USS Phoenix
Logo
USS Phoenix forum / Różności / Urzeczywistnianie SF. Osiagnecia wspólczesnej nauki i techniki.
 Strona:  ««  1  2  3  ...  26  27  28  29  30  31  32 
Autor Wiadomość
Mav
Użytkownik
#931 - Wysłana: 2 Mar 2017 23:20:38 - Edytowany przez: Mav
Odpowiedz 
Q__:
A Data nie umiał grać w pokera:

Heh, czytałem o tym jakiś czas temu, ale nie skojarzyłem z pokerem w TNG Tam się za bardzo skupiono na problemie z odczytywaniem emocji przez Date, co mu utrudniało grę, o ile dobrze kojarzę. Rzeczywistość pokazała jednak, że współczesnego SI świetnie się w tym odnajduje.

I ten błąd twórców TNG, bo chyba tak trzeba to nazwać, od razu skierował moje myśli w stronę odcinka Booby Trap. Pamietasz ten bardzo fajny epizod? Na końcu Picard robi ten manewr z polem grawitacyjnym, na co Data i komputer statku nie wpadli. Tłumaczono to intuicją, kreatywnym myśleniem, talentem człowieka do improwizacji, czymś czego komputery nie mają. Mi się to nie podobało, nie pasowało mi. Wg mnie komputer, szczególnie tak zaawansowany jak na Galaxy, powinien bez problemu przeanalizować mnóstwo danych i bardzo szybko "wpaść" na takie rozwiązanie, które zastosował Picard.

Myślę, że za problemami Daty z pokerem jak i sytuacją z Booby Trap stoi to samo niedocenienie przez twórców możliwości komputerów w tej kwestii. Nie ma się co dziwić, to były lata 80, nawet tak utalentowani futurolodzy jak ci pracujący przy TNG mieli prawo nie do końca zdawać sobie sprawę z ich pełnego potencjału.
Q__
Moderator
#932 - Wysłana: 3 Mar 2017 10:03:10 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Mav

Mav:
Myślę, że za problemami Daty z pokerem jak i sytuacją z Booby Trap stoi to samo niedocenienie przez twórców możliwości komputerów w tej kwestii. Nie ma się co dziwić, to były lata 80, nawet tak utalentowani futurolodzy jak ci pracujący przy TNG mieli prawo nie do końca zdawać sobie sprawę z ich pełnego potencjału.

Wiesz, to jest fascynująca sprawa, bo twórcy TNG (i innej najambitniejszej klasycznej SF) zarazem jakby tych możliwości nie doceniali (skoro byle wygrywanie w pokera uważali, za coś tak superludzkiego, że niedostępnego dla najmądrzejszej maszyny) i przeceniali je jakby (bo przecież ten Data wygrywające w karty komputery przebija pod praktycznie każdym innym względem). Ot, widać jak niewiele warte jest tworzenie sobie intuicyjnych wyobrażeń, mających przy tym gloryfikująco dopieszczać człowieka...

(Nawiasem: pisząc "nie umiał" trochę upraszczam: Data niby nauczył się grać, nawet, miejscami, mistrzowsko, ale nie był w stanie zrozumieć koncepcji bluffowania, więc opanować tej konkretnej umiejętności.)

ps. A z zupełnie innej beczki:
http://www.nature.com/nature/journal/v543/n7643/fu ll/nature21067.html
https://arxiv.org/pdf/1609.09053
https://phys.org/news/2017-03-supersolidity-state- experimentally.html
(Po polsku jeszcze nie ma.)
Q__
Moderator
#933 - Wysłana: 9 Mar 2017 18:57:49
Odpowiedz 
https://www.forbes.com/sites/paulrodgers/2016/06/2 9/yes-you-can-farm-potatoes-on-mars/

Jak nic pierwszy krok do:

"Dawno temu w okolicy Tairii wpadł na rafę meteorytową statek wiozący kartofle dla kolonistów na Latrydzie. Przez powstałą w powłoce dziurę wysypał się cały ładunek. Statek zdjęto z rafy i przyholowano ratowniczymi rakietami na Latrydę, po czym historia ta poszła w zapomnienie. Tymczasem kartofle, które spadły na powierzchnię Tairii, wypuściły kiełki i poczęły w najlepsze rosnąć. Jednakowoż warunki ich bytowania były niesłychanie ciężkie: z wysokości spadał raz po raz żwir kamienny tłukąc młode pędy, a nawet zabijając całe rośliny. Skutek tego był taki, że ze wszystkich ocalały tylko ziemniaki najroztropniejsze, które umiały się odpowiednio urządzić i znaleźć sobie schronienie. Tak wyłoniona rasa bystrych kartofli rozwijała się coraz bujniej. Po szeregu pokoleń, znudziwszy sobie osiadły tryb życia, ziemniaki same się wykopały i przeszły do bytowania koczowniczego. Równocześnie straciły zupełnie łagodność i bierność właściwą kartoflom ziemskim, oswojonym dzięki troskliwej opiece i hodowli. Dziczejąc coraz bardziej, stały się w końcu drapieżnikami."

Lem, "Podróż dwudziesta piąta"
Q__
Moderator
#934 - Wysłana: 20 Mar 2017 14:16:48 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Głośna, ostatnio, sprawa:
https://www.facebook.com/akielak/videos/1021062033 4175968/
I filmik sprzed paru lat pokazujący coś podobnego, tylko z zewnątrz:
http://www.youtube.com/watch?v=7P9OAng32F0

Te widoki budzą te same estetyczne (podziw dla piękna i potęgi Maszyny) i intelektualne (refleksja nad tym jak TO działa, przechodząca w rozmyślania nad technologią , jej - przeszłym, obecnym i przyszłym - rozwojem, geniuszem jej twórców i sprawnością użytkowników) odruchy, jakie zwykła budzić klasyczna SF - od powieści Verne'a, przez twórczość Lema i Clarke'a, aż po starsze filmy (nieprzypadkowo wybranego na ekranizatora "Solaris") Camerona.

Tak pojęta SF stała się częścią realnego życia, i to już dawno temu*, tymczasem większość tego, co dziś jako SF jest sprzedawane, nie ma z takimi wzruszeniami i refleksjami nic wspólnego, przypominając bardziej komiks czy inną bajkę dla potłuczonych, no ale tak się kończy to oderwanie od rzeczywistości, przed którym Mistrz Lem wielokroć amerykańskich SFiarzy ostrzegał...

* Pamiętam powieść "Lot Intrudera" Stephena Coontsa, dość głośne (acz nie tak głośne jak te Clancy'ego) czytadło militarne, napisane w latach '80, fabułę zaś mające osadzoną ok dwie dekady wcześniej. W odbiorze przypominało to "Pirxa", tylko gorzej napisanego (a przecie - z obecnego punktu widzenia - ten Intruder to stary rupieć, co w/w filmiki b. dobrze dokumentują):

"Dziobowa katapulta na sterburcie zionęła kłębami pary. A-6 Intruder wystrzelił z pokładowego pasa startowego z rykiem, który ogarnął cały lotniskowiec, odbijając się od pogrążonego w mroku nocy morza. Krawędzie natarcia skrzydeł wbiły się w powietrze i maszyna zaczęła wznosić się w ciemność. Piętnaście sekund później nisko wiszące chmury całkowicie pochłonęły bombowiec. Po kilku dalszych minutach, wznoszący się ciągle Intruder, wydostał się z chmur. Pilot, porucznik Jake „Chirurg” Grafton, odwrócił wzrok od tablicy przyrządów i zamyślił się, wpatrzony w rozgwieżdżony firmament. Blada tarcza księżyca oświetlała zalegającą poniżej powłokę chmur.
- Tylko spójrz na te gwiazdy, Morg.
Podporucznik Morgan McPherson, BN - bombardier i nawigator w jednej osobie - tkwił po prawej stronie pilota z twarzą wciśniętą niemal w czarną osłonę ekranu radaru, osłaniającą go przed światłem z zewnątrz. Podniósł wzrok znad aparatury i zwrócił wzrok ku niebu.
- Fajne - mruknął i ponownie zajął się swą rutynową czynnością, jaką było regulowanie jasności i kontrastu monitora radaru, na którym właśnie pojawiło się wybrzeże Wietnamu Północnego, rozciągające się przed nimi w odległości niespełna 125 mil.
- Mam świeże dane o punkcie przekroczenia linii brzegowej.
Wcisnął odpowiedni guzik na komputerze i mały świetlisty punkcik na VDI przesunął się pół centymetra w bok, podając pilotowi dokładne namiary miejsca, w którym Intruder miał wlecieć nad terytorium Wietnamu Północnego. Grafton, posłuszny tym wskazaniom, wykonał skręt o kilka stopni.
- Czy kiedykolwiek, choć na chwilę, nie przestała cię trapić myśl, że za bardzo przyzwyczaiłeś się do tej roboty? Że nabrałeś cholernej rutyny?
Morgan McPherson znowu się wyprostował nad osłoną radaru, spojrzał na gwiazdy rozsiane wysoko nad nimi i filozoficznie zauważył:
- One są na górze, a my na dole... Dobra, zobaczmy lepiej, czy z naszym ECM wszystko w porządku.
- Wiesz co, Morg? Cholerny z ciebie romantyk - skonkludował uwagę kolegi Jake.
Grafton sięgnął do tablicy ECM, elektronicznych środków przeciwdziałania. Wspólnie zaczęli sprawdzać aparaturę za pomocą testu kontrolnego. Dwie pary oczu uważnie śledziły każdy świetlny impuls, zaś dwie pary uszu rejestrowały najcichsze nawet piśnięcie detektora fal radarowych. Aparatura ECM wykrywała fale wrogiego radaru i natychmiast je identyfikowała, podając odpowiednie dane załodze. Urządzenie to zostało zaprogramowane w taki sposób, by mogło zidentyfikować wszelkie emisje radarowe zagrażające samolotowi, a następnie wysłać obsłudze wrogiego radaru fałszywe echo. Upewniwszy się, że aparatura działa jak należy, lotnicy wyregulowali natężenie jej dźwięku tak, by był on słyszalny w słuchawkach, lecz nie zakłócał rozmów prowadzonych za pośrednictwem interkomu, jak również korespondencji radiowej.
Lecieli w milczeniu, wsłuchując się w pojawiające się od czasu do czasu niskie tony komunistycznych radarów dalekiego zasięgu, przeczesujących pogrążony w mrokach nocy obszar. Każdy radar posiadał swój charakterystyczny dźwięk; na przykład impuls o niskim tonie wskazywał na radar dalekiego zasięgu; tony wyższe cechowały radary dozoru stanowisk obrony przeciwlotniczej, zaś upiornie brzmiący falset wskazywał na namiar bojowy baterii rakiet przeciwlotniczych.
W odległości około 40 mil od północnowietnamskiego wybrzeża Jake Grafton obniżył nos Intrudera o 4 stopnie i jego A-6 rozpoczął powolne schodzenie na niższy pułap. Jake poczuł, iż pasy bezpieczeństwa przytwierdzające go do fotela są zanadto poluzowane, więc usadowiwszy się wygodniej, tak jak to robią kowboje w siodle, ściągnął je do oporu. Następnie polecił BN sprawdzenie wszystkich systemów uzbrojenia.
McPherson odczytał listę systemów na głos, punkt po punkcie, sprawdzając jednocześnie, czy funkcjonują odpowiednie przełączniki i przyciski. Gdy doszli do ostatniej pozycji, Jake wygasił wszystkie światła pozycyjne samolotu i wyłączył IFF. Ta elektroniczna aparatura, zwana w żargonie pilotów „papugą”, emitowała sygnały, pojawiające się na monitorze radaru w postaci zakodowanego impulsu świetlnego. Kontroler lotu mógł więc stwierdzić, czy ma przed sobą własny obiekt, czy wrogi. Grafton ani myślał pojawić się w postaci, zakodowanego czy nie, impulsu na jakimś północnowietnamskim monitorze radarowym, dlatego też postanowił lecieć nisko nad ziemią. Dzięki temu fale odbite od jego maszyny nałożą się na te odbite od podłoża, znane jako echo ziemi.
Pilot włączył mikrofon. Zaczęło działać urządzenie kodujące rozmowę.
- Diabeł Pięć Zero Pięć, papuga uduszona. Brzeg za trzy minuty. Diabeł był radiowym kryptonimem dywizjonu, w skład którego wchodziły bombowce A-6.
- Pięć Zero Pięć, przyjąłem - odpowiedział podniebny kontroler z pokładu dwusilnikowego samolotu wczesnego ostrzegania L-2 Hawkeye, który z umocowanym na grzbiecie kadłuba dyskiem obrotowej anteny radaru szybował wysoko nad Zatoką Tonkińską. Także ten samolot startował z pokładu lotniskowca.
Intruder przygotowywał się do polowania, lecąc w całkowitych ciemnościach, chroniony dodatkowo przez echo ziemi przed elektronicznymi oczami wroga. Jake Grafton zamierzał lecieć tak nisko, jak tylko pozwalały mu na to jego umiejętności i nerwy, co w jego przypadku oznaczało naprawdę nisko.
Po raz ostatni podążył wzrokiem ku mrugającym w oddali gwiazdom i w chwilę później mechaniczny ptak zanurzył się w chmurach, lecąc z prędkością ponad 800 kilometrów na godzinę. Jake czuł, jak mu gwałtownie rośnie poziom adrenaliny. Obserwował szybko zmieniające się wskazania wysokościomierza ciśnieniowego, co chwila spoglądając także na wysokościomierz radarowy, który otrzymywał dane z małego radaru umieszczonego w dolnej części kadłuba. Jake przez chwilę walczył z pokusą, by wyłączyć urządzenie, gdyż emitowane przezeń fale bardzo łatwo mogły zostać wykryte przez wrogi radar. Wysokościomierz ciśnieniowy podawał jednak tylko dystans, jaki dzielił ich od poziomu morza, nie zwracając uwagi na rzeźbę terenu. Na razie wskazania obu urządzeń pokrywały się idealnie, tak jak powinno być nad morzem.
Na pułapie poniżej 600 metrów pociągnął lekko drążek na siebie, redukując prędkość opadania, zaś lewą ręką pchnął do przodu dźwignię ciągu, nadając silnikom wyższe obroty. Siedemset kilometrów na godzinę było ulubioną przez Graftona prędkością, podczas lotu „nad wierzchołkami drzew”. A-6 świetnie się prowadził przy tej właśnie prędkości i to pomimo podwieszonych pod skrzydłami bomb. Maszyna mogła przelecieć ponad głowami obsługi wrogich dział tak szybko, że ta nie była w stanie podążyć za nią wzrokiem, nawet gdyby przypadkowo udało się jej wcześniej dostrzec samolot w postaci ciemnego punktu na horyzoncie.
Na wysokości nieco ponad 100 metrów nad wodą puls Jake’a Graftona walił niczym młot. Znowu znajdował się poniżej podstawy chmur, lecąc w absolutnych ciemnościach i kompletnej pustce rozciągającej się między morzem, a niebem. Jedynie mdłe czerwone światełka przyrządów pokładowych świadczyły o tym, iż poza kabiną też jest realny świat. Jake próbował wypatrzyć w ciemnościach wstęgę białego piasku pokrywającego wietnamskie wybrzeże, zwykle dającą się dostrzec nawet w najczarniejszą noc. Musi być trochę dalej, pomyślał. Czuł strużki potu skapujące mu po twarzy, karku, a nawet po oczach. Energicznie potrząsnął głową, równocześnie uważając, by dłużej niż na sekundę nie oderwać wzroku od małych czerwonych światełek na czarnej tablicy. Tuż pod nimi czyhało morze gotowe ich pochłonąć, gdyby tylko na kilka chwil zapomniał o prędkości opadania.
Nareszcie dostrzegli plażę; znajdowała się nieco w lewo. Teraz liczyły się spokój i koncentracja. Blada wstążka była tuż pod nimi.
- Jesteśmy nad lądem - zawiadomił Jake bombardiera. McPherson uruchomił lewą ręką stoper na tablicy rozdzielczej, zaś lewą stopą włączył mikrofon.
- Diabeł Pięć Zero Pięć, suche stopy. Diabeł Pięć Zero Pięć suche stopy.
Natychmiast odpowiedział mu kontroler z L-2:
- Pięć Zero Pięć, tu Czarny Orzeł. Zrozumiałem. Suche stopy. Udanego polowania.
I znowu cisza. Po zakończeniu akcji, podczas powrotu nad morze, ich meldunek brzmiałby „mokre stopy”. Grafton i McPherson byli świadomi tego, iż od tej chwili muszą liczyć wyłącznie na siebie, gdyż radar umieszczony na L-2 nie był w stanie bez wspomagania ze strony aparatury identyfikacyjnej IFF odróżnić echa wysyłanego przez A-6 od echa ziemi.
Jake dostrzegł ryżowiska skąpane w bladej poświacie księżycowej, która tu i ówdzie przebijała przez chmury. Szpeniom od pogody przynajmniej raz udała się prognoza, pomyślał."
Q__
Moderator
#935 - Wysłana: 24 Mar 2017 15:45:56
Odpowiedz 
Powstało mięso, które można pochłaniać inaczej niż w trwodze, po kryjomu, w norach i najciemniejszych zakątkach pieczar:
http://www.sciencemag.org/news/2016/08/lab-grown-m eat-inches-closer-us-market-industry-wonders-who-w ill-regulate
http://www.memphismeats.com/
http://www.geekweek.pl/aktualnosci/29626/mieso-z-l aboratorium-na-naszych-talerzach
(W sumie nasz Trek to przewidział.)

Sony opatentowało - czas jakiś temu - soczewki kontaktowe zdolne nagrywać to i owo:
https://futurism.com/sonys-new-contact-lenses-let- record-store-everything-see/
http://www.youtube.com/watch?v=jjbpTXpeNK4
(W serialu Fortune Hunter coś takiego było.)

I jeszcze zdaje się realizować scenariusz z "Tragedii pralniczej":
http://www.youtube.com/watch?v=n722v4VxWuY
http://www.planeta.fm/Newsy/Ciekawostki/Robot-erot yczny-ktory-potrzebuje-ciepla-rodzinnego
(Choć prać to ona nie umie.)
Guauld
Użytkownik
#936 - Wysłana: 24 Mar 2017 16:04:41 - Edytowany przez: Guauld
Odpowiedz 
Q__:
Powstało mięso, które można pochłaniać inaczej niż w trwodze, po kryjomu, w norach i najciemniejszych zakątkach pieczar

Zaskoczyłeś mnie tym newsem, nie sądziłem, że słysząc w zeszłym roku o prowizorycznie sklejanych włóknach, w następnym usłyszę o o takim dużym kawałku o dobrej konsystencji. Czytałem podekscytowany, a potem popełniłem błąd zajrzenia do komentarzy...

Nie! Bo po co skoro mam naturalne smaczne i zdrowe mięso u rolnika
predzej zdechne niz to zjem
Jest to kolejny krok ku zagładzie Człowieka...

Choć małe pocieszenie, że takie podejście to jednak mniejszość tej małej próbki opinii.

Q__:
Sony opatentowało - czas jakiś temu - soczewki kontaktowe zdolne nagrywać to i owo

Banowanie ludzi IRL coraz bliżej .
Q__
Moderator
#937 - Wysłana: 24 Mar 2017 16:18:48 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Guauld

Guauld:
Zaskoczyłeś mnie tym newsem

Sam jestem nim zaskoczony. B. pozytywnie.

Guauld:
Choć małe pocieszenie, że takie podejście to jednak mniejszość tej małej próbki opinii.

Cóż, jak mówiłem, sądzę, że parę dekad to zajmie, ale zdaje mi się, że z czasem ustawodawstwo wyeliminuje takie postawy (w praktyce, bo kto tam co będzie pod nosem mruczał jedząc sklonowanego kotleta to mnie nie obchodzi), przynajmniej w naszym kręgu kulturowym.

Guauld:
Banowanie ludzi IRL coraz bliżej

A potem człowiek będzie się o takich niewidzialnych (z wzajemnością) obijał... (No, chyba, że zostanie w domu uznając, że do szczęścia tylko mu ta Samantha potrzebna...)

ps. Swoją drogą mam ochotę po raz kolejny docenić profetyzm Treka, bo i replikowane mięso wymyślił i - od pierwszych odcinków TNG - robotyzację (i holodekizację) metod zastępczego zaspokojenia potrzeb seksualnych. Skoro zaś o replikowaniu mowa... Okazuje się też, że budynek zreplikować to dziś żaden kłopot:
http://www.livescience.com/58156-3d-printed-house- built-in-less-than-a-day.html
http://apis-cor.com/en/
http://www.geekweek.pl/galerie/4668/dom-z-drukarki -3d
 Strona:  ««  1  2  3  ...  26  27  28  29  30  31  32 
USS Phoenix forum / Różności / Urzeczywistnianie SF. Osiagnecia wspólczesnej nauki i techniki.

Twoja wypowiedź
Styl pogrubiony  Styl pochylony  Obraz Łącza  URL Łącza  :) ;) :-p :-( Więcej emotikon...  Wyłącz emotikony

» Login  » Hasło 
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą tutaj pisać. Zaloguj się przed napisaniem wiadomości albo zarejstruj najpierw.
 
Wygenerowane przez miniBB®


© Copyright 2001-2009 by USS Phoenix Team.   Dołącz sidebar Mozilli.   Konfiguruj wygląd.
Część materiałów na tej stronie pochodzi z oryginalnego serwisu USS Solaris za wiedzą i zgodą autorów.
Star Trek, Star Trek The Next Generation, Deep Space Nine, Voyager oraz Enterprise to zastrzeżone znaki towarowe Paramount Pictures.

Pobierz Firefoksa!