USS Phoenix
Logo
USS Phoenix forum / Gry / Star Trek: Explorer (v2) - propozycja sesji
 Strona:  1  2  3  4  »» 
Autor Wiadomość
patryk089x
Użytkownik
#1 - Wysłana: 2 Lip 2012 09:12:18
Odpowiedz 
Wiele miesięcy temu była sesja ST: Explorer. Niestety uczestnicy, po części z braku czasu, po części ze znudzenia, a po dużej części z powodu moich błędów jako MG (które dopiero teraz dostrzegam) powykruszali się.

Jako iż samo tło sesji było, przynajmniej według mnie, bardzo ciekawe chciałbym zacząć nową grę o tej samej fabule, jednakże z pewnymi zmianami.

Fabuła wyglądała tak:

Rok 2432. Apogeum potęgi Federacji, dzięki "przpyadkowemu" zniszczeniu bajorańskiego tunelu podprzestrzennego i zniszczeniu sieci korytarzy Trans-Warp służących Borgowi do szybkiego przemieszczania się. Od strony rządu coraz częściej pojawiają się naciski na flotę do wzmożenia aktywności badawczej w kierunku rdzenia galaktyki. Wszyscy wiedzą, że Federacja chce się połakomić na tamte tereny, ale nikt tego głośno nie mówi.

W celu eksploracji tamtych terenów zawiązany zostaje FRKSA (Federation-Romulan-Klingon Science Alliance), w ramach którego następuje wymiana technologiami badawczymi, ludźmi oraz doświadczeniami między trzema stronami. Każdy okręt którejkolwiek ze stron, przeznaczony do prac badawczych zmienia oznaczenie na terytorium_będące własnością-numer-pozostałe_terytoria, czyli np. SS Explorer (F-01-RK). Takie okręty podlegają wspólnemu dowództwu, znajdującemu się w Khitomer.

Statek SS Explorer to pierwszy statek klasy Prometheus II, będący następcą Prometeusza. Odziedziczył on system rodzielania na trzy części, ma 30 pokładów, jest uzbrojony po brzegi. Na jego pokładzie znajdują się przedstawiciele wszystkich trzech stron sojuszu, oraz osobnicy z tzw. funduszu współpracy, mającego na celu wspomożenie rozwoju słabszych ras, dodania im nowych doświadczeń, oczywiście bez bezpośredniego przekazywania im nowych technologii - wszystko zgodnie z I Dyrektywą.

Na pewno moje doświadczenie jako GMa znacznie od ostatniego razu wzrosło, bo prowadziłem i uczestniczyłem w paru mniejszych sesjach na żywo. Na pewno chciałbym, żeby ta sesja była znacznie bardziej uporządkowana.

Są jacyś chętni do gry?
MarcinK
Użytkownik
#2 - Wysłana: 2 Lip 2012 09:21:28
Odpowiedz 
patryk089x:
Są jacyś chętni do gry?

Ja bym mógł. Ale taka sprawa, otóż w centrum galaktyki jest super-maywna czarna dziura i im bliżej tego centrum tym większe jest promieniowanie i jej oddziaływanie na gwiazdy, więc powstanie typowego trekowego życia jest mało prawdopodobne.
patryk089x
Użytkownik
#3 - Wysłana: 2 Lip 2012 09:28:33
Odpowiedz 
MarcinK

Federacja jest jeszcze bardzo daleko od tego rdzenia :P
To jest dopiero pierwsza misja Explorera. Kiedy okaże się, że dalej nie da się już lecieć, bo jest za duże niebezpieczeństwo to zawróci i misja będzie zakończona.
MarcinK
Użytkownik
#4 - Wysłana: 2 Lip 2012 10:38:28
Odpowiedz 
patryk089x:
Federacja jest jeszcze bardzo daleko od tego rdzenia :P

Ale gdy już będą w ćwierć drogi do rdzenia to promieniowanie będzie wyższe.
biter
Użytkownik
#5 - Wysłana: 2 Lip 2012 11:03:45
Odpowiedz 
MarcinK

To jest sesja RPG a nie magazyn popularno naukowy, tutaj nawet słonie mogą być różowe. Jeśli nie odpowiada ci fabuła to możesz przecież nie grać, trochę fantazji stary.
Q__
Moderator
#6 - Wysłana: 2 Lip 2012 11:08:32 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
MarcinK

MarcinK:
Ale gdy już będą w ćwierć drogi do rdzenia to promieniowanie będzie wyższe

Pamiętajmy jednak, że:
1. już Ent NX-01 był w stanie "nurkować" w koronie gwiazdy,
2. istnieje coś takiego jak deflektor,
3. Intrepid był w stanie wyrwac się zza horyzontu zdarzeń czarnej dziury (brednia nad brednie, ale kanon)... bo też, po prawdzie, napęd Warp - w swych maksymalnych ekranowych osiągach - zakrzywia czasoprzestrzeń silniej niż najmasywniejsze czarne dziury,
5. bohaterowie mogą się karmić jakimiś niedookreślonymi lekami antyradiacyjnymi jak w nBSG (bzdura na miarę poprzedniej, ale dość użyteczna), może ich też leczyć medyczna nanotechnologia jak w AND (furtkę ku temu zostawia wątek Seven, w jednym z barclay'owskich odcinków Ferengi i ich chciwa kopia holo-Barclay'a b. się nasładzają wizją medycznego zastosowania pozyskanych z jej ciała nanosond Borg, a mówimy wszak o czasach po VOY "Endgame").

biter

Nie rozpychaj się łokciami.

Dobra fabularna odpowiedź na wątpliwości Twojego Przedmówcy może być b. ciekawa (wątek zagrożenia ze strony czarnej dziury i jej promieniowania może uczynić akcję bardziej dramatyczną, i ciekawszą pod względem eksploracyjnym, o ile zostanie dobrze poprowadzony).
MarcinK
Użytkownik
#7 - Wysłana: 2 Lip 2012 11:11:15
Odpowiedz 
Q__
biter
Chodzi mi oto żeby w sesji, nowo odkryte rasy nie były kolejnymi ludźmi.
Q__
Moderator
#8 - Wysłana: 2 Lip 2012 11:14:43 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
MarcinK

Może podsuniemy patrykowi089x jakieś utwory hard SF (Baxter? Benford? Brin? V. Vinge? może White, choć jest mniej hard?) w roli inspiracji?
(Benford wskazany podwójnie, bo b. dokładnie - i plastycznie - opisał centralny region Galaktyki, na podstawie badań nad nim, w których uczestniczy. Znaczy: gotowych dekoracji dostarcza.)

BTW. pamietacie jak Ocean Solaris sterował swoją planetą, by zachowała stabilną orbitę? Może coś podobnie powodującego swoją planetą (lub całym jej układem - pamiętacie pomysły Laleczników... i Magogów?), by nie wpadła w zasięg centralnej czarnej dziury, owego benfordowskiego Zjadacza (wzgl. Zjadacza Wszystkich Rzeczy)?

EDIT:
patryk089x

Kawałek z Benforda na zachętę:

"Czarne dziury mają swego rodzaju pogodą.
Płyną z nich strumienie światła. Ich jądra zamieszkuje czerń, lecz tarcie rozgrzewa opadający gaz i pył. Strumienie te pełne są po brzegi wymuszonego promieniowania. Miotają nimi burze. Rozgrzane do białości tornada wirują i zasysają.
Z ogromnej dziury w samym środku Galaktyki bije na zewnątrz twardy, jadowity blask. Napiera bezustannie na stłoczone masy, które go okrążają, rozpychając się na swoich wyznaczonych orbitach. Grawitacyjna gardziel spłaszcza strumienie w wiecznie zapadający się ku środkowi, cierpiący z powodu pogody dysk.
Ciśnienie gorących fotonów tworzy pędzący wszystko przed sobą wiatr. Z wyjątkiem pasących się światłożerców. Dla nich ten wielki trący dysk jest źródłem pożywienia.
W dysku rozkwitają kwiaty ognia, wyrzucające ostre jęzory ultrafioletu. Burze światła.
Nad i pod dyskiem akrecyjnym, w unoszących się chmurach fotony rozbijają molekuły na atomy, odzierają atomy do gołego ładunku, ubijają cząsteczki na miazgą.
Chmury składają się z okruchów, pyłu, ziaren. Są już skazane przez tarcie ciężkości, jak prawie wszystko tutaj.
Prawie. Dla cienkich jak pajęczyna, unoszących się stad fotony są krynicą, źródłem życia.
Wiszą jak żagle wydęte elektromagnetycznym wiatrem. Pławią się w jadzie. Trwają.
Światłożerce pasą się cierpliwie. Niektóre są inframi, inne ultrami - nastrojonymi na wchłanianie konkretnych wycinków widma elektromagnetycznego.
Każdy gatunek ma charakterystyczny połysk i kształt. Każdy funkcjonuje w obrębie ewolucyjnej konieczności, rozkładając wielkie płaskie płaty receptorów. Każdy posługuje się pieśnią, żeby zachować orbitę i kąt.
Częściową obroną przeciwko tej gniewnej pogodzie jest informacja. Dane telemetryczne przemykają między płachtami stad. Stada śpiewają do siebie świetlnie w wieczny promienny dzień.
Unosząc się na ciśnieniu światła, rozpościerają się wielkie molibdenowe skrzydła wykończone na wysoki połysk. Namierzają, halsują na wietrze: magnetyczne momenty obrotowe w zespolonej dynamicznej sumie. Ich wiecznym, posuwistym tańcem rządzą decydujące siły. Zawiaduje nim inteligencja, którą ledwo wyczuwają, maszyny grasujące na dalszych, ciemniejszych szlakach.
Te apodyktyczne formy potrzebują energii z tego paleniska, a jednak same nie zapuszczają się zbyt blisko. Mądre i świadome własnej wartości nie podejmują ryzyka.
Czasami stada zamierają. Ogromne migoczące płachty złuszczają się. Wiele wpada w okryte całunem obłoki molekularne, które wkrótce same się wygotują. Inne tworzą opadający bezwładnie wir. Na długo przed zderzeniem z połyskliwym dyskiem twardy blask rozpuszcza ich kratownice. Wybuchają i płoną, siejąc zgubną, śmiercionośną energię.
Teraz po spirali zsuwa się leniwie większe zagrożenie. Opuszcza się z kryjówki gęstego, turbulentnego pyłu. Opada w kierunku zarządzającej masy, samej czarnej dziury. W pewnej chwili wstrzymuje opadanie rozpostartymi skrzydłami luster. Skrzydła przechylają się z gracją na fotonowej bryzie.
Soczewki obracają się, żeby wybrać ofiarę. Światłożerce zbijają się w gromadę, lekceważąc nakazy ponadczasowego programowania. A może zostały porwane przez strumień magnetyczny. Przyczyna nie ma znaczenia. Drapieżnik opuszcza się wzdłuż osi samej Galaktyki.
Tutaj nawigowanie jest proste. Daleko w dole rotacyjny biegun Zjadacza Wszystkich Rzeczy stanowi punkcik absolutnej czerni w środku powolnie wirującego, rozżarzonego dysku.
Stłoczone światłożerce wyczuwają opadający byt. Rozległe żeglujące stada poszukiwaczy światła rozszczepiają się, złuszczają, ukazując głębsze ciemnozłote płaszczyzny. Ich życie sprowadza się do połykania światła i wydalania wiązek mikrofalowych. Ich wewnętrzny świat obraca się wokół połykania, przemyślanego trawienia i systematycznego wydalania.
Łagodne przewody pokarmowe uciekają, natomiast te skupione bliżej osi mają niewielki moment pędu i nie mogą się obracać na magnetycznym punkcie podparcia. Niejasno przeczuwają swój los. Ich syczące mikrofale załamują się.
Niektóre śmigają w dół, mając nadzieję, że drapieżnik nie odważy się podejść tak blisko Zjadacza. Inne zbijają się w jeszcze liczniejsze gromady, jakby liczba gwarantowała bezpieczeństwo. Wręcz przeciwnie.
Metalożerca składa swoje lustrzane skrzydła. Smukły i szybki przyspiesza, rozbija stado swoim pancerzem, zagarnia je strumieniami. Metalowi żniwiarze rozpruwają światłożerce. Strzępy pędzą w dół czarnych korytarzy. Pola elektrostatyczne rozdzielają pierwiastki i stopy.
Ognie fuzji czekają na zmaltretowane szczątki. Tutaj rozdzielanie jest doskonale nastrojone, dostarczając czyste sztaby każdego pożądanego stopu. Wynikiem ostatecznej analizy jest masa i światło. Światłożerce żyły dla światła, a teraz kończą jako masa.
Smukły metalożerca nie raczy zauważać złuszczających się warstw, ich gigahercowych krzyków paniki. Są planktonem. Połyka je, nie rejestrując ich pieśni, bólu, lęku przed śmiercią.
A przecież metalożerca też jest częścią skomplikowanej równowagi. Gdyby on i jego rodzaj przepadły, orbitująca społeczność uległaby degeneracji, stałaby się mniej urozmaicona, monotonnie jednolita, niezdolna dostosować się do kaprysów Zjadacza. Mniej byłoby ujarzmionej energii, mniej odzyskanej masy.
Metalożerca trzebi mało efektywne światłożerce. Podporządkowany pradawnym kodom, wyostrzonym z biegiem czasu przez naturalną selekcję, wybiera słabsze. Łatwiej złapać te, które ześliznęły się na bezproduktywne orbity. Znajduje też upodobanie w smaku tych, które dopuściły do zmatowienia płatów receptorów pod wpływem soczystych pierwiastków śladowych wypluwanych przez gorący dysk akrecyjny. Metalożerca poznaje je po nakrapianym, ciemnym odcieniu.
W każdej piekielnie gorącej chwili miliony takich małych śmierci kształtują mechasferę.
Drapieżniki są liczne, ale nie brakuje też pasożytów. Tu i ówdzie na wypolerowanej powłoce metalożercy widnieją skałoczepy i pąkle. Te kluchy pomarańczowego brązu i ziemistej żółci żywią się przypadkowymi odpadkami ofiar. Umieją lizać przemykające wiatry materii i światła. Oczyszczają metalożercę z niechcianych naleciałości - resztek i pyłu, który z biegiem czasu może zatkać nawet najbardziej odporne mechanizmy.
Cała ta gmatwanina unosi się na ciśnieniu fotonów. Światło jest tutaj cieczą wylewającą się z rozżarzonych burz daleko w dole w wielkim trącym dysku. Bogate żniwa zasilają rozciągającą się na setki sześciennych lat świetlnych mechasferę - pajęczyna jej sektorów i przęseł przypomina armaturę niewyobrażalnego miasta.
Wszystko to ześrodkowane jest wokół jądra czarnego zapomnienia, mrocznej krynicy nieprzebranego bogactwa.
Na krawędzi oślepiającego dysku, nieświadome tutejszej pogody, wiruje osobliwe plamiste zniekształcenie w tkaninie przestrzeni i czasu. Niektórzy nazywają je Klinem, gdyż wbija się głęboko, a inni określają mianem Labiryntu.
Wygląda jak niewielkie załamanie w wyjącym szaleństwie. Tkwiąc na krawędzi anihilacji, rozgłasza swoją sztuczną butę.
A jednak żyje. Pyłek orbituje bezustannie obok najstraszliwszej naturalnej otchłani w Galaktyce: Zjadacza Wszystkich Rzeczy."


"Centrum Galaktyki, t.6: Żeglując przez wieczność"
patryk089x
Użytkownik
#9 - Wysłana: 2 Lip 2012 12:56:27
Odpowiedz 
MarcinK
Q__
biter

Spokojnie, tak jak powiedziałem podróż do centrum galaktyki będzie tylko pierwszą misją.
W fabułę dokładniej się będziemy zagłębiać jak się znajdą gracze. Mar cina już mamy. Biter, Q, skusicie się?
Q__
Moderator
#10 - Wysłana: 2 Lip 2012 13:05:12 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
patryk089x

patryk089x:
Spokojnie, tak jak powiedziałem podróż do centrum galaktyki będzie tylko pierwszą misją.

Nie wiem czy to dobrze... Na Twoim miejscu postawiłbym raczej na systematyczne poznawanie danej okolicy (standard wiadomych pięcioletnich misji, czy lotu Voyagera), podkreślając dziewiczość badanego terenu i - nieco po nBSGowsku - zdanie załogi na własne siły. (Przy tym jeśli astrofizyczny background ma być wiarygodny, a Obcy wyłamywać się ze schematu "humanoidów tygodnia" i radosnej tfu-rczości typu Xindi, to poruszane wątki wymagać będą raczej wgryzania się w nie intelektem i przez MG, i przez graczy, a nie radosnego przeskakiwania przez Problemy, jak przez płotki.)

BTW. skoro ta misja ma być pierwsza, a mówimy o eksploracji, to co potem? Slipstream i z galaktyki do galaktyki skokami konika szachowego?

patryk089x:
Biter, Q, skusicie się?

Mogę, ale jak mam grać to - żeby było jeszcze ciekawiej - albo Tamarianinem (powiedzmy, że w ramach tej czwartej puli, co to Cardassianie m.in), niech będzie, że otwartym, czyli mówiacym za pomocą symboli kulturowych ras z którymi miał do czynienia ("Napoleon pod Waterloo", "Kahless na tronie imperatora" etc.), albo Hortą o wysokim stopniu oficerskim z puli UFP.
Elaan
Użytkownik
#11 - Wysłana: 2 Lip 2012 15:30:54
Odpowiedz 
patryk089x

Witaj z powrotem.
Znajdziesz dla mnie jakiś kącik na Explorerze?
Jeśli nie będę przeszkadzać, rzecz jasna.
Q__
Moderator
#12 - Wysłana: 2 Lip 2012 16:15:38 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
patryk089x

I jeszcze cytat z Benforda gwoli zbudowania centralnogalaktycznego tła:

"Kapitan lubił spacerować po kadłubie statku.
Było to jedyne miejsce, gdzie czuł się naprawdę sam. Wewnątrz Argo stale panował gwar i ożywienie wywołane obecnością ludzi trzymanych przez dwa lata w ciasnej, chociaż, trzeba przyznać, przyjemnej przestrzeni kosmicznego statku.
Co gorsza, kiedy znajdował się wewnątrz, zawsze ktoś mógł nadepnąć mu na odcisk. Dla rodziny było o wiele lepiej, jeżeli wczesnym rankiem zostawiała go w spokoju. Zaraz po przebudzeniu starał się przekonać wszystkich o swoim paskudnym charakterze i działania te zaczęły przynosić pożądane skutki. Chociaż dzieci mogłyby nadal przybiegać do niego na górę i zarzucać go pytaniami, ostatnimi czasy zawsze znalazł się w pobliżu ktoś dorosły, kto odciągał natrętną młodzież.
Killeen nie lubił wykorzystywać tego grubymi nićmi szytego oszustwa - rano nie był bardziej poirytowany niż o jakiejkolwiek innej porze - lecz nie umiał znaleźć innego sposobu, żeby zachować odrobinę prywatności. Kiedy znajdował się na zewnątrz, nikt nie próbował wzywać go przez com, a żaden oficer nie śmiałby przejść przez śluzę, aby się do niego przyłączyć.
A teraz pojawił się o wiele ważniejszy powód, żeby tutaj nie przychodzić. Podczas spacerów po kadłubie stanowił doskonały cel dla stale obserwujących go oczu.
Tu, na zewnątrz, Killeen tak głęboko zamyślił się nad dręczącymi go problemami, że, jak to mu się często zdarzało, zapomniał o podziwianiu widoku i kontrolowaniu położenia wrogiej eskorty. Kiedy podnosił głowę i obejmował wzrokiem otaczający go krąg światła, najpierw widział kłębiące się, zakryte chmurami niebo. Wiedział, że to złudzenie, ponieważ nie było to planetarne niebo, a wypolerowana powłoka Argo nie stanowiła linii horyzontu. To tylko ludzki umysł trzymał się uporczywie wyuczonych w dzieciństwie wzorców. Błyszczące smugi błękitu, różu, kości słoniowej i jaskrawego oranżu nie były chmurami w zwykłym znaczeniu tego słowa. Ich fosforescencja pochodziła od słońc, pochłoniętych przez te ciała niebieskie. Nie tworzyła ich para wodna, ale zbieranina rojących się, napierających na siebie atomów. Roztaczały wokół światło, ponieważ uporczywie stymulowały je przysłaniane przez siebie gwiazdy.
Tam, na Śnieżniku, nie było nieba rozrywanego uwięzioną energią, niespokojnie błyskającą pomiędzy chmurami. Killeen obserwował rozbryzgi niebieskiego światła w pobliżu dużej, pomarańczowej kropli. Jej płynne zaokrąglenia pęczniały, a ona sama zwijała się i krzepła, tworząc migotliwe grzbiety, które zaraz się rozpryskiwały.
Czy tak właśnie przejawiały się na gwiazdach zmiany pogody? Śnieżnik cierpiał z powodu klimatu, który potrafił rozszaleć się w jednej chwili. Killeen przypuszczał, że na niewyobrażalnie wielką skalę podobnie mogło dziać się pomiędzy słońcami. Ponieważ nie rozumiał, w jaki sposób planety tworzą klimat i złożoną strukturę przypływów i prądów, powietrza i wody, przypuszczenie, że podobną tajemnicę kryło burzliwe życie gwiazd, nie sprawiało mu zbyt wielkiej trudności.
To niebo przeszywał gniew. W tyle za nimi krążył karmazynowy dysk Zjadacza. Jego wielka, buchająca gorącymi gazami paszcza pożerała całe słońca. Śnieżnik płynął w pobliżu tej drapieżnej gwiazdy i opuszczająca ją Argo musiała przedrzeć się przez strumień wpadającego do środka pyłu, który żywił potwora. Wielka kula miała na brzegach kolor spalonego cukru, a w miarę zbliżania się ku środkowi stawała się coraz bardziej czerwona. Bliżej wirowała jaskrawa żółć, a jeszcze bliżej żyła niebiesko-biała dzikość, wiecznotrwała kula ognia.
Spoglądając na zewnątrz, Killeen mógł ogarnąć wzrokiem cały układ, którego istnienie w tym miejscu przewidziały aspekty. Za ogorzałymi kłębowiskami pyłu czaiła się niczym srebrzysty duch cała Galaktyka. Podobnie jak Zjadacz była kulą, lecz nieporównanie większą. Killeen widział prastare obrazy przedstawiające obszary spoza Centrum - jeziora gwiazd. Lecz jezioro to nie marszczyło się i nie kipiało. Fale światła opływały niebo, jakby jakiś bóg wybrał Centrum na swoje ostateczne, jarzące się dzieło sztuki. Gwiazda, ku której zmierzali, wirowała przed nimi, pyłek pomiędzy zniszczeniem a burzą. Z nim wiązali teraz wszystkie nadzieje.
W tym rojowisku unosił się także ich wróg.
Popatrzył przez zmrużone powieki, lecz nie zdołał go dojrzeć. Argo zbliżała się do granicy czarnej chmury. Pojazd zmechów znajdował się prawdopodobnie gdzieś tutaj, w kryjącej wszystko ciemności. Gwiazda Abrahama wyzwalała się z potężnego całunu. Wkrótce Argo wydostanie się poza postrzępione brzegi chmury i odnajdzie swoje planety.
Ta myśl uderzyła go, ale zaraz ją odrzucił, pochłonięty rozgrywającym się dookoła spektaklem. Niebiosa emanowały pulsującym światłem, podobne do świecących bestii tonących w atramentowych morzach."


"Centrum Galaktyki, t.4: Przypływy światła"
mozg_kl2
Użytkownik
#13 - Wysłana: 2 Lip 2012 19:55:47
Odpowiedz 
Q__:
(brednia nad brednie, ale kanon)

Powinniśmy raczej jako fani, eliminować debilizmy z kanonu a nie powoływaćsię na nie i podtrzymywać. Szczególnie, żę wiem iż jest to bzdura do sześcianiu borga.

Fabuła troche fanboyowska ale raczej sie skuszę, jeśli można. Od jakiegosczasu mam smaka na sesje, nie trekową ale lepszy rydz niż nic.
patryk089x
Użytkownik
#14 - Wysłana: 3 Lip 2012 15:34:10
Odpowiedz 
Ok, więc mamy już 4 osoby:

mozg_kl2
Q__
MarcinK
Elaan

Jak mi się uda do jakiegoś kompa dostać, to zrobię listę postaci. Póki co jestem na wyjeździe i tylko z telefonu sprawdzam różne rzeczy
Q__
Moderator
#15 - Wysłana: 3 Lip 2012 16:07:29
Odpowiedz 
biter
Użytkownik
#16 - Wysłana: 3 Lip 2012 16:28:16
Odpowiedz 
patryk089x
wrzuć i mnie a co mi tam
Q__
Moderator
#17 - Wysłana: 3 Lip 2012 17:21:15
Odpowiedz 
mozg_kl2
Elaan
MarcinK
biter

Mam do Was mały apel Koleżanko i Koledzy Gracze... Skoro ma być eksploracyjnie i wogle, to eksplorujmy i inner space naszych bohaterów - znaczy grajmy albo Obcymi naprawdę egzotycznymi (z kanonu lub spoza; telepatyczna meduza Paradoksa bardzo mi się podobała), albo też, jeśli zdecydujecie się na klasyczne humanoidy należące do trekowych major races, niech każdy ich postępek wynika z dokładnie (po DS9owsku) przemyślanego kulturowego tła. A co!
mozg_kl2
Użytkownik
#18 - Wysłana: 3 Lip 2012 17:45:31
Odpowiedz 
Q__

przychylam się do posta. Sesja z q to zaszczyt.
MarcinK
Użytkownik
#19 - Wysłana: 3 Lip 2012 18:07:26
Odpowiedz 
Q__:
znaczy grajmy albo Obcymi naprawdę egzotycznymi (z kanonu lub spoza; telepatyczna meduza Paradoksa bardzo mi się podobała),

Czyli równie dobrze możemy ich sobie wymyślić jak również zaczerpnąć z innych uniwersów (granie Thingiem odpada )
Q__
Moderator
#20 - Wysłana: 3 Lip 2012 18:09:06 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
MarcinK

Pytanie do MG zasadniczo... (Ale zważywszszy, że TAS czerpał...)
mozg_kl2
Użytkownik
#21 - Wysłana: 3 Lip 2012 18:25:48
Odpowiedz 
MarcinK

podbijam pytanie. Inna bajka, że Thing był też na mojej liście.
biter
Użytkownik
#22 - Wysłana: 3 Lip 2012 18:37:28
Odpowiedz 
Q__

Pragnę koledze przypomnieć, iż DS9 jest moją serią ulubioną i wielokrotnie chwaliłem ją na powyższym forum nie jedynie za poważniejszy ton określany często jako militaryzm ale, przede wszystkim, za mocno rozbudowane postacie, szczególnie te drugoplanowe.

Jeśli zaś chodzi o nietypowe postacie to jak najbardziej uda się mi coś stworzyć.
Q__
Moderator
#23 - Wysłana: 3 Lip 2012 18:54:48
Odpowiedz 
mozg_kl2
MarcinK

Z tym, że jeśli Thing grający w drużynie Dobra, to zakładam, że czytaliście "Rzeczy" P. Wattsa (tam biologia i sposób myślenia tego gatunku są dość dokładnie opisane)?
MarcinK
Użytkownik
#24 - Wysłana: 3 Lip 2012 20:40:31
Odpowiedz 
Q__:
grający w drużynie Dobra,

To zależy kto co uważa za dobro
Eviva
Użytkownik
#25 - Wysłana: 3 Lip 2012 20:43:10 - Edytowany przez: Eviva
Odpowiedz 
MarcinK:
To zależy kto co uważa za dobro

Jak powiedziałby Trurl, to zależy od stopnia rozwoju, bo gdzie nie ma inteligencji w naszym rozumieniu, tam nie ma naszej interpretacji Dobra i Zła:

- Dobro to to, gdy ja zjem, a zło, jeśli mnie zjedzą.

Dopiero gdy istota przestaje być zwierzęciem, a zaczyna być "człowiekiem" (lub czymś takim) pojęcia te ulegają rozszerzeniu.
Q__
Moderator
#26 - Wysłana: 3 Lip 2012 20:54:53 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
MarcinK

Tylko widzisz... Thinga-piątą kolumnę to zagrać raczej łatwo, ciekawsze wydaje mi się zagranie Thingiem, który chce współpracować dla wspólnego celu, acz b. nieintuicyjna jest dla niego myśl, że te małe "nieszczęsne" istoty nie chcą stanowić jedności, odrzucajac to co na jego planecie uchodzi za najwyższe dobrodziejstwo...

Cytując w/w opowiadanie Wattsa:

"MacReady.
Patrzymy na siebie i zachowujemy dystans. W moim wnętrzu kolonie komórek niepewnie się przekształcają. Czuję, jak moje ciało i organy ponownie się definiują.
– Jesteś jedynym, który przetrwał?
– Nie, nie jedynym.
Mam miotacz ognia. Mam przewagę. MacReady jakby nie zwraca na to uwagi.
Jednak zwraca. Musi. W tym miejscu, tutaj i teraz, tkanki i organy nie są chwilowymi sojusznikami na polu bitwy, są trwałe i z góry określone. Makrostruktury nie pojawiają się wtedy, gdy korzyści ze współpracy przekraczają jej koszty i nie znikają, gdy równowaga przechyla się w drugą stronę; tutaj każda komórka ma swoją niezmienną funkcję. Brak w tym świecie plastyczności, nie ma sposobu adaptacji, każda struktura zastygła w swoim kształcie i miejscu. To nie jest jeden wielki świat, ale mnóstwo maleńkich. Nie są to części czegoś większego, one same są czymś. Są mnogie.
I to oznacza – jak sądzę – że się zatrzymały. Że trochę grają na zwłokę.
– Childs, gdzie byłeś?
Przypominam sobie słowa z wygaszonych narośli.
– Wydało mi się, że widzę Blaira. Poszedłem po niego. I zgubiłem się w śnieżycy.
Nosiłem te ciała i czułem je od środka. Zbolałe stawy Coppera. Zgięte plecy Blaira. Chore serce Norrisa. Nie są zbudowane, żeby przetrwać. Nie kształtowała ich somatycznie ewolucja, nie było tu zespolenia do odtwarzania biomasy i przeciwstawienia się entropii. Nie powinny nawet istnieć, a istniejąc nie powinny przetrwać.
A jednak próbują. Jakże usilnie próbują. Każda istota tutaj jest chodzącym trupem, i każda walczy jak może, by przetrwać odrobinę dłużej. Każda powłoka walczy tak desperacko, jak ja bym walczył, gdyby owa jedyna była wszystkim, co mógłbym mieć.
MacReady próbuje.
– Gdybyś się o mnie martwił... – zaczynam.
MacReady potrząsa głową i nikło się uśmiecha.
– Nawet gdybyśmy mieli dla siebie jakieś niespodzianki, nie sądzę, żebyśmy byli w stanie coś z tym zrobić.
Ależ jesteśmy. Przynajmniej ja.
Cała planeta światów i ani jeden z nich – ani jeden – nie ma duszy. Kroczą przez swoje istnienia oddzielnie i samotnie, niezdolni do komunikowania się ze sobą poza stęknięciami i przekazywaniem sobie symboli; jakby istotę supernowej czy zachodu słońca można było zamknąć w ciągu jęków, czy wydrapać czarno na białym. Nigdy nie zaznały zespolenia, nie masz przed nimi niczego prócz rozpadu. Paradoks ich biologii jest zdumiewający, owszem, ale pokonuje mnie myśl o daremności ich istnienia.
Byłem tak ślepy, tak pochopnie ich obwiniałem. Przemoc, jakiej doznałem z rąk tych istot nie odzwierciedla większego zła.
One po prostu przywykły do bólu, oślepia je niemożność i nie potrafią wyobrazić sobie innej egzystencji. Gdy każdy nerw jest obnażony, oddajesz nawet najlżejsze dotknięcie.
– Co powinniśmy zrobić? – zastanawiam się. Nie mogę uciec w przyszłość, nie teraz, gdy poznałem prawdę o nich. Jakże mógłbym je teraz zostawić ich własnemu losowi?
– A niby czemu mielibyśmy robić cokolwiek? – podsuwa MacReady. – Poczekajmy i zobaczmy, co się stanie.
Ja mogę zrobić znacznie więcej.
To nie będzie łatwe. Nie zrozumieją. Udręczeni, niekompletni nie mogą zrozumieć. Stojąc przed możliwością zespolenia się w większą całość, zobaczą konieczność utracenia mniejszych elementów. Gdy im się ofiaruje zespolenie, zobaczą tylko unicestwienie. Muszę postępować ostrożnie. Muszę wykorzystać niedawno odkrytą umiejętność ukrywania się. Przyjdą tu inne rzeczy i nieważne, czy znajdą żywych czy martwych, istotne jest, by znaleźli sobie podobnych, których zabiorą do domu. Będę się trzymał pozorów. Będę pracował z ukrycia. Uratuję ich od środka albo ich niewyobrażalna samotność nigdy się nie skończy.
Biedne dzikusy nigdy się nie pogodzą ze zbawieniem.
Zbawienie trzeba im wmusić."


Federacja - i jej wymyślona przez naszego MG rozbudowana wersja - oparte są na kompromisie. Jak wyglądał konlikt Thing/ludzie wynikły zresztą, jak widzimy, z najlepszej woli obu stron, wiemy. Wymyślenie kompromisu miedzy tak odległymi od siebie stylami postrzegania rzeczy wydaje się być znacznie ciekawszym zadaniem...
Elaan
Użytkownik
#27 - Wysłana: 4 Lip 2012 12:31:13
Odpowiedz 
patryk089x

Przepraszam za zamieszanie, ale ja jednak zrezygnuję.
Na potrzeby sesji o charakterze stricte naukowo-badawczym, moja znajomość astronomii, fizyki kwantowej, bardzo obcych ras, czy też pełni kulturowego tła głównych humanoidalnych ras z Treka, wynosząca zero do siódmego miejsca po przecinku, jest absolutnie niewystarczająca.
Życzę zatem, Kolegom Graczom, szerokiej przestrzeni i dobrej zabawy - i znikam.
Q__
Moderator
#28 - Wysłana: 4 Lip 2012 13:25:31
Odpowiedz 
Elaan

Wiesz, ja bym tego tak nie widział... Zawsze możesz zagrać humanoida reprezentującego "miękką" dziedzinę wiedzy w dodatku nieotrzaskanego z niehumanoidami i dopiero uczącego się z nimi koegzystować. To co postrzegasz jako braki da się na potrzeby sesji przekuć w zalety...
Elaan
Użytkownik
#29 - Wysłana: 4 Lip 2012 14:02:40
Odpowiedz 
Q__

W pierwszej odsłonie Explorera moja postać była pół-Klingonką.
Lubiłam ją, ale nigdy nie ośmieliłabym się poprowadzić jej, gdybym miała oddać charakter, zachowanie, czy też upodobania osoby przestrzegającej ściśle zasad klingońskiej kultury.
Byłoby to z góry skazane na porażkę, bo po prostu ich nie znam. I tyle.
Oczywiście, zawsze pozostaje mi stanowisko sternika, ale nawet w tej roli u Jurgena marnie sobie radzę, więc...
Q__
Moderator
#30 - Wysłana: 4 Lip 2012 14:21:47
Odpowiedz 
Elaan

Elaan:
W pierwszej odsłonie Explorera moja postać była pół-Klingonką.
Lubiłam ją, ale nigdy nie ośmieliłabym się poprowadzić jej, gdybym miała oddać charakter, zachowanie, czy też upodobania osoby przestrzegającej ściśle zasad klingońskiej kultury.
Byłoby to z góry skazane na porażkę, bo po prostu ich nie znam. I tyle.

I na to jest rada. Pół-Klingonka wychowana z dala od klingońskiej kultury...
 Strona:  1  2  3  4  »» 
USS Phoenix forum / Gry / Star Trek: Explorer (v2) - propozycja sesji

Twoja wypowiedź
Styl pogrubiony  Styl pochylony  Obraz Łącza  URL Łącza  :) ;) :-p :-( Więcej emotikon...  Wyłącz emotikony

» Login  » Hasło 
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą tutaj pisać. Zaloguj się przed napisaniem wiadomości albo zarejstruj najpierw.
 
Wygenerowane przez miniBB®


© Copyright 2001-2009 by USS Phoenix Team.   Dołącz sidebar Mozilli.   Konfiguruj wygląd.
Część materiałów na tej stronie pochodzi z oryginalnego serwisu USS Solaris za wiedzą i zgodą autorów.
Star Trek, Star Trek The Next Generation, Deep Space Nine, Voyager oraz Enterprise to zastrzeżone znaki towarowe Paramount Pictures.

Pobierz Firefoksa!