USS Phoenix
Logo
USS Phoenix forum / Różności / Startrekowe aluzje
 Strona:  ««  1  2  ...  26  27  28  29  30  ...  41  42  »» 
Autor Wiadomość
Arek
Użytkownik
#811 - Wysłana: 22 Paź 2009 14:19:46
Odpowiedz 
Znajomy ostatnio wysłał mi ten filmik
http://www.youtube.com/watch?v=9ZtWABLuWHo

Czy poznajecie gościa którego widać od 2:50 do 2:53?


A jak tak kiedyś przeglądałem YT znalazłem to:
http://www.youtube.com/watch?v=I-LjZ8o_6Kg

Od 0:18 do 0:22
Nie kojarzy wam się to z czymś?
Doctor_Who
Użytkownik
#812 - Wysłana: 12 Lis 2009 13:25:12
Odpowiedz 
Nie jest to aluzja, ale czytam sobie ostatnio na studiach nt. oporu pracowników wobec zmian a nagle patrzę się na autora artykułu i nazywa się on... Tomasz Parys . Tłumaczyć dlaczego wybuchnąłem śmiechem znajomym nawet nie próbowałem.
Arek
Użytkownik
#813 - Wysłana: 12 Lis 2009 14:29:01
Odpowiedz 
Ostatnio grałem sobie w Starcrafta po LANie, i po wybraniu medyczki słyszę taką odzywkę:
State the nature of medical emergency
michstach
Użytkownik
#814 - Wysłana: 12 Lis 2009 15:24:14
Odpowiedz 
Oglądałem sobie film "Sobowtór" (taka komedia o notorycznym kłamcy), w którym w jednej z początkowych scen pacjent kliniki psychiatrycznej wciela się w rolę kapitana Kirka, dając w imieniu załogi (wymienia tu Spocka, Scotty'iego, Bones'a) prezent w postaci wielkiego kapelusza, który zdobył kiedyś na Rigel IV
Alucard87
Użytkownik
#815 - Wysłana: 13 Lis 2009 23:36:46
Odpowiedz 
Arek
W starcrafcie jest jeszcze więcej takich podobnych. Choćby (chyba wspomniany wcześniej) Terran Battlecruiser i jego "Shields up, weapons online!"
Christof
Użytkownik
#816 - Wysłana: 16 Lis 2009 00:43:08
Odpowiedz 
Alcard87

Jeśli idzie o Terran Battlecruiser, to najbardziej trekowo kojarzy mi się jego "Engage"
Alucard87
Użytkownik
#817 - Wysłana: 16 Lis 2009 01:08:52
Odpowiedz 
Alucard87
A mnie najbardziej kojarzy się Goliath
Q__
Moderator
#818 - Wysłana: 9 Gru 2009 18:04:37 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Cthultystyczna aluzja - nie do Treka akurat, a do nBSG:

"Shoggots were created by Elder Things...
They evolved...
They rebelled..."


(Pochodzi z GG theczarka.)
Alucard87
Użytkownik
#819 - Wysłana: 9 Gru 2009 18:14:52
Odpowiedz 
Q__
Ja to chyba w jakimś filmiku, czy komiksie widziałem...
O, mam... http://www.macguff.fr/goomi/unspeakable/vault200.h tml
Q__
Moderator
#820 - Wysłana: 11 Gru 2009 17:18:20 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Drobna aluzyjka w tytule wpisu na blogu:
http://www.whiterose.org/pete/blog/archives/009415 .html
(Następny wpis też niesie, w tytule, aluzję tyle, że do.. "Aliena".)

ps. i jeszcze jeden smaczek - facet (policjant z "Batmana") nosi brodę jak Sisko:
http://en.wikipedia.org/wiki/Crispus_Allen
Przypadek?
Q__
Moderator
#821 - Wysłana: 14 Gru 2009 15:16:52
Odpowiedz 
Cytat z "Ze wspomnień Ijona Tichego":

"Moi drodzy — nie mówiłem o tym nigdy, ale Kosmos jest przede wszystkim zaludniony istotami takimi jak my. Nie tylko człekokształtnymi, ale podobnymi do nas jak dwie krople wody. Połowa zamieszkanych planet — to Ziemie, trochę większe, trochę mniejsze, o klimacie zimniejszym lub bardziej tropikalnym, ale cóż to za różnice? A ich mieszkańcy… Ludzie — bo to są w końcu ludzie — też tak przypominają nas, że różnice podkreślają tylko podobieństwa. Że nie opowiadałem o nich? Czy to dziwne? Pomyślcie. Patrzy się w gwiazdy. Przypominają się różne zdarzenia, różne obrazy stają przede mną, ale najchętniej wracam do niezwykłych. Może są i straszne albo niesamowite, albo makabryczne, nawet śmieszne, a przez to wszystko nieszkodliwe. Ale patrzeć w gwiazdy, moi drodzy, i wiedzieć, że te małe, błękitne iskierki to — kiedy postawić na nich nogę — państwa brzydoty, smutku, niewiadomości, wszelakiej ruiny — że tam, w granatowym niebie, też roi się od starych ruder, brudnych podwórzy, rynsztoków, śmietników, cmentarzy pozarastanych — czy opowieści kogoś, kto zwiedził Galaktykę, mają przywodzić na myśl narzekania domokrążcy tłukącego się po prowincjonalnych miasteczkach? Kto by go chciał słuchać? I kto by mu uwierzył?"

Czyż to nie przywodzi na myśl Treka?
Alucard87
Użytkownik
#822 - Wysłana: 23 Gru 2009 08:37:45
Odpowiedz 
yahoo
Użytkownik
#823 - Wysłana: 30 Gru 2009 23:56:29
Odpowiedz 
W Call of Duty: Modern Warfare 2 jest Sierżant McCoy. Póki co nic w stylu Bonesa nie powiedział ;)
Leila
Użytkownik
#824 - Wysłana: 31 Gru 2009 11:16:31
Odpowiedz 
Cóż, jest naprawdę wielu McCoyów...
Maura
Użytkownik
#825 - Wysłana: 31 Gru 2009 11:35:31
Odpowiedz 
Program "Sci-Trek" na Discovery. Hasła reklamowe to "wiedzieć, czego jeszcze nikt nie wie", "dotrzeć, gdzie jeszcze nikt nie dotarł" i jeszcze jedno tego typu.
Q__
Moderator
#826 - Wysłana: 2 Lut 2010 13:53:37
Odpowiedz 
Cały S1999 był w jakims stopniu nawązaniem do Treka, ale w trailerze do filmu-kompilacji "Space:1999 - Journey Through the Black Sun" pojechali po całości:
http://www.youtube.com/watch?v=Tb_L_rluMEo
michstach
Użytkownik
#827 - Wysłana: 2 Lut 2010 19:49:01
Odpowiedz 
W jednym z ostatnich odcinków Pogromców Mitów sprawdzany był Star Trekowy mit - scena pokonania Gorna przez Kirka przy pomocy wyłacznie materiałów dostępnych na miejscu, łącznie z wykonaniem prochu i działa z bambusa. Niestety okazało się to niemożliwe Ale w odcinku było wiele charakteryzacji i scen a'la Star Trek
Odcinek to konkretnie "Mini Myth Mayhem" (sezon 7 odc. 23)
Q__
Moderator
#828 - Wysłana: 26 Mar 2010 16:21:46 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Majac czas na myłsenie, z braku możłiwości pisania myślałęm nad róznymi mądrzejszymi lub głupszymi rzeczami i m.in. doszedłem do wnoisku, że Kryptonijczycy z Supermana w wydaniu Byrne'a (czyli w modern verssion) b. przypominaja Wolkan, tylko bardziej sukinsynowatych (coś a'la wczesny Xon ): chłód, logika i w mordę każdego kto mniej chłodny niż my.

ps. link torche a'propos:
http://thatsmyskull.blogspot.com/2006/05/john-byrn e-mothers-day.html

a to jeszcze a'propos twórczości J. Byrne'a (klasyka amerykańskiego komiksu, też SF - poza eSkiem pracował przy Fantastic Four, West Coast Avengers, X-Men - znakomita "Dark Phoenix Saga", Alpha Flight, Green Lantern - nie mniej znnakomita "A Ganthet's Tale") zwł, że facet ostatnio rysuje ST za ST dla IDW:
http://www.bleedingcool.com/2009/06/11/john-byrne- and-erik-larsen-it-must-be-love

EDIT: i wywiad z Byrnem nt. Treka (w tym jego trekowej twórczości, ale nie tylko):
http://forum.newsarama.com/showthread.php?t=141750
Alek Roj
Użytkownik
#829 - Wysłana: 30 Mar 2010 23:24:58 - Edytowany przez: Alek Roj
Odpowiedz 
Niemiecka grupa Kraftwerk w utworze "Home Computer" (z płyty "Computer World" z 1981 r.) zapodała taki tekst:
I program my home computer
Beam myself into the future



Eviva:
Kiedy byłam piękna i młoda (...) czytałam książkę Marty Tomaszewskiej o Tapatikach. Obecnie jest ona chyba zapomniana, a szkoda. Występuje tam niejaki Gurul - przystojny, młody przedstawiciel czegoś w rodzaju arystokracji planetarnej, cholernie sztywny i ceremonialny, ale w potrzebie można na niego liczyć.
No wypisz, wym,aluj klon Spocka!

Żeby było jeszcze zabawniej: w książce "Tapatiki contra Mandiable" (trzeciej z cyklu, liczącego bodaj cztery tomy), gdy statek Tapatików jest "ściągany" przez Planetę Widmo, Dziadek komentuje: "Jak z mojej strony popatrzeć, to to nie jest planeta, tylko pączkująca ameba. Zaraz w nią plaśniemy".
Eviva
Użytkownik
#830 - Wysłana: 31 Mar 2010 17:18:10
Odpowiedz 
Alek Roj:
Dziadek komentuje: "Jak z mojej strony popatrzeć, to to nie jest planeta, tylko pączkująca ameba. Zaraz w nią plaśniemy".

To akurat powiedział Bimbel
kanna
Użytkownik
#831 - Wysłana: 31 Mar 2010 17:25:55
Odpowiedz 
Miałam słuchowisko na kasecie z Tapatikami były tam super piosenki. Książki tio chyba nigdy nie czytałam
Eviva
Użytkownik
#832 - Wysłana: 31 Mar 2010 18:10:50
Odpowiedz 
kanna

Hehe, zawsze można pożyczyć. Warto przeczytać, warto, bo dobra.
Alek Roj
Użytkownik
#833 - Wysłana: 1 Kwi 2010 00:05:27 - Edytowany przez: Alek Roj
Odpowiedz 
Eviva:
To akurat powiedział Bimbel

Dzięki.

Przypomniało mi się coś. Pierwszy napotkany mieszkaniec Ziemi (bodajże Piastek?) pyta Tapatików, którzy przed chwilą wylądowali: "Czy wy na pewno nie jesteście z telewizji?". Dobre podsumowanie. W Tapatikach - fantastyce dla dzieci - dorosły czytelnik może się faktycznie dopatrywać delikatnej kpiny z telewizyjnej fantastyki z jej bad science.
Tomaszewska była w ogóle znakomita w dowcipnym przetwarzaniu schematów popkultury. Pamiętam tej samej autorki "Zamach na wyspę" - to z kolei taki "Bond dla dzieci".

A książki o Tapatikach chyba zostały wznowione. O ile się nie mylę.
4_z_Szesciopaka
Użytkownik
#834 - Wysłana: 2 Kwi 2010 14:31:29
Odpowiedz 
Jurgen
Moderator
#835 - Wysłana: 2 Kwi 2010 14:36:08
Odpowiedz 
4_z_Szesciopaka

Nie wiem, ale jakoś balbym sie w tej czarno-czerwonej nurkować.
Adek
Użytkownik
#836 - Wysłana: 2 Kwi 2010 15:00:37
Odpowiedz 
Jurgen:
Nie wiem, ale jakoś balbym sie w tej czarno-czerwonej nurkować

Ja chyba też.
Q__
Moderator
#837 - Wysłana: 5 Kwi 2010 13:17:56 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Skupieni w zeszłym roku na fandomowej przepychance przegapiliśmy cos fajnego (na co natrafiłem całkiem przypadkiem, szukając danych nt, nowej misji Discovery).

Otóż 21 misja do ISS (zwana po prostu "Expedition 21" lub "Expedition XXI"), była pierwszą misją NASA, która posługiwała się plakatem, na którym astronauci pozowali w mundurach z TNG:

http://onorbit.com/node/1154
http://www.universetoday.com/2009/06/25/expedition -21-star-trek-poster/

Jednym z powodów takiej decyzji był zapewne fakt, że w ramach tej ekspedycji dowódcą ISS został po raz pierwszy Europejczyk (konkretnie Belg) Frank de Winne, porównywany b. chętnie z innym europejskim kosmicznym dowódcą - J.-L. Picardem:
http://www.bbc.co.uk/blogs/thereporters/jonathanam os/2010/03/frank-de-winne.shtml

(Nie wiem czy puścić to na stronę głowną za jakiś tydzień jako "spóźnionego newsa", czy wstrzymać się i przypomnieć o sprawie w rocznicę startu w/w ekspedycji.)

ps. a to jeszcze a'propos w/w "Tapatików":
http://www.esensja.pl/ksiazka/publicystyka/tekst.h tml?id=9960
http://www.esensja.pl/ksiazka/recenzje/tekst.html? id=1014
Q__
Moderator
#838 - Wysłana: 24 Kwi 2010 11:30:42 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
I znowu coś co nazywam "trekową aluzją a'rebours". Zapewne pamięacie tą słynną scenę gdzie Data umila sobie nudę kosmicznych podróży w towarzystwie wybitnych fizyków przeszłosci, grajac z nimi w pokera. (Oczywiście gra, grą ale na dyskusje o kosmologii też schodzi):

http://www.youtube.com/watch?v=5O31qRH3O6c

Otóż nie wiem, czy Moore był pilniejszym czytelnikiem Lem niż by sie zdawało, czy takie memy (MP nie bij) po świecie krążyły, czy po prostu (tak lubiany przez Lema) Przypadek zrządził, ale w "Wizji lokalnej", parę dobrych lat przed emisją odcinka "Descent", mamy identyczny sposób zabijania nudy kosmicznych podróży, którą to nudę Ijon Tichy leczy otaczając się symulacjami wybitnych, tyle, że nie fizyków, a filozofów przeszłości.

"Dałem sobie zamontować na pokładzie dyskuter. Jak sama nazwa wskazuje, taki kompanion ma wspierać rozmowami, a jeszcze profesor Bourre de Calance postarał mi się o najnowszy model, rozszczepienny. Nabyłem makiety wszystkich osób, z którymi chętnie uciąłbym pogawędkę. To dziwne, jak prosta jest idea tych makiet i jak długo nikt nie mógł na nią wpaść. Robią bioelektryczny portret upatrzonego, bitują go, czyli pakują do programu i w postaci najzwyklejszej kasety wtyka się go do dyskutera, jedno przytyknięcie palcem i ot, znajomy głos rozlega się w pomieszczeniu, a przy tym nie jest to żadna osoba i można bez krępacji w każdej chwili ją zgasić, wstawić kasetę z inną albo pójść spać. Oczywiście pewne minimum przyzwoitości, savoir–vivre’u należy zachować w takich stosunkach, nie żeby się zmakietowany mógł obrazić, nie powinien bo to jest jego czysto racjonalny ekstrakt, wyciąg, ale dla osobistej higieny umysłowej pewnych form obejścia wypad przestrzegać. Dobrze mieć na pokładzie taką psychotekę, ale nie zawadzi orientacja, jak to z nią jest właściwie. Na głupi rozum każda książka kucharska zawiera wszystkie informacje potrzebne, dajmy na to, do wypieku tortów orzechowych; jednakowoż torty, sporządzone według tego samego .przepisu przez dwie różne gospodynie są akurat tak niepodobne, jak Chopin, kiedy go gra Rubinstein i kiedy ja go gram. Przepis, choć zawiera wszystko, jest martwy i trzeba tchnąć weń życie, żeby rozkwitł. Masowe cukiernictwo, raz wreszcie trzeba to powiedzieć wyraźnie, stanowi formę płatnej prostytucji, a nie miłosnego oddania. Podejście do tortownicy musi być indywidualne, a nawet, powiedziałbym, natchnione poczuciem misji i dlatego tort, gdy oprócz świeżych orzechów weszły weń delikatne, świeże uczucia, zachowuje pod łyżeczką jakąś, powiedziałbym, dziewiczą intymność, jakby się dawał jeść po raz pierwszy na świecie. Otóż komputer–dyskuter to książka kucharska; formalnie biorąc zawiera wszystko, ale temu wszystkiemu na niczym nie zależy, temu wszystkiemu jest wszystko jedno, i dopiero makieta konkretnego człowieka robi z tych biernych złogów wiadomości duchowy użytek, czyli serwuje mądrość. Jednym słowem chodzi o styl. Zamówiłem sobie paru luminarzy luzanistyki, Bertranda Russella, Poppera, Feyerabenda, Finkelsteina, Szekspira oraz samego Einsteina./.../ Przyjrzałem się tym kasetom. Na każdej figurowało nazwisko a pod nim instrukcja obsługi oraz czerwony napis LIVE lub POST MORTEM. Oczywiście kaseta Szekspira nosiła hasło POST MORTEM, a Finkelsteina — LIVE, bo ten żył, a tamten nie, lecz jakie miało to znaczenie przy reprodukcji? Zajrzałem do książki obsługi personalizatora i dowiedziałem się, że osobowość zmarłych ekstrahuje się z ich dzieł zebranych, co sprawia między innymi, że wskrzeszeńcy nie mówią tak, jak mówili za życia, lecz jak pisali, a więc dajmy na to poeci — wyłącznie wierszem. Jak to w instrukcjach, było tam mnóstwo niezrozumiałych terminów fachowych i niejasności, w rodzaju uwagi, że im kto dawniej zmarł, tym jest mniej „pouczalny” i dlatego nie zaleca się rezurgować osób pradawnych nikomu z wyjątkiem historyków, bo nikt inny nie zdoła nawiązać z taką postacią konwersacji, chyba że się dysponuje eksplikatorem. Nie powiem, żeby to mi rozjaśniło w głowie, więc po krótkim namyśle włożyłem do komputera kasetę z Rupertem Trutti, licząc na to, że jako professor of computer science udzieli mi pożądanych wyjaśnień. Jakoż po naciśnięciu klawisza „GO” usłyszałem przyjemny baryton i usiadłszy, słuchałem go nieco zdziwiony, że wcale nie czekał na moje pytania, lecz sam mówi jak najęty.
— Jestem Rupert Trutti z Massachusetts Institute of Autofuturotogy i zajmuję się, jak wskazuje nazwa mej uczonej siedziby, prognozowaniem prognoz, czyli wykrywaniem, co będą przepowiadali przyszłowieczni przepowiadowcy. Uprzejmie zaznaczam, że będąc kasetonem, jak zwie się obiegowo facetów zakasetowanych, mogę czerpać z pamięciowych pojemników komputera, do którego zostałem wsadzony, bez żadnych ograniczeń.
— A właśnie, profesorze — wpadłem mu w słowo — dlaczego pan może, a podobno osoby bardzo dawno zmarłe nie mogą? Wyczytałem to w instrukcji …
— Żeby się dowiedzieć czegokolwiek — odparł Trutti — trzeba już coś uprzednio wiedzieć. Dowiadywanie się polega bowiem na upychaniu posłyszanego w głowie, przy zachowaniu określonego porządku. Właśnie dlatego nikt nie pamięta pierwszych doznań życiowych okresu niemowlęctwa, bo nic wtedy jeszcze nie wiedział. Wszelako, mój zacny rezurrektorze, im kto więcej dowiedział się w jednej epoce, tym mniej może się dowiedzieć w następnej, bo ma głowę zapchaną starociami, a ma głowę zabitą, ponieważ wczorajsza święta! prawda jest dzisiejszym przesądem i zawracaniem głowy. Ja, choć jestem cyfronikiem, mogę korzystać z innych działów pamięci tego komputera, do któregoś pan mnie włożył, albowiem liznęło się biologii, psychoniki, fizyki, toteż wiem, co to jest ekspertoliza i enspertolacja, ale wsadź pan tuj Platona, a przekonasz się, że nic sobie nie przyswoi…
— A co to jest? — spytałem rozciekawiony.
— Ekspertoliza to rozpuszczanie się biegłych w zbytnim ogromie wiadomości, enspertolacja zaś to odruch obronny jako otorbianie się ekspertów ze strachu. Co się tyczy ekspertolastyki…
Może i niegrzecznie postąpiłem, ale wyłączyłem jednak profesora w obawie, że przy pomocy dalszych wyjaśnień zaciemni mi to, czego się zdążyłem od niego dowiedzieć, siadłem nad stertą kaset i jąłem rozważać, jakie by tu skomponować uczone grono, żeby się intelektualnie ponapawać dyskusją. Już ani myślałem o hibernowaniu. Jakże, mogąc uciąć rozmowę z największymi duchami dziejów, miałbym się oddać bezmyślnemu chrapaniu przez setki lat? Włożyłem tedy do komputera kasety z Bertrandem Russellem, Karlem Popperem, mecenasem Finkelsteinem (choć był to duch minorum gentium, chciałem go mieć w kompanii jako sympatycznego znajomka) i mimo przestróg profesora Trutti dołożyłem Szekspira. Przysiągłbym, że zamówiłem też Einsteina, ale choć wysypałem wszystko z pudła na podłogę, znalazłem tylko Feyerabenda i zgniewany, że nie mogę złożyć reklamacji — toż odsądziłem się już o parę trylionów mil od Ziemi — przygotowałem się do dyskursu, to znaczy poręcznie ustawiłem stolik z krakersami i tonikiem, a pod krzyże wetknąłem sobie poduszkę. Włączyłem komputer, ale zjadłem i wypiłem wszystko, a nic nie było słychać, ażem spostrzegł, że moi kasetowi towarzysze podróży od dawna już wiodą spór, lecz głośnik był ściszony. Pokręciłem co należało i usłyszałem głos Bertranda Russella.
— Inteligencja, panie Feyerabend, to siła przebicia problemów i dlatego można zastosować najświetniejszą do najgłupszych spraw. Natomiast mądrość obejmuje także sam wybór problemów.
— Mam czelność nie zgadzać się z lordem Russellem — Feyerabend na to. — Mądrość jest raczej samopoznaniem po klasycznemu, a bardziej nowocześnie — wykryciem, gdzie własny rozum ma szczerby i luki. To oczywiście sokratyczne. Jak wiadomo, idiotom zdaje się, że się na wszystkim znają. Idiota, zwłaszcza skończony, jeśli mu pan to tylko zaproponuje, gotów z miejsca zostać prezydentem USA. Człowiek roztropniejszy pierwej się zastanowi, a mędrzec wyskoczy raczej przez okno. Bardzo silne skupienie mądrości poraża, i to aż do zamilknięcia, aczkolwiek sądzę, że zamilknięcie Wittgensteina miało inną przyczynę.
— Jeśli sądzić po pana elokwencji, kolego Feyerabend, to nadmiar mądrości raczej panu nie zagraża — rzekł Russell. — Nie tylko ludzie bywają głupi, są też głupawe systemy filozoficzne, co się bierze ze zjawiska, które nazwałbym efektem historycznej monumentalizacji byle czego. Był król angielski, który chciał i religijnym pozostać, i przespać się z pewną panią jako małżonką, choć już był żonaty. Więc cóż? Nie mogąc zmienić swych chuci, zmienił nieco religię, odłączył angielski kościół od Rzymu i stąd się wziął anglikanizm. Jak wiadomo każdemu, kto mnie czytał, Hegel był myślicielem z gatunku tak zwanych mętnych bajtloków, i właśnie temu zawdzięcza trwałą popularność, choć już nie taką, jak przed stu lały. Precyzyjny dureń jest mniej szkodliwy od mętnego, bo męty są ciemne i patrzą przez to na głębię. Pozwoliłem sobie dać to do zrozumienia w mej „History of Western Philosophy” i naturalnie moc obrażonych durniów wpiła mi się w łydy. Taki Dewey na przykład. Niestety, savoir–vivre obowiązuje nie tylko w Izbie Lordów — także w filozoficznych polemikach. Dopiero po śmierci może sobie człowiek pozwolić na wygarnięcie całej prawdy bez ogródek. Ale ja i tak byłem zawsze weredykiem, co mnie sporo zdrowia kosztowało. Kto proponuje nowy system filozoficzny, ten daje tym samym do zrozumienia, że zbliżył się do prawdy bardziej niż wszyscy ludzie przed nim. Każda taka propozycja zakłada więc nieprześcignioną rozumność jej autora. A przecież normalny rozkład inteligencji w społeczeństwie dotyczy też filozofów, toteż i wśród nich jest sporo durniów. Ciekawe, że te moje tak bezadresowe spostrzeżenia budziły tyle zacietrzewionych reakcji…


cdn.
Q__
Moderator
#839 - Wysłana: 24 Kwi 2010 11:34:57 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
— A gdzie pan sam plasujesz się na krzywej rozkładu mądrości, lordzie Russell? — spytał ścichapęk Feyerabend.
— Obiektywnie mówiąc, wyżej od pana, ponieważ zrozumiałem wszystko, coś pan pisał, a pan tego, co ja pisałem, nie, w każdym razie pokręcił pan to mocno.
— Tak? Ale ja publikowałem po pana śmierci…
— Toteż czytałem już po skasetowaniu. Sporoś wziął pan ode mnie, w czym nie byłoby nic złego, ale trzeba się przyznawać do nauczycieli…
— Ponieważ występuję tu jako czysty duchowy ekstrakt — rzekł Feyerabend — zaznaczam, że mym słowom towarzyszy lekkie wzruszenie ramion i pobłażliwy uśmiech. Lord Russel zawsze usiłował odgryźć od placka filozoficznego większy kęs, niż mógł strawić.
— To jest z Quine’a — zimno wtrącił Russell.
— Trudno, abym podczepiał pod każdym wypowiedzianym słowem odnośniki bibliograficzne! — rzekł nieco poirytowanym głosem Feyerabend. — Lord Russell, który po śmierci rzeczywiście jest jeszcze mniej grzeczny, niż był za życia, nie daje mi dopowiedzieć do końca ani jednego zdania. Lord Russell nie tylko odgryzał więcej, niż mógł, ale rzucał się na ten placek z coraz to innej strony, jak gdyby ontologła ogólna była przekładańcem lub babką, z której należy wybierać tylko rodzynki…
— Einstein — odezwał się naraz głębokim od zamyślenia głosem Karl Popper — porównywał to raczej do deski aniżeli do babki. Powiadał, że głupcy szukają najcieńszego miejsca, żeby wywiercić w nim możliwie wiele dziur, geniusze natomiast biorą się do najtwardszych, sękatych calizn…
— Ta druga część to już jest od pana, lordzie Popper — zauważył kostycznie Feyerabend. — Całe szczęście, że w filozofii nie obowiązują rangi ani szarże, bo w przeciwnym razie, oskrzydlony przez dwóch lordów, musiałbym milczeć jak trusia. Moim zdaniem inteligencja i erudycja winny się równoważyć jak dwie szale wagi. Zbyt wielka erudycja ściąga za nogi mały rozumek na grząskie dno, a znów duch nie obciążony solidnymi ołowiankami wiadomości leci, dokąd mu się chce, przeważnie ku nieodpowiedzialnym fikcjom. Najważniejszy jest złoty środek. Nie uważam atoli za złoty środek taktyki, polegającej na wyłącznym cytowaniu siebie samego, i to jeszcze złośliwym, gdy ktoś zamiast wdać się w merytoryczną polemikę, podaje w odnośniku jedynie jakieś prastare szpargały, w których jakoby ongiś był guz owej kwestii poświęcił uwagę, po czym czytelnik winien zgromadzić Opera Omnia takiego autora, odsyłającego odsyłaczami gdzie raki zimują pierwej, nim weźmie się do lektury jego artykuliku. To jednak w dzisiejszych czasach przesada.
— Obawiam się, że Mr. Feyerabend przepija do mojego szanownego kolegi z Izby Lordów — rzekł Russell. — Coś było na rzeczy! Ale może już dość uszczypliwości ad personom? W tym zimnym kasetowym grobie rozmyślałem sporo o mej teorii typów. Można ją zastosować do ontołogii, a nie tylko do logiki. Istnieją predylekcje ontologiczne, podobnie jak istnieją predylekcje samcze. Ja osobiście zawsze wolałem blondynki, a problemy miałem stąd, że one nie zawsze mnie wolały. Mogą też istnieć różne TYPY poznania. Oczywiście mówię to jako makieta. Proponuję jednak używanie słowa „makiet”, ten makiet, ze względu na naszą płeć męską, jakkolwiek znajduje się ona już w plusquamperfectum.
— Makiet jak pakiet? — rzekł Feyerabend i wybuchnął śmiechem. Najpierw zachichotał ironicznie i lekko, potem wdał się w to na pół mocy, następnie jął rechotać, aż w głośnikach zatrzeszczało.
— Cóż tak śmiesznego dostrzegł pan w mojej małej propozycji terminologicznej? — spytał Russell.
— Ach nie — odparł Feyerabend jeszcze trochę się krztusząc — przypomniałem sobie po prostu pewną brunetkę, bo lord Russell…
— Panowie — rzekłem tonem łagodnej apostrofy — ośmielam się zwrócić waszą uwagę na to, że kasety kosztowały mnie ponad 9000 franków, i to szwajcarskich! Łaknę wtajemniczenia w najwyższe zjawiska bytu, chcę, abyście mi podali pomocną dłoń, oczywiście sposobem figuralnym, a choć nie dorównuję wam umysłowo, liczyłem na skutki wiekowego obcowania z takimi umysłami… a tymczasem, te blondynki i brunetki…
— Jeśli ktoś chce dokądś zajechać — rzekł Bertrand Russell — musi postarać się o dobre konie i zaprząc je do powozu jak należy. My atoli, panie Ticzi (tak wymawiał moje nazwisko), nigdzie pana nie dowieziemy, bo nie stanowimy zgodnego zaprzęgu. Każdy z nas ciągnął w filozofii w inną stronę… Jeżeli pan się więc chce czegoś dowiedzieć, proszę wyłączyć mych cennych kolegów.
Tu rozległ się chór oburzonych protestów. Przekrzyczałem wszystkich wołając, aby się wypowiedzieli w kwestii etykosfery encjańskiej. Na to się zgodzili.
— Być może — powiedział lord Russell — udało się tym ptasim synom sporządzić tę tak zwaną etykosferę, lecz jak drut na niebie wykonali w ten sposób indywidualne więzieńka, niewidzialne kaftany bezpieczeństwa w ogromnej ilości. Każde byle dostatecznie potężne dążenie ku szczęściu powszechnemu kończy się budowaniem kryminałów. Sama ta idea jest irracjonalną fatamorganą rozumu…
— Ja to zawsze twierdziłem — ozwał się silnym starczym głosem lord Popper. — Corruptio optimi pessima i tak dalej. Widmo stanów socjalnych jest jednoosiowe, rozpostarte między społeczeństwem zamkniętym i otwartym. Ekstremum lewe to tyrania totalitarna, czyli zarządzająca wszystkim co ludzkie, aż do treści piosenek w przedszkolach, ekstremum prawe zaś to anarchia. Demokracje mieszczą się mniej więcej pośrodku. Ci Encjanie usiłowali najwyraźniej połączyć te skrajności, żeby każdy mógł żyć w społeczności zarazem otwartej i zamkniętej i brykać jak chce, zamknięty w swoim niewidzialnym bąblu nieprzekraczalnych przykazań. Można by to nazwać tyrarchią, ale nic dobrego wyniknąć stąd nie mogło. Sądzę, że jest tam nawet więcej nieszczęścia niż gdziekolwiek indziej.
— Dlaczego, lordzie Popper? — spytałem.
— Dlatego, bo torturowany w państwie policyjnym może przynajmniej wierzyć, że gdyby przestano go torturować, zbudowałby z innymi szczęśliwy świat. Natomiast zapieszczany bezustannie pod zarządem państwowym przez tę tak zwaną synturę nie może nawet myślą uciec gdziekolwiek, bo już nie ma dokąd. Tylko pośrednie stany agregacji społecznej są znośne.
— A ja sądzę — rzekł Feyerabend — że gdzie nie ma law and order, wygrywają kły, łokcie i paznokcie, a gdzie jest law and order od powijaków do krematorium, nieszczęście musi być takie samo, tylko ma inny smak. Lord Popper ze swoją apologią otwartego społeczeństwa winien był zauważyć, że to jest grzeczna nazwa sytuacji, w której są duże i małe psy i wolno im na siebie szczekać, ale pożerać się nie. Jako dziecina zaczytywałem się w pięknych powiastkach o przyszłym świecie, w którym gospodynie domowe przekwalifikują się w docentki limnologii, dozorcy domowi w profesorów ogólnej teorii wszystkiego, a pozostali będą tworzyć ile wlezie, dzięki czemu zapanuje niesłychany rozkwit sztuk. Dziwne, jak wielu całkiem niegłupich ludzi wierzyło w takie brednie. Większość ludzi nie chce przecież wcale spędzić życia na zbieraniu starych muszli, i nie interesują ich żadne prócz klozetowych, a myśleć o ‘sprawach ostatecznych zaczynają po wizycie u lekarza, który na pytanie o diagnozę udziela wykrętnych odpowiedzi. Efekty totalnej automatyzacji muszą być nową edycją tak zwanej w średniowieczu Höllenfahrt. Różne drogi prowadzą do piekła. Niektóre są usłane różami i polane miodem. Społeczeństwo otwarte jest od zamkniętego tylko pod tym względem lepsze, że z pierwszego łatwiej uciec niż z drugiego. Inna rzecz, że nie wiadomo, dokąd uciekać. Alić zawsze milej mieć za sobą otwarte drzwi niż zakratowane i przybite gwoździami do futryny. Ja przynajmniej tak to odbieram.
— A czyż ja gdziekolwiek pisałem, że społeczeństwo otwarte to jakiś ideał? — obruszył się Popper na Feyerabenda. — Jako sceptyk stałem zawsze przy mniejszym złu.
— Szkoda, żeś się pan nie ograniczył do tego — rzekł Feyerabend — bo pańska koncepcja poznania naukowego jest nie do utrzymania, jakem to wykazał, zresztą ani pierwszy, ani ostatni.
— Sam Einstein przyznał mi rację — zaczął dotknięty do żywego Popper, lecz Feyerabend nie dał mu skończyć^
— O okolicznościach, w których Einstein przyznał panu rację, będąc człowiekiem gołębiej dobroci serca, pisał pan już, lordzie Popper, tyle razy, że wystarczy podanie odnośników. Jak mówił mi doktor Chippendale, Einstein miał wtedy migrenę i zażył znaczną ilość proszków na ból głowy, których otępiające działanie jest powszechnie znane.
Obrażony Popper zamilkł. Dłuższą ciszę przerwał wreszcie Russell.
— Mój czcigodny kolega filozoficzny z Izby Lordów miał nieszczęście urodzić się na filozofa systemowego w czasie, kiedy filozofii systemowej być już nie może. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, kolego Popper! Pan Feyerabend jest umiarkowanym ekstremistą anarchicznym w teorii poznania, ja jestem bezimperatywnym przeciwintuicyjnym kategorialistą w stylu analitycznym, a lord Popper to twórca paru bystrych konceptów, poza tym jednak niesynkategorematyczny odgrzewacz zneutralizowanych ontologicznie zrazów w sosie po Circulus Vindobonensis. Po tym kółku, w którym Wittgenstein świecił, świecił, aż przestał. Kółko zostało zawieszone na kołku. Przecież eklektyczny synkretyzm pism pana Poppera …
— Pan zmieniałeś poglądy częściej niż gacie! — krzyknął rozeźlony, wręcz wyprowadzony z socjostatycznej równowagi lord Popper.
— Lordzie Russell, co ci zostało z tych lat młodości pierwszej? „Principia Mathematica” wymęczone w trzech tomach przez lata. Otóż donoszę pośpiesznie, że Czuang Weng albo inny Ping Pong, bo ja nie mam pamięci do chińskich nazwisk, zaprogramował komputer tak, że wszystko, czego B. Russell dowiódł w sławetnych „Principiach”, maszyna wykonała w osiem minut, z przeciętną chyżością samobójcy, który rzucił się z dziewięćdziesiątego piętra na Jowiszu, gdzie, jak wiadomo, ciążenie jest tyle razy większe od ziemskiego, ile razy dochodząca pana Tichy pomyliła się w rachunkach z pralni na swą korzyść.


cdn
Q__
Moderator
#840 - Wysłana: 24 Kwi 2010 11:38:13 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Te ostatnie słowa wydały mi się tak szokujące, żem uczynił znaczny wysiłek i rzeczywiście od razu otwarłem oczy. Najgorsze było to, że nie wiedziałem, w jakim momencie uległem senności, wstydziłem się jednak do tego przyznać. Bodaj jednak nie straciłem zbyt wiele, bo spierali się, choć nie aż tak, jak mi się przyśniło. Aby ich trochę rozruszać, wrzuciłem do dyskutera dwóch luzanistów, jeden zwał się Bionizy Rohren, a drugi Pierre Saumon, i pewno pod wpływem niejakiej drętwoty ducha, w którą wprawia człowieka długi pobyt w próżni, pomyślałem, że gdyby byli obaj jedną osobą indiańskiego .pochodzenia, to zwaliby się Ryczący Łosoś. Profesor Saumon okazał się cennym nabytkiem dla naszego zespołu jako znawca filozofii luzańskiej."

Przy czym warto zauważyć, że i u Mistrza, i w Treku, zmarli Wielcy (cóż z tego, że symulowani) okazują się swarliwi i pełni ludzkich słabostek.

(Aha: prywatnie oczywiście zazdroszczę i Dacie i Tichemu. Nie dość, że mogą tak dyskutować z najwybitniejszymi umysłami, to jeszcze mogą tych Wielkich wyłączyć gdy zbyt przynudzają . Też bym tak chciał.)

ps. straszliwie długi ten cytat był :]
 Strona:  ««  1  2  ...  26  27  28  29  30  ...  41  42  »» 
USS Phoenix forum / Różności / Startrekowe aluzje

Twoja wypowiedź
Styl pogrubiony  Styl pochylony  Obraz Łącza  URL Łącza  :) ;) :-p :-( Więcej emotikon...  Wyłącz emotikony

» Login  » Hasło 
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą tutaj pisać. Zaloguj się przed napisaniem wiadomości albo zarejstruj najpierw.
 
Wygenerowane przez miniBB®


© Copyright 2001-2009 by USS Phoenix Team.   Dołącz sidebar Mozilli.   Konfiguruj wygląd.
Część materiałów na tej stronie pochodzi z oryginalnego serwisu USS Solaris za wiedzą i zgodą autorów.
Star Trek, Star Trek The Next Generation, Deep Space Nine, Voyager oraz Enterprise to zastrzeżone znaki towarowe Paramount Pictures.

Pobierz Firefoksa!