USS Phoenix
Logo
USS Phoenix forum / Różności / Urzeczywistnianie SF. Osiagnecia wspólczesnej nauki i techniki.
 Strona:  ««  1  2  3  ...  27  28  29  30  31  32  33  »» 
Autor Wiadomość
MarcinK
Użytkownik
#841 - Wysłana: 20 Wrz 2014 14:47:54
Odpowiedz 
Q__:
Roboty trafiają pod strzechy!

Ładnych parę lat temu można było sobie złożyć robota, bodaj co dwa tygodnie w kioskach pojawiały się numery z kolejnymi częściami. Nie wiem czy odniosło to jakiś większy sukces.
Q__
Moderator
#842 - Wysłana: 23 Wrz 2014 11:28:57
Odpowiedz 
MarcinK

MarcinK:
Ładnych parę lat temu można było sobie złożyć robota, bodaj co dwa tygodnie w kioskach pojawiały się numery z kolejnymi częściami.

Pamiętam.

MarcinK:
Nie wiem czy odniosło to jakiś większy sukces.

Nie traktuję tego w kategoriach, że zaraz musi być wielki sukces, raczej myślę o tym jak o pierwszych jaskółkach. Tyle, że mam nadzieję, iż pojawią się następne.
MarcinK
Użytkownik
#843 - Wysłana: 26 Wrz 2014 15:44:55
Odpowiedz 
Q__:
Nie traktuję tego w kategoriach, że zaraz musi być wielki sukces, raczej myślę o tym jak o pierwszych jaskółkach. Tyle, że mam nadzieję, iż pojawią się następne.

Chodziło mi raczej o to że po jakimś czasie przestałem widywać kolejne części robota w kioskach.
Jo_anka
Użytkownik
#844 - Wysłana: 30 Wrz 2014 11:24:21
Odpowiedz 
Q__
Moderator
#845 - Wysłana: 30 Wrz 2014 13:52:06 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Jo_anka

Jo_anka:
Winda 'Nelixa'

I Clarke'a, a właściwie - o czym była mowa* - Artsutanowa, ale oddajmy głos samemu A.C.C.:

"w tej samej dekadzie, kiedy wystrzelono pierwszego satelitę, pewien rosyjski inżynier zaproponował system, który uczyniłby rakiety atmosferyczne niepotrzebnymi. Wiele lat musiało minąć, nim ktokolwiek potraktował pomysł Jurija Artsutanowa poważnie. Potrzeba było dwóch stuleci, aby pojawiła się możliwość zrealizowania jego wizji. Ilekroć Rajasinghe odtwarzał to nagranie, zawsze nachodziła go myśl, że dopiero teraz Morgan ożywał naprawdę. Łatwo było domyślić się powodu takiej zmiany tonu: inżynier wkraczał na własne poletko, gdzie nie musiał już polegać na ekspertyzach dokonanych przez fachowców z innych dziedzin. Mimo poważnych obaw i sporej rezerwy, Rajasinghe mimowolnie zaczynał podzielać entuzjazm Morgana. Takie stany zdarzały mu się w jesieni życia już nader rzadko.
- Wystarczy wyjść z domu w pogodną noc i spojrzeć w niebo - ciągnął Morgan - by ujrzeć powszednie cuda naszej epoki: gwiazdy, które nigdy nie wschodzą i nigdy nie zachodzą, a tylko tkwią w bezruchu w tym samym punkcie niebios. Już nasi ojcowie, a przed nimi nasi dziadowie, uznali za rzecz zwyczajną istnienie geostacjonarnych satelitów i stacji kosmicznych poruszających się nad równikiem z taką szybkością, by zawsze znajdować się powyżej tego samego punktu na Ziemi.
Artsutanow zadał sobie proste pytanie, aż trywialne w swej genialności. Na to samo mógł wpaść każdy średnio inteligentny człowiek. I niemal wszyscy gotowi byli odrzucić równie prostą odpowiedź jako absurdalną.
Jeśli prawa mechaniki niebieskiej sprawiają, że można zawiesić jakiś obiekt w tym samym punkcie nieba, to może dałoby się poprowadzić od tego obiektu kabel czy linę sięgającą powierzchni Ziemi i stworzyć w ten sposób wyciąg, windę łączącą Ziemię z kosmosem?
Teoria była spójna i nie miała słabych miejsc, jednakże realizacja zdawała się wręcz niemożliwa, tyle trudności technicznych piętrzyło się po drodze. Obliczenia jasno wykazywały, że nie istnieje materiał dość wytrzymały, najlepsza stal musiałaby popękać skutkiem własnej wagi, i to o wiele wcześniej, niż konstrukcja sięgnęłaby pułapu trzydziestu sześciu tysięcy kilometrów, czyli orbity synchronicznej.
Jak wspomniałem, choćby najbardziej wytrzymała stal nie spełniała nawet teoretycznych warunków wytrzymałości. Niemniej udawało się stworzyć odpowiednie materiały w mikroskali. Gdyby dało się produkować je nie w laboratoriach, ale na skalę masową, wówczas marzenie Artsutanowa byłoby ziszczalne, a struktura kosztów transportu orbitalnego zmieniłaby się nie do poznania. Pod koniec dwudziestego stulecia zaczęto w laboratoriach uzyskiwać superwytrzymałe materiały, krystaliczne nici zwane wiskerami. Jednak ich wytwarzanie było upiornie kosztowne, warte były wielokrotność swej wagi w złocie, a do budowy systemu orbitalnego potrzeba by ich było wiele milionów ton, tak zatem marzenie pozostawało wciąż w sferze utopii.
Dopiero kilka miesięcy temu pojawiły się nowe zakłady orbitalne, zdolne wyprodukować praktycznie nieograniczone ilości wiskerów. Budowa kosmicznej windy czy też, jak wolę rzecz nazywać, wieży orbitalnej stała się możliwa. Bo w gruncie rzeczy to jest wieża, sięgająca poprzez atmosferę daleko, aż poza...
Obraz Morgana zbladł jak duch poddany nagle egzorcyzmom i w jego miejsce pojawiła się niebieska kula Ziemi. Była wielkości piłki futbolowej i obracała się z wolna. Palec Morgana wskazał miejsce ponad równikiem, a jasny punkt świetlny zapłonął w miejscu zawieszenia stacji orbitalnej.
- Gdy buduje się most - komentował Morgan zza kadru - zaczyna się zwykle budowę z obu stron, by spotkać się pośrodku. Budując wieżę orbitalną trzeba postąpić dokładnie odwrotnie. Zacząć pośrodku i budować jednocześnie w dół i w górę, korzystając przy tym ze wsparcia satelity geostacjonarnego zawieszonego na starannie wyliczonej orbicie. Cała sztuczka polega na tym, aby nieustannie kontrolować położenie środka ciężkości takiej konstrukcji, bowiem w przeciwnym razie może ona przenieść się na inną orbitę i zacząć z wolna przemieszczać się względem globu.
Cienka linia biegnąca w dół sięgnęła równika, w tej samej chwili górna spotkała się ze stacją.
- Całkowita wysokość musi wynieść przynajmniej czterdzieści tysięcy kilometrów, z czego tylko dolne sto kilometrów pozostanie w obrębie atmosfery. Niemniej właśnie ten odcinek może okazać się najtrudniejszym w realizacji, a to za sprawą huraganowych wiatrów. Stabilność zapewni dopiero trwałe zakotwiczenie w gruncie.
A potem, po raz pierwszy w historii, otrzymamy prawdziwe schody do nieba, most do gwiazd. W zasadzie będzie to najprostsza winda poruszana tanią energią elektryczną; zastąpi kosztowne i hałaśliwe rakiety. Od tej pory rakiety służyć będą już tylko do transportu w obrębie próżni. Oto jeden z wariantów projektu wieży orbitalnej...
Obraz ziemskiego globu zniknął, na jego miejscu pokazała się wieża, a właściwie jej przekrój.
- Jak widzicie, zbudowana jest z czterech identycznych wyciągów rurowych, dwa do ruchu w górę, dwa do ruchu w dół. Można rzecz porównać do pionowej czteropasmowej autostrady. Kapsuły mogą przewozić pasażerów, fracht, paliwo, i to z szybkością kilku tysięcy kilometrów na godzinę. Stacje mocy na granicach sekcji dostarczą potrzebnej energii, z której dziewięćdziesiąt procent podlegać będzie odzyskowi. Koszt netto przewiezienia jednego pasażera wyniesie nie więcej niż kilka dolarów, bowiem kapsuły podążające na dół wykorzystywać będą swe silniki elektryczne jako hamulce magnetyczne, generując tym samym energię i przekazując ją do sieci. Zupełnie inaczej niż wracające statki kosmiczne; nie będą rozgrzewać się w atmosferze, nie będą wywoływać gromów związanych z przekraczaniem bariery dźwięku. Żadnego marnotrawstwa. Można powiedzieć, że kursy w dół dostarczą energii kapsułom podążającym w górę, tak zatem, nawet przy bardzo ostrożnych szacunkach, winda stanie się o wiele bardziej wydajna niż jakakolwiek rakieta.
Zasadniczo nie ma żadnych ograniczeń, jeśli chodzi o natężenie ruchu, bowiem w każdej chwili można dobudować dodatkowe linie. Jeśli zdarzy się kiedyś, że milion ludzi zapragnie pewnego dnia odwiedzić Ziemię lub ją opuścić, wieża orbitalna obsłuży ich wszystkich. Koniec końców, autostrady naszych wielkich miast radziły sobie niegdyś z większymi tłumami...
Rajasinghe musnął przycisk i Morgan umilkł w pół zdania.
- Reszta to już szczegóły techniczne. Wyjaśnia, w jaki sposób można wykorzystać wieżę w roli wyrzutni pozwalającej wysyłać ładunki na Księżyc i inne planety bez użycia jakichkolwiek rakiet. Chyba słyszeliście już dość, by wyrobić sobie przynajmniej ogólne pojecie..."


To w teorii. A w praktyce, okiem pozaziemca:

"Tron Słonia mało się zmienił przez ostatnie trzy tysiące lat, ale nigdy nie gościł kogoś tak niezwykłego jak Wyspiarz. Gdy ten spojrzał na południe, ujrzał szeroką na pół kilometra kolumnę wyrastającą ze szczytu góry. Widywał już takie dzieła na innych światach, ale biorąc pod uwagę, że ta rasa była naprawdę młoda, rzecz robiła wrażenie. Wprawdzie konstrukcja balansowała nieustannie na krawędzi nieba, to jednak trwała już od piętnastu stuleci.
Nie w tej formie, rzecz jasna. Pierwsze sto kilometrów przypominało obecnie postawione w pionie miasto, zamieszkałe wciąż na niektórych, rozleglejszych poziomach. Szesnaście skrytych wewnątrz ciągów komunikacyjnych mogło przewieźć do miliona pasażerów dziennie. Obecnie działały tylko dwa. Za kilka godzin Wyspiarz miał ruszyć wraz z eskortą w górę tej kolumny, wracając do Pierścienia, wielkiego osiedla kosmicznego otaczającego cały glob."


"Fontanny raju"

I z posłowia:

"WYCIĄG KOSMICZNY
Ten śmiały projekt został po raz pierwszy przedstawiony na Zachodzie w liście wysłanym do miesięcznika „Science” i opublikowanym 11 lutego 1966 roku z tytułem Satelitarna elongacja a prawdziwy zaczep niebieski. Autorami byli John D. Isaacs, Hugh Bradner i George E. Backus z Instytutu Oceanograficznego Scrippsa oraz Allyn C. Vine z Instytutu Oceanograficznego w Woods Hole. Może to nieco dziwne, że oceanografowie zajmują się kosmosem, ale przecież to jedyni ludzie (od kiedy zniknęły balony zaporowe), którzy na co dzień mają do czynienia z długimi kablami muszącymi przede wszystkim utrzymać własną masę (nawiasem mówiąc, postać doktora Allyn Vine’a została upamiętniona nazwaniem na jego cześć pojazdu podwodnego Alvin).
Później odkryto, że taki sam pomysł został rzucony już sześć lat wcześniej przez leningradzkiego inżyniera J. N. Artsutanowa („Komsomolskąja Prawda”, 31 lipca 1960). Artsutanow pisał o „kosmicznej kolejce linowej”, żeby użyć jego określenia, zdolnej wynieść dwanaście tysięcy ton dziennie na orbitę synchroniczną. To zdumiewające, jak niewielkie echo wzbudził ten pomysł. Jedynym nawiązaniem, jakie odnalazłem, jest jeden z malunków Aleksieja Leonowa i Sokołowa (opublikowany w książce Gwiazdy na nas czekają, Moskwa 1967). Na stronie 25 widnieje „kosmiczna winda” w działaniu, a podpis głosi: „...można powiedzieć, że satelita będzie stał nieruchomo na niebie i opuszczony z niego kabel stanie się gotową trakcją dla kolejki linowej. Taki wyciąg można zbudować, bez pomocy rakiet przewoziłby pasażerów i ładunki”. Wprawdzie kosmonauta Leonow dał mi egzemplarz tej książki jeszcze w roku 1968, podczas konferencji poświeconej pokojowemu wykorzystaniu przestrzeni kosmicznej, to treść obrazu nie od razu do mnie dotarła. I to pomimo faktu, że przedstawia wyciąg wznoszący się właśnie nad Sri Lanką! Zapewne uważałem wtedy, że obdarzony sporym poczuciem humoru po prostu sobie zażartował*.
Wiele wskazuje na to, że koncepcja kosmicznego wyciągu dojrzewa, że nadchodzi jego czas."


* http://www.startrek.pl/forum/index.php?action=vthr ead&forum=6&topic=1592&page=0#msg58925

W każdym razie - choć sporo było już takich zapowiedzi (A.C.C. pisał o nadchodzeniu czasu pod koniec lat '70) - cieszy każdy ruch w sprawie (i fakt, ze Cię znów widzę z nami).
Mav
Użytkownik
#846 - Wysłana: 30 Wrz 2014 14:17:16
Odpowiedz 
Jo_anka:
Winda 'Nelixa':

O tej windzie kosmicznej to chyba co roku piszą
Q__
Moderator
#847 - Wysłana: 30 Wrz 2014 14:41:50
Odpowiedz 
Mav

Mav:
O tej windzie kosmicznej to chyba co roku piszą

To może fajny staroć a'propos?
http://www.wprost.pl/ar/123409/Winda-do-nieba/
ortkaj
Użytkownik
#848 - Wysłana: 8 Paź 2014 09:48:02
Odpowiedz 
Polacy potrafią, technologia SW w praktyce?

http://www.leiadisplay.com/pl/
Q__
Moderator
#849 - Wysłana: 8 Paź 2014 09:57:25
Odpowiedz 
ortkaj

ortkaj:
technologia SW w praktyce?

Cóż... Zawsze wiedziałem, że R2-D2 miał w sobie parę
ortkaj
Użytkownik
#850 - Wysłana: 8 Paź 2014 10:05:47
Odpowiedz 
Mav
Użytkownik
#851 - Wysłana: 16 Paź 2014 15:24:00 - Edytowany przez: Mav
Odpowiedz 
http://technologie.gazeta.pl/internet/1,138228,167 28983,Taki_bedzie_swiat_za_30_lat___te_przewidywan ia_naprawde.html#BoxTechTxt

Ray Kurzweil, Michio Kaku i George Whitesides opowiadają o sowich przewidywaniach dot. niedalekiej przyszłości. Dosyć ciekawe i wielce prawdopodobne. Ja tylko napisze, że też bym zrezygnował we współczesnym SF z konwencjonalnych monitorów na rzecz rzeczywistości rozszerzonej, czyli obrazach ukazujących się konkretnej osobie. Żadnych monitorów, czy urządzeń typu pad, tylko rzeczywistość rozszerzona, która oczywiście mogłaby być połączona z innymi użytkownikami, czyli jakby była tka potrzeba to widzieliby oni to samo i mogli nad tym pracować wspólnie. Pisałem nawet jakiś czas temu o tym na forum.

Czyli mam coś z futurologa Spokojnie, żartuję. Ameryki nie odkryłem, co nie zmienia faktu, że żadne współczesne SF nie może jakoś uciec od konwencjonalnego podejścia do komputerów.
Q__
Moderator
#852 - Wysłana: 7 Lis 2014 22:08:04
Odpowiedz 
MarcinK
Użytkownik
#853 - Wysłana: 8 Lis 2014 08:49:14
Odpowiedz 
W sumie w temacie.
http://gadzetomania.pl/2162,amazon-echo-przypomina -polaku-jestes-mieszkancem-technologicznego-trzeci ego-swiata

Osobiście nie zgadzam się z autorem. Po prostu większość gadżetów które są dostępne na zachodzie a u nas nie, to po prostu drogie zabawki w których liczba nieprzydatnych funkcji przewyższa te przydatne.
Mav
Użytkownik
#854 - Wysłana: 8 Lis 2014 12:22:48 - Edytowany przez: Mav
Odpowiedz 
MarcinK:
Osobiście nie zgadzam się z autorem. Po prostu większość gadżetów które są dostępne na zachodzie a u nas nie, to po prostu drogie zabawki w których liczba nieprzydatnych funkcji przewyższa te przydatne.

Beznadziejne Płacze, bo nie ma NETFLIXA i paru innych pierdół, które można obejść albo dostać, ale trochę trudniejszą drogą. Taka z nas technologiczna dziura, ale jako jeden z pierwszych krajów wprowadziliśmy internet w standardzie LTE.

To na czym skupia się ten artykulik, to po prostu jakieś pilotażowe projekty jak ten Hulu, więc nic w tym dziwnego, że nie ma ich we wszystkich krajach od razu. Jak autor się czuje taki technologicznie pokrzywdzony to Niemcy, UK, czy inne kraje super zaawansowane technologicznie czekają, granic nie ma
MarcinK
Użytkownik
#855 - Wysłana: 10 Lis 2014 07:30:07
Odpowiedz 
Adek
Użytkownik
#856 - Wysłana: 10 Lis 2014 12:29:44
Odpowiedz 
MarcinK:
http://gadzetomania.pl/2170,powstaly-mikroskopijne -roboty-ktore-moga-poruszac-sie-wewnatrz-ludzkiego -ciala

Era nanosond Borga zbliża się DUŻYMI krokami.
pirogronian
Użytkownik
#857 - Wysłana: 11 Lis 2014 10:43:48 - Edytowany przez: pirogronian
Odpowiedz 
Apropos Borga... Oto wnętrze ISS w trybie nocnym. Co wam przypomina?
graf
Q__
Moderator
#858 - Wysłana: 11 Lis 2014 10:51:27
Odpowiedz 
pirogronian

Mamy to uznać za dowód, że NASA jest w posiadaniu pozaziemskich technologii?
pirogronian
Użytkownik
#859 - Wysłana: 11 Lis 2014 11:07:24
Odpowiedz 
Q__:
Mamy to uznać za dowód, że NASA jest w posiadaniu pozaziemskich technologii?

Nie pytałbyś, gdybyś wiedział, że tą urokliwą borgową zieleń (oraz wystające zewsząd technikalia) zawsze uważałem za tanie efekciarstwo.
Q__
Moderator
#860 - Wysłana: 11 Lis 2014 11:52:37
Odpowiedz 
pirogronian

Z drugiej strony pomyśl jak to uroczo dwuznacznie brzmi: "Borg chodzi z wystającymi technikaliami na wierzchu". Technofetyszyści powinni być baardzo zadowoleni.
Adek
Użytkownik
#861 - Wysłana: 11 Lis 2014 13:20:30
Odpowiedz 
Q__:
"Borg chodzi z wystającymi technikaliami na wierzchu".

W odcinkach o Borgu zawsze rozbrajała mnie właśnie ta konstrukcja dron. Jak strzelałeś do Borgów z lasera to po którymś strzale grupa się dopasowywała do częstotliwości broni i modyfikowała swoje cielesne osłony i broń obrońców stawała się bezużyteczna (przynajmniej do późniejszego czasu jej modyfikacji). Jeśli natomiast udało ci się sprytnie zbliżyć do Borga i pociągnąć za jakiś kabelek to drona padała jak ścięta. No to jeśli już tak się Borg opancerzał to te wszystkie kabelki powinien mieć pochowane jakoś w środku. Wczesne wersje dronów było bardzo łatwo w ten sposób uszkodzić. Dopiero Borg z przyszłości stworzony na bazie nanosond 7 z 9 z Voyagera oraz materiału genetycznego załoganta był na tyle solidnie opancerzony, że żadna broń go nie ruszała a nawet przetrwał wybuch okrętu Borga otaczając się własnym polem siłowym.

pirogronian:
Apropos Borga... Oto wnętrze ISS w trybie nocnym. Co wam przypomina?

Rzecz jasna, że wnętrze statku Borga.
Q__
Moderator
#862 - Wysłana: 16 Lis 2014 14:25:46
Odpowiedz 
pirogronian
Użytkownik
#863 - Wysłana: 16 Lis 2014 17:18:37
Odpowiedz 
Q__

To powinno trafić też do działu Teorie Spiskowe .
Q__
Moderator
#864 - Wysłana: 16 Lis 2014 18:11:27 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
pirogronian

pirogronian:
To powinno trafić też do działu Teorie Spiskowe

Kiedy zdaje się być faktem...

Inna sprawa, że kojarzą się też zaraz - traktowane w kategoriach politycznej ironii - wirusy zaczadzenia ideologicznego u Oramusa:

"- Panie Barbitter, czy moja przesyłka wraz z listem dotarła do pana?
- A jakże. Gratuluję, panie Quiston, czystej roboty. Dumny jestem, że właśnie panu udało się ostatecznie wykończyć tych sukinsynów. Tutaj nie zaczynaliśmy żadnych badań, odbiłem sobie tylko pański list. Akurat szedł wahadłowiec ewakuacyjny na górę, wstrzymałem nieco odlot, żeby wsadzić tam swojego kuriera. Przekazałem też trochę własnych sugestii. Mieliśmy niewąskie szczęście, wahadłowiec dostał się pod ostrzał, ale dotarł. Natychmiast potem zamknięto ostatnie korytarze. Przez radio dostałem potwierdzenie o przejęciu przesyłki. Wie pan, co zawierała?
- No... zegarek, który przeciekał.
- Wraz z wodą z basenu dostały się do zegarka kilkukomórkowe pierwotniaki. Do końca życia nie przestanę błogosławić Stanleya za jego rozmiłowanie w tandecie. Orientuje się pan, jak zbudowane są takie zegarki? Jeden scalak, bateria, cyfrowy wskaźnik na płynnych kryształach. Wszystko. Kiedy zalała to woda, całość oczywiście nawaliła, ale niewielkie pole magnetyczne utrzymało się i zdezorientowało pierwotniaki.
- Chce pan powiedzieć, że miały one zmysł magnetyczny? A może to formy inteligentne, z którymi należałoby negocjować?
- Niech pan jeszcze przez chwilę powstrzyma się od kpin. W laboratorium fachowcy wydobyli je za uszy i zaczęli badać. Niektóre przetrwały w stanie utajonym, bo część wody odparowała. Panie Quiston, to rewelacja.
- Nie widzę w tym nic rewelacyjnego.
- Bo pan jeszcze nic nie wie. Pamięta pan swoją wizytę u mnie przed odjazdem? Proponował pan wtedy, żeby tak potwonka... do wanny z helem... - Czekał, chyba na potwierdzenie, lecz Quiston zawzięcie milczał. — Nie docenił pan konkurencji. Znaleźli się tacy, którzy wcześniej wpadli na pański pomysł... i zrealizowali go w nieco uproszczonej wersji. Pan chciał bodaj ucinać głowy - oni zwabili potwonka nad wannę z ciekłym helem... czy z azotem, nie pamiętam dokładnie... po prostu wpakowali go do cieczy gazowej. Głową w dół, ma się rozumieć. Niech pan, broń Boże, nie myśli, że entuzjazmuję się tym albo uważam ten wyczyn za wielkie osiągnięcie ludzkości. Tak nas przycisnęło, żeśmy musieli odwołać się do ostateczności. Mechanizm oczywiście zainicjował rozpad, ale gaz zmroził wszystko błyskawicznie. Nie będę pana wtajemniczał w dalsze szczegóły, wielu rzeczy po prostu nie wiem, w każdym razie wyosobniono ten twór i rozebrano, zdejmując warstwę po warstwie. Panuje zgodność, że jest to coś o wielkim stopniu komplikacji, co wykonuje operacje logiczne. Taki jakby dodatkowy układ sterowania, demontowany naszemu pokładowemu komputerowi.
- Komputerowi? - zdumiał się Quiston.
- No, mózgowi. Co się z panem dzieje? Twór ten składa się z części bardziej elementarnych, z których każda pełni określoną rolę, zależnie od specjalizacji. Najważniejsze są biologicznymi mikroprocesorami o wielkiej skali integracji. Nareszcie ich dopadliśmy. Teraz niech pan uważa: komórki pobrane z mózgu potwonka, z tej narośli, i pierwotniaki z zegarka Stanleya to podobno jedno i to samo. Rozumie pan?
Quiston usiłował się skupić. Sens słów Barbittera przebijał się doń bardzo opornie.
- I teraz niech pan uważa: w tym basenie, w wodzie, musiało zostać rozpuszczone to plugastwo. Pan naprawdę się tam kąpał? Dobrze się pan czuje?
- Niedobrze - powiedział suweren. Barbitter musiał go nie dosłyszeć, bo tokował dalej z poprzednim zapałem:- Sformułowano już kilka teorii całościowych. Opowiem panu tę, którą sam wyznaję. Hoam wyhodowali te pierwotniaki, takie żywe tranzystory, co ja gadam, nie ma porównania, jeśli chodzi o możliwości i skalę komplikacji. Raczej żywe mikroprocesory albo jeszcze gorzej. Każdy taki elektroniczny pantofelek może egzystować samodzielnie, ale przeważnie łączy się z innymi w układy. To ci dopiero, co? Niech pan pomyśli, co można wyprawiać z takimi bio-chipami. Ciarki mnie przechodzą. Hoam, posługując się nimi, produkowali potwonki. Z początku umieszczali budulec w mózgu mechanicznie, metodą głębokich zastrzyków. Ostatnio zarzucili ją jako zbyt łatwo wykrywalną. Wyhodowali bio-chipy, które można wypić albo wchłonąć, na przykład przez błonę śluzową. Wtedy one, powodowane jakimiś cholernymi tropizmami czy taksjami, dążą z krwią na miejsce przeznaczenia, tam wysiadają i dopiero tworzą układy. Nakładają się warstwami zgodnie z zakodowanym planem, aż budowa zostanie zakończona. Trwa to prawdopodobnie do kilku dni. Zaczęto już doświadczenia na myszach. Żeby pan wiedział, jak to idzie! Praktycznie każdy dzień przynosi nowe rewelacje. Teraz niech pan dobrze uważa: klucz do wszystkiego utopiony był w wodzie. Ściśle mówiąc w basenie. Pan go wydobył i dostarczył, ludzkość będzie panu wdzięczna."


A potem:

"Kolejny wstrząs Skrzeczowąs zawdzięczał rewelacjom na temat potwonków, bio-chipów i całej reszty. W tym czasie każdy bardziej rozgarnięty mieszkaniec Europy-7znał na pamięć teorię rozwoju elektronicznych pierwotniaków. Skrzeczowąs wiedział na przykład, że na pewnej planecie, której ciągle poszukiwano, ewolucja poszła dwiema drogami. W bulionie pierwotnym było tam sporo związków krzemu, germanu, selenu i tak dalej, ogólnie: półprzewodników. Żywe organizmy, które z czasem powstały, wykształciły na podstawie tego surowca zmysły elektroniczne, których sprawność zależała od tempa obróbki informacji. Wzrastająca specjalizacja doprowadziła do podziału tamtejszej fauny: jedna odnoga dała „normalny" świat zwierzęcy, druga - elektroniczne pierwotniaki, które łącząc się w kolonie tworzyły coraz bardziej skomplikowane układy logiczne. One też jako pierwsze doprowadziły do „wyprodukowania" inteligencji. Dysponując wielką mocą obliczeniową, a prawie żadną - wykonawczą, bio-chipy nauczyły się żerować na przedstawicielach drugiej odnogi, wpływając w coraz większym stopniu na ich indywidualne zachowanie. Ta szczególna forma parazytyzmu zablokowała rozwój „wielkich a głupich", podporządkowując ich z czasem „mikrym a mądrym".
Początkowo pasożytowanie bio-chipów sprowadzało się do wczepiania kolonii w skórę żywiciela i podróżowania wraz z nim. Sprytne pierwotniaki rychło odkryły drogę bardziej skuteczną: przenikały do centrów nerwowych żywicieli i wpływając na przepływ informacji nauczyły się sterować prymitywami zgodnie z własnym widzimisię. Opanowały także trudną sztukę wstrzemięźliwości, warunkującą przetrwanie. Zajeżdżenie żywiciela, co było bajecznie proste, powodowało likwidację całej kolonii. We własnym interesie nauczyły się więc regulować własne potrzeby.
Tak utrzymywała jedna szkoła badaczy. Inna stwierdzała kategorycznie, że bio-chipy nigdy nie dorobiły się inteligencji w ludzkim rozumieniu tego słowa. Świat realny był dla nich dostępny pośrednio, w sposób ułomny; zbliżały je doń najpierw zdominowane okazy miejscowej fauny, potem różne rasy kosmiczne, w które przesiadały się w miarę wzrastania promienia ekspansji. Możliwe więc, że intencje ich same w sobie nie były dobre ani złe,że zło wyrządzały niejako mimowiednie, nie znając innego sposobu dostępu do tajemnic świata, jak tylko przez czyjeś zmysły. Bez radykalnego sprzeciwienia się własnej naturze nie potrafiły postępować inaczej. Wyrzec się starych metod ani mogły, ani chciały. Można pałać odrazą do tasiemca, lecz cóż on sam zawinił, że tak go ukształtowały ewolucyjne mechanizmy? Za miarę własnych działań bio-chipy obrały skuteczność, gwarantując zaanektowanym pewne minimum środków. Ludzkość na własnej skórze przekonała się, że nie byli to hojni szafarze. Wykorzystanie istot rozumnych z różnych planet mieli rzekomo za równie naturalne jak my - eksploatację rud czy innych konkrecji.
Fakt, iż nie odkryto rodzimej planety bio-chipów, uniemożliwiał zweryfikowanie tych poglądów. Zakładano, że opuściły ją tysiące, może miliony lat temu, przeskakując z planety na planetę, z układu w układ. Ta nowa wersja panspermii nie wszystkim była w smak. Świat naukowy pogrążył się w sporach, z których dla zwykłego zjadacza ciasta niewiele wynikało. Rozpętały się także dyskusje, czy uprawnione jest przenoszenie bio-chipów do organizmów żywych istot, niekoniecznie obdarzonych wysoką inteligencją. Radykałowie domagali się wypalania każdego śladu tego diabelstwa, ich adwersarze argumentowali korzyściami, jakie wkrótce z zagospodarowania bio-chipów odniesie ludzkość oraz rasy zaprzyjaźnione. Jak zawsze stały za tym wpływy i pieniądze.
- Więc jak to? - zachodził w głowę Skrzeczowąs. -Przez sto lat nie okupował nas nikt? Dlaczego nikt nie usiłował tego sprawdzić? Nadzorowali nas podobni do nas nieszczęśnicy, a resztę roboty ochoczo wykonywaliśmy sami? - Jego umysł trzeszczał w szwach, usiłując przeniknąć ten paradoks.
Najbardziej przygnębiające sądy na ten temat wyszły od Mirry, nowego guru suwerenów, którzy, fetując sukces Quistona, traktowali go jako zwycięstwo nie tyle człowieka, co doktryny. Liczba nowych adeptów szła w setki tysięcy, życie zwykłego śmiertelnika wśród chmar suwerenów stawało się nie do zniesienia. Mirra wskazywał, iż podatność ras na skurwienie jest stałą kosmiczną, skoro metoda bio-chipów sprawdziła się tylekroć, w różnych zapewne warunkach, i przetrwała tysiąclecia. Wyglądało na to, że rozumne istoty wolą narzucić sobie daleko idące ograniczenia w imię spokoju, ciepełka, wygody niemyślenia i niedziałania - niż choćby przekonać się, czy zagrożenie utrzymuje swój realny charakter. Owa „niewola na wiarę" brać się miała z przemożnego wpływu instynktu samozachowawczego, czyli - mówiąc prostacko - tchórzostwa, co także miało być normą nie tylko ziemską. Instynkt ten, gdy dominuje, prowadzi nie ku ocaleniu, a właśnie przeciwnie - do zagłady. Etycy gadali o imponderabiliach, etolodzy o woli przetrwania, szaleni lingwiści i komputerolodzy nie ustawali w próbach porozumienia z cywilizacją bio-chipów, bo i tak je określano."


"Dzień drogi do Meorii"
Q__
Moderator
#865 - Wysłana: 16 Lis 2014 18:12:17 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
I - ostatnio - Pilipiuka:

"- Socjalizm to epidemia!
- Epidemia?! - powtórzył Dzierżyński. - Co masz na myśli?
Siedzieli w gabinecie dowódcy WCzK, za oknem miękko prószył śnieg. Przyjemne zimowe przedpołudnie. W kominku dobrze napalono, obsługa przyniosła herbatę, bardzo dobrą, pewnie ze skonfiskowanych jakiemuś arystokracie zapasów. Lekarz chwilami prawie zapominał, że ich rozmowa to dialog skazańca z katem.
- Jeśli naniesiemy na mapę Europy wszystkie miejsca, gdzie w ciągu ostatnich kilku miesięcy wybuchły rewolucje lub powstania proletariatu, otrzymamy...
- Czekaj. - Dzierżyński powstrzymał lekarza gestem. Z szafy wyciągnął atlas. - Rysuj. - Podał wieczne pióro.
- Zaczyna się tu, w Petersburgu i w Moskwie. - Skórzewski zaznaczył dwa kółka. - Potem mamy Mołdawię, Węgry oraz dość odległy Ural. Następnie Berlin, Bawaria, Włochy...
- Coś jakby spirala?
- Raczej kręgi, jak od kamienia rzuconego w wodę. Uderza w taflę, wzbija falę i nieco kropli. Te padające wokoło tworzą fale wtórne...
- Rozumiem.
- Im dalej od centrum, tym rewolucje słabsze i szybciej tłumione - Skórzewski dokończył swój wywód.
Krwawy Feliks przespacerował się po gabinecie.
- Nie mają kontaktu z nami, brak im pieniędzy, kadr... Więc i szybciej władza upada.
- Wierzy pan w to? Wszyscy wiedzą, że Lenin wyekspediował miliony w złocie do Szwajcarii. Wszystkie grupy rewolucyjne otrzymały bardzo podobną pomoc. Wszędzie dotarli wasi emisariusze. Wszędzie byli i miejscowi marksiści, gotowi w każdej chwili chwycić za broń. Tylko że...
- Masy! - przerwał mu Dzierżyński. - Tu, w Petersburgu, przechwyciliśmy władzę, bo poparła nas ulica! Tam ludzie w mniejszym stopniu poszli za czerwonym sztandarem.
- Tak. Zwykły opór, konserwatyzm i zdrowy rozsądek społeczeństwa zdusił w zarodku wasze plany. I to właśnie podpowiedziało mi rozwiązanie tej zagadki. Jeśli dokładnie przeanalizujemy mapy, zauważymy, że wokół na przykład Berlina też doszło do kolejnych słabszych wystąpień. Jakby dodatkowe kręgi. Coraz słabsze.
- Dobra. Przejdźmy do konkretów.
- Identycznie przebiegała niedawna epidemia grypy. Rozchodzące się kręgi zachorowań. Wirus się zdegenerował, stracił zjadliwość.
- Zaraza... To niemożliwe!
- To jest epidemia. - Skórzewski popatrzył mu prosto w oczy. - Bakcyl rewolucji, czerwona gorączka.
- Co ty bredzisz?!
- Wasza ohydna idea jest nie do zaakceptowania przez normalnego, zdrowego człowieka. Przyswoić ją może jedynie osobnik zakażony. Człowiek, którego mózg pracuje inaczej niż u zdrowego.
- To musi być przypadkowa zbieżność.
- Nie. To już raz nastąpiło. Pamięta pan, jak to było podczas rewolucji francuskiej? Wybuchła w Paryżu, ale im dalej od miasta, tym oddziaływanie słabsze. - Otworzył atlas na mapie Francji i znowu zaczął rysować kółka. - Tam, gdzie dotarły grupy inicjatywne, wybuchły powstania, ale prowincja nowinki rewolucyjne przyjmowała z tym większym oporem, im dalej i im później dotarli na nią piewcy nowego porządku. Wreszcie była Wandea - zakreślił wskazany obszar - gdzie rewolucja w ogóle nie zdołała zapuścić korzeni, tam wprowadzono ją siłą i dopiero po rzezi tysięcy autochtonów...
- Jak to wyjaśnić?
- Rewolucja wybuchła jesienią po trzech kolejnych latach nieurodzaju. Ludzie w miastach byli niedożywieni. Wandea to okręg rolniczy, jedne z najżyźniejszych ziem Francji. Człowiek syty jest odporniejszy na wszelkie zakażenia. A może było jeszcze inaczej? Drobna odmienność fizjologii. Inne pochodzenie wystarczyło, by posiadali naturalną odporność. Zresztą sami wiecie, jak to wygląda tutaj. Wasze idee radośnie podchwycili Żydzi i Łotysze. Lenina chroni pewnie ze czterystu Chińczyków. Rosjanie okazali się odporniejsi, tysiące z nich uciekło walczyć w oddziałach białych. A Polaków w waszych władzach jest niewielu.
- A zatem istnieje bakcyl wywołujący rewolucję. A raczej sprzyjający rewolucji.
- Specyficznej rewolucji. Rewolucji, która daje możliwość rozładowania agresji. Która w zbiorowych gwałtach i upadku moralności daje możliwość zaspokojenia znacznie podwyższonego popędu seksualnego. Ludzi cierpiących na czerwoną gorączkę raczej nie namówicie do czynienia pokuty w klasztorach, choć kto wie czy nie poszliby na krucjatę przeciw niewiernym. Tak jak na Ukrainie. Macie tam niewielkie poparcie, ale ten kraj uległ zakażeniu, tylko że ktoś je wykorzystał, by rzucić hasło pogromów Żydów i bolszewików. Myślę, że ten bakcyl pojawia się na ziemi już po raz kolejny. Najazdy Scytów, Hunów, Wandalów, nagła i niewytłumaczalna eksplozja islamu, wojny religijne XVI i XVII wieku, Francja...
- Ale to była burżuazja!
- Ta choroba nie wywołuje socjalizmu. Po prostu wasza idea przypadkiem idealnie zgrała się z kolejną falą zachorowań. W wyniku choroby, wskutek uszkodzenia mózgu, powstaje nowy byt. Człowiek, który nie czuje miłości, współczucia, wyrzutów sumienia, dla którego zaspokojenie instynktów i żądz staje się najwyższym prawem, który odczuwa przemożną chęć barbarzyńskiego niszczenia, palenia, gwałcenia, torturowania, mordowania. Istota człekopodobna, chłonąca całkowicie bezkrytycznie kłamstwa głoszone przez tych, którzy krzyczą najgłośniej. Wszystkie te cechy występują u was i waszych sojuszników. Wszystkie te cechy są typowe dla socjopatów, u których nie działają hamulce, jakie zbudowały pospołu ewolucja i cywilizacja.
Dzierżyński milczał.
- Czy to pewne? - zapytał wreszcie. - Profesor rozkroił kilkanaście mózgów, czy w jego preparatach znalazłeś bakterię odpowiedzialną za tę chorobę?
- To nie jest bakteria. To wirus.
- Wirus... Czym różni się od bakterii?
- Wielkością, a może też innymi cechami. Tak nazywamy roboczo czynnik chorobotwórczy wielokrotnie mniejszy od bakterii. Zbyt mały, by udało się go dostrzec przy użyciu naszych mikroskopów.
- Skąd zatem wiecie, że istnieje?
- Udało się oznaczyć jego przypuszczalną wielkość przy pomocy membran z mikroporami i eksperymentów na zwierzątkach doświadczalnych. Wiemy, przez jakiej wielkości otwory jest w stanie przeniknąć. Na przykład influencę wywołują właśnie wirusy.
- Rozumiem... Czyli niepodważalnych dowodów nie ma?
- Nie. Może jeśli kiedyś zdołamy opracować metody pokazujące, jak działa umysł, jeśli dowiemy się, które grupy neuronów za co odpowiadają, będziemy wiedzieli, gdzie to uderza. Na razie jedno wydaje się pewne. To nie zabija komórek kory mózgowej, a jedynie zmienia ich właściwości.
- Mówiłeś, że zjawisko słabnie, że im dalej od centrum zarazy, tym zachorowania są rzadsze, a przebieg choroby lżejszy... - Dzierżyński nabił fajkę i zapaliwszy, zaciągnął się dymem. - Co będzie dalej?
- Najbardziej prawdopodobne są dwa scenariusze - odparł Skórzewski. - Po pierwsze, czerwona gorączka może atakować jak grypa. Będzie przychodzić do Europy falami mocniejszymi i słabszymi, w zależności od odmiany wirusa, który ją powoduje.
- A po drugie?
- Może się rozpełznąć jak na przykład wywoływany przez bakterie syfilis.
- To znaczy?
- Gdy marynarze Kolumba przywlekli go z Ameryki, pierwsza fala była potwornie zjadliwa, choroba w ciągu kilkunastu miesięcy posyłała ludzi do grobu. Zaraza rozprzestrzeniała się też w bardzo szybkim tempie. Potem stopniowo osłabła, aż stała się przewlekłą dolegliwością, która potrzebuje całych dziesięcioleci, aby zabić swojego nosiciela. Może bakcyl osłabł z czasem, a może wybił wszystkich bardziej wrażliwych i pozostali przy życiu ci częściowo odporni. Wydaje mi się, że mamy do czynienia z wariantem pierwszym. Kolejne fale zachorowań, ale stany są chroniczne. Tylko nie wiem, czy wirus jedynie niszczy mózgi, czy też zostaje w nich jako stały rezydent.
- Innymi słowy, w drugim przypadku, jeśli nasza rewolucja to coś w rodzaju trypra...
- Tak czy siak, niebawem straci tempo. Ale wasza idea przez kolejne dziesięciolecia będzie miała w Europie i na świecie odpowiednią liczbę nosicieli. Komunizm będzie się degenerował wraz z bakcylem, lecz jednocześnie ogarniał coraz większą liczbę ludzi.
Dzierżyński milczał długą chwilę, jakby coś rozważając.
- Czy to jest uleczalne? - zapytał wreszcie. - Czy byłbyś w stanie wyleczyć na przykład mnie?
Skórzewski pokręcił przecząco głową.
- Na obecnym etapie rozwoju medycyny jest to niewykonalne. Może nowe, silniejsze leki, które zostaną wynalezione w ciągu następnych dziesięcioleci...?
- A szczepionka? Da się przed tym zabezpieczyć?
- Nie wiem. Nie sądzę. Może kiedyś się uda taką opracować, gdy nowe, ulepszone mikroskopy pozwolą nam wykryć wirusa i poznać jego budowę.
- Dobre warunki życia z pewnością wzmacniają odporność. A zatem będziemy głodzić każdy lud, który znajdzie się w zasięgu naszych rąk - syknął Dzierżyński jakby do siebie. - Zgnoimy arystokratów, burżujów, inteligencję...
- Wiem - burknął Skórzewski. - Słyszałem o obozach pracy.
- To za mało! - Wszechwładny dygnitarz skrzywił się. - Zagłodzimy ludzi w miastach i we wsiach. Uczynimy polem walki każdy zakątek zajętego terenu. A resztę niech zrobi za nas ten zdumiewający bakcyl. Tak czy inaczej, wszystko zależy od pośpiechu.
- Nie uda wam się. Zawsze pozostaje wrodzona odporność. Zawsze będą ludzie zdolni oprzeć się zakażeniu.
- Tych, którzy wykażą się wrodzoną odpornością, wymordujemy... Jak w Wandei. Tylko szybciej i dokładniej!
W milczeniu przeszedł się po gabinecie. Potem popatrzył na swojego więźnia.
- Dni są krótkie - powiedział - ale mrozy chwyciły mocne. Lód powinien utrzymać ciężar człowieka.
Skórzewski pytająco przechylił głowę.
- Wypuszczę cię. Jednak w Petersburgu zostać nie możesz. Jedyna droga ucieczki to zamarznięta zatoka. Przejdziesz nocą po lodzie. - Rzucił doktorowi mały kompas na łańcuszku.
- Dlaczego?
- Z wdzięczności. Uświadomiłeś mi, że znajduję się po właściwej stronie. Wśród tych, którzy zwyciężą."


"Czerwona gorączka"

W stylu nadającym się do teorii spiskowych - przypominających to, co pokazali nam cytowani autorzy - może dopiero ktoś próbować użyć tego wirusa (no, chyba, że przed jawnymi badaniami były tajne... ale jeśli tak, to raczej jawnych by teraz nie było...).

Przy czym bardziej przerażające od wszelkich możliwych teorii spiskowych i politycznych (nad)interpretacji jest to, że już sama tzw. Matka Natura nasz gatunek ogłupiała... Pocieszające zaś, że gdzie choroba, tam może być i lek.
pirogronian
Użytkownik
#866 - Wysłana: 16 Lis 2014 18:36:30
Odpowiedz 
Q__:
pirogronian:
To powinno trafić też do działu Teorie Spiskowe

Kiedy zdaje się być faktem...

Tym bardziej.
Q__
Moderator
#867 - Wysłana: 16 Lis 2014 18:39:58
Odpowiedz 
pirogronian

pirogronian:
Tym bardziej.

Sugerujesz, że ten wirus odpowiada za ich powstawanie? Ty?
pirogronian
Użytkownik
#868 - Wysłana: 16 Lis 2014 18:44:13
Odpowiedz 
Q__:
pirogronian:
Tym bardziej.

Sugerujesz, że ten wirus odpowiada za ich powstawanie? Ty?

Sugeruję, że ten wirus może mieć konotacje z bronią biologiczną, jako że wśród teorii spiskowych dużo miejsca poświęca się sprawie sztucznego obniżania inteligencji i odporności ludzi. Np poprzez fluorowanie wody czy zmiany w standardach dźwiękowych. A historia innych wirusów, jak grypy Hiszpanki, HIV czy Ebola, również mocno pachnie zachodnimi laboratoriami.
MarcinK
Użytkownik
#869 - Wysłana: 22 Lis 2014 11:17:53
Odpowiedz 
W temacie rozszerzonej rzeczywistości:
http://www.youtube.com/watch?v=gB9jCEXVQDk#t=37
MarcinK
Użytkownik
#870 - Wysłana: 23 Lis 2014 21:01:28
Odpowiedz 
 Strona:  ««  1  2  3  ...  27  28  29  30  31  32  33  »» 
USS Phoenix forum / Różności / Urzeczywistnianie SF. Osiagnecia wspólczesnej nauki i techniki.

Twoja wypowiedź
Styl pogrubiony  Styl pochylony  Obraz Łącza  URL Łącza  :) ;) :-p :-( Więcej emotikon...  Wyłącz emotikony

» Login  » Hasło 
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą tutaj pisać. Zaloguj się przed napisaniem wiadomości albo zarejstruj najpierw.
 
Wygenerowane przez miniBB®


© Copyright 2001-2009 by USS Phoenix Team.   Dołącz sidebar Mozilli.   Konfiguruj wygląd.
Część materiałów na tej stronie pochodzi z oryginalnego serwisu USS Solaris za wiedzą i zgodą autorów.
Star Trek, Star Trek The Next Generation, Deep Space Nine, Voyager oraz Enterprise to zastrzeżone znaki towarowe Paramount Pictures.

Pobierz Firefoksa!