu. Co się stało z pańskimi surowymi zasadami etycznymi?
- Profesorze, sprzeczność, którą próbuje pan wykazać jest całkowicie pozorna.
- Nie sprowadzę ich z powrotem. To wszystko, o co kiedykolwiek mnie prosili: aby nie sprowadzać ich z powrotem!

Spock widział, że dr Mordreaux szybko straci panowanie nad sobą, jeśli rozmowa nadal będzie toczyła się w tym samym kierunku, więc na razie powstrzymał się od dalszych prób przekonania go do zmiany biegu własnych działań.

- Odłóżmy przeszłość na bok, - odezwał się Spock. – A zatem zakłada pan, że wersja pana samego z przyszłości zamordowała kapitana Kirka?
- Nie wiem, dlaczego miałbym to zrobić, ale to jedyne wytłumaczenie, jakie mogę sobie wyobrazić. Niepokoi mnie to, że mógłbym się zmienić tak bardzo. Odniosłem wrażenie, że rehabilitacja czyni jednostkę kompletnie niezdolną do przemocy. Lecz tak, nie widzę żadnego innego wytłumaczenia. O ile, oczywiście, nie uważa pan, że przekształciłem się w mgłę i wymknąłem z tej celi przez szczeliny molekularne.
- Pilnująca pana strażniczka została otruta. Dzięki swojemu metabolizmowi nie była podatna na toksyny w stopniu śmiertelnym. Ale najwyraźniej przeznaczono jej śmierć. Jeśli była nieprzytomna, można założyć, że uciekł pan, a potem wrócił. Miał pan zostać obwiniony o śmierć kapitana.
- Dlaczego miałbym sam siebie wrobić? – zapytał dr Mordreaux, mówiąc raczej do siebie, aniżeli do Spocka.
- Bardziej podstawowe pytanie brzmi: dlaczego miałby pan chcieć zamordować kapitana Kirka?

Dr Mordreaux potrząsnął głową na znak niewiedzy.

- Nigdy wcześniej go nie spotkałem, aż do wczoraj, więc musi to być coś, co się dzieje w przyszłości.
- Kapitan Kirk nie żyje, doktorze Mordreaux. Nie będzie miał wpływu na niczyją przyszłość.
- Uczynił coś w przyszłości, w której nie został zabity… - głos profesora powoli ścichł.
- Miałem empiryczne doświadczenia z podróżowaniem w czasie, - rzekł Spock. – Ten okręt brał udział w kilku incydentach, które mogły, co najmniej, zakłócić przyszłość naszej cywilizacji – i istnieją dowody, że potencjalne szkody są na o wiele bardziej fundamentalnym poziomie. W każdym poprzednim przypadku byliśmy w stanie zapobiec zakłóceniom. Profesorze, to jest kolejny taki incydent. Wierzę, że musimy naprawić szkody w kontinuum, lub ponieść konsekwencje.
Elaan
Użytkownik
#51 - Wysłana: 29 Gru 2012 21:33:12
cd.

Mordreaux wpatrywał się w niego w milczeniu przez jakiś czas.

- Chce pan powstrzymać mnie samego z przyszłości przed zabiciem Jima Kirka.
- Tak, taki byłby efekt końcowy. Ale… - Spock zamilkł.

Być może było lepiej, przynajmniej na razie, aby dr Mordreaux wierzył, że motywy Spocka są w istocie egoistyczne.

- Nie mogę powiedzieć, że podoba mi się mój własny pomysł – nawet , jeśli jeszcze nie istnieje – zabicia kogokolwiek, panie Spock.
- Zatem musimy współpracować, aby osiągnąć nasze cele.

Dr Mordreaux nieoczekiwanie roześmiał się.

- Panie Spock, czy zdaje pan sobie sprawę, że ta rozmowa sama w sobie może być wystarczającym powodem do zmiany moich działań w przyszłości? Może…

Patrzyli na siebie przez kilka sekund. Nic się nie zmieniło.
Wspomnienia Spocka pozostały niezmienione; kapitan wciąż był martwy.
Doktor Mordreaux wzruszył ramionami.

- No cóż, to była tylko myśl.

Spojrzał na Spocka z nagłą podejrzliwością.

- Chcę od pana pewnej obietnicy, zanim zgodzę się pomóc.
- Jakiego rodzaju obietnicy?
- Nie wolno panu zapobiec cofnięciu się w czasie moich przyjaciół, ani zmusić ich do powrotu.

Spock rozważał tę propozycję przez kilka chwil.
Czy jego wysiłek naprawy strumienia czasu bez pomocy i kontaktów z innymi będzie wystarczający? Czy będzie to po prostu wysiłek niedokończony, a w ostatecznym rozrachunku bezowocny?
Wątpił w to, że będzie w stanie pogodzić swoją analizę skutków z punktem widzenia dr Mordreaux.
Na wyższych poziomach jakiejkolwiek gałęzi nauki, niezależnie jak precyzyjnej, istnieje bowiem miejsce na wątpliwości, konflikt i przeciwstawne filozofie; najwyraźniej dr Mordreaux nie zgadzał się z twierdzeniem, że przemieszczenie w czasie niosło ze sobą trwałe i szkodliwe skutki.
Lecz Spock wierzył, że tak właśnie było i starał się powstrzymać szkody.

- Proponuję panu kompromis, profesorze.
- Na przykład jaki?
- Zastrzegam sobie prawo, aby spróbować przekonać pana, iż pańskie działania muszą być cofnięte, jeśli tylko uratuję pana przed losem, na który pana skazano.
- Chce pan, abym świadomie zniszczył moją własną pracę!
- Mam nadzieję, że zdołam nakłonić pana do korzystania z niej w sposób bardziej odpowiedzialny.
- Jeśli jej użyję, to znajdę się z powrotem na drodze do kolonii rehabilitacyjnej! Najbardziej przeraża ich nie to, co z tym zrobiłem, ale to, że w ogóle ta wiedza istnieje. Jej potencjał jako broni jest niemal niewyobrażalny.
Mam do wyboru taki los i obronę mojej pracy wraz z kilkoma osobami, lub przeżyję swoje życie jako głupiec, zdyskredytowany w świadomości wszystkich. Sam pan widzi, co wybrałem! Przyjmuje pan moje warunki, czy zapomnimy o całej tej sprawie?


Spock wziął głęboki oddech: wystawiał na szwank swój honor, ale stawka była wysoka.

- Spełnię pańskie życzenie.
- Wie pan, jest cholernie niewiele istot we Wszechświecie, którym zaufałbym tak dalece. Zwłaszcza teraz.
- Doceniam pańskie zaufanie, sir, - odrzekł Spock, a w jego głosie brzmiały szczerość i szacunek.

Dr Mordreaux jedynie skinął głową.
Spock spędził w kabinie dla VIP-ów kolejne pół godziny, podczas gdy profesor opisywał ogólne funkcjonowanie urządzenia do przemieszczania w czasie.
W miarę jak Spock zaczynał rozumieć, jak prosta jest w rzeczywistości zasada jego działania, był tym coraz bardziej zaintrygowany – podobnie jak faktem, że nikt nigdy wcześniej tego nie odkrył, a jeśli już, to tylko przez czysty przypadek.
A jednak, być może ktoś to zrobił – i po prostu korzystał z tej wiedzy, znacznie lepiej zachowując tajemnicę.
Elaan
Użytkownik
#52 - Wysłana: 2 Sty 2013 14:57:06
cd.

Ian Braithewaite wszedł do maszynowni Enterprise.
Urodził się na Aleph Prime i nigdy nigdzie dalej nie podróżował. Jego hobby stanowiły wyścigi na jachtach żaglowych; pod względem techniki i umiejętności żeglarskich mógł mierzyć się na Aleph z każdym, halsując pomiędzy polem magnetycznym a wiatrem słonecznym, lub dając się unosić na grzbiecie fali burzy jonowej poprzez międzygwiezdną przestrzeń.
Lecz jednoosobowym łodziom wyścigowym, którymi dotąd sterował – dającym najwięcej radości i najbardziej niebezpiecznym, najszybszym, lecz i najbardziej kruchym jednostkom – mimo wszystko, brakowało silników.
Nic, co kiedykolwiek doświadczył, nie mogło się równać z lotem na pokładzie Enterprise. Pracowały jedynie silniki impulsowe – wyobraził sobie, jakby to było poczuć napęd warp na pełnej mocy!
Zasilające fale energii wibrowały na częstotliwości zbyt niskiej dla ludzkiego słuchu, ale wyczuwał je. Pulsując, przepływały poprzez jego nogi do całego ciała, aż po koniuszki palców.
To odczucie tylko pogłębiło jego determinację. Nie zamierzał pozwolić, aby taki statek wpadł w ręce zdrajców.

- Zgubił się pan?

Montgomery Scott miał za sobą w ostatnim czasie niejedną nieprzespaną noc, a stres z dnia poprzedniego pogłębił tylko jego wyczerpanie.
To był ktoś – Ian był tego pewien – kto pozostał lojalny wobec swego kapitana.

- Muszę z panem pomówić, panie Scott.
- O czym? – zapytał Scott.
- To wspaniały statek! – rzekł Ian impulsywnie, nie zdoławszy ukryć dłużej swego podziwu.
- Tak, - odrzekł Scott apatycznie. – Taki właśnie jest.
- Panie Scott…
- Sir… to nie jest odpowiedni moment. Technicznie rzecz biorąc, nie powinno tu pana być – nie jestem służbistą, ślepo przestrzegającym głupich przepisów, lecz teraz nie mogę pana oprowadzić.
- Panie Scott, nie jestem tak gruboskórny, aby prosić pana o zwiedzanie po tym, co się stało. Ale właśnie o tym, co się stało, muszę z panem porozmawiać.

Scott zmarszczył brwi.

- Proszę iść ze mną, porozmawiamy w moim biurze, - rzekł wreszcie.

Scott był bardzo bliski tego, aby powiedzieć Ianowi Braithewaite`owi, że gdyby nie on i jego sprawy, to wszystko w ogóle by się nie zdarzyło. Lecz słowa prokuratora zabrzmiały tak poważnie, z tak niepokojącą intensywnością, że Scott uznał, iż powinien się zgodzić, jeśli tylko dowie się – dla odmiany – o co chodzi.
Starał się jakoś uporządkować ostatnie dwadzieścia cztery godziny i kompletnie mu się nie udało; jedyne wyjaśnienia, jakie przyszły mu do głowy, doprowadziły go do konkluzji, których nie mógł ani zaakceptować, ani w nie uwierzyć.
Biuro inżyniera, a właściwie niewielka kabina, mieściło kilka krzeseł i terminal komputerowy – i to wszystko. Scott przeniósł gruby, zaniedbany stos błon z zapisami odczytów z krzesła na podłogę, aby Braithewaite mógł usiąść, a sam usiadł na drugim, obróciwszy je tyłem do klawiatury terminala.

- Zwykle nie ma tu aż takiego bałaganu, - rzucił przepraszająco.
- To bez znaczenia, - odrzekł Braithewaite. – Panie Scott, jestem przeszkolony jako śledczy i jestem zdecydowany aresztować ludzi, którzy zabili Jamesa Kirka.
- Ludzi! – powtórzył zdumiony Scott. – Ale okręt został przeszukany. Nie znaleziono nikogo, kto mógłby pomóc doktorowi Mordreaux, żadnych wspólników.
- Nie znaleziono na statku nikogo, kto nie należy do załogi.

Scott spojrzał na niego zimno.

- Chce pan powiedzieć, że ktoś z nas pomógł zamordować kapitana. Czy to oznacza, że ja także jestem podejrzany?
- Co takiego? Nie, wręcz przeciwnie! Jestem tutaj, ponieważ uważam, że jest pan jednym z niewielu ludzi na statku, którym mogę zaufać całkowicie.
- Dlaczego?
- Panie Scott… podobnie jak pan, ja widziałem pana Spocka tam, gdzie nie powinno go być. Widziałem go tam, gdzie być nie mógł.
- Nie bardzo rozumiem.
- W jakiś sposób znalazł się na Aleph Prime zanim przybył tam Enterprise. Proszę nie pytać mnie jakim sposobem, ale był tam. Widziałem go. Zaprzeczył temu.
- Lecz to jest…
- Niemożliwe? A czy było możliwe wczoraj, aby w hali transportera i na mostku był w tym samym czasie?
- Oczywiście, że nie – ale chyba nie sądzi pan, że pan Spock jest zamieszany w śmierć kapitana!
- Myślę, że dzieje się tu coś bardzo osobliwego. Zetknął się pan z tym, i ja także. Gdyby kapitan Kirk poświęcił panu wczoraj więcej uwagi, być może nadal by żył. Panie Scott, nie udaję, że rozumiem, co się stało, bo jeszcze tego nie wiem. Wszystko co mam, to podejrzenia, których nie chcę rzucać na ślepo. Bez dowodów byłyby to tylko pomówienia – to jedna rzecz. Ale co ważniejsze, podejrzenia takie, raz wypowiedziane, trudno później cofnąć.
- Tak, to prawda, - rzekł Scott będący, wbrew sobie, pod wrażeniem, gdyż nie był w stanie rozmawiać o swoich obawach z nikim – nawet w nadziei, iż odnajdzie jakiś prosty, niezaprzeczalny dowód, że nie ma racji – choćby tylko dlatego. – I trudno jest się ich pozbyć…

Przerwał, nie chcąc mówić nic więcej i zastanawiając się, czy nie powiedział za dużo.
Ta urwana wpół fraza nie dawała Ianowi spokoju, ale było zbyt wcześnie, aby bezpośrednio podążyć tym tropem. Zadał pytanie, które zdawało się zmieniać temat rozmowy, choć faktycznie tak nie było.

- Panie Scott, czy pan Spock podał panu jakiekolwiek wyjaśnienie swojego pobytu w hali transportera? Jakikolwiek powód?
- Słyszał pan wszystko, co miał mi do powiedzenia na ten temat. A zaraz potem kapitan Kirk…
- Tak, oczywiście.

Ian potarł skronie; ból głowy nigdy tak naprawdę nie ustał, a teraz zaczynał narastać.
Elaan
Użytkownik
#53 - Wysłana: 2 Sty 2013 15:22:42
cd.

- Czy dobrze się pan czuje? Napije się pan trochę wody?
- Tak, proszę.

Braithewaite zamrugał, próbując pozbyć się podwójnego widzenia. Na chwilę zamknął mocno powieki - pomogło.
Zastanawiał się, czy były to pierwsze objawy wielopostaciowego zatrucia jadem kiełbasianym.
Scott podał mu szklankę wody, a on wypił ją z wdzięcznością.

- Nie wygląda pan zbyt dobrze, - rzekł Scott.
- Nie czuję się zbyt dobrze, ale jestem zdenerwowany i zły, i dlatego czuję się gorzej. Panie Scott, czy można przesłać osobę z jednego miejsca na Enterprise do drugiego?
- Cóż… wiązka mogłaby ją przenieść z pierwszego miejsca do hali transportera, potem na kolejne miejsce. Wówczas osoba ta zmaterializowałaby się na platformie między przesyłami. Byłaby to metoda powolna i energochłonna. Zwykłe marnotrawstwo.
- Jednak da się to zrobić?
- Tak.
- Panie Scott, przypuśćmy, że ktoś przesłał doktora Mordreaux z jego celi do hali transportera… - Gdy Ian to mówił, inżynier nie zmienił wyrazu twarzy, lecz mimo woli śmiertelnie pobladł. - Taka możliwość istnieje, - dodał Ian.
- No cóż…
- Ma pan wątpliwości?
- Kabina jest otoczona polami siłowymi, alarmy zostały odpowiednio ustawione. Jeżeli ktokolwiek próbowałby to zrobić, wiedzielibyśmy o tym. A nie powinna istnieć możliwość przeniknięcia wiązki przesyłowej przez pole siłowe. - Tarcze musiałyby zostać rozmieszczone wokół całej kabiny specjalnie na czas tej podróży. Mogą nie zabezpieczać jej całkowicie. Albo może wiązka została wzmocniona, a alarmy wyłączone.
- Byłoby to bardzo skomplikowane zadanie.
- Ale możliwe do wykonania?
- Być może. Lecz jedynie przez kilka osób. – Ian czekał. – Ja mógłbym to zrobić.
- Tylko pan?
- Pan Spock…

Braithewaite zaczął coś mówić, ale Scott potrząsnął przecząco głową.

- Nie, - rzekł Scott. – To wszystko nie tak. To nie jest możliwe.

Braithewaite potarł kostki dłoni, czując ogarniającą go frustrację.
To wydawało się takie realne i łatwe do wykonania: przesłać Mordreaux poza celę, potem do pustej turbo-windy, czekającej na mostku; wyszedłby, strzelił do kapitana i wszedł z powrotem do windy. Jego wspólnik przesłałby go na powrót do hali transportera, a stamtąd do jego celi.
Ale, o ile Scott nie krył kogoś – a Ian w to nie wierzył – jego ekspertyza oddalała go od kuszącej, acz niewłaściwej ścieżki.

- Nie, - powtórzył Scott. – To nie całkiem tak się wydarzyło. – Przerwał i wziął głęboki oddech. – Tarcze są tak zaprojektowane, aby powstrzymać każdą wiązkę przesyłową i nie jest możliwe zasilanie jej poprzez ekrany jakąkolwiek energią. – Spojrzał na Iana, a jego twarz wypełniała rezygnacja i poczucie zdrady. – Ktoś, kto doskonale zna systemy bezpieczeństwa tego statku, kto wie, w jaki sposób są ze sobą powiązane, odciął sieci alarmowe i tarcze, na chwilę. Zanim by je przywrócił – co zajęłoby kilka sekund – wtedy przesył byłby możliwy. Mógłby to zrobić kilka razy i nikt by tego nie zauważył.
- Kto byłby w stanie to zorganizować?
- Kapitan mógłby to zrobić, albo dowódca ochrony. Ja także bym to potrafił.
- Dowódca ochrony. To interesujące. – Ianowi mówiono, że Flynn była ambitna, ale słabo wykształcona i w dodatku była bezpaństwowcem; nie wydawało mu się, aby miała szanse na jakikolwiek dalszy postęp w karierze. Jego podejrzenia zintensyfikowały się. – Ktoś jeszcze, panie Scott?
- Ewentualnie… pan Spock. - Scott wypowiedział to niechętnie, aż nazbyt świadomy, jak to wygląda w świetle jego sprzeczki z oficerem naukowym. - Ktoś jeszcze mógł się dowiedzieć, jak to zrobić, - dodał gwałtownie.
- Lecz pan widział pana Spocka w przesyłowni zaledwie kilka minut przed atakiem. A on zaprzeczył, że był tam.
- Tak, - potwierdził żałośnie Scott. – Nie mogę w to uwierzyć… Nie mógłbym w to uwierzyć, gdybym nie widział Spocka na własne oczy i nie rozmawiał z nim. – Jak zawsze, kiedy był pod wpływem silnego stresu, mocniej zabrzmiał jego szkocki akcent. – Nie mogę w to uwierzyć. Musi istnieć inne wytłumaczenie. Musi istnieć.

Ian Braithewaite spojrzał w dół na swoje dłonie o długich palcach. To nie wystarczy; lepiej, aby zebrał więcej dowodów, więcej świadków.

- Panie Scott, na razie najlepiej nie mówmy o tym nikomu. To wszystko są tylko poszlaki i , oczywiście, ma pan rację. Może być inne wytłumaczenie. To może być jakiś straszny przypadek. – Ian wstał.
- Ale pan w to nie wierzy, prawda?
- Chciałbym uwierzyć.

Delikatnie poklepał Scotta po ramieniu i ruszył ku wyjściu.

- Panie Braithewaite, - odezwał się Scott, nieco zbyt głośno. Braithewaite odwrócił się. - Istnieje inne wytłumaczenie i wie pan o tym.
- Proszę mi powiedzieć.
- To wszystko, co mówiłem o panu Spocku… Robię to, aby chronić siebie i skierować podejrzenia na niego.

Braithewaite patrzył na niego przez kilka długich sekund.

- Panie Scott, mam nadzieję, że jeśli kiedykolwiek znajdę się w kłopotliwej sytuacji, będę miał przy sobie przyjaciela choć w połowie tak lojalnego, jak pan.
Elaan
Użytkownik
#54 - Wysłana: 5 Sty 2013 22:47:15
cd.

W biurze zapisów dr McCoy zażądał od komputera testamentów Jamesa T. Kirka i Mandali Flynn.
Ostatnia wola Flynn była chłodnym, bezosobowym dokumentem – nawet nie nagraniem audio – napisanym odręcznie i przechowywanym w pamięci okrętu w formie faksymile. Nie zawierał nic więcej ponad to, że jej wynagrodzenie ma przypaść czuwającym przy zwłokach – McCoy`owi udało się nawet uśmiechnąć na myśl, że niewielka część jego własnego majątku została zarezerwowana na ten sam cel – i życzenie, aby pochować ją na jednym ze światów, wszystko jedno którym, na czas tak długi, jak żyła.
Wola Flynn była niezwykła, bo przecież nie pozostawiła niczego i nikogo nie wymieniła.
Na wpół przez przypadek, większość osób na okręcie nabywała pamiątki z miejsc, które odwiedzili – egzotyczne, obce artefakty - aby je zachować lub podarować przyjaciołom i rodzinie po powrocie do domu.
Jednak według rejestrów pokładowych, dowódca ochrony przybyła z bardzo nielicznymi rzeczami osobistymi. A zgodnie z jej aktami personalnymi, nie miała ani żyjących krewnych, ani oficjalnego świata ojczystego.
Urodziła się w przestrzeni kosmicznej, podczas podróży między dwoma odległymi systemami gwiezdnymi; żadne z jej rodziców także nie miało ojczyzny. Byli członkami załogi statku handlowego Mitra, który kursował pod tanią banderą.
Matkę Flynn ewakuowano jako dziecko ze świata – obecnie opuszczonego – stanowiącego część strefy buforowej pomiędzy federacyjną a romulańską przestrzenią. Jej ojciec urodził się w sztucznej kolonii, która zbankrutowała i została rozwiązana.
Kilka lat po wstąpieniu Flynn do Gwiezdnej Floty ów statek handlowy i cała jego załoga – cała jej rodzina – zaginęli wskutek wypadku lub zdrady i żadnego śladu po nich nigdy nie odnaleziono. Trzeba by cofnąć się co najmniej dwa pokolenia wstecz w genealogię Mandali Flynn, aby odnaleźć świat, który mogłaby nazwać swoim, i krewnych, którzy mogliby się o nią upomnieć; ona sama o to nie zadbała.
Nawet gdyby to zrobiła, jej zaklasyfikowanie jako bezpaństwowca pozostałoby nie zmienione; ze statusem obywatela znikąd, ze wszystkimi towarzyszącymi temu uprzedzeniami i podejrzliwością, wiązał się jedynie brak prawdziwego domu i – jak twierdzili niektórzy – także brak prawdziwej lojalności.
Większość osób służących na okręcie wybierała kremację lub pogrzeb w przestrzeni, ale biorąc pod uwagę pochodzenie Flynn, McCoy nie był zdziwiony, że pragnęła wrócić na ziemię, jakąkolwiek ziemię.
McCoy wyłączył zapis ostatniej woli Flynn i zebrał siły, aby spojrzeć w twarz Jima.
Podobnie jak większość ludzi, Jim Kirk zarejestrował swój testament bezpośrednio w trwałej komórce pamięci. Mógł on zostać zmodyfikowany przez kodycyl lub zniszczony, lecz tekst główny pozostałby nie zmieniony.
Twarz Jima pojawiła się na ekranie. Coś zapiekło McCoy`a pod powiekami i zamrugał raptownie, bo było to tak, jakby jego przyjaciel był jedynie w drugim pokoju, mówiąc do niego, a nie zimny i martwy.
Czytając z pliku kartek, Jim przedstawił formalności prawne i dowody tożsamości oraz bezpośredni podział jego majątku. Przekazał swoje aktywa w powiernictwo na rzecz swojego osieroconego bratanka Petera, syna swego nieżyjącego brata.
Potem uniósł wzrok, spojrzał wprost na rejestrator pamięci, wprost w oczy McCoy`a i uśmiechnął się szeroko.

- Witaj, Bones, - rzekł. – Jeśli to oglądasz, to albo jestem martwy, albo tak tego bliski, że nie stanowi to dla mnie już żadnej różnicy. Wiesz, że nie wierzę w heroiczne interwencje w celu zachowania życia po śmierci mózgu, ale powtarzam to, abyś miał prawny zapis moich preferencji, że chcę odejść tak łagodnie, jak to możliwe.

Uśmiech Kirka znikł nagle, a on sam wpatrzył się w rejestrator w skupieniu, co tylko zintensyfikowało u McCoy`a niesamowite wrażenie, że tak naprawdę Jim był tylko na drugim końcu komunikacyjnego łącza.

- Leonardzie, - Jim mówił dalej – do tej pory nigdy nie powiedziałem Ci wprost, jak bardzo cenię Cię jako przyjaciela. Jeśli odejdę i nie zdążę Ci tego powiedzieć, przepraszam. Mam nadzieję, że mi wybaczysz; mam nadzieję, że wiesz, jak trudno jest mi mówić o takich sprawach. – Znów się uśmiechnął. – A ja dokuczałem Spockowi, że wyzbywa się emocji – on przynajmniej przyznaje, że to jego ideał. Dziękuję za Twoją przyjaźń, - powiedział po prostu.

Jim Kirk przerwał na moment, następnie zakończył, podając wymagane w testamencie instrukcje. McCoy z trudem wysłuchał kilku ostatnich linijek; ledwie mógł widzieć twarz Jima. Nie wstydząc się, pozwolił łzom płynąć po policzkach.

- Wybieram kremację i pogrzeb w przestrzeni kosmicznej, - mówił Jim. – Nie bardzo pociąga mnie perspektywa unoszenia się w próżni pod postacią mumii przez kilka następnych tysiącleci. Wolę raczej zostać spalony przez żar silników mojego okrętu.
- Sądziłem, że wybierze właśnie ogień, - odezwał się Spock, gdy ekran wyblakł i zszarzał.

McCoy odwrócił się, zaskoczony, ocierając twarz rękawem.

- Jak długo pan tu jest? – zapytał z gniewem, zapominając, że jest winien Spockowi przeprosiny.
- Zaledwie kilka sekund, - odrzekł Spock łagodnie. – Szukałem pana od dłuższego czasu, doktorze McCoy. Muszę pomówić z panem w absolutnej tajemnicy. Odkryłem coś bardzo ważnego. Chciałbym wrócić do naszej ostatniej, nocnej rozmowy. Pamięta ją pan?
- Tak, - potwierdził McCoy, pohamowując swoją irytację. – Muszę pana przeprosić. Byłem w błędzie, co do czynionych przeze mnie sugestii i nie miałem racji także w innych sprawach, o których wtedy mówiłem. Bardzo mi przykro, panie Spock.
- Żadne przeprosiny nie są konieczne, doktorze McCoy.
- Do cholery, Spock! – wybuchnął McCoy. – Daj mi przynajmniej szansę usprawiedliwienia się jak należy, nawet jeśli Tobie nie sprawia żadnej różnicy to, jak wielkiego głupca z siebie zrobiłem!
- Wręcz przeciwnie, doktorze McCoy. Choć prawdą jest, że pańskie zapędy były wynikiem pańskiej zbytniej emocjonalności, prawdą także jest, że były prawidłowe. Wskazały mi one właściwy kurs – w istocie wskazały kurs o absolutnie zasadniczym znaczeniu. Musimy powstrzymać dr Mordreaux przed zamordowaniem kapitana Kirka.
Elaan
Użytkownik
#55 - Wysłana: 5 Sty 2013 23:00:53 - Edytowany przez: Elaan
cd.

McCoy wpatrywał się w twarz Spocka, szukając jakichś oznak szaleństwa. Wyraz jego twarzy był opanowany, jak zawsze. Czy jednak był też jakiś nawiedzony blask w jego oczach?
Być może Wolkanie popadają w szaleństwo w ten sam sposób, jak czynią wszystkie inne rzeczy – ze spokojem i absolutnym brakiem emocji. Przywrócić Jima do życia?
W swoim umyśle McCoy napotkał pustkę i poczucie straty z powodu śmierci przyjaciela. Zawsze będzie czuł ból, gdy dotknie tej, kaleczącej niczym ostrze noża, rozpaczy. Jednak puste miejsca poza nią wypełniały wspomnienia.
McCoy zaczynał godzić się ze śmiercią Jima. Lecz zakończenie tego procesu będzie długim i żmudnym zadaniem, i nie sądził, aby mógł znieść słowne przepychanki szalonych planów pana Spocka przez próg akceptacji i odmowy.
A to, co McCoy wówczas sugerował, jemu samemu wydawało się coraz bardziej niedopuszczalne, nic więcej.

- Panie Spock, zachowałem się w sposób nieco szalony ostatniej nocy. Jeśli pana nie skrzywdziłem, cieszę się, bo z pewnością próbowałem. Wstydzę się z tego powodu. Nie potrafiłem pogodzić się z porażką tak całkowitą, gdy osobą, którą zawiodłem, był mój najbliższy przyjaciel.
- Nie rozumiem związku między pańskim stanem emocjonalnym ostatniej nocy, a zadaniem, jakie mamy do wykonania.
- Nie mamy żadnego zadania, Spock, z wyjątkiem pogrzebania naszych zmarłych i opłakania ich.
- Doktorze McCoy…
- Nie! Jeśli ja mogę przyznać, że posunąłem się wtedy za daleko, to i Ty możesz dopuścić możliwość, że w tej chwili Twój rozsądek może być trochę zachwiany.
- Mój rozsądek jest nienaruszony. Wydarzenia, które sprawiły panu tyle cierpienia, nie mają na mnie wpływu.

McCoy nie chciał spierać się ze Spockiem; nie czuł się na siłach nawet na tyle, by próbować zmusić Spocka do przyznania, że śmierć Jima go obeszła.
Jego irytacja nie była wystarczająco duża, aby zdołał przezwyciężyć ogromny bezwład, który odczuwał. Odwrócił się plecami do Wolkanina.

- Spock, odejdź proszę, - rzekł.

Zostaw mnie w spokoju, - pomyślał. – Zostaw mnie samego z moim smutkiem. Zacisnął dłonie na ramionach, jak gdyby było mu zimno. W istocie czuł chłód – chłód płynący z ciszy.
Spock nie odpowiadał przez tak długi czas, że McCoy uwierzył, iż sobie poszedł, opuściwszy go tak cicho i niepostrzeżenie jak przyszedł.
Doktor odwrócił się i zatrzymał raptownie. Spock nawet się nie poruszył, stał i patrzył na niego cierpliwie.

- Czy teraz jest pan gotowy wysłuchać mnie, doktorze McCoy?

McCoy westchnął, zdając sobie sprawę, że nie zazna spokoju, dopóki nie wysłucha, co Spock ma do powiedzenia. Z rezygnacją wzruszył ramionami.
Spock przyjął ten gest jako przyzwolenie.

- Dr Mordreaux nie powinien był zabić kapitana, - rzekł Spock.

McCoy przyjął postawę defensywną.

- Zdaję sobie z tego sprawę.

Potarł splot nerwowy, starając się myśleć o rzeczach, które mógł zrobić inaczej, jakichś procedurach, które mogłyby ocalić Jimowi życie. Nic nie przyszło mu do głowy.
Być może teraz Spock powie mu o jakiejś mało znanej rozprawie, którą powinien był przeczytać, lub jakiejś nieprzetłumaczonej monografii na temat leczenia interwencyjnego w przypadku pajęczyny…

- Nie chodzi mi o żadną krytykę, doktorze McCoy. Mam na myśli, że w normalnym ciągu prawdopodobieństwa, nie zakłóconym przez anachroniczne wydarzenia, wczoraj James Kirk nie powinien był zginąć. W istocie rzeczy, doktora Mordreaux nawet nie byłoby na mostku.

McCoy spojrzał gniewnie i spochmurniał jeszcze bardziej.

- Co, do diabła, chcesz przez to powiedzieć? Co rozumiesz przez „anachroniczne zdarzenia”?
- Leki uspokajające, które podano dr Mordreaux, aby utrzymać go w stanie bezwolności i umysłowego chaosu, przestały działać. Rozmawiałem z nim dziś rano. Teraz wiem nad czym pracował, zupełnie sam, na Aleph Prime. Wiem, dlaczego jego prace były wyciszane.

Zirytowany oczywistą zmianą tematu, McCoy nie odpowiedział.
Będzie siedział tutaj, dopóki Spock nie skończy, ale miał zamiaru wyrażać entuzjazmu dla wykładu na temat badań nad bronią.

- Napisał monografię na temat przemieszczenia czasowego, która wywołała wielkie kontrowersje, i próbował zastosować swoje teorie w praktyce. Udało mu się.

McCoy, który w najlepszym razie słuchał bez przekonania, nagle wyprostował się i skupił na słowach Spocka, porządkując w myślach szczegóły techniczne.

- Przemieszczenie czasowe. Ruch poprzez czas. Masz na myśli podróże w czasie?
- Właśnie tak powiedziałem.
- Zamierzasz więc użyć jego urzeczywistnionych teorii, aby wrócić do wczoraj i ocalić Jimowi życie? Nie rozumiem, w czym Twój plan różni się – lub w czym jest bardziej etyczny – od tego, co ja sugerowałem.
- W rzeczywistości różni się bardzo niewiele, jedynie środkami i motywem. Pańskim motywem było uratowanie życia kapitana. Moim jest powstrzymanie dr Mordreaux.
- Wybacz mi, Spock, jeśli nie zdołam docenić takich subtelnych odcieni etyki. – Ton McCoy`a był coraz bardziej sarkastyczny.
- Nie subtelność jest tu najważniejsza. Ale nie dostarczyłem panu wystarczającej ilości informacji, aby zrozumiał pan moją logikę.

McCoy przygotował się niechętnie na dłuższą rozprawę, lecz w miarę jak Spock relacjonował to, czego nauczył się w ciągu ostatnich kilku godzin, wbrew sobie doktor był coraz bardziej zainteresowany.
Nie mógł zaprzeczyć, że Jenniver Aristeides mogła zostać celowo otruta, i potrafił zrozumieć uzasadnienie Spocka, dlaczego Mordreaux nie mógł uciec ze swojej celi, a tym bardziej powrócić do niej niepostrzeżenie, pomimo ogólnego chaosu.
McCoy był natomiast mniej przekonany co do tego, że sprawa pistoletu stanowi zagadkę. Jakkolwiek statek został starannie przeszukany przy pomocy niezwykle czułych przyrządów, i jakkolwiek szczelna była sieć zabezpieczeń, ktoś wystarczająco sprytny mógł ukryć broń lub pozbyć się jej.
McCoy wciąż słuchał i wreszcie zdał sobie sprawę, dokąd prowadzą te wyjaśnienia.
Elaan
Użytkownik
#56 - Wysłana: 8 Sty 2013 19:47:10 - Edytowany przez: Elaan
cd.

- Spock, - odezwał się – powiedziałeś mi, że Jim wcale nie został zabity przez Georges`a Mordreaux, którego mamy w areszcie na Enterprise – że to był jakiś inny Georges Mordreaux.
Ktoś z przyszłości!

- Właśnie tak, doktorze McCoy. Jest to jedyne wytłumaczenie, które pasuje do wszystkich parametrów zdarzenia. Wierzy w to także sam dr Mordreaux. Zważywszy, że miał dostęp do informacji niezbędnych do powrotu – cofnięcia się – w czasie, jest to także najprostsze wytłumaczenie.
- Najprostsze?!
- Istotnie.
- Prostsze niż wspólnik?
- Wspólnik, który pojawił się znikąd, wyglądał dokładnie jak dr Mordreaux, wysłany, by wziąć udział w incydencie, który jeszcze nie nastąpił - i zniknął ponownie?
- Być może ktoś z załogi okrętu, kto miał jakiś powód, by nienawidzić Jima, ktoś kto zna się na maskowaniu hologramowym… - jego głos ścichł pod spojrzeniem Spocka.
- Maskowanie hologramowe jest łatwo wykrywalne, - stwierdził Spock. – To nie było przebranie tego rodzaju.
- Zatem aktor. Ktoś doświadczony w przeobrażaniu się…
- Ktoś, komu udało się również ukrywać na tyle długo, aby powrócić do normalnego wyglądu i pozbyć się broni, podczas gdy każdy strażnik na tym okręcie szukał kogoś przypominającego dr Mordreaux?
- To jest możliwe, - upierał się McCoy wojowniczo.
- Rzeczywiście, jest. Możliwe jest również, że Enterprise gości na pokładzie przedstawienie Zmiennokształtnych.
- Łatwiej w to uwierzyć, aniżeli w podróżującego w czasie zabójcę!
- Moja teoria posiada pewien unikalny element, który może przekonać pana, aby mi pan pomógł.
- Co to takiego?
- Jeśli ta hipoteza jest prawidłowa, to te zdarzenia stanowią poważne zaburzenie w strumieniu czasu. Zatem muszą być naprawione. Kapitan Kirk nie musi umrzeć. Nie powinien umrzeć.

McCoy przetarł oczy, przedzierając się w myślach przez zawiłości rozumowania Spocka.
To nadawało wszystkiemu pewne absurdalne poczucie sensu; przynajmniej wyjaśniało to wszechogarniające wrażenie, które miał on i Jim, i połowa innych osób na statku: że wszystko szło nie tak jak trzeba, w jakiś dziwny i nieugięty, a zarazem niekontrolowany sposób.

- W porządku, Spock, - powiedział. – Co chcesz żebym zrobił? Pomogę Ci, jeśli tylko potrafię.

Czy to nie przebłysk ulgi, może nawet wdzięczności, przebiegł przez twarz Wolkanina? McCoy wolał wierzyć, że tak właśnie było.

- Formalnie rzecz biorąc, jestem dowódcą Enterprise, dopóki Gwiezdna Flota nie dokona oceny sytuacji i nie przydzieli nowego kapitana, - stwierdził Spock.
- Albo awansuje Cię do tej rangi na stałe.
- To nie wchodzi w rachubę. Nie zaakceptowałbym tego. Ale w żadnym wypadku nie padnie taka propozycja. Lecz to nie ma znaczenia wobec naszych problemów.
Nie mogę wykonywać obowiązków kapitana, a jednocześnie realizować naszego zadania. Dr Mordreaux i ja musimy zbudować sprzęt, który przeniesie mnie z powrotem do dnia poprzedniego. To zajmie trochę czasu i byłoby lepiej, gdybyśmy nie byli niepokojeni.

- Dlaczego nie możemy po prostu przeskoczyć wstecz?
- Z tego samego powodu, dla którego nie będziemy próbować kalibrowania osobliwości, by wykorzystać ją do cofnięcia się w czasie: ponieważ doprowadziłoby to do przeniesienia całego naszego statku w przeszłość, włącznie z ciałem kapitana. Bylibyśmy zmuszeni do konfrontacji z samymi sobą, aby spróbować przekonać samych siebie.
- Nieważne, - rzekł McCoy szybko. – Co chcesz żebym zrobił? Mam powiedzieć, że zwolniłem Cię z obowiązków ze wskazań medycznych?
- Nie jest to nieuzasadniona sugestia, - powiedział Spock w zamyśleniu. – Może pan postąpić tak jak uzna za najlepsze: przemilczać lub po prostu odmawiać odpowiedzi na wszelkie pytania.
- W normalnych warunkach wkrótce powinien pan iść spać, - McCoy powiedział to, gdyż wiedział o wymuszonych zmianach, jakim Spock poddał swój metabolizm. – Pomyślmy o tym, jak zamierza pan nie zasnąć?
- Mogę opóźnić tę konieczność.

McCoy, zaniepokojony, zmarszczył brwi.

- Czy to mądre, panie Spock?

Spock zbyt często przekraczał wszelkie granice, choć bez wątpienia zaprzeczyłby, że próbował w ten sposób udowodnić sobie, iż jest więcej niż równy każdemu Wolkaninowi pełnej krwi.

- To jest bez znaczenia, - odrzekł Spock. – Będę po prostu potrzebował dziś - później - kilku minut, aby ustabilizować stan mego metabolizmu. Nie wpłynie to na moją pracę.
- Ależ to absurd! Dlaczego po prostu nie pójdzie pan spać? Mamy mnóstwo czasu!
- Niestety, nie mamy. Wysiłek potrzebny do zmiany wydarzenia jest proporcjonalny do kwadratu jego odległości w czasie. Krzywa funkcji zasilania dość szybko zbliża się do nieskończoności.
- Im dłużej pan zwleka, tym trudniejsze to się staje?
- Właśnie. Ponadto, nadal zmierzamy ku kolonii rehabilitacyjnej. Jeżeli nie zakończymy budowy koniecznego sprzętu zanim tam dotrzemy i będę zmuszony przekazać dr Mordreaux w ręce władz, to nigdy nie wypełnimy naszego zadania.
- Zaczekaj. Sądziłem, że wierzysz, iż został niesłusznie skazany. Myślałem, że będziesz próbował udowodnić jego niewinność.
- Niestety, to jest niemożliwe.
- Dlaczego?
- Ponieważ nawet gdyby był niewinny - co nie jest prawdą - nie zostałby zrehabilitowany i uwolniony od zarzutu tej zbrodni. Jego praca jest postrzegana jako tak wielkie zagrożenie, że gdzieś na wysokich szczeblach Federacji podjęta została decyzja, aby go wyeliminować.
- To jakaś paranoja, panie Spock!
- Ich działania, czy wyznania dr Mordreaux na temat tego, co się dzieje? Sam wątpiłem w te twierdzenia. Jednakże zapisy procesu zniknęły z archiwów publicznych. Nazwisko profesora zostało usunięte z indeksów informacyjnych na Aleph Prime. A co najważniejsze, jego monografie są systematycznie wykorzeniane z federacyjnych banków pamięci.
Główny komputer Aleph Prime zainfekował komputer na Enterprise specjalnym wirusem. Program ten wyszukuje i niszczy publikacje dr Mordreaux; sam replikuje się i przesyła do każdego komputera, z którym zdoła się połączyć. Niemal wykonał swoje zadanie w systemie Enterprise, kiedy go odkryłem. I tylko dlatego, że mój osobisty komputer jest chroniony – uodporniony, jeśli pan woli – przeciwko takim infekcjom, zachowałem kopie tych prac.


McCoy powoli zaczął rozumieć, jak przerażające były konsekwencje teorii dr Mordreaux. Każdy, kto potrafiłby je wykorzystać w praktyce, mógłby zmienić strumień czasu – mógłby zmienić historię. Nawet teraz wszystko się zmienia, ulega zmianie bez ich zgody i wiedzy. Przeszedł go dreszcz.

- Żadne argumenty – moje czy kogokolwiek innego – nie byłyby w stanie powstrzymać władz przed wysłaniem dr Mordreaux na rehabilitację, - dodał Spock.
Elaan
Użytkownik
#57 - Wysłana: 8 Sty 2013 20:04:21 - Edytowany przez: Elaan
cd.

McCoy skrzyżował ręce na piersi.

- Spock, nie mam powodów, aby odczuwać jakiekolwiek współczucie dla tego człowieka, ale dla mnie brzmi to, jakby go rzucano wilkom na pożarcie.
- Rzucano wilkom…? Ach tak, pamiętam to porównanie. Wprost przeciwnie, doktorze. Istnieje kilka sposobów, aby zapobiec jego uwięzieniu, lecz on nie chce przyjąć mojej pomocy.
Woli, by bardzo niewielka liczba ludzi doceniła doniosłość jego pracy. Alternatywą jest to, iż jego prace zostaną zdyskredytowane, a tego nie może zaakceptować.

- Zamierzasz pozwolić, aby poddano go „rehabilitacji”?
- Nie mam wyboru. Dałem słowo, że nie będę próbował cofnąć jego wcześniejszych działań, niezależnie od tego, jak autodestrukcyjne może się to dla niego okazać.
- Panie Spock…
- Doktorze McCoy, nie mogę teraz poświęcić czasu na spieranie się z panem. Nie zgadzam się z pańską postawą, ale teraz powinniśmy zadowolić się pomocą dr Mordreaux w ratowaniu życia kapitana Kirka. Zgadza się pan oficjalnie przejąć obowiązki kapitana?
- Widzę, że to konieczne, - odrzekł McCoy.

Spock skinął głową i ruszył ku wyjściu.

- Spock… zaczekaj.

Wolkanin zatrzymał się i odwrócił.

- Skąd ta tajemnica, moja przykrywka dla Ciebie i wszystko to? Niech no tylko ogłosimy, co się stało i co planujemy zrobić, a będziemy mieć każdego członka załogi po naszej stronie.
- Jest to, najprawdopodobniej, najgorszy możliwy sposób działania, jaki można sobie wyobrazić.
- To, co robisz, nie ma żadnego sensu.
- Prace te są postrzegane jako zagrożenie nie tylko dla Federacji, lecz dla całej historii samego Wszechświata. Gdyby wykorzystanie ich przez nas zostało wykryte – na przykład przez Iana Braithewaite`a – znaleźlibyśmy się, niewątpliwie, przed sądem polowym i na drodze ku tej samej kolonii rehabilitacyjnej, która czeka dr Mordreaux.
- Och, mój Boże.

Spock zwrócił się do McCoy`a głosem pełnym powagi.

- Doktorze McCoy, to co próbujemy zrobić nie jest wolne od niebezpieczeństw, a kolonia rehabilitacyjna nie jest największym z możliwych. Mogę zawieść. Niewykluczone, że mogę pogorszyć sytuację. Wolałby pan, abym kontynuował to bez pańskiego udziału?

McCoy wziął głęboki oddech i powoli wypuścił powietrze z płuc.

- Nie, panie Spock, nie mogę stać na uboczu, nawet jeśli oznacza to ryzyko pójścia na dno razem z panem. Pomogę panu, jak tylko potrafię.
- Jest to, w najlepszym razie, pomieszanie pojęć, doktorze McCoy, ale jestem panu wdzięczny za intencje.

Spock czuł ogarniającą go ukradkiem senność, zaburzającą jego percepcję i zakłócającą jasność widzenia. To następowało zbyt wcześnie, zbyt wcześnie; powinien mieć czas przynajmniej do wieczora, zanim potrzeba snu stanie się nieodparta.
Przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny podlegał tak dużemu stresowi, że był zmuszony, odwróciwszy uwagę od kontroli rytmu swego snu, zwrócić ją ku kontroli emocji, które w normalnych warunkach były tak starannie stłumione, że w zasadzie nieistniejące.
Zamiast do kabiny dr Mordreaux, pospieszył w kierunku swojej kwatery, mając nadzieję, że nie zwlekał zbyt długo z dokonaniem zmian.
W jego kajucie otoczyło go ciepło, zbliżone do normalnej wolkańskiej temperatury, a cała struktura oświetlenia zmieniła się.
Zamknął drzwi i stał przez chwilę, niejako przechodząc z ludzkiego świata do swego własnego.
Lecz nie miał więcej czasu na czekanie. Położył się na długiej, polerowanej tafli wolkańskiego granitu, kamieniu medytacyjnym – jednym z niewielu luksusów, na które sobie pozwalał. Zamknął oczy i zrelaksował się powoli.
Nie mógł odprężyć się tak całkowicie, jakby sobie tego życzył; gdyby to zrobił, niezwłocznie zapadłby w sen. Ale jeśli pozostanie spięty, nie będzie w stanie kontrolować swego ciała na tyle, aby dać sobie kilka dodatkowych dni, kilka dodatkowych godzin, których tak potrzebował.
Nie było na to rady. Musiał zaryzykować. Ironią losu było to, że odpowiedni poziom koncentracji był tak głęboki, iż nie pozwalał jednocześnie na zachowanie stanu czuwania.
Stopniowo rosła w nim świadomość istnienia każdej kości, każdego organu, każdego mięśnia i ścięgna w jego ciele. Oddychał głęboko, zmuszając komórki do rozkładu cząsteczek, które były produktami zmęczenia.
Podążył w głąb własnego umysłu, aby powstrzymać biologiczną odpowiedź już zbliżającą się do niebezpiecznego punktu. Musiał zmagać się z samym sobą; potrzebował każdego okruchu determinacji, jaki w nim pozostał.
Lecz kiedy kroczył na powrót poprzez warstwy swojego umysłu, jego nagrodą była odnowiona przejrzystość intelektu.
Na razie mu się powiodło.
Elaan
Użytkownik
#58 - Wysłana: 13 Sty 2013 18:36:07
cd.

Doktor McCoy wysiadł z turbo-windy i wszedł na mostek.
Miał właśnie rzucić wesołe pozdrowienie Uhurze, gdy jeden rzut oka na jej piękną, elegancką twarz pełną napięcia i smutku, na jej oczy zaczerwienione od łez, przypomniał mu, że – o ile chodziło o wszystkich pozostałych – stracili szanowanego oficera, lub przyjaciela. Natomiast McCoy już zaczął myśleć o Jimie tak, jak gdyby wyjechał tylko na krótki urlop; jego własna rozpacz zniknęła. Jednak koniecznym było, aby ukrywał swą nadzieję.
Ocena Spocka była bez wątpienia trafna: gdyby wzbudzili jakiekolwiek podejrzenia, zostaliby powstrzymani.
Przechodząc obok Uhury, zatrzymał się. Ona ujęła jego wyciągniętą dłoń, a on delikatnie uścisnął jej palce w pocieszającym geście. Chciał postawić ją na nogi i okręcić dokoła, przytulić ją i powiedzieć jej, że wkrótce wszystko będzie dobrze; pragnął powiedzieć wszystkim na mostku – na całym statku – że to wszystko było pomyłką, nieomal żartem.

- Doktorze McCoy…
- Uhura…
- Dobrze się pan czuje?
- Tak jakby, - rzekł, czując się jak kłamca i okrutnik. – A Ty?
- Tak jakby. – Uśmiechnęła się, choć głos jej trochę drżał.

McCoy ruszył na niższy poziom mostka.

- Doktorze McCoy?
- Tak?
- Doktorze, w systemie łączności wewnętrznej okrętu panuje… chaos. I nie mam na myśli urządzeń. - Wskazała na swoje stanowisko. – Mam na myśli ludzi, rozmawiających między sobą. Plotki. Podejrzenia. Przypuszczam, że pan Spock nie może nam powiedzieć, iż wszyscy jesteśmy podejrzani. Lecz jeśli nie jesteśmy, wystarczyłoby kilka słów z jego strony…
- Podejrzenia! Uhura, o czym Ty mówisz?
- Przechodziłam trudne rozmowy z funkcjonariuszami aparatu bezpieczeństwa – zna pan mój poziom dostępu – ale nigdy nie przebyłam takiego przesłuchania jak dziś rano.

McCoy, bardzo zaskoczony, zmarszczył brwi.

- Sądziłem, że Barry al Auriga będzie miał więcej taktu.

Mandala Flynn, wkrótce po tym jak przybyła na pokład, przestudiowała akta al Aurigi wraz z McCoy`em i zarekomendowała go do awansu na swego zastępcę.
Jednym z powodów, dla których wybrała właśnie jego spośród kilku oficerów o porównywalnym stażu, był jego profil psychologiczny, wskazujący, że będąc pod presją, potrafi zachowywać się ostrożnie i wyczuciem.

- Nie chodzi o Barry`ego. Choć, oczywiście, wziął moje sprawozdanie. To Ian Braithewaite. Doktorze McCoy, mówi się, że więzień nie mógł samodzielnie opuścić celi, więc to musiał być spisek. Tego właśnie Braithewaite szuka, tak czy owak. Posunął się tak daleko, że oskarżył Mandalę o współudział. Miałam ochotę wydrapać mu oczy, kiedy to powiedział.

McCoy nachmurzył się.

- Nigdy nie słyszałem podobnego steku bzdur. Poza tym, Ian Braithewaite nie posiada żadnych uprawnień na pokładzie Enterprise. A nawet gdyby je miał, to nie dawałoby mu prawa do zastraszania Cię, lub pomawiania kogoś, kto nie może się już bronić. – Braithewaite nie był odosobniony w swoim przekonaniu, iż bezpaństwowiec to zagrożenie dla bezpieczeństwa, niemal z definicji. McCoy westchnął. – Uhura, byłabyś uprzejma wywołać pana Braithewaite`a? Znajdź go i powiedz mu, aby stawił się na mostku, bez zwłoki.
- Tak, doktorze.

Wślizgnął się na fotel Jima Kirka i spędził następne kilka minut wpatrując się w główny ekran, niewiele jednak poświęcając uwagi widowiskowemu skupisku gwiazd. Zastanawiał się, co się stanie, kiedy Spock zrealizuje swoje plany.
Czy ktokolwiek z nich zachowa jakiekolwiek wspomnienie tego, co naprawdę się wydarzyło, czy zdarzenia te po prostu znikną z ich pamięci? A jeśli tak, to co stanie się z ludźmi, którzy są tu i teraz?
Czy my także znikniemy? – zastanawiał się. Im więcej o tym myślał, tym bardziej czuł się jak w pułapce pośród dezorientujących go paradoksów.
Drzwi windy rozsunęły się i Ian Braithewaite wszedł na mostek. Jego maniakalna wręcz energia emanowała z wojowniczo przygarbionych ramion.
Zszedł na niższy poziom, zrobił jeden długi krok i stanął twarzą w twarz z McCoy`em.

- Zakładam, że pragnie pan ze mną porozmawiać, - rzekł McCoy. – Skoro okazał się pan być tak napastliwy w rozmowach z resztą załogi.
- Wolałbym raczej porozmawiać z nowym kapitanem, ale on mnie unika.
- Posłuchaj mnie, synu, - rzucił McCoy uprzejmym tonem starego doktora, choć wcale nie czuł do Iana sympatii – jesteś pierwszą osobą, która zniknęła z ambulatorium bez mojej zgody. Masz paskudny wstrząs mózgu, powinieneś być w łóżku.
- Niech pan nie próbuje zmieniać tematu!
- A co właściwie jest tematem? Z tego co słyszałem, gania pan po całym okręcie, strzelając do wróbli z armaty.

Wyraz twarzy Braithewaita kropka w kropkę przypominał minę Spocka, gdy ten nie potrafił zrozumieć jakiejś barwnej ludzkiej metafory.

- Co za wróbel? I o co chodzi z tą armatą?
- Och, nieważne. Wybaw mnie, Panie, od ludzi, którzy nigdy nie stąpali po powierzchni planety. Braithewaite, co pan do diabła sobie wyobraża, nękając załogę? Wszyscy przeszliśmy przez piekło w ostatnim dniu, dzięki panu i pańskiemu cholernemu więźniowi. Utraciliśmy kogoś, kogo bardzo podziwialiśmy i nie chcę, aby poddawał pan kogokolwiek jakiejkolwiek dalszej presji.
- Nie sądzę, by miał pan coś do powiedzenia na ten temat. Przestępstwo miało miejsce pod moją jurysdykcją i ja przeprowadzę dochodzenie.
- Nie ma pan żadnych uprawnień na pokładzie statku Gwiezdnej Floty.
- Och, czyżby był pan ekspertem w dziedzinie systemu prawnego, podobnie jak w medycynie? Jestem pod wrażeniem.
- Panie Braithewaite, co jest z panem? Wszyscy widzieli pańskiego więźnia mordującego kapitana, i o ile nie pozwoli pan Mordreaux zatracić się do reszty, jest bezpieczny w areszcie.
- Nie zamierzam dyskutować z panem o tym, co wiem.
- Och, nie zrobi pan tego, doprawdy?

Ty młody głupcze, - dodał w myślach McCoy, o mały włos nie wypowiedziawszy tego głośno.

- Gdzie jest pan Spock – albo raczej powinienem powiedzieć, kapitan Spock?
- Myślę, że zaprotestowałby jak najdobitniej, gdyby nazwał go pan tak prosto w twarz. On i Jim byli bliskimi przyjaciółmi od dłuższego czasu, chociaż on wolałby raczej wyrwać sobie paznokcie niż przyznać, że śmierć Jima mocno nim wstrząsnęła.
- Doprawdy? Przypuszczam, że zaszył się gdzieś, zdruzgotany cierpieniem.
- Proszę posłuchać, nie rozumiem pańskiej wojowniczości w całej tej sprawie. Co się z panem dzieje? Jeśli ma pan coś do powiedzenia, niech pan to powie, a nie krąży wokół sedna jak ćma wokół świecy.
- Chcę rozmawiać z oficerem dowodzącym.
- W takim razie, proszę zwrócić się do mnie.
- Spock przekazał panu dowództwo?
- Chwilowo.
- Gdzie on jest?
- On… śpi. – rzekł McCoy.

Kłamstwo było źle przygotowane. Starał się wyjaśnić historię obserwacji osobliwości i wolkańskiej zdolności do powstrzymania się od snu, dopóki nie zauważył, że Braithewaite nie wierzy w ani jedno jego słowo.

- Nawet jeśli, to hierarchia służbowa wymaga, by to Montgomery Scott przejął dowództwo, ze względu na swoje stanowisko.
- Wybór pomiędzy nami dwoma należał do oficera dowodzącego, - stwierdził McCoy. Potem spróbował bardziej pojednawczego tonu. – Poza tym Scotty pracuje nad silnikami – nie ma czasu dowodzić, jest zbyt ważne, by został dokładnie tam, gdzie jest.

Widząc wyraz twarzy Braithewaite`a, McCoy natychmiast pożałował, że próbował rozbawić prokuratora.

- Mam lepsze rzeczy do roboty, niż bawić się z panem w gierki słowne, - rzucił Braithewaite i odwrócił się, by odejść.
- Ianie, - odezwał się McCoy, przeciągając słowa z najbardziej miękkim południowym akcentem, tonem, który zwykł używać tylko w chwilach najgłębszej furii. Braithewaite zatrzymał się, ale nie odwrócił się ponownie. – Ianie, czy podoba Ci się to, czy też nie, ja tutaj dowodzę, dopóki pan Spock nie wróci na służbę. I jeśli nadal będziesz niepokoił załogę, jeśli nadal będziesz nękać moich ludzi, dopilnuję, abyś został zamknięty w kwaterze.

Słysząc to, Braithewaite obrócił się na pięcie, zaciskając pięści.

- Naprawdę sądzi pan, że może pan to zrobić?

McCoy uśmiechnął się swoim najuprzejmiejszym uśmiechem starego, wiejskiego lekarza, lecz jego głos brzmiał nadal bardzo miękko i przeciągle.

- Wypróbuj mnie, - powiedział.
Elaan
Użytkownik
#59 - Wysłana: 17 Sty 2013 16:13:14
cd.

Spock spoglądał ponad ramieniem dr Mordreaux na schematy, które profesor zdołał odtworzyć przez ostatnie kilka godzin. Przesuwały się, jeden po drugim, na błyszczącym ekranie.
Urządzenie posiadało prostotę i elegancję matematycznego dowodu; było tak niezawodne i śmiercionośne, niczym kryształowy nóż.

- Pracując nad tym we dwóch, będziemy w stanie ukończyć to w kilka godzin, - rzekł dr Mordreaux.
- Jak potężne jest to urządzenie, profesorze?
- Ma pan na myśli, jak daleko wstecz może pan się cofnąć? To nie zależy od samego zmieniacza, to zależy od tego jaką mocą zasilania pan dysponuje. Enterprise mógłby prawdopodobnie dostarczyć dość energii do przesłania pana jakiś tydzień wstecz, gdyby wykorzystał pan napęd warp. Posuwając się w czasie dużo dalej, mógłby pan przeciążyć systemy poza granicę ich odporności na uszkodzenia.
- Rozumiem, - rzekł Spock.

Dr Mordreaux uniósł wzrok i spojrzał na niego.

- To dalej niż pan potrzebuje. Chyba, że okłamał mnie pan co do tego, co właściwie zamierza pan zrobić.
- Wolkanie nie kłamią, profesorze. Dotrzymam danego panu słowa, jakkolwiek sądzę, iż w pańskiej sytuacji jest to nielogiczne – chyba, że zwolni mnie pan z tej obietnicy.
- Dobrze, - odrzekł Mordreaux. – Zatem proszę wrócić i ocalić swojego kapitana, i niech to pana zadowoli. - Spock nie miał żadnych nowych argumentów do zaoferowania dr Mordreaux, aby nakłonić go do zmiany zdania, więc oficer naukowy zachował milczenie. - Jest to szczęśliwy zbieg okoliczności, że zabrał pan z Aleph te kryształy bioelektroniczne, - mówił dalej Mordreaux. – Bez nich zmieniacz byłby prawie wielkości promu i dwukrotnie cięższy.
- Nie wierzę w zbiegi okoliczności, - powiedział Spock z roztargnieniem, robiąc jednocześnie w myślach listę innych narzędzi i materiałów, których będą potrzebować. – Wszelkie zbiegi okoliczności po uważnej obserwacji i logicznej analizie okazują się wytłumaczalne.
- Kiedy już pan ustali i upewni się jakie jest wyjaśnienie, proszę dać mi znać, - powiedział profesor.

Pomimo niewiary Spocka, pojęcie zbiegu okoliczności przyszło mu, oczywiście, do głowy wielokrotnie w ciągu ostatnich kilku dni. Lecz nie miał teraz czasu na staranną i logiczną obserwację różnorodnych zjawisk. Znów pochylił się nad ekranem.
Za ich plecami drzwi do kabiny dr Mordreaux otworzyły się. Spock się odwrócił. Ian Braithewaite patrzył na niego, stojąc w drzwiach.

- Pogrążony we śnie, rzeczywiście, - odezwał się. – Mam nadzieję, że miał pan słodkie sny, panie Spock.
- Moje zwyczaje w kwestii snu to nie pańska sprawa, panie Braithewaite.
- Stają się nią, gdy tworzą podstawę do fabrykowania wymysłów, mających na celu wprowadzenie mnie w błąd.
- Czy chce pan ze mną rozmawiać, panie Braithewaite, czy jest pan tu wyłącznie po to, by sprawdzić, co z dr Mordreaux? Jak pan widzi, przebywa w zamknięciu.

Braithewaite podszedł bliżej, mrużąc oczy, by lepiej widzieć ekran.

- Odblokowanie doktorowi Mordreaux dostępu do komputera jest jak danie każdej innej osobie klucza do drzwi frontowych. Co pan… - Mordreaux wcisnął przycisk CLEAR na klawiaturze terminala. – Co to było?
- Nic, co by pana zainteresowało, - odrzekł Mordreaux, ale jego brawura załamała się wraz z głosem.
- Doktor Mordreaux zaoferował mi nieocenioną pomoc przy interpretacji wyników obserwacji, które przerwały pańskie rozkazy, - rzekł Spock. – To może być jego ostatnia sposobność, aby przyczynić się do rozwoju wiedzy naukowej – fakt, który nawet pan powinien być w stanie docenić.

Braithewaite spojrzał na niego z nieubłaganą wrogością.

- Uważam, że bardzo trudno być pod wrażeniem jego wkładu do uniwersalnej krynicy poznania.

Wyciągnął rękę w kierunku terminala.

- Proszę nie manipulować przy komputerze Enterprise, panie Braithewaite, - ostrzegł Spock.
- Co takiego?!

Spock nie widział żadnej potrzeby, aby się powtarzać.
Braithewaite zatrzymał się, ręce opuścił wzdłuż boków i zacisnął w pięści. Potem powoli rozluźnił się. Zamyślony, skinął głową i nie mówiąc ani słowa więcej, opuścił kabinę.
Spock odwrócił się do doktora Mordreaux.

- On wie, że pan kłamał, panie Spock. Nie rzuca gróźb na wiatr – zaczeka, aż będzie miał wystarczająco dużo dowodów, a potem przejdzie do ataku.

Dr Mordreaux przywrócił swoje obliczenia z pamięci komputera na ekran.

- Nie kłamałem, sir. – Spock spojrzał na zawiłe równania, wijące się w poprzek ekranu. – Praca nad zmieniaczem dała mi cenną wiedzę na temat konstrukcji mojej aparatury obserwacyjnej. Udzielił mi pan pomocy, na którą liczyłem.
- Techniczny szczegół. Jeśli tak, to był to czysty przypadek. Albo może - kolejny zbieg okoliczności?
- Najbardziej niezwykły, - stwierdził Spock i wrócił do pracy.
Elaan
Użytkownik
#60 - Wysłana: 17 Sty 2013 16:22:09
cd.

Dr McCoy zerwał się, słysząc swoje nazwisko, i wyprostował nagle z czujnością dzikiego zwierzęcia, wypracowaną na wypadek sytuacji awaryjnych.
Mimo tych wszystkich lat nigdy naprawdę nie przyzwyczaił się do tego.

- O co chodzi? Czuwam!

Rozejrzał się wokół i zdał sobie sprawę, że nadal jest na mostku. Wszyscy patrzyli na niego z dziwnymi wyrazami na twarzach; nie mógł ich za to winić.
Zaczerwienił się i usiadł na powrót w fotelu dowódcy, nie całkiem udając, że nie zasnął, ale też nie zapraszając nikogo do uwag na ten temat.
Jak się okazało, obudził go Chekov, chcąc zwrócić jego uwagę na fakt, iż pan Scott wywołuje mostek.

- Tak, Scotty? – odezwał się McCoy. – Czy wszystko w porządku?

Nastąpiła krótka pauza.

- Doktorze McCoy… to pan?
- Nie kto inny.
- Muszę złożyć panu Spockowi raport o stanie napędu warp. Może mi pan powiedzieć, gdzie on jest?
- Teraz prawdopodobnie już śpi, - odrzekł McCoy, ubolewając nad tym, że kłamstwo to, wypowiedziane po raz drugi, przyszło mu znacznie łatwiej. – Sądzę, że będzie lepiej, jeśli zameldujesz to mnie, przynajmniej na razie.

Nastąpiła kolejna pauza.
McCoy zaczął się zastanawiać, czy interkom także szwankuje, podobnie jak silniki – i jak się zdawało – połowa innego sprzętu, ostatnio.

- Panu, doktorze McCoy? – dopytywał Scott.
- Cóż, tak, jestem mniej więcej odpowiedzialny za wszystko, dopóki Spock nie wróci na służbę.
- Zatem mianował pana swoim zastępcą. – Uraza w głosie Scotta brzmiała niezwykle jasno.

Jego uczucia zostały zranione; został pominięty, bez dwóch zdań.
Główny inżynier nie mógł wiedzieć, że uczyniono to dla jego własnego bezpieczeństwa, a McCoy nie mógł mu tego powiedzieć.

- Niezupełnie, Scotty, - rzekł McCoy, nie do końca zgodnie z prawdą, w nadziei, że będzie to balsam na zranione ego. – To tylko dopóty, dopóki wszystko nie zostanie uporządkowane. Przypuszczam, że uznał Twoją obecność tam, gdzie teraz jesteś, za niezbędną.
- Tak jest, sir, - odrzekł chłodno Scott – Nie wątpię, że wie, co robi.

Rozległ się trzask wyłączanego interkomu. McCoy westchnął. Nie poradził sobie ze Scottem lepiej, aniżeli wcześniej z Braithewaitem.
 Strona:  ««  1  2  3  4  »» 
USS Phoenix forum / Świat Star Treka / Podróże w czasie, chaos i Star Trek - przekład ST TOS "The Entropy Effect"

 
Wygenerowane przez miniBB®


© Copyright 2001-2009 by USS Phoenix Team.   Dołącz sidebar Mozilli.   Konfiguruj wygląd.
Część materiałów na tej stronie pochodzi z oryginalnego serwisu USS Solaris za wiedzą i zgodą autorów.
Star Trek, Star Trek The Next Generation, Deep Space Nine, Voyager oraz Enterprise to zastrzeżone znaki towarowe Paramount Pictures.

Pobierz Firefoksa!