USS Phoenix
Logo
USS Phoenix forum / Świat Star Treka / Czy ludzkość ma przyszłość?
 Strona:  ««  1  2  3  4  5  6  »» 
Autor Wiadomość
Domko
Użytkownik
#31 - Wysłana: 16 Kwi 2008 08:41:40
Odpowiedz 
Ciekawe jak te rasy się rozminęły skoro nie widziały życia w Galaktyce, a były w niej razem.
Eviva
Użytkownik
#32 - Wysłana: 16 Kwi 2008 09:05:25
Odpowiedz 
Galaktyka jest dość duża, o ile mi wiadomo.
Ethno
Użytkownik
#33 - Wysłana: 16 Kwi 2008 14:17:16
Odpowiedz 
Eviva

Galaktyka jest dość duża, o ile mi wiadomo.

"Wszystko jest względne", kiedyś zastanawiałem się czy np. wszyscy i wszystko nie jest atomami jakiegoś innego świata, albo czy galaktyka to nie bąbelki w piwie jakiegoś wielkoluda - kto wiec czy tak nie jest - światy w światach
Halbard
Użytkownik
#34 - Wysłana: 16 Kwi 2008 17:10:22
Odpowiedz 
[i]"Wszystko jest względne", kiedyś zastanawiałem się czy np. wszyscy i wszystko nie jest atomami jakiegoś innego świata, albo czy galaktyka to nie bąbelki w piwie jakiegoś wielkoluda - kto wiec czy tak nie jest - światy w światach

Dokładnie tak jak sugerowały to zakończenia obu części "Facetów w czerni"
Scimitar
Użytkownik
#35 - Wysłana: 16 Kwi 2008 20:00:18
Odpowiedz 
I owszem Galaktyka jest duża, wręcz trudno ją umysłem objąć (i nie mówię tutaj o podziale rodem z ST); no to teraz spróbujcie sobie wyobrazić kraniec wszechświata
Domko
Użytkownik
#36 - Wysłana: 16 Kwi 2008 20:08:48
Odpowiedz 
Eviva
Galaktyka jest dość duża, o ile mi wiadomo.

Nie w Star Treku. Tam wszyscy mieszkają za rogiem.

A już na pewno dla technologii obcych, którzy potrafią zasiać życie w Galaktyce.
tuvok
Użytkownik
#37 - Wysłana: 16 Kwi 2008 20:09:10
Odpowiedz 
Oglądając wszystkie odcinki, TNG,VOY,ENT,DS9, i z sumując je wszystkie, to wedlug startreka ludzkosc ma dosc swietlaną przyszłosc, łatwo przewidziec (o ile nakręcą) tą przyszłosc:

Blizka przyszlosc:

-> Flota wynajduje sposób na Warp10 i wiecej.
-> Transwarp (hypernaped?) zamontowane w kazdym okrecie.
-> Osłony statku, montowane, tj. te co w ostatnim odcinku VOYa.
-> Wszystkie rasy znane dotychczas (takze romulanie) zyją w
pokoju.
-> Serial, odcinki juz z KAPITANEM LaForge na pokladzie Galaxy.
-> Mozliwosc podrózy okrętami, miedzy galaktykami, i nowe czekające zagrozenia. (nasza galaktyka juz cala jest znajoma)


Dalsza przyszłosc:

-> Mozliwosc manipulowania przestrzenią, tak jak było w ENT, mały pojazd, a w srodku wielka przestrzeń. Mozliwe ze zwalcowany Enterprise-J taką technologie ma. Dlatego jest taki cieniutki .

-> Okręty będą mogły mieć coś w rodzaju instynktu samozachowawczego . Jak załoga cos przeoczy, a okret wykryje . Okręt pół-inteligentny.

-> Podróze w czasie, stworzenie okrętów do podrózy, które po długim pokoju z m.in: romulanami, znowu zacznie sie wojna, tym razem temporalna.

-> Serial który opowiada o okręcie który podrózuje w czasie i przestrzeni.

-> Czy doczekamy jakiegos odcinka, wojny miedzy półbogami, a z efektami jak z heroes, np. Douwdy kontra Q?

-> Remake serialu Animated Series, opowiadający o dalszych losach załogi TNG, ale wyrenderowany tak samo jak FinalFantasy: Spirit Within .

-> I koniec całej serii startrekowy, ludzie dochodzą do ewolucji, gdzie stają sie półbogami, i zadna technologia im juz niepotrzebna. porzucają ją, i latają w kosmosie w innej czaso-przestrzeni.
Ethno
Użytkownik
#38 - Wysłana: 16 Kwi 2008 21:58:37 - Edytowany przez: Ethno
Odpowiedz 
tuvok

-> Flota wynajduje sposób na Warp10 i wiecej.

Udało im się to z konsekwencjami, ale się udało , ale ST nie wdrąży to w nowe serie, bo co to za podróże bez czasu

Czy doczekamy jakiegos odcinka, wojny miedzy półbogami

A DS9, można się tam doszukać Bogów i wojny między nimi.

-> I koniec całej serii startrekowy, ludzie dochodzą do ewolucji, gdzie stają sie półbogami, i zadna technologia im juz niepotrzebna. porzucają ją, i latają w kosmosie w innej czaso-przestrzeni.

Nie strasz nawet....
aaa123
Użytkownik
#39 - Wysłana: 17 Kwi 2008 13:44:34
Odpowiedz 
Krótkotrwała korzyść wyznacza cele ludzkości. Robimy to co się aktualnie opłaca a nie to co polepszyłoby byt przyszłych pokoleń. Losy ludzkosci są w rękach tych najbardziej przedsiębiorczych i jeżeli popełnią błędy do naprawienia, to czeka nas rozwój a jeżeli nie, to może historia się powtórzy: upadek cywilizacji i powstanie nowej zaczynającej o zera.
Czy zmiany klimatyczne są do naprawienia,czy manipulowanie genami nie zaburzy równowagi biologicznej tak że jakaś zmutowana bakteria nie pozabjia nas, czy odżywianie się pokarmem naszpikowanym chemią nie spowoduje coraz większej liczby kalectw i śmiertelności? Jedynie nieopłacalność rozwijania destrukcyjnych technologii powstrzyma ludzi przed ich rozwijaniem. Np: kataklizmy spowodowane ociepleniem klimatu ,wyrządzają szkody których naprawianie kosztuje coraz wiecej i te koszty przewyższą niedługo korzyści z produkcji przemysłowej przyczyniającej się do zmian klimatycznych. Wielcy tego świata zaczęli liczyć czy bardziej opłacalne jest zmniejszenie emisji CO2 i inwestowanie w naturalne zródła energii czy dalsze naprawianie zniszczeń.
Ciekawe czy uda nam się zapanować nad globalnym ociepleniem.
Tak samo będzie z innymi błędami ludzkości.
Jednak jestem optymistką i wierzę w to że technologia jednak pójdzie w dobrym kierunku, po wielu próbach i błędach dojdziemy do poziomu chociażby takiego jak w Star Treku.
Halbard
Użytkownik
#40 - Wysłana: 17 Kwi 2008 14:51:16
Odpowiedz 
Ciekawe czy uda nam się zapanować nad globalnym ociepleniem.

Wątpię-ingerowanie w procesy klimatyczne leży raczej poza granicami ludzkich możliwości
Ethno
Użytkownik
#41 - Wysłana: 17 Kwi 2008 15:46:46
Odpowiedz 
Halbard

Wątpię-ingerowanie w procesy klimatyczne leży raczej poza granicami ludzkich możliwości

Ciężko będzie cofnąć, ale zapanować się uda, już działamy w tym kierunku
Halbard
Użytkownik
#42 - Wysłana: 17 Kwi 2008 18:50:15
Odpowiedz 
Ciężko będzie cofnąć, ale zapanować się uda, już działamy w tym kierunku

Możemy jedynie zapanować nad tą częścią efektu cieplarnianego, która jest naszym udziałem, ale to raczej znikomy procent tego procesu.
Eviva
Użytkownik
#43 - Wysłana: 17 Kwi 2008 20:11:39
Odpowiedz 
Przypomnę Wam, że na Kryptonie umieli ingerować we wszystko, łącznie z pogodą. No i co? No i planeta im się rozleciała w cholerę.
Ethno
Użytkownik
#44 - Wysłana: 17 Kwi 2008 22:48:35
Odpowiedz 
Eviva

Przypomnę Wam, że na Kryptonie umieli ingerować we wszystko, łącznie z pogodą. No i co? No i planeta im się rozleciała w cholerę.

A Risa, czysty sukces, prawie jak robota Ferengich.
Halbard
Użytkownik
#45 - Wysłana: 18 Kwi 2008 00:28:09
Odpowiedz 
Przypomnę Wam, że na Kryptonie umieli ingerować we wszystko, łącznie z pogodą. No i co? No i planeta im się rozleciała w cholerę.

Na szczęście to tylko fikcja
twi
Użytkownik
#46 - Wysłana: 21 Kwi 2008 12:22:42
Odpowiedz 
Ethno
tuvok
-> Flota wynajduje sposób na Warp10 i wiecej.

Udało im się to z konsekwencjami, ale się udało , ale ST nie wdrąży to w nowe serie, bo co to za podróże bez czasu

a czemu nie 1skok i w kazdym odcinku dzielna zaloga moze ratowac swiat,wszechswiat,galaktyke albo nawet kilka w jednym odcinku >=]
Ethno
Użytkownik
#47 - Wysłana: 21 Kwi 2008 15:19:38
Odpowiedz 
twi

a czemu nie 1skok i w kazdym odcinku dzielna zaloga moze ratowac swiat,wszechswiat,galaktyke albo nawet kilka w jednym odcinku >=]

Albo tylko taki wstęp do serialu (ala VOY). Włączają WARP 10 i nagle coś im się chrzani i w połowie podróży stają w miejscu, reaktor się przegrzewa, wyrzucają go, on wybucha - zostaję im tylko impulsowy i są 300K lat świetlnych od Ziemi
Madame Picard
Moderator
#48 - Wysłana: 12 Lip 2008 14:24:46 - Edytowany przez: Madame Picard
Odpowiedz 
Picard

i najwieksza telewizyjna przygoda mojego zycia wraz z odcinkiem TNG All good things... dobiegła kresu
Ja do tego punktu w biografii doszłam wczoraj. Też obejrzałam All good things i też był to dla mnie ostatni obejrzany odcinek Treka. (W sumie to tak naprawdę nie widziałam wszystkich odcinków. Odpadłam przy wielu z DS9, mimo naprawdę szczerych chęci).

Jakie waszym zdaniem beda przyszłe losy ludzkości w następnych czterech stuleciach
Doświadczenie uczy nas, że przewidywanie przyszłości, a już zwłaszcza na taką skalę, jest zajęciem jałowym, bezproduktywnym, i - jak powiedzieliby nasi szpiczastousi przyjaciele - nielogicznym. W średniowieczu niektórzy książęta pozbywali się fortyfikacji w przekonaniu, że wojny należą do przeszłości. Na początku XX wieku dość powszechnie sądzono, że będzie wiekiem postępu i szacunku dla człowieczeństwa. Wybuch I wojny światowej był dużym zaskoczeniem. Jakiś inszy tęgi mózg z początków tego wieku twierdził, że Paryż utonie w końskich odchodach, bo coraz więcej jest ludzi i dorożek, a nie przewidział biedak automobilu. Nietrafionych prognoz zawodowych socjologów już nawet nie liczę . I tak dalej. Problem polega na tym, że oceniamy przyszłość na podstawie teraźniejszych zjawisk i nie jesteśmy w stanie przewidzieć, że wydarzy się coś, no... nieprzewidywalnego . Jak czytam te Wasze wypowiedzi, to też mam wrażenie, że mówią więcej o Waszej ocenie dzisiejszego świata niż o przyszłości.
A poza tym nasza wiedza nawet o zjawiskach teraźniejszych jest i tak niepełna. Rzeczywistość społeczna jest nieskończenie złożona - napisał J. S. Mill; i mimo szczerych wysiłków nas socjologów, i tak nie jesteśmy w stanie poznać każdego jej aspektu, a każdy najmniejszy nawet, i najbardziej przez nas niedoceniany czynnik, może mieć znaczenie dla tego, jak będzie wyglądać przyszłość.

Instytucja państwa narodowego i świadomośc kulturowej odrębności nadal bezie istniała w przyszłości czy też czeka nas macdonaldyzacja?
Jak na razie wiele wskazuje na to, że będzie to proces gdzieś pomiędzy kulturową unifikacją a pielęgnowaniem różnorodności, trochę tak, jak głoszą koncepcje glokalizacji. Nic nie wskazuje na to, żeby "małe" kultury miały rozpłynąć się w jednej kulturze globalnej, natomiast niekoniecznie muszą one przybierać oblicze kultur narodowych. Tendencje są raczej takie, że na znaczeniu tracą społeczności i kultury lokalne (choć niekoniecznie i nie wszędzie, na co wskazuje choćby wybuch etnicznych fundamentalizmów) tworzą się natomiast społeczności (czy raczej luźnych sieci czy ruchów społecznych dających poczucie przynależności) z wyboru (np. trekkerzy ). Ale na ile są to procesy trwałe - nie wiadomo.

Delta

Co nie zmienia faktu, że dostępna od ostatnich +/- 100 lat broń mogła by zniszczyć życie na miniumum kilku takich planetach jak nasza. A jednak tak się nie stało.
Ciekawe spostrzeżenie i dające asumpt do pytania, czy ludzie (a może społeczeństwa?) nie mają wbudowanego czegoś w rodzaju bezpiecznika, który zaczyna działać, gdy balansujemy na granicy samozagłady. (Nie wiem, jak mogłoby to działać, tak sobie luźno spekuluję).

Jurgen

zaprzeczasz wolkańskiej filozofii IDIC. Czyż więc we wszechświecie zgodnie z tą doktryną nie sa potrzebni i Wolkanie, i Ziemianie, a nawet Klingoni. Na Twoje usprawiedliwienie (zeby nie było, że się czepiam) dodam, że wiekszość Wolkan popełnia ten błąd. Z tych, których znałem (), nie popełniali go jedynie Tuvok, Sarek i (dość późno, ale jednak - mniej więcej od ST6) Spock...
Dodam na marginesie, że również wymyślony przeze mnie i Evivę na potrzeby naszego fanfika Maurik .

Domko

Ciekawe jak te rasy się rozminęły skoro nie widziały życia w Galaktyce, a były w niej razem.
Może dlatego, że jedna życie rozsiewała (ta z TNG), a druga tylko przenosiła zaistniałe już okazy (ta z TOS).

tuvok

I koniec całej serii startrekowy, ludzie dochodzą do ewolucji, gdzie stają sie półbogami, i zadna technologia im juz niepotrzebna. porzucają ją, i latają w kosmosie w innej czaso-przestrzeni.
To może pomińmy te wstępy i od razu machnijmy serial o Continuum Q. Albo jeszcze lepiej jak ludzie osiągają poziom Continuum i te dwie cywilizacje (?) zaczynają się ze sobą żreć

EDIT: Dodam jeszcze, że w odcinku zauważyłam 2 - moim zdaniem - buraki. Po pierwsze, Picard we właściwej linii czasu otrzymuje od admirała informację o anomalii zanim jeszcze Picard z późniejszej linii ją wywołał. Ale dobra, to można jeszcze od biedy uznać za zwykły temporalny pasztet. Ale po drugie, kiedy stary Picard wywołał już anomalię, to przecież nie powinien jej widzieć później (kiedy ekipa Ent wraca na miejsce wywołania anomalii), skoro anomalia rozwija się do tyłu, a nie do przodu!
A Q był jakiś taki poważny w tym odcinku jak nie on .
Delta
Użytkownik
#49 - Wysłana: 12 Lip 2008 15:47:13
Odpowiedz 
Madame Picard
Doświadczenie uczy nas, że przewidywanie przyszłości, a już zwłaszcza na taką skalę, jest zajęciem jałowym, bezproduktywnym, i - jak powiedzieliby nasi szpiczastousi przyjaciele - nielogicznym.

"Dobry polityk musi umieć przepowiedzieć, co będzie się działo jutro, za tydzień, czy za rok i musi umieć wytłumaczyć, dlaczego nie zaszło to, co przepowiedział." -Winston Churchill.

Na początku XX wieku dość powszechnie sądzono, że będzie wiekiem postępu i szacunku dla człowieczeństwa.

No to przynajmniej częściowo trafiono -XX wiek był wiekiem postępu. Częściowo był też wiekiem szacunku dla człowieczeństwa (niestety to jeszcze nie bardzo nam wychodzi, ale drobny postęp nastąpił).

Jakiś inszy tęgi mózg z początków tego wieku twierdził, że Paryż utonie w końskich odchodach, bo coraz więcej jest ludzi i dorożek, a nie przewidział biedak automobilu.

Nie można mu odmówić pewnej logiki w tym twierdzeniu, patrząc po smogu, powstałym dzięki tym automobilom, strach pomyśleć co by było gdyby w miastach rzeczywiście były same konie w takiej ilości.

Problem polega na tym, że oceniamy przyszłość na podstawie teraźniejszych zjawisk i nie jesteśmy w stanie przewidzieć, że wydarzy się coś, no... nieprzewidywalnego .

Na 100 procent to nie da się nawet przewidzieć tego, że jutro będzie niedziela. Ale prognozowanie ma swoje podstawy i w mniejszym lub większym stopniu da się czasem postawić trafną prognozę. A w każdym razie, lepiej się wychodzi na tym, że stara się przewidzieć możliwe scenariusze i dopasować do nich swoją strategię niż działać "na żywioł".

Jak czytam te Wasze wypowiedzi, to też mam wrażenie, że mówią więcej o Waszej ocenie dzisiejszego świata niż o przyszłości.

Które? Te, które dotyczą ST, czy te, które dotyczą tego co mamy tu i teraz w realnym świecie i jego najbliższej przyszłości?

i tak nie jesteśmy w stanie poznać każdego jej aspektu, a każdy najmniejszy nawet, i najbardziej przez nas niedoceniany czynnik, może mieć znaczenie dla tego, jak będzie wyglądać przyszłość.

To fakt. Komu w 1914 r. przyszłoby do głowy, że Hitler, który, przy łucie szczęścia, zostałby odstrzelony w okopach w czasie I wojny, będzie kanclerzem i doprowadzi do II wojny. To jest nie do przewidzenia. Ale są rzeczy łatwiejsze do przewidzenia w jakimś stopniu np. duży spadek bezrobocia po naszym wejściu do UE można było przewidzieć lata przed samym wejściem.

Jak na razie wiele wskazuje na to, że będzie to proces gdzieś pomiędzy kulturową unifikacją a pielęgnowaniem różnorodności, trochę tak, jak głoszą koncepcje glokalizacji. Nic nie wskazuje na to, żeby "małe" kultury miały rozpłynąć się w jednej kulturze globalnej,

A właśnie, dobrze że temat wypłynął (zresztą i tak by wypłynął bo już się nosiłem z zamiarem zapytania w "Pogotowiu socjologicznym" ). Przyszedł mi do głowy wczoraj, gdy oglądałem TNG: Rightful Heir. W odcinku tym Klingoni dostają nowego cesarza będącego klonem Kahlessa. Worf liczy na to, że będzie on osobą wokół której zjednoczą się wszyscy Klingoni.
I zwróciłem uwagę na to, że w odróżnieniu od Ziemian, pozostałe rasy są i były dużo wcześniej zunifikowane. Doszedłem do wniosku, że wszystkie one mają wspólny mianownik, który łączy przedstawicieli tamtych społeczeństw: wszystkie (z wyjątkiem ludzi) skupiają się wokół jednej nadrzędnej rzeczy. Klingoni mają Kahlessa, Wolkanie Suraka, Borg dążenie do perfekcji, Romulanie... Romulanie mają Imperium (co mi najbardziej odpowiada ). Tylko ludziom brak czegoś takiego.
I chciałem się zapytać, czy nie jest tak, że jedyną rzeczą, która mogłaby naprawdę zjednoczyć ludzkość jest taki wspólny cel/idea lub postać, która zgromadziłaby wszystkich wokół siebie?
Im bardziej się nad tym zastanawiam, tym bardziej dochodzę do wniosku, że bez tego unifikacja jest niemożliwa, pomimo prób takich jak np. ONZ czy jeszcze lepiej Unia Europejska. Stany Zjednoczone są dobrym tego przykładem, powstały przecież wokół jednej idei przyświecającej kolonistom -niepodległości i oderwania się od Anglii. IMHO UE wydaje się tego bodźca nie mieć, ONZ nie ma na pewno, a tendencji zjednoczeniowych w reszcie świata, poza Europą, nie widać, wręcz przeciwnie, co jakiś czas powstają nowe państewka.

czy ludzie (a może społeczeństwa?) nie mają wbudowanego czegoś w rodzaju bezpiecznika, który zaczyna działać, gdy balansujemy na granicy samozagłady. (Nie wiem, jak mogłoby to działać, tak sobie luźno spekuluję).

Też nie mam pojęcia jak to mogłoby działać, ale pomysł taki wydaje mi się trafiony. IMHO takim bezpiecznikiem jest rozpatrywanie świata w kategoriach "opłaci się/nie opłaci się". Takie podejście siedzące w naszych genach od czasów prehistorycznych, każe przekalkulować koszty i ewentualne zyski. Np. o ile wojna konwencjonalna może się opłacić, bo można zdobyć terytorium, surowce, niewolników itp, o tyle wojna biologiczna/nuklearna/chemiczna już się nie kalkuluje. Bo zniszczone terytorium nie przynosi zysku, zaraza może przenieść się do nas, a przeciwnik może łatwo odpowiedzieć tym samym, bo to tania broń. W ten sposób unikamy samozagłady. Wystarczy popatrzeć na czasy amerykańskiej blokady Kuby. Oba bloki zbroiły się na potęgę, dążąc do konfrontacji, a gdy po temu była okazja to nagle okazało się, że oba stają na głowie by do niej nie doszło. Dlaczego? Bo obojętne kto by wygrał i tak byłby przegrany.
Madame Picard
Moderator
#50 - Wysłana: 12 Lip 2008 16:55:24
Odpowiedz 
Delta

Ale prognozowanie ma swoje podstawy i w mniejszym lub większym stopniu da się czasem postawić trafną prognozę. A w każdym razie, lepiej się wychodzi na tym, że stara się przewidzieć możliwe scenariusze i dopasować do nich swoją strategię niż działać "na żywioł".
O tak, z pewnością. Ale trzeba umieć zachować do swych przepowiedni dystans oraz mieć świadomość, że niezależnie od naszej solidności i dobrych chęci, nasze proroctwa mogą być warte funta kłaków.

Te, które dotyczą ST, czy te, które dotyczą tego co mamy tu i teraz w realnym świecie i jego najbliższej przyszłości?
To drugie.

I chciałem się zapytać, czy nie jest tak, że jedyną rzeczą, która mogłaby naprawdę zjednoczyć ludzkość jest taki wspólny cel/idea lub postać, która zgromadziłaby wszystkich wokół siebie?
Problem polega na tym, że ludzie aby się zintegrować potrzebują nie tylko "pozytywnego" układu odniesienia (symbol, zespół norm, idea itp.), ale również "negatywnego". Tożsamość jest określana przez przynależność "jestem tym i tym, bo należę do tej i tej grupy", ale również "jestem tym i tym, bo nie należę do tamtej grupy". Aby wiedzieć, kim jesteśmy, musimy też wiedzieć, kim nie jesteśmy. Pamiętam z jednego wykładu takie zdanie, że ludzkość mogłaby zacząć stanowić jedną grupę w momencie, w którym przybędą Marsjanie (my, trekkerzy powiemy raczej Wolkanie ). Ludzkość zjednoczona przed odkryciem innych cywilizacji to zatem raczej "sociological fiction".
Inna sprawa, że nie za bardzo potrafię powiedzieć, dlaczego tak się dzieje, tzn. dlaczego negatywny układ odniesienia jest niezbędny do ustalenia sobie przez jednostkę czy grupę swojej tożsamości. Być może wyjaśnienie kryje się w jakichś mechanizmach psychologicznych.

IMHO takim bezpiecznikiem jest rozpatrywanie świata w kategoriach "opłaci się/nie opłaci się". Takie podejście siedzące w naszych genach od czasów prehistorycznych, każe przekalkulować koszty i ewentualne zyski.
Ale problem w tym, że to działa na poziomie jednostkowym, a nie grupowym. Stąd dylematy "wolnego strzelca" czy "wspólnego pastwiska". Aczkolwiek jeśli rozszerzyć tę koncepcję i założyć, że z jakichś przyczyn homo oeconomicus kalkuluje nieco dalej niż czubek własnego nosa, to czemu nie...
Delta
Użytkownik
#51 - Wysłana: 12 Lip 2008 20:44:25
Odpowiedz 
Madame Picard
Ale trzeba umieć zachować do swych przepowiedni dystans oraz mieć świadomość, że niezależnie od naszej solidności i dobrych chęci, nasze proroctwa mogą być warte funta kłaków.

Też racja.

To drugie.

To chyba zrozumiałe -otaczająca nas rzeczywistość wywiera duży wpływ na opinie (przysłowiowo, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia ).

Pamiętam z jednego wykładu takie zdanie, że ludzkość mogłaby zacząć stanowić jedną grupę w momencie, w którym przybędą Marsjanie (my, trekkerzy powiemy raczej Wolkanie ).

Też mi coś takiego przemknęło kiedyś przez głowę.

Ludzkość zjednoczona przed odkryciem innych cywilizacji to zatem raczej "sociological fiction".

Czyli nie da się? Nie znajdzie się wcześniej żadna idea, skupiająca wszystkich. Dlaczego wspólne działanie jest tylko w warunkach poczucia zagrożenia (np. wojny, albo powódź z 1997 r czy tsunami na Pacyfiku sprzed kilku lat)? Jeśli ludzie chcą/mają potrzebę pomagać sobie nawzajem w takich sytuacjach, dlaczego nie starają się tego robić na co dzień? Co za różnica, czy wydam 100 zł na ofiary powodzi, czy dam np. na dom dziecka? A może to jest tak dlatego, że nikt nie głosi takich poglądów i nie pokazuje tego własnym przykładem? Nawet zbiórki datków na ofiary katastrof organizowane są tylko dzięki temu, że ktoś je organizuje, szary obywatel najczęściej sam się nie zdecyduje z własnej inicjatywy wylecieć z puszką na ulicę. Może słusznie zakładasz, że to rzeczywiście psychologia -jakieś wpojone poczucie pilnowania własnego nosa, nie wychylania się poza własne środowisko, obawy, że to środowisko źle to przyjmie.

Ale problem w tym, że to działa na poziomie jednostkowym, a nie grupowym.

To nie do końca tak. To działa też na poziomie grupy i całych społeczeństw. Dlaczego robimy coś (cokolwiek)? Bo wydaje się nam to korzystne. Jeśli więc robię coś co wydaje mi się korzystne dla grupy, to korzyść grupy jest też i moją korzyścią. Np. jeśli głosuję na partię "X", a nie na "Y", to dlatego, że uważam, że partia "X" będzie lepiej rządzić, więc ja też na tym skorzystam. Jeśli płacę podatek na rozwój kraju (czyli społeczeństwa) to także z tego rozwoju skorzystam. To może nie być widoczne na pierwszy rzut oka, lub nie być takim samym priorytetem jak zapewnienie sobie środków do życia i dlatego nawet nie zastanawiamy się nad tym. Ale w sumie tak jest. Zresztą wspomniany przez Ciebie "homo oeconomicus" tworzy społeczeństwo, więc to jak myśli i postępuje ma wpływ na kształt tego społeczeństwa i wypracowane normy. W ten sposób bardziej lub mniej świadomie powiela na szerszą skalę to jak sam żyje i myśli. Instytucje socjalne, takie jak ubezpieczenie czy fundusze emerytalne są tego przykładem -ludzie po prostu doszli do wniosku, że więcej i pewniej odłożą na emeryturę lub jakąś czarną godzinę razem niż z osobna. Bez względu na to, który pierwszy wpadł na taki pomysł, reszta poszła za nim bo zadziałał mechanizm "opłaci się/nie opłaci się". W ten sposób poziom rozszerzył się z jednostki na coraz większą grupę.
Madame Picard
Moderator
#52 - Wysłana: 12 Lip 2008 21:30:18
Odpowiedz 
Delta

To chyba zrozumiałe -otaczająca nas rzeczywistość wywiera duży wpływ na opinie
(A byt określa świadomość. )
Owszem, i nie ma w tym nic złego, o ile ma się wspomniany przeze mnie powyżej dystans do swoich przepowiedni.

Czyli nie da się? Nie znajdzie się wcześniej żadna idea, skupiająca wszystkich. Dlaczego wspólne działanie jest tylko w warunkach poczucia zagrożenia
Chyba mówimy o czymś trochę innym. Oczywiście, że ludzie potrafią ze sobą współpracować, potrafią zachowywać się altruistycznie, pomagać sobie i działać dla wspólnego dobra itd., ale to jeszcze nie znaczy, że są w stanie wszyscy zjednoczyć się w tym sensie, że będą stanowić jedną grupę i - co więcej - że tak właśnie sami siebie będą określać, tak będą o sobie myśleć. Wprawdzie np. Giddens zauważa, że ludzie we współczesnych społeczeństwach zachodnich tak siebie coraz częściej określają (ludzkość w epoce późnej nowoczesności to „my” bez „obcych"), ale paradoksalnie takie określanie swojej tożsamości jest jej określeniem poprzez odróżnienie się od tych "wsteczników", którzy wciąż definiują swoją tożsamość przez partykularne przynależności; więc znowu mamy określenie tożsamości poprzez to, kim nie jesteśmy.

to rzeczywiście psychologia -jakieś wpojone poczucie pilnowania własnego nosa, nie wychylania się poza własne środowisko, obawy, że to środowisko źle to przyjmie.
To, o czym piszesz, to żadna psychologia tylko czysta socjologia: normy społeczne w zachowaniach . Pytanie brzmi: skąd się biorą takie normy? Czy nie z dążenia do podtrzymania istnienia swojej grupy lub postawienia jej ponad inne?
Mówiąc o psychologii miałam na myśli raczej jakieś mechanizmy, które każą nam określać siebie również przez opozycję. Tak jakby istniał jakiś przymus: żeby określić kim jestem, muszę koniecznie określić jednocześnie, kim nie jestem.

W ten sposób bardziej lub mniej świadomie powiela na szerszą skalę to jak sam żyje i myśli. Instytucje socjalne, takie jak ubezpieczenie czy fundusze emerytalne są tego przykładem -ludzie po prostu doszli do wniosku, że więcej i pewniej odłożą na emeryturę lub jakąś czarną godzinę razem niż z osobna
Owszem, co nie zmienia faktu, że pojedynczej jednostce bardziej opłaca się skorzystać z dobrodziejstw tych systemów nie wnosząc w nie nic od siebie: zdefraudować pieniądze z ubezpieczalni, jeździć na gapę, wprowadzić dodatkową krowę na wspólne pastwisko. I takie działania rozwalają system, o ile nie ma kontroli społecznej (jeśli zakładamy wizję tępego homo oeconomicus) lub odpowiedniego systemu nieformalnych norm i związanych z nimi sankcji (kradniesz, jesteś zły i cię nie lubimy); który zresztą też na ogół musi zostać poparty zinstytucjonalizowaną kontrolą, albowiem delikwent może znaleźć sobie inną grupę odniesienia, która będzie akceptować jego niecne praktyki (chodź do nas, bracie, my też kradniemy, takie jest życie) .
Delta
Użytkownik
#53 - Wysłana: 12 Lip 2008 23:52:18
Odpowiedz 
Madame Picard
To, o czym piszesz, to żadna psychologia tylko czysta socjologia: normy społeczne w zachowaniach .

A czy te normy społeczne nie wpływają czasem na naszą psychikę? Ponadto nie wierzę, że kierujemy się w 100 % przypadków tym, że w naszym środowisku panuje taka a nie inna norma. To raczej jest pole w którym te dwie nauki (socjologia i psychologia) się spotykają.

Chyba mówimy o czymś trochę innym. Oczywiście, że ludzie potrafią ze sobą współpracować, potrafią zachowywać się altruistycznie, pomagać sobie i działać dla wspólnego dobra itd., ale to jeszcze nie znaczy, że są w stanie wszyscy zjednoczyć się w tym sensie, że będą stanowić jedną grupę i - co więcej - że tak właśnie sami siebie będą określać, tak będą o sobie myśleć.

Nie twierdzę, że mamy stanowić całkowicie jednolitą grupę, Społeczeństwo przecież składa się z wielu pomniejszych grup, wszystkie jednak wchodzą w skład jednego społeczeństwa, bo mają coś co je łączy (np. religię, historię, język, kulturę, nawet wodza). Tacy Trekowi Wolkanie czy Klingoni różnią się między sobą, należą do różnych grup w obrębie całego swojego społeczeństwa, a jednak jest coś co trzyma ich razem pomimo tego, że np. wśród Wolkan są przynajmniej dwie rasy charakteryzujące się kolorem skóry -rzecz, która ludzi do dziś dzieli.
No i właśnie -jak to jest, że na Ziemi pomimo tego, że więcej ludzi łączy niż dzieli, coś takiego, takie zjednoczenie, nie tylko nie nastąpiło, ale jeszcze bardziej się dzielimy? To niemal odwrotność dotychczasowego procesu, w którym, począwszy od pojedynczych szczepów, powstawały coraz większe społeczeństwa. Nie zrozum mnie źle, nie jestem przeciwnikiem odrębności kulturowej i zwolennikiem narzucania czegoś siłą, ale czy to czasem nie jest tak, że poprzez takie gloryfikowanie odrębności poszczególnych grup, sami doprowadzamy do tego, że możliwość zjednoczenia w jedno społeczeństwo, zamiast się zbliżać, oddala się? Czy jeśli tak jest, to nie powinniśmy tego uważać raczej za nieszczęście dla całości naszego gatunku, zamiast być dumnym z tego, że tyle nas różni, że nie jesteśmy w stanie stworzyć jednolitej struktury społecznej? Patrząc z boku nasi szpiczastousi przyjaciele mogli by powiedzieć, że nasza skłonność do odrębnych społeczeństw doprowadziła do wielu tragedii w naszej "krótkiej i burzliwej historii"

Owszem, co nie zmienia faktu, że pojedynczej jednostce bardziej opłaca się skorzystać z dobrodziejstw tych systemów nie wnosząc w nie nic od siebie:

Właśnie, że nie bardzo opłaca się, bo niezadowolona reszta wypracowała mechanizmy, które mają chronić ich interesy. Od podstawowego, o którym wspomniałaś: "kradniesz, jesteś zły i cię nie lubimy", po bardziej wyrafinowane jak system karny, który ma powodować, że "zbrodnia nie popłaca".
Poza tym przynależność do tej drugiej grupy, takich samych złodziei też może nie być dla danej jednostki korzystna, bo życie w niej może okazać się dużo cięższe/gorsze niż poza nią (stąd np. instytucja skruszonego świadka koronnego) więc po raz kolejny zachowanie jednostki i całej grupy opiera się na podstawowym aspekcie opłacalności lub nieopłacalności danego postępowania. "W głębi, każdy ma coś z Ferengi".
Madame Picard
Moderator
#54 - Wysłana: 13 Lip 2008 10:56:06
Odpowiedz 
Delta

To raczej jest pole w którym te dwie nauki (socjologia i psychologia) się spotykają.
Tak. Jedno i drugie się uzupełnia (choć ja jak zwykle wszędzie widzę socjologię, a psychologię tylko tam, gdzie się nie da czegoś wyjaśnić socjologią ).

Nie twierdzę, że mamy stanowić całkowicie jednolitą grupę,

jak to jest, że na Ziemi pomimo tego, że więcej ludzi łączy niż dzieli, coś takiego, takie zjednoczenie, nie tylko nie nastąpiło

To, co w końcu twierdzisz?
A odpowiedź, na pytanie dlaczego, już Ci napisałam: bo żeby określić siebie, potrzebujemy negatywnego układu odniesienia.
Można to nazwać zasadą McCoya: jestem lekarzem, nie <tu-wstaw-nazwę_innej_grupy> .

Właśnie, że nie bardzo opłaca się, bo niezadowolona reszta wypracowała mechanizmy, które mają chronić ich interesy. Od podstawowego, o którym wspomniałaś: "kradniesz, jesteś zły i cię nie lubimy", po bardziej wyrafinowane jak system karny, który ma powodować, że "zbrodnia nie popłaca".
Zasadniczo tak, ale nie jest to system perfekcyjnie działający; inaczej nie byłoby złodziei i innych, jak to się w socjologii określa, dewiantów.
Delta
Użytkownik
#55 - Wysłana: 13 Lip 2008 15:24:35
Odpowiedz 
Madame Picard
choć ja jak zwykle wszędzie widzę socjologię, a psychologię tylko tam, gdzie się nie da czegoś wyjaśnić socjologią

Też tak mam ale z inną dziedziną -ekonomią. Niemal jak Ferengi, który gdy inni na wycieczce podziwiają piękno okolicy to widzi głównie tylko surowce.

To, co w końcu twierdzisz?

Że nie jesteśmy w stanie stworzyć jednego społeczeństwa na Ziemi, czegoś w rodzaju jednego narodu. Tyle rzeczy mamy wspólnych z resztą ludzi na tej planecie, a jednak nie jesteśmy zjednoczeni.

A odpowiedź, na pytanie dlaczego, już Ci napisałam: bo żeby określić siebie, potrzebujemy negatywnego układu odniesienia.

Ale dlaczego ten negatywny układ odniesienia ma dotyczyć teraźniejszości, czyli innej grupy żyjącej w tym samym czasie co my. Dlaczego nie odnosimy się np. do społeczeństw z przeszłości, jak np. Picard czy Kirk mówiący, że kiedyś ludzkość była zła (negatywny układ odniesienia) ale dziś jest inaczej.

ale nie jest to system perfekcyjnie działający

Zgoda. Ale nic nie jest doskonałe.
Q__
Moderator
#56 - Wysłana: 26 Lip 2008 09:20:45
Odpowiedz 
Felieton Dukaja (w zasadzie to recenzja pewnej powieści SF służącej jako pretekst do ogólniejszych rozważań) porządkujący dawne wizje przyszłości i rozważający czemu nowych tak mało...

Tytuł adekwatny - "W Poszukiwaniu Straconych Przyszłości":
http://www.dukaj.pl/czytelnia/publicystyka/WPoszuk iwaniuStraconychPrzyszlosci
(Jest i o Treku.)
Q__
Moderator
#57 - Wysłana: 16 Sier 2008 22:46:07 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Jeszcze a'propos zmian klimatycznych...

W kontekście wczorajszych nawałnic dzisiaj oglądało mi się(powtarzanego przez TVP 1) "Twistera" jakoś zupełnie inaczej.

Wydał mi się bliższy życia i przez to silniej oddziałujący na emocje. Wszelkie urojone potworki z horrorów moga sie na tle prawdziwej grozy schować.
Lt Antkov
Użytkownik
#58 - Wysłana: 18 Sier 2008 15:46:25
Odpowiedz 
Ludzkość ma przyszłość. Cały czas jest przed naszymi oczami. Miesiąc temu, żyliśmy w spokoju, a dzisiaj w wiadomościach cięgle pokazują Gruzję i Rosję. Wszystko jest możliwe, niczego nie można zakładać z góry. Wcześniej ktoś napisał, że snucie jaka będzie przyszłość jest bezcelowa. Zgadzam się. Oglądając TNG zastanawiałem się czy panele dotykowe kiedykolwiek powstaną. A dzisiaj - proszę mamy iPod'a oraz iPhona. Technologia idzie wielkimi krokami na przód. Jedynym ograniczeniem jest ludzka psychika. Ktoś kiedyś powiedział, że nie liczy się to co posiadasz, ale to jakim jesteś człowiekiem. Niestety 95% populacji ludności bardziej ceni dobra materialne niż swoją duchowość i moralność. Nie liczy się jednostka tylko grupa. Wracając do konfliktu w Gruzji. Na prawdę myślicie, że Rosja wkroczyła do tego państwa tylko w celu ochrony swoich obywateli? Kraj, w którym panował ustrój opierający się na ludobójstwie? Prześladowali swoich obywateli, a teraz martwią się o swoich rodaków w obcym państwie. Chodzi o wpływy. Przez Gruzję płynie ropa, a ZSRR nie lubi konkurencji . Nie chcą, żeby Gruzini byli w NATO. Chce przez to wszystko powiedzieć, że musi sporo wody w Wiśle upłynąć, aby na świecie zapanował pokój. Wszyscy przywódcy poklepują się po plecach, zapewniają o przyjaźni tylko wtedy kiedy żadnej ze stron nie psuje to interesów. Co się stanie gdy wydobycie ropy się zmniejszy? Nie ma innego źródła energii rozpowszechnionego na tak duża skale. Całę nasze życie i egzystencja jest uzależniona od ceny ropy. Gdy drożeje, kupujemy mniej. Gdy tanieje... i tak się nic nie zmienia Cały czas chodzi tylko o wpływy.

Inna sprawa to przeludnienie. Ponoć do 2050 ma być na Ziemi 10 mld ludzi... Pyt kto to wyżywi... Znam wiele historii spiskowych, dotyczących planów redukcji populacji ludności do ok 2 mld. Tylko taka liczba zapewnia równowagę ekologiczną naszej planety. W tym celu służą takie choroby jak aids, sars, ptasia grypa i wiele innych, o których nie mamy pojęcia. Nie wiem czy To prawda. W każdym razie jeżeli przeludnienie będzie się zwiększać prędzej czy później konflikty będą wybuchać z większą częstotliwością i na większą skale
Domko
Użytkownik
#59 - Wysłana: 18 Sier 2008 15:50:05
Odpowiedz 
Na prawdę myślicie, że Rosja wkroczyła do tego państwa tylko w celu ochrony swoich obywateli?

Ani przez chwilę mi to nie przeszło przez myśl.

Gorzka prawda jest taka, że Rosja ma nadal zapędy imperialistyczne z czasów ZSRR - świadczą o tym choćby wypowiedzi ich włodarzy, gdy najechali Gruzję - jak mówiono o tym, że Polska zapłaci za mieszanie się, albo że Ukraina to bandycki kraj.
Jurgen
Moderator
#60 - Wysłana: 18 Sier 2008 16:12:23
Odpowiedz 
Inna sprawa to przeludnienie. Ponoć do 2050 ma być na Ziemi 10 mld ludzi... Pyt kto to wyżywi... Znam wiele historii spiskowych, dotyczących planów redukcji populacji ludności do ok 2 mld. Tylko taka liczba zapewnia równowagę ekologiczną naszej planety.

Ja tam słyszałem, że Ziemia jest w stanie wyżywić 6 razy tyle, co nas obecnie jest...
 Strona:  ««  1  2  3  4  5  6  »» 
USS Phoenix forum / Świat Star Treka / Czy ludzkość ma przyszłość?

Twoja wypowiedź
Styl pogrubiony  Styl pochylony  Obraz Łącza  URL Łącza  :) ;) :-p :-( Więcej emotikon...  Wyłącz emotikony

» Login  » Hasło 
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą tutaj pisać. Zaloguj się przed napisaniem wiadomości albo zarejstruj najpierw.
 
Wygenerowane przez miniBB®


© Copyright 2001-2009 by USS Phoenix Team.   Dołącz sidebar Mozilli.   Konfiguruj wygląd.
Część materiałów na tej stronie pochodzi z oryginalnego serwisu USS Solaris za wiedzą i zgodą autorów.
Star Trek, Star Trek The Next Generation, Deep Space Nine, Voyager oraz Enterprise to zastrzeżone znaki towarowe Paramount Pictures.

Pobierz Firefoksa!