USS Phoenix
Logo
USS Phoenix forum / Science-Fiction / Kim Stanley Robinson "Red Mars"
 
Autor Wiadomość
mozg_kl2
Użytkownik
#1 - Wysłana: 28 Wrz 2014 20:13:43
Odpowiedz 
"Czerwony Mars" - będzie serial SF oparty na książkach Kima Stanleya Robinsona
Adam Siennica | 28.09.2014 10:37

Amerykańska telewizja rozpoczyna pracę nad serialem "Red Mars", którego tytuł oparty jest na pierwszym tomie książki Kima Stanleya Robinsona pt. "Czerwony Mars".
970x3801411906814

Czerwony Mars" ("Red Mars") to pierwszy tom z trylogii Robinsona, która opowiada o kolonizacji i przemianie Marsa w miejsce zdatne do życia dla ludzi. Za produkcję odpowiadać ma Vince Gerardis ("Gra o tron"). Autor książki Kim Stanley Robinson będzie konsultant. Serial ma być z gatunku hard science fiction.

Projekt powstaje w amerykańskiej stacji Spike TV, która wydaje coraz większe pieniądze na swoje seriale. Pracują także nad widowiskiem osadzonym w czasach starożytnego Egiptu pt. "Tut".

Oto opis książki według wydawnictwa:

Niezwykle realistyczny opis kolonizacji Marsa przez Ziemian na początku XXI wieku. Dramatyczne dzieje osadników, którzy doprowadzają do totalnej katastrofy, próbując przystosować planetę do zamieszkania. Czy mimo eksperymentów na ekosferze planety i zbrodniczych posunięć międzynarodowych korporacji finansowych Mars się odrodzi i stanie się dla ludzi prawdziwym domem? Czerwony Mars to pierwsza część trzytomowego cyklu o kolonizacji Czerwonej Planety, obsypywanego licznymi nagrodami. Autor, Kim Stanley Robinson, z dużym znawstwem przedstawia technologiczne aspekty ogromnego, kosmicznego przedsięwzięcia, ukazując jednocześnie skomplikowane losy ludzi uwikłanych w uczuciowe, polityczne i społeczne konflikty. Zawiść, miłość, polityczne ambicje i fanatyzm - to wszystko tworzy mieszankę wybuchową, która łatwo może unicestwić marzenia o stworzeniu nowej Ziemi. Kolejne części cyklu to Zielony Mars i Błękitny Mars.

hatak.pl

kiedyś zacząłem to czytać ale nie skończyłem i musiałem oddać książkę. Ktoś czytał? Warto? Q co mówi Twoja szklana kula wszechwiedzy?
Q__
Moderator
#2 - Wysłana: 28 Wrz 2014 20:36:11
Odpowiedz 
mozg_kl2

mozg_kl2:
"Czerwony Mars" - będzie serial SF oparty na książkach Kima Stanleya Robinsona

To już drugie podejście. Pierwsze było Camerona, ale się wycofał...

Pojawia się zresztą pytanie czy jest to utwór filmowalny?
http://www.denofgeek.com/tv/19840/why-red-mars-may -prove-unfilmable

mozg_kl2:
Q co mówi Twoja szklana kula wszechwiedzy?

Że warto. Jest to lektura dość ciężka - za ciężka by liczyć ją do arcydzieł - ale b. solidna (choć pewne rzeczy autor sobie ułatwia) i b. wielowątkowa. Zdecydowanie godna uwagi. Dość lemopodobna stylistycznie. Bazująca na pomysłach technologicznych Clarke'a. Acz nie wiem czy spodoba Ci się ideologia autora...
Seybr
Użytkownik
#3 - Wysłana: 28 Wrz 2014 20:38:12
Odpowiedz 
mozg_kl2:
kiedyś zacząłem to czytać ale nie skończyłem i musiałem oddać książkę. Ktoś czytał? Warto? Q co mówi Twoja szklana kula wszechwiedzy?

Stary czytałem dobrych kilka lat temu. Pracowałem sobie na wadze podczas żniw. Miałem dużo czasu do czytania. W sobotę balety, dj`jka i w niedzielę maga zdychanie. Kupiłem pierwszy to i tak sobie leżał. Z nudów przeczytałem i nie żałuję. Ostatni tom znalazła moja żona i kupiła mi w prezencie. Seria trzech tomów jak dla mnie jest mega. Dużo ciekawych wątków naukowych, politycznych. Potrafi zaskoczyć.

Sam na na tym forum, wspominałem kilka razy o tej serii. To jest hard SF. Nie powiem chciałem zobaczyć serial na postawie.

Stawiam ci browara ;]. I sam zaraz z tej okazji idę ;].
mozg_kl2
Użytkownik
#4 - Wysłana: 28 Wrz 2014 21:25:53
Odpowiedz 
Q__:
. Jest to lektura dość ciężka

w sumie tak ją pamiętam, jako ciężką książkę której nie mogłem zmęczyć. Ale i miałem taki okres w życiu że cegły mnie przerastały.

Q__:
Acz nie wiem czy spodoba Ci się ideologia autora...

tzn?

Seybr:
Stawiam ci browara ;]

piję rum z cola ale i tego browara przyjmę
Q__
Moderator
#5 - Wysłana: 28 Wrz 2014 21:36:31
Odpowiedz 
mozg_kl2

mozg_kl2:
tzn?

Tzn. autor pokłada iście Trekową wiarę w to, że można "na rozum" budować społeczeństwo jeśli nie idealne, to przynajmniej optymalne (co czyni go pokrewnym w nadziejach komunistom), no i pokazuje arabskie osadnictwo na Marsie...

A'propos:
http://lovehistory.net/blog/2012/08/10/red-mars-ki m-stanley-robinson-1993/

ps. Informacje uzupełniające dla niezorientowanych:
http://en.wikipedia.org/wiki/Mars_trilogy
Seybr
Użytkownik
#6 - Wysłana: 29 Wrz 2014 10:19:56
Odpowiedz 
Q__:
no i pokazuje arabskie osadnictwo na Marsie...

Z tego co pamiętam szybko dostosowuje się do panujących warunków i żyje po za społeczeństwem.
Q__
Moderator
#7 - Wysłana: 29 Wrz 2014 10:44:38
Odpowiedz 
Seybr

Seybr:
Z tego co pamiętam szybko dostosowuje się do panujących warunków i żyje po za społeczeństwem.

Zacytujmy:

"W centrum placu, skupiona niczym małże na skale, rozsiadła się grupka popijających kawę Arabów. Przedstawiciele tej nacji przybyli na Marsa zaledwie dziesięć lat temu, ale już stanowili siłę, z którą trzeba się było liczyć. Mieli sporo pieniędzy i to właśnie oni wraz ze Szwajcarami stworzyli projekt budowy szeregu miast. Jednym z nich była właśnie Nikozja. Podobało im się na Marsie.
“Tu jest jak w chłodny dzień w Rub al-Chali” - mawiali Saudyjczycy. Podobieństwo do tamtego miejsca było tak duże, że arabskie wyrazy zaczęły masowo przenikać do angielszczyzny, ponieważ arabski okazał się o wiele bogatszy od angielskiego, jeśli chodzi o opis marsjańskiego krajobrazu: akaba oznaczało strome stoki wulkanów, badia - wielkie piaszczyste wydmy, nefuds - głębokie piaski, seyl - liczące sobie miliard lat wyschnięte koryta rzeczne.
Chalmers spędzał sporo czasu z Arabami, więc i teraz siedzący na placu ucieszyli się na jego widok. Salaam aleyk!- krzyknęli do niego, a on odpowiedział: Marhabba! Pod smolistymi wąsiskami Saudyjczyków błysnęły radośnie białe zęby. Grupa jak zwykle składała się z samych mężczyzn. Kilku młodzieńców poprowadziło Franka do głównego stolika, przy którym skupili się starsi. Był wśród nich również przyjaciel Chalmersa, Zeyk. On też zagaił rozmowę:
- Zamierzamy nazwać ten skwer Hajr el-kra Meshab, czyli “plac miejski z czerwonego granitu”. - Wskazał ręką kamień brukowy w kolorze rdzy. Frank skinął głową, zwykle z uprzejmości rozmawiał z nimi po arabsku najdłużej jak potrafił, co kosztowało go wprawdzie nieco wysiłku, ale warto było się pomęczyć, bo zyskiwał sobie w zamian przychylność i sympatię. Usiadł przy stole i rozluźnił się. Nagle poczuł się tak, jakby znajdował się na ulicy w Damaszku albo Kairze, owiewany przyjemnym zapachem kosztownych arabskich pachnideł.
Z uwagą studiował twarze rozmówców. Nie ulegało wątpliwości, że reprezentują zupełnie obcą kulturę. Najwidoczniej również nie mieli najmniejszego zamiaru się zmieniać tylko dlatego, że zamieszkali na Marsie, a to wyraźnie zakłócało harmonijną wizję Johna. Ich światopogląd w zasadniczych kwestiach bardzo się różnił od zachodniego stylu myślenia. Na przykład za rzecz niewłaściwą uważali rozdział Kościoła od państwa. Problem ten zresztą stanowił jedną z przyczyn, z powodu których, pomimo wielu wysiłków rządu, niemożliwe było ich porozumienie z ludźmi Zachodu. Poza tym do tego stopnia kultywowali tradycje patriarchatu, że niektóre ich kobiety podobno w ogóle nie umiały pisać. Analfabetki na Marsie! Był to jakiś znak. I rzeczywiście, ci mężczyźni naprawdę mieli coś groźnego w spojrzeniu, coś, co Frankowi kojarzyło się z określeniem macho. Wyglądali na ludzi, którzy niemiłosiernie maltretują swoje kobiety, a te - odgrywając się na mężczyznach w jedyny dostępny im sposób - terroryzują synów, którzy potem terroryzują swoje żony, które terroryzują swych synów i tak w nieskończoność, aż wszyscy pogrążają się coraz bardziej w spirali chorej miłości i wzajemnej nienawiści dwóch płci. W tym względzie wszyscy oni byli szaleńcami.
Między innymi zresztą właśnie za to Frank ich lubił. Poza tym oczywiście traktował ich jako nowy element w rozgrywce, ponieważ zaczynali stanowić sporą siłę. Postępował zgodnie z radą Machiavellego: “Wspieraj nowego, słabego sąsiada, aby osłabić siły starych i potężnych”.
Frank dopił kawę, a potem stopniowo, aby nie podrażnić dumy Arabów, przeszedł na angielski.
- Jak wam się podobały przemówienia? - spytał, wpatrując się w czarne fusy na dnie swojej filiżanki.
- John Boone taki sam jak zawsze - odparł stary Zeyk. Pozostali zaśmiali się zgryźliwie. - Kiedy mówi, że stworzy na Marsie całkowicie nową kulturę, ma jedynie na myśli, że poprze jedną z ziemskich kultur, a pozostałe będą prześladowane. Te, które on arbitralnie uzna za zacofane, zostaną skazane na zagładę. To pewna forma ataturkizmu.
- Boone sądzi, że wszyscy mieszkańcy Marsa po prostu staną się Amerykanami - oświadczył mężczyzna imieniem Nejm.
- Co w tym dziwnego? - uśmiechnął się Zeyk. - Na Ziemi to się już prawie dokonało.
- Nie, nie - wtrącił Frank. - Musieliście go źle zrozumieć. Ludzie mówią, że Boone myśli tylko o własnych korzyściach, a to...
- Ależ on naprawdę skupia się jedynie na sobie! - krzyknął gniewnie Nejm. - Żyje w sali pełnej luster! Sądzi, że przybyliśmy na Marsa, aby założyć filię starej, dobrej amerykańskiej superkultury i że wszyscy zgodzą się na ten plan, ponieważ stworzył go sam John Boone.
- Nie potrafi zrozumieć, że niektórzy ludzie mają całkowicie odmienną wizję tej planety - dodał Zeyk.
- To wcale nie tak. On po prostu z góry wie, że jego wizja jest najsensowniejsza ze wszystkich - zażartował Frank.
Wybuchnęli śmiechem, ale na twarzach młodych Arabów pojawił się wyraźny grymas goryczy. Niemal wszyscy Saudyjczycy byli przekonani, że przed ich przybyciem na planetę Boone potajemnie sprzeciwiał się udzielonej przez Organizację Narodów Zjednoczonych zgodzie na osadnictwo arabskie. Frank celowo utwierdzał ich w tej wierze, która była zresztą niedaleka od prawdy, ponieważ John nienawidził wszelkich ideologii, które mogły w jakikolwiek sposób przeszkodzić mu w jego planach. Wymagał od wszystkich bezwzględnej akceptacji własnych pomysłów, uważając je za absolutnie najlepsze."


Ale i potem:

"Arabowie i Szwajcarzy. Z pozoru kombinacja wydawała się dziwna, ale te dwie nacje potrafiły całkiem dobrze ze sobą współpracować."

"Czerwony Mars"
Seybr
Użytkownik
#8 - Wysłana: 29 Wrz 2014 10:55:18
Odpowiedz 
Q__

Czyli pamięć mnie zawodzi. Ile ja lat temu czytałem z 12 ?
Q__
Moderator
#9 - Wysłana: 29 Wrz 2014 11:15:48 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Seybr

Seybr:
Czyli pamięć mnie zawodzi.

To pierwszy tom... Potem wszystko ewoluowało...

Tak wyglądają wydarzenia tomu pierwszego z perspektywy drugiego:

"Zeyk i Nazik rozmawiali cicho, omawiając sytuację Arabów na planecie, która jak zwykle była bardzo złożona. Znajdujący się wśród tej nacji radykałowie prawie wszyscy znajdowali się na zewnątrz: żyli w karawanach, szukając metali, wody i miejsc aseotermalnych. Wyglądali nieszkodliwie i nigdy nie robili niczego, aby ujawnić, że nie należą do metanarodowego porządku. Znajdowali się jednak wszędzie na planecie i czekali, gotowi do działania.
Nadia wstała, aby się udać na spoczynek, a kiedy wyszła, Maja powiedziała z wahaniem:
- Opowiedzcie mi o Chalmersie.
Zeyk popatrzył na nią spokojnie i beznamiętnie.
- Co chcesz wiedzieć?
- Chcę wiedzieć, w jaki sposób był zamieszany w morderstwo Boone’a.
Zaniepokojony Zeyk zamrugał oczyma.
- Tamta noc w Nikozji była bardzo zagmatwana - zaczął ze smutkiem. - Arabowie po dziś dzień o niej rozmawiają. To się już staje nieznośne.
- A co mówią?
Zeyk spojrzał na Nazik, która odpowiedziała za niego:
- Problem w tym, że krążą różne opinie. Nikt naprawdę nie wie, co się wówczas zdarzyło.
- Ale przecież wy tam byliście. Widzieliście coś. Opowiedzcie mi więc o tym, czego byliście świadkami.
Wtedy Zeyk popatrzył na Maję z uwagą, a następnie pokiwał głową.
- No, dobrze. - Wziął głęboki oddech i skupił się. Później poważnie, jak gdyby był świadkiem w sądzie, zaczął opowiadać: - Po waszych przemówieniach zebraliśmy się na Hajr el-kra Meshab. Ludzie byli wściekli na Boone’a, ponieważ dotarła do nich plotka, że zastopował plan budowy meczetu na Fobosie. Jego mowa nie pomogła zmienić ich opinii o nim. Nigdy nie podobała nam się idea tego nowego marsjańskiego społeczeństwa, o którym stale opowiadał. Siedzieliśmy więc na placu i gderaliśmy, a wówczas przyszedł Frank. Muszę przyznać, że jego widok w tamtym momencie stanowił dla nas naprawdę duże pocieszenie. Wydawało nam się, że jest on jedyną osobą, która ma szansę się przeciwstawić Boone’owi. Dlatego też wpatrywaliśmy się w niego jak w obraz, a on nas ośmielał do działania, na różne subtelne sposoby dając do zrozumienia, że traktuje Boone’a z lekceważeniem: opowiadał dowcipy, które jeszcze bardziej zwiększały nasz gniew na Johna i powodowały, że coraz bardziej sam Frank wydawał się nam jedynym bastionem przeciwko tamtemu. Mnie osobiście denerwowało, że Frank tak judzi młodych. Był wśród nas Selim el-Hayil i kilku jego przyjaciół ze skrzydła ahadyjskiego, którzy byli wściekli nie tylko na Boone’a, ale także na skrzydło fetahijskie. Widzisz, Ahadowie i Fetahowie bardzo się wówczas różnili w wielu kwestiach, takich jak panarabskość kontra nacjonalizm, kontakty z Zachodem, stanowisko wobec sufitów... Było to fundamentalne rozróżnienie wśród młodszej generacji Braterstwa.
- Sunnici przeciw szyitom? - spytała Maja.
- Nie. Ci bardziej konserwatywni kontra liberalni, przy czym liberałowie uważali się za świeckich, a konserwatyści byli religijni: albo sunnici, albo szyici... El-Hayil był przywódcą konserwatywnego skrzydła ahadyjskiego. Znajdował się w tamtej karawanie, z którą Frank podróżował owego roku. Często wtedy rozmawiali i Frank zadawał mu wiele pytań, naprawdę wwiercał się w niego, tak jak tylko on potrafił, kiedy czuł, że rozumie danego człowieka, jego stanowisko i partię.
Maja skinęła głową, przypominając sobie takiego właśnie Franka.
- W każdym razie Frank znał świetnie poglądy el-Hayila, a tamtego wieczoru w Nikozji była taka chwila, kiedy młody przyjaciel już chciał coś powiedzieć, a wówczas Frank dał mu znak spojrzeniem, żeby milczał. Widziałem to bardzo dobrze... Potem Frank odszedł, a el-Hayil oddalił się niemal natychmiast po nim.
Zeyk przerwał, upił kawy i zastanawiał się nad dalszym ciągiem opowieści.
- Potem nie widziałem żadnego z nich przez następne kilka godzin. Na długo zanim Boone został zabity, zaczęło się robić paskudnie. Ktoś wypisał slogany na oknach medyny i Ahadowie myśleli, że zrobili to Fetahowie, toteż kilku Ahadów zaatakowało paru przedstawicieli wrogiego ugrupowania. Następnie rozpoczęły się walki w całym mieście. Niektórzy spośród naszych wdali się również w bójki z przedstawicielami amerykańskich załóg budowlanych. Coś się stało. Walki i bijatyki trwały. Wyglądało, jak gdyby wszyscy poszaleli.
Maja skinęła głową.
- Dobrze to pamiętam.
- Hmm... no cóż, usłyszeliśmy, że Boone zniknął i zeszliśmy do Bramy Syryjskiej, aby sprawdzić kody zabezpieczające i zobaczyć, czy nie wyszedł tamtędy. Okazało się, że rzeczywiście ktoś wyszedł przez tę bramę i nie wrócił do miasta, więc ruszyliśmy na zewnątrz, a wtedy usłyszeliśmy straszną nowinę. Nie mogliśmy uwierzyć. Zeszliśmy do medyny, gdzie już się wszyscy zgromadzili i potwierdzili nam, że to prawda. Do szpitala dotarłem po mniej więcej półgodzinnym przedzieraniu się przez tłum. Widziałem go. Ty też tam byłaś.
- Nie pamiętam cię.
- No cóż, ja cię pamiętam. Jednak Frank już wyszedł. Więc tylko spojrzałem na ciało, a potem wyszedłem, żeby zawiadomić wszystkich zgromadzonych, że to prawda. Nawet Ahadowie byli wstrząśnięci, jestem tego pewien... Nasir, Ageyl, Abdullah.
- Tak - potwierdziła Nazik.
- Ale el-Hayila, Rashida Abou i Bulanda Besseisso nie było tam z nami. Wróciliśmy do naszej dzielnicy i zgromadziliśmy się w domu z widokiem na plac Ffajr el-kra Meshab. Nagle rozległo się bardzo mocne stukanie do drzwi, a kiedy otworzyliśmy, do środka wpadł el-Hayil. Był już wtedy bardzo chory, pocił się, próbował wymiotować. Całą skórę miał zaczerwienioną i pokrytą plamami. Prawie nie mógł mówić, tak bardzo miał spuchnięte gardło. Pomogliśmy mu wejść do łazienki. Widzieliśmy, jak się dusi własnymi wymiotami. Zawezwaliśmy Yussufa i próbowaliśmy zabrać Selima do kliniki w naszym karawanseraju, kiedy nagle nas zatrzymał. “Oni mnie zabili” - jęknął. Spytaliśmy, kogo ma na myśli, a on wyrzucił z siebie tylko jedno słowo: - “Chalmers”.
- Powiedział to?! - zapytała Maja.
- Spytałem go: “Kto to zrobił?”, a on odparł: “Chalmers”.
Jak gdyby z wielkiej odległości Maja usłyszała głos Nazik:
- Było jednak coś jeszcze.
Zeyk skinął głową i odpowiedział.
- Spytałem: “Co masz na myśli?”, a on rzekł: “Chalmers. Chalmers mnie zabił. Chalmers i Boone”. Wyrzucał z siebie słowo po słowie. Mówił: “Planowaliśmy zabić Boone’a.” Nazik i ja jęknęliśmy, słysząc te słowa, a wówczas Selim zacisnął palce na moim ramieniu. - Zeyk wyciągnął obie ręce i schwycił niewidzialne ramię. - “On zamierzał wyrzucić nas z Marsa!” Oświadczył to w taki właśnie sposób... nigdy tego nie zapomnę. Naprawdę w to wierzył. “Boone w jakiś sposób zamierzał nas wykopać z Marsa!” - Zeyk potrząsnął głową, ciągle nie mogąc uwierzyć w to, co się wówczas zdarzyło.
- Co się działo potem?
- Selim... - Zeyk otworzył ręce - Selim dostał apopleksji. Najpierw się chwycił za gardło, a potem wszystkie jego mięśnie... - Zeyk znowu zacisnął dłonie w pięści. - Zastygł i przestał oddychać. Próbowaliśmy go ratować, ale już nam się nie udało. Nie wiedziałem, co robić... Tracheotomia? Sztuczne oddychanie? Preparaty przeciwhistaminowe? - Wzruszył ramionami. - Umarł na moich rękach.
Zapanowało długie milczenie. Maja w tym czasie wpatrywała się w rozpamiętującego Zeyka. Od tamtej nocy w Nikozji upłynęło pół wieku, a Zeyk już wtedy był stary.
- Jestem zaskoczona, że tak dobrze to pamiętasz - odezwała się Maja. - Moja własna pamięć, nawet takie noce jak tamta...
- Ja pamiętam wszystko - wyjaśnił ponuro Zeyk.
- Zeyk cierpi z powodu dokładnie przeciwnego problemu niż my wszyscy - wyjaśniła Nazik, patrząc na męża. - Pamięta zbyt wiele. I nie śpi dobrze.
- Hm. - Maja zastanowiła się chwilę. - A co z tamtymi dwoma wspólnikami?
Zeyk zacisnął usta.
- Nie potrafię powiedzieć na pewno. Nazik i ja przez resztę tej nocy zajmowaliśmy się Selimem. Spieraliśmy się, co zrobić z jego ciałem. Czy je wrzucić do przyczepy i ukryć to, co wiemy, czy też może od razu zawiadomić władze.
Czyli pójść do władz z samotnym martwym zabójcą, pomyślała Maja, uważnie obserwując wyraz twarzy Zeyka. Może o to się właśnie spierali. Chyba Zeyk nie opowiadał tej historii dokładnie.
- Nie wiem, co im się naprawdę przydarzyło. Nigdy się tego nie dowiedziałem. W mieście owej nocy było wielu Ahadów i Fetahów, a Yussuf słyszał to, co powiedział Selim. Więc ich śmierć mogli spowodować zarówno ich wrogowie czy przyjaciele, jak i oni sami. W każdym razie umarli później tej nocy w jakimś pokoju w medynie. Koagulanty.
Zeyk wzruszył ramionami.
Znowu zapadło milczenie. Zeyk westchnął, ponownie napełnił filiżankę. Nazik i Maja odmówiły.
- Jednak... widzisz... - podjął Zeyk - to dopiero początek. Tylko tyle widzieliśmy, tyle możemy powiedzieć na pewno. Co do innych kwestii, fiu! - Skrzywił się. - Spory, domysły, wszelkie teorie spiskowe. Zwykła rzecz w takiej sytuacji, prawda? Nikt już nie zostaje po prostu zamordowany. Od czasu waszych Kennedych zawsze istnieje pytanie o to, ile rozmaitych historii można stworzyć, aby zinterpretować ten sam materiał dowodowy... To jest ogromna przyjemność w teorii konspiracji... Nie wyjaśnianie, ale samo opowiadanie. To jest jak Szecherezada.
- Nie wierzysz w żadną z tych teorii? - spytała Maja. Nagle poczuła się zupełnie bezradna.
- Nie. Nie mam powodu, by wierzyć. Ahadowie i Fetahowie kłócili się, wiem o tym. Frank i Selim byli jakoś powiązani, to też prawda. Ale jaki wpływ miały te fakty na Nikozję, o ile w ogóle jakiś... - Stary Arab wypuścił powietrze z płuc. - Nie wiem i nie rozumiem, skąd ktokolwiek mógłby wiedzieć coś na pewno. To przeszłość... Allachu, wybacz mi... Przeszłość wydaje mi się czymś w rodzaju demona, który przybył tutaj, aby zadręczać mnie po nocach.
- Przykro mi. - Maja wstała."


"Zielony Mars"
mozg_kl2
Użytkownik
#10 - Wysłana: 29 Wrz 2014 16:15:35
Odpowiedz 
Q__:
autor pokłada iście Trekową wiarę w to, że można "na rozum" budować społeczeństwo jeśli nie idealne, to przynajmniej optymalne (co czyni go pokrewnym w nadziejach komunistom)

Przyznam, że zawsze stanowi lewacki odchyl w amerykańskiej kulturze stanowi dla mnie pewną zagadkę. Szczególnie, że kulturowo nie bardzo pasuje to do amerykańskiego ducha podboju zachodu itp. Zresztą już sam opis o złej korporacji zalatuje bullshitem.

Q__:
pokazuje arabskie osadnictwo na Marsie...

Dla mnie nie stanowi to problemu.
Q__
Moderator
#11 - Wysłana: 29 Wrz 2014 16:37:26 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
mozg_kl2

mozg_kl2:
Przyznam, że zawsze stanowi lewacki odchyl w amerykańskiej kulturze stanowi dla mnie pewną zagadkę. Szczególnie, że kulturowo nie bardzo pasuje to do amerykańskiego ducha podboju zachodu itp.

Dla mnie nie... Pluralizm opinii i takie tam... A ów amerykański duch podboju bywa bodaj równie często gloryfikowany, co krytykowany.

Inna sprawa, że głosy tego typu nie są w amerykańskiej SF wcale zbyt częste, zasadniczo uchodzi ona jednak za solidnie przegiętą w prawo (co widać w wizjach przyszłościowych kapitalizmów i - nawet - feudalizmów, kulcie silnych ludzi, całym nurcie military i westernowych space operach). Wystarczy wyliczyć nazwiska "Doc" Smith, Bester, Heinlein, Lucas, teraz Weber...
(Jeszcze inna, że często bywał to rozkład pokoleniowy - np. autorzy Golden Age zwykle byli prawoskrętni, nowofalowcy - lewoskrętni.)


ps. Prosiłem by nie nadużywać zwrotu "lewacki", który w normalnym języku określa działalność terrorystyczną podpierającą się lewicowymi hasłami. Politykierska agitacja - a stygmatyzowanie tego typu jest, dość łagodną, ale jednak, formą agitacji - jest u nas zakazana. Znaczy: zbierania sobie cd. Zupełnie niepotrzebnie zresztą, bo merytorycznie temat ideologizacji SF i zabarwienia ideowego autorów może się - przy zachowaniu standardów - przekształcić w ciekawą dyskusję... A Trylogia Marsjańska ze swoimi politycznymi wątkami stanowi do niej niezgorszy punkt wyjścia.

Weźmy ferment ideowy takich dyskusji z "Zielonego Marsa" (moment znany z warstwy wspomnieniowej Treka - formowanie się marsjańskiej niepodległości):

"Nadia zaczęła uczęszczać na codzienne spotkania poświęcone ogólnym kwestiom związanym z potencjalnym rządem marsjańskim. Zebrania te były dokładnie tak samo zdezorganizowane jak dyskusje na temat metod rewolucyjnych, jednak mniej emocjonalne i często bardziej formalne. Odbywały się każdego dnia w małym amfiteatrze, który w stoku tunelu w Malii wycięli minojczycy. Przed uczestnikami kongresu, siedzącymi na ławkach ustawionych w łukowych, wznoszących się rzędach, rozciągał się widok ponad bambusami, sosnami i dachami z terakoty na cały obszar tunelu, od Zakrosu do Falasarny.
W rozmowach uczestniczyły nieco inne osoby niż w debatach rewolucyjnych. Najpierw przedstawiano sprawozdania z mniejszych warsztatów, poddawano pod dyskusję, a następnie większość osób, które brały udział w warsztatach odbywała jedno większe zebranie, pragnąc usłyszeć, jak komentowane są ich raporty. A ponieważ Szwajcarzy podzielili warsztaty tematycznie na wszystkie możliwe aspekty polityki, ekonomii i szeroko pojętej kultury, dyskusje na spotkaniach ogólnych dotyczyły naprawdę sporej ilości zagadnień.
Wład i Marina często przekazywali raporty ze swojego warsztatu poświęconego problemom finansowym, a każde sprawozdanie wyostrzało i rozszerzało ich stale ewoluujące pojęcie ekoekonomii.
- To bardzo interesujące - powiedziała Nadia, gdy zdawała relację Nirgalowi i Artowi na ich późnowieczornym zebraniu w patio na wzniesieniu. - Wiele osób krytykuje pierwotny system Włada i Mariny, łącznie ze Szwajcarami i bolończykami, toteż powoli dochodzą oni do podstawowego wniosku, że system daru, którego początkowo używaliśmy w podziemiu, sam w sobie nie wystarcza, ponieważ zbyt trudno jest utrzymać gospodarkę w równowadze. Istnieją takie problemy jak kwestia niedostatecznej ilości różnych dóbr oraz kwestia gromadzenia, a kiedy zacznie się ustalać standardy, cała teoria będzie przypominać wymuszanie darów od ludzi, a jest to sprzeczność. Kojot też tak uważał i dlatego właśnie stworzył swój “sieciowy” handel wymienny. W każdym razie Wład i Marina pracują obecnie nad układem sprawniejszym i bardziej zracjonalizowanym, w którym artykuły pierwszej potrzeby będą rozdzielane w systemie ekonomicznym opartym na nadtlenku wodoru; wszystkie artykuły zostaną wycenione poprzez obliczenie ich wartości kalorycznej. Dopiero więc kiedy się rozdzieli artykuły pierwszej potrzeby, może zacząć działać ekonomia daru, używająca wzorca azotowego. Tak więc istnieją dwa plany, plan potrzeby i plan daru, albo - jak nazywają to sufici z tego warsztatu - zwierzę i człowiek, wyrażone za pomocą różnych wartości.
- Zieleń i biel - powiedział do siebie Nirgal.
- I sufici są zadowoleni z tego dwoistego systemu? - spytał Art.
Nadia skinęła głową.
- Dziś, po tym jak Marina opisała wzajemny stosunek dwóch planów, Dhu el-Nun powiedział jej: “Mevlana nie wyraziłby tego lepiej”.
- Dobry znak - ocenił wesoło Art.
Inne warsztaty były mniej szczegółowe, a co za tym idzie, mniej twórcze. Jeden, pracujący nad zapowiadanym projektem kodeksu praw, okazał się aż zaskakująco kiepski; jednak Nadia szybko zauważyła, że temat ten dotykał ogromnej liczby pojęć kulturowych i wiele osób, rzecz jasna, rozważało kwestię możliwej dominacji jednej kultury nad pozostałymi.
- Powtarzałem to swego czasu Boone’owi - krzyknął Zeyk. - Próba narzucenia nam wszystkim jednego kodeksu wartości to nic innego jak tylko ataturkizm. Każdemu należy pozwolić pójść własną drogą.
- Ale tylko do pewnego punktu - powiedziała Ariadnę. - Co zrobimy, jeśli jedna grupa zacznie się domagać uznania jej praw do posiadania niewolników?
Zeyk wzruszył ramionami.
- Na to nie można by przystać.
- Więc zgadzasz się, że powinien istnieć jakiś podstawowy projekt kodeksu praw człowieka?
- To oczywiste - odparł chłodno Zeyk.
W imieniu bogdanowistów odezwał się Michaił:
- Wszelka społeczna hierarchiczność jest rodzajem niewolnictwa - oświadczył. - Wszyscy powinni być całkowicie równi wobec prawa.
- Hierarchiczność jest stanem naturalnym - odrzekł Zeyk. - Nie można jej uniknąć.
- Mówisz to jako Arab i mężczyzna - odpaliła Ariadnę. - Ale my nie jesteśmy tutaj czymś naturalnym, jesteśmy Marsjanami. I jeśli hierarchiczność prowadzi do ucisku, trzeba ją znieść.
- Hierarchiczność ludzi o dobrych intencjach - podsumował Zeyk.
- Albo prymat równości i wolności.
- Wymuszony, jeśli to konieczne.
- Tak!
- Czyli wymuszona wolność? - Zeyk zamachał ręką z oburzeniem.
Art wtoczył na podest wózek z napojami.
- Może powinniśmy się skupić na pewnych aktualnych prawach - zasugerował. - Może spójrzmy na różne deklaracje praw człowieka z Ziemi i zobaczmy, czy któraś z nich nie da się przystosować do naszej sytuacji.
Nadia ruszyła dalej, aby przyjrzeć się niektórym innym spotkaniom. Użytkowanie gruntów, prawo własności, prawo karne, prawo dziedziczenia... Szwajcarzy rozłożyli kwestię rządową na zadziwiającą liczbę podkategorii. Anarchistów rozdrażnił ten fakt, a najbardziej rozgniewany wydawał się Michaił:
- Czy naprawdę musimy to wszystko omawiać? - pytał bez końca. - Nic z tego nie powinno obowiązywać, nic!
Nadia oczekiwała, że Kojot poprze Michaiła, ale ten oświadczył:
- Musimy wszystko przedyskutować, wszystko! Nawet jeśli nie chcecie mieć państwa, nawet państwa w sensie minimalnym... i tak musicie omówić jeden punkt po drugim. Zwłaszcza że większość minimalistów chce utrzymać ścisły system ekonomiczny i policyjny, który pozwoli im zachować przywileje. Dla was są to libertarianie - anarchiści, pragnący policyjnej ochrony ze strony swoich niewolników. Nie! Jeśli chcecie, by zaistniał model “minimalnego” państwa, musicie wszystko gruntownie przedyskutować.
- Ale - spytał Michaił - po co prawo spadkowe?
- A dlaczego nie? To jest bardzo ważna kwestia! Uważam, że na Marsie nie powinno być w ogóle żadnego dziedziczenia, z wyjątkiem może pewnych osobistych przedmiotów, które przechodziłyby z jednej osoby na drugą... A cała reszta powinna wrócić do Marsa. To jest część daru, nieprawdaż?
- Cała reszta? - spytał z zainteresowaniem Wład. - Czyli co dokładnie? Nikt przecież nie będzie posiadał żadnej ziemi, wody, powietrza, infrastruktury, rezerw genów, danych informacyjnych i tak dalej. Co więc pozostanie do dziedziczenia?
Kojot wzruszył ramionami.
- Twój dom? Twoje konto oszczędnościowe? To znaczy... czy nie będziemy posiadali pieniędzy? I czy ludzie nie zechcą zacząć gromadzić nadwyżek, jeśli się na to pozwoli?
- Musisz zacząć chodzić na sesje finansowe - wyjaśniła Kojotowi Marina. - Mamy nadzieję stworzyć walutę w postaci jednostek nadtlenku wodoru i szacować rzeczy pod kątem ich wartości energetycznej.
- Jednak jakieś waluty nadal będą istniały, prawda?
- Tak, ale rozważamy, na przykład, przywrócenie odsetek na kontach oszczędnościowych. Jeśli nie zrobisz użytku z tego, co zarobisz, zostanie uwolnione w atmosferę w postaci azotu. Byłbyś zaskoczony jak trudno jest utrzymać bezwzględną równowagę osobistą w tym systemie.
- A jeśli wam się to uda?
- Cóż, wtedy zgodzę się z tobą, że w wypadku śmierci wszystko powinno wrócić do Marsa i zostać użyte w jakimś ogólnym celu publicznym.
Sax z wahaniem sprzeciwił się i powiedział, że jest to sprzeczne z teorią bioetyczną, bowiem istoty ludzkie, podobnie jak wszystkie zwierzęta, ze wszystkich sił starają się zabezpieczyć własne potomstwo. Impuls ten można obserwować wszędzie w naturze, a także we wszystkich kulturach ludzkich i wyjaśnia on w sporej części ludzkie zachowania: zarówno te egoistyczne, jak i bezinteresowne.
- Spróbuj zmienić babo logiczną... to znaczy biologiczną... podstawę kultury... za pomocą jakiegoś rozporządzenia... Sam prosisz o kłopoty.
- Może powinniśmy zezwolić na minimalne dziedziczenie... - zauważył Kojot. - Wystarczające, by zaspokoić ten zwierzęcy instynkt, jednak nie na tyle duże, aby unieśmiertelniało bogatą elitę.
Q__
Moderator
#12 - Wysłana: 29 Wrz 2014 16:52:27
Odpowiedz 

Marina i Wład uznali najwyraźniej tę propozycję za intrygującą, bowiem każde z nich natychmiast zaczęło wstukiwać nowe wzory w swoje AI. Jednak Michaił, który siedząc obok Nadii przeglądał program na dalsze godziny dnia, nadal był sfrustrowany.
- Czy waszym zdaniem te problemy naprawdę stanowią część procesu konstytucyjnego?! - spytał, patrząc na listę. - Przepisy strefowe, wytwarzanie energii, wywóz śmieci... Tak!... Systemy przewozowe... metody zwalczania szkodników, prawo własnościowe, systemy skarg i zażaleń, prawo karne... arbitraż... przepisy zdrowotne?!
Nadia westchnęła.
- Tak sądzę. Przypomnijcie sobie, jak ostro Arkady pracował nad architekturą.
- Czy to ma być plan lekcji?! Oczywiście, słyszałem, że istnieje coś takiego jak mikropolityka, ale to, co chcecie tu robić, jest absurdalne!
- To nanopolityka - powiedział Art.
- Nie, pikopolityka! Femtopolityka!
Nadia wstała, aby pomóc Artowi przepchać wózek z napojami na warsztaty, które odbywały się w wiosce pod amfiteatrem. Randolph ciągle biegał z jednego spotkania na drugie, przywożąc jedzenie i napoje; w każdym miejscu słuchał po kilka minut czyjejś wypowiedzi, następnie szedł dalej. Dziennie odbywało się na kongresie osiem do dziesięciu spotkań, a on bez przerwy przechodził z jednego na drugie. Wieczorami, gdy coraz więcej delegatów spędzało czas na zabawach lub spacerach w górę i w dół tunelu, Randolph niezmiennie spotykał się z Nirgalem. Oglądali kasety na nieco przyspieszonej prędkości przewijania, tak że wszyscy nagrani uczestnicy szczebiotali jak ptaki. Dwaj mężczyźni zwalniali tempo przewijania kasety jedynie na chwilę, aby zrobić notatki albo omówić tę czy inną kwestię. Gdy Nadia wstawała w środku nocy, aby pójść do łazienki, mijała przyćmioną świetlicę, gdzie ci dwaj pracowali nad streszczeniami i widziała, jak śpią w fotelach; ich zaspane twarze o otwartych ustach połyskiwały w rzucanym z ekranu świetle debaty Spiczastych Wzgórz.

Jednak rankami Art wstawał bardzo wcześnie, wraz ze Szwajcarami rozpoczynającymi spotkania. Nadia przez parę dni próbowała mu dotrzymać kroku, ale warsztaty śniadaniowe nie są najprzyjemniejsze. Czasami ludzie siedzieli przy stołach sącząc kawę, jedząc owoce i bułki i patrzyli na siebie jak zombie: “kim jesteś?” - pytały ich zamglone spojrzenia. “I co ja tu robię?” “Gdzie jesteśmy?” “Dlaczego nie jestem w łóżku i nie śpię?”
Zdarzało się również inaczej: w niektóre poranki ludzie przychodzili po prysznicu, odświeżeni, ożywieni kawą lub kavajavą, pełni nowych pomysłów i gotowi pracować ciężko, aby uzyskać widoczne postępy. Jeśli wszystkim udzielił się tak entuzjastyczny nastrój, można było naprawdę wiele zdziałać. Jedna z sesji na temat praw własnościowych przebiegała w podobnej atmosferze i już po godzinie jej uczestnicy mieli wrażenie, że rozwiązali wszystkie kwestie sporne, pogodziwszy problemy jednostki i społeczności, prywatnej własności i wspólnych dóbr, egoizmu i altruizmu... Jednak, przy końcu sesji, ich notatki były dokładnie tak samo chaotyczne, niejasne i sprzeczne ze sobą jak te, które spisywano na najbardziej kłótliwych spotkaniach.
- Tylko kaseta z całą sesją może ją odpowiednio zaprezentować - ocenił Art, po długich próbach napisania streszczenia.
Przeważnie jednak spotkania nie były tak udane. W gruncie rzeczy większość z nich stanowiły tylko przewlekłe spory. Pewnego ranka Nadia zauważyła, jak Antar, młody Arab, z którym Jackie spędzała czas podczas ich podróży, mówi do Włada:
- Powtórzycie tylko katastrofę socjalizmu!
Wład wzruszył ramionami.
- Nie bądź za szybki w osądzaniu tego okresu. Państwa socjalistyczne znajdowały się pod stałą presją kapitalizmu z zewnątrz i korupcji od środka. Żaden system nie jest w stanie czegoś takiego przetrwać. Nie powinniśmy wylewać socjalistycznego dziecka ze stalinowską kąpielą, ponieważ możemy stracić wiele wartości z powodu braku oczywistej bezstronności, której potrzebujemy. Ziemia znajduje się obecnie w szponach systemu, który pokonał socjalizm i jest to hierarchia wyraźnie nieracjonalna i destrukcyjna. Jak więc możemy sobie z tym poradzić, jeśli nie chcemy przy okazji zostać zniszczeni? Wszędzie musimy szukać odpowiedzi na to pytanie, włączając w poszukiwania systemy pokonane przez bieżący porządek.
Art przepychał właśnie wózek z jedzeniem do następnego pomieszczenia i Nadia zdecydowała się mu towarzyszyć.
- O Boże, żałuję, że nie ma tu Forta - mruknął Art. - Powinien tu być, naprawdę uważam, że powinien.
Na następnym spotkaniu delegaci spierali się o granice tolerancji, o rzeczy, na które po prostu nie wolno pozwolić, niezależnie od tego, jakie dana grupa wynajduje dla nich religijne usprawiedliwienia. Ktoś krzyknął:
- Powiedzcie to muzułmanom!
Jürgen wyszedł z pokoju; wyglądał na oburzonego. Wziął z wózka bułeczkę i poszedł dalej z Nadia i Artem, mówiąc podczas jedzenia:
- Liberalna demokracja mówi, że tolerancja kulturalna jest niezbędna, ale konkretny liberalny demokrata wcale nie musi się specjalnie oddalać od liberalnej demokracji, aby się stał bardzo nietolerancyjny.
- Jak rozwiązują tę kwestię Szwajcarzy? - spytał Art.
Jürgen wzruszył ramionami.
- Nie sądzę, abyśmy ją rozwiązywali.
- Ludzie kochani, naprawdę żałuję, że nie ma tu Forta! - powtórzył Art. - Próbowałem się z nim skontaktować jakiś czas temu i powiedzieć mu o spotkaniu. Użyłem nawet telefonicznych linii rządu szwajcarskiego, jednak nigdy nie otrzymałem odpowiedzi."
mozg_kl2
Użytkownik
#13 - Wysłana: 29 Wrz 2014 21:12:07
Odpowiedz 
Q__:
Dla mnie nie... Pluralizm opinii i takie tam... A ów amerykański duch podboju bywa bodaj równie często gloryfikowany, co krytykowany.

Pluralizm opinii to jedno, a odchyl lewicowy hollywood drugie.

Q__:
Inna sprawa, że głosy tego typu nie są w amerykańskiej SF wcale zbyt częste, zasadniczo uchodzi ona jednak za solidnie przegiętą w prawo (co widać w wizjach przyszłościowych kapitalizmów i - nawet - feudalizmów, kulcie silnych ludzi, całym nurcie military i westernowych space operach). Wystarczy wyliczyć nazwiska "Doc" Smith, Bester, Heinlein, Lucas, teraz Weber...

u Heinleina ten militaryzm był przerysowany i prześmiewczy. Szydził on wprost z amerykańskich wartości. Lucas w SW krytykował prawą stronę sceny polityczne (ponownie atak z lewa), co do reszty to się nie wypowiem bo nie znam aż tak ich dzieł. Weber cały czas przede mną.

Q__:
Prosiłem by nie nadużywać zwrotu "lewacki", który w normalnym języku określa działalność terrorystyczną podpierającą się lewicowymi hasłami. Politykierska agitacja - a stygmatyzowanie tego typu jest, dość łagodną, ale jednak, formą agitacji - jest u nas zakazana. Znaczy: zbierania sobie cd.

Słownik PWN "lewactwo «skrajnie lewicowe poglądy polityczne» ". Szukanie haków na mnie ciąg dalszy.
Q__
Moderator
#14 - Wysłana: 29 Wrz 2014 21:53:05 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
mozg_kl2

mozg_kl2:
Pluralizm opinii to jedno, a odchyl lewicowy hollywood drugie.

Robinson to - póki co - nie Hollywood jeszcze. Co zaś do tego ostatniego... Przypomnij sobie "Fantastyczną podróż" z lat '60 (gdzie o motywacji szwarccharaktera wiemy tylko, że to ateusz) i liczne filmy inwazyjne stanowiące metaforę Czerwonego Niebezpieczeństwa - widać z nich jasno, że Holyłód zawsze był poprawny politycznie, tylko wektory tej poprawności mu się zmieniały, podążając za modą...

mozg_kl2:
u Heinleina ten militaryzm był przerysowany i prześmiewczy. Szydził on wprost z amerykańskich wartości.

Poglądy Heinleina to sprawa raczej złożona - z jednej strony (z powodu "Żołnierzy...", acz nie tylko, pochwałę żołnierskiego trudu masz i w jego juveniles m.in. w "Miiędzy planetami", a większość bohaterów heinleinowskich to przedsiębiorczy, umiejący posługiwać się bronią pragmatyczni twardziele) posądzany bywa wręcz o faszyzowanie. Z drugiej jego "Obcy w obcym kraju" (powieść, której sam zresztą nie uważał za SF) była kultowa wśród hippisów.

Szydzenie z - szeroko pojętych - amerykańskich wartości znajdziesz wyłącznie w "Obcym..." (którego autor widział satyrą). "Drzwi do lata" znów to wręcz agitka prokapitalistyczna. B. sympatyczna zresztą w lekturze. A podobający się nawet Lemowi (z zastrzeżeniami, ale jednak) "Władcy Marionetek" to z kolei jedna z historii definiujących nurt wspominanych antykomunistycznych opowieści inwazyjnych.

(Do tego wszystkiego, piewca militaryzmu i twardzielstwa, R.A.H. był też feministą, zwolennikiem pewnej swobody seksualnej, chętnie przedstawiał związki młodych chłopaków ze starszymi parę lat dziewczynami i nie był rasistą. Jego - postrzegany często jako futurystyczny SS-mann - Rico był Portorykańczykiem z pochodzenia. To tak, by było trudniej go szufladkować.)

mozg_kl2:
Słownik PWN "lewactwo «skrajnie lewicowe poglądy polityczne» ".

Ok, tylko teraz zdefiniuj skrajność. W miarę obiektywnie i w sposób nie budzący wątpliwości... A najlepiej - po prostu - przestań (nad)używać tego słówka (chyba, że będziesz pisać o RAAF czy Gwiaździstym Szlaku). Unikniemy takich zadrażnień.

(Poszukaj w Sieci... Słówko lewactwo/lewackilewak używane tak jak Ty go używasz traktowane jest dostatecznie często jako obelga, zarówno przez obdarzających nim, jak i przez obdarowywanych "komplementem" tego typu, bym jako mod miał prawo uważać, że narusza zasadę obowiązującego w tutejszym dyskursie szacunku do napotykanych istot.)
mozg_kl2
Użytkownik
#15 - Wysłana: 29 Wrz 2014 22:21:03
Odpowiedz 
Q__:
Robinson to - póki co - nie Hollywood jeszcze. Co zaś do tego ostatniego... Przypomnij sobie "Fantastyczną podroż" z lat '60 (gdzie o motywacji szwarccharaktera wiemy tylko, że to ateusz) i liczne filmy inwazyjne stanowiące metaforę Czerwonego Niebezpieczeństwa - widać z nich jasno, że Holyłód zawsze był poprawny politycznie, tylko wektory tej poprawności mu się zmieniały, podążając za modą...

Hollywood to był taki błędny skrót myślowy. Choć w sumie jest w tym coś o czym piszesz. Poprawność polityczna to inny problem naszych czasów. Ale to nie czas i miejsce.

Q__:
posądzany bywa wręcz o faszyzowanie.

amerykanie wszystkich osądzają o faszyzm i socjalizm. Roddenberry też był oskarżany o faszyzm bo uniformizacja społeczeństwa i o komunizm bo brak pieniędzy oraz socjalistyczna gospodarka federacji.

Q__:
Ok, tylko teraz zdefiniuj skrajność. W miarę obiektywnie i w sposób nie budzący wątpliwości... A najlepiej - po prostu - przestań (nad)używać tego słówka (chyba, że będziesz pisać o RAAF czy Gwiaździstym Szlaku). Unikniemy takich zadrażnień.

tak szczerze to nie chce mi sie ciągnąc tego wątku. Wolałbym zostać przy czerwonym marsie. Babranie się w politycznym bajorku na dobre nie wychodzi nikomu.
Q__
Moderator
#16 - Wysłana: 29 Wrz 2014 22:36:00 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
mozg_kl2

mozg_kl2:
tak szczerze to nie chce mi sie ciągnąc tego wątku. Wolałbym zostać przy czerwonym marsie. Babranie się w politycznym bajorku na dobre nie wychodzi nikomu.

Amen, Bracie.

Chociaż w wypadku "Czerwonego Marsa" trudno uniknąć do końca polityki, bo oni tam usiłują na obcej planecie społeczeństwo budować, co powoduje zderzanie różnych przywiezionych z Ziemi - lub powstałych na miejscu w obliczu nowych wyzwań* - ideologii, modeli, rozwiązań...

Swoją drogą da się to w jakimś stopniu - acz Robinson idzie znacznie, znacznie dalej - uznać za rozwinięcie tych słynnych fragmentów lemowskiego "Fiaska":

"Lokalizacja kosmodromu była rezultatem niedopatrzenia czy zwykłej pomyłki. Podług bezludnej auskultacji złoża kopalin miały tkwić pod dnem tej niegdyś wulkanicznej doliny, właściwie starego krateru, którego kolisko wydęły sejsmiczne skurcze Tytana. Więc najpierw tu rzucono maszyny i ludzi i zaczęto montować beczkowate ciągi mieszkalne dla górniczych załóg, aż poszły wieści, że paręset mil dalej rozpościerają się niesamowicie bogate i łatwe w eksploatacji uranowe złoża. W zarządzie projektu doszło wówczas do rozłamu. Jedni chcieli likwidować ten kosmodrom i wszystko zacząć od nowa na północo-wschodzie, drudzy upierali się, że tylko tu, a za depresją są, owszem, złoża powierzchniowe, lecz płytkie, więc mało wydajne. Zwolenników likwidacji pierwszego przyczółka nazwał ktoś raz poszukiwaczami świętego Graala, tak już zostało i nazwa Graal przywarła do terenu odkrywkowych robót. Ani kosmodromu nie rzucono, ani go nie rozbudowano. Poszło na zgniły kompromis, wymuszony niedostatkiem sił, właściwie kapitałów. Więc choć ekonomiści obliczyli iks razy, że na długi dystans lepiej się opłaci zamknąć lądowisko w starym kraterze i skoncentrować prace w jednym miejscu Graala, zwyciężyła logika doraźności. Zresztą Graal długo nie mógł przyjmować większych statków, a znów krater Roembdena — ten geolog go odkrył — nie miał własnego naprawczego doku, portalowych dźwigów przeładunkowych, najnowszej aparatury, i trwał wieczny spór o to, kto komu służy i kto ma co z tego. Podobno część zarządu dalej wierzyła w uran leżący pod kraterem, jakoż robiono trochę próbnych wierceń, lecz szły niemrawo, bo ledwie ściągnęli tu trochę ludzi i mocy, zaraz Graal, interweniując przez dyrekcję, zabierał ich do siebie i znowu zabudowania pustoszały, a maszyny stawały, porzucone wśród mroczniejących wokół ścian Roembdena. Parvis, podobnie jak inni przewoźnicy, nie uczestniczył w tych tarciach i konfliktach, choć musiał się trochę znać na nich z zewnątrz, bo wymagała tego delikatna pozycja każdego człowieka z transportu. Graal chciał wciąż wymową dokonanych faktów zlikwidować kosmodrom, zwłaszcza po rozbudowaniu własnego lądowiska, a Roembden mu w tym bruździł, zresztą bruździł, czy nie bruździł, okazał użyteczność, gdy znakomite betony Graala poczęły się zapadać. Na prywatny użytek uważał Parvis, że korzenie tego chronicznego rozdarcia są natury psychologicznej, a nie finansowej, bo powstały dwa lokalne i przez to już skłócone ze sobą patriotyzmy, krateru Roembdena i Graala, a reszta była poszukiwaniem argumentów na rzecz każdej strony. Tego lepiej nie należało mówić nikomu z pracujących na Tytanie."

"Gosse, puszczając to mimo uszu, ciągnął:
— Nowy szlak kosztował majątek. Trzeba było kumulatywnymi ładunkami nagryzać ten wał lawy — to jest główny wyciek Gorgony. Nawet Mons Olympus Marsa może się schować przed Gorgoną. Dynamit okazał się słabiutki. Był u nas niejaki Harenstine — może pan o nim słyszał? — który proponował, żeby zamiast przebijać się przez ten wał, wykuć w nim stopnie — zrobić schody. Bo to będzie tańsze. W konwencji ONZ powinien być przepis zabraniający dopuszczania do astronautyki idiotów. Wał Tyfona, cóż, przebiły specjalne bomby termojądrowe, po wydrążeniu tuneli. Gorgona, Tyfon — całe szczęście, że Grecy mieli tylu bogów i można ich pożyczać z mitologii. Nowy szlak otwarło się rok temu. Przecina tylko najdalej wysuniętą na południe kotlinę depresji. Dostał od ekspertów rozkaz, że ma być bezpieczny. Tymczasem ciągi podziemnych pieczar są wszędzie — pod całą Orlandią. Trzy czwarte Afryki! Kiedy Tytan stygł, krążył po silnie wydłużonej orbicie. Zbliżał się do strefy Roche'a, w którą wpadła moc mniejszych księżyców i Saturn zmełł je na swoje pierścienie. Więc Tytan stygł wrząc i powstawały na nim wielkie bąble w perisaturnium, marzły w aposaturnium, a potem przyszły sedymentacje, glacjacje i tę bąblowatą, gąbczastą, amorficzną skałę pokryły i zepchnęły w głąb. Nieprawda, że Mare Hynicum wpływa tam tylko przy odpowiedniej ascenzji wszystkich księżyców Saturna. Tych wtargnięć i wytryskiwania gejzerów nie da się przewidzieć. W zasadzie wiedzą o tym wszyscy, co tu pracują, i przewoźnicy, i piloci, i pan. Chociaż ten szlak kosztował miliard, wstęp powinien być ciężkim maszynom wzbroniony. Wszyscy, w dawnym sensie, znajdujemy się w niebie. Czy nie mówi o tym nazwa kopalni — Graal? Tylko że niebo okazało się paskudnie kapitałochłonne. Można było się urządzić lepiej. W paradę weszła buchalteria. Wypłaty za ginących są spore, ale mniejsze od inwestycji, która zredukowałaby niebezpieczeństwo."


Czyli: psychologia, ekonomia, poglądy, prywatne sympatie i antypatie wpływają tam na przebieg wydarzeń na równi z - pożyczonymi zwykle od Clarke'a - technologiami. Co daje, bywa, tragiczne skutki. Dodaje to zresztą głębi całości.

* te - dominujące w marsjańskim dyskursie publicznym, zresztą - ideologie powstałe już po przylocie to Zieloni - rozumiani tu jako zwolennicy terraformingu i Czerwoni - zwolennicy pozostawienia Marsa takim jakim był (co ciekawe ekolodzy lądują po stronie anty-zielonej przejęci losem ew. marsjańskich mikrobów, które terragforming gotów wykończyć nim zostaną odkryte)...

ps. U Lema mamy Mons Olympus Marsa, a u Robinsona poniekąd kontynuację:

"Weszli do sąsiedniego pomieszczenia, mrucząc coś do siebie. Ich rozmowę zagłuszał szum maszyn. Wysoki naukowiec zajrzał ciekawie do klatki, gdzie pod drewnianymi wiórami oddychały futrzane kulki. Wychodząc badacze wyłączyli światła w obu pomieszczeniach. W pierwszym laboratorium jarzył się tylko migoczący ekran mikroskopu elektronowego, rzucając zielony poblask na całą salę. Mężczyźni podeszli do okna. Nadal rozmawiali ściszonymi głosami. Wyjrzeli na zewnątrz. Niebo powoli zabarwiało się purpurą wschodzącego słońca, gwiazdy znikały jedna po drugiej. Na horyzoncie widniało olbrzymie, czarne masywne cielsko, gigantyczny wulkan w kształcie kopca o płaskim wierzchołku. Był to Olympus Mons, największa góra w Układzie Słonecznym."

"Olympus Mons jest wulkanem tarczowym i dlatego jego stożek na ogół nie jest stromy. Jest to góra bardzo wysoka, a jednocześnie niezwykle szeroka: wprawdzie wznosi się dwadzieścia pięć kilometrów nad powierzchnią równiny, ale ma aż osiemset kilometrów szerokości u podstawy. Nachylenie jej zboczy wynosi przeciętnie około sześciu stopni. Na obwodzie tego ogromnego wulkanu znajduje się kolisty stok wysokości jakichś siedmiu kilometrów - ściana skalna, dwa razy wyższa niż podobne urwisko na Echus Overlook. Ta skalna ściana jest w wielu miejscach niemal pionowa. Jej granie skusiły już niejednego amatora wspinaczek wysokogórskich na Czerwonej Planecie, ale żadnemu z nich nie udało się jeszcze jej zdobyć, toteż większość mieszkańców Marsa uważa ją jedynie za widowiskową przeszkodę w drodze na kalderę. Jadący z powierzchni podróżnicy zamiast stromego urwiska wybierają zwykle lekko pochyłą, szeroką drogę na północnym zboczu, gdzie skalną ścianę zalał jeden z ostatnich wylewów lawy. Areolodzy snują opowieści, jak ich zdaniem musiał on wyglądać, mówią o rzece ciekłej magmy, szerokiej na sto kilometrów, oślepiająco jaskrawej, opadającej siedem tysięcy metrów na czarną równinę zaskorupiałej lawy, dewastującej coraz większe połacie terenu. .. Ten wylew lawy pozostawił po sobie rampę z lekką jedynie nierównością w miejscu, gdzie skarpa została zalana; podjazd po niej jest łatwy, a potem jadącego czeka jeszcze jakieś dwieście kilometrów do stożka kaldery.
Szczyt stożka Olympus Mons jest tak szeroki i płaski, że niewiele można dojrzeć poza wspaniałym obrazem wielopierścieniowej kaldery, reszta planety jest stamtąd niewidoczna. Spoglądając z góry, widzi się tylko zewnętrzną krawędź stożka i niebo. Na południowym stoku znajduje się jednak mały krater meteorytowy, bezimienny, oznaczany na mapach jako THAZp. Wnętrze tego maleńkiego krateru jest osłonięte przed rzadkim strumieniem gazów pędzących nad Olympus Mons i jeśli obserwujący stanie na południowym łuku jego stosunkowo młodego, ostrego stożka, dojrzy w końcu pod sobą zarówno zbocze wulkanu, jak i ogromną równinę zachodniej Tharsis. Będzie miał wówczas wrażenie, że patrzy z bardzo, bardzo wysokiego tarasu na nizinną przestrzeń planety."


"Czerwony Mars"

BTW. MarcinK snuł wizje łączenia paru powieści Lema w jeden setting; otóż mam wrażenie, że w settingu tym zmieściłaby się swobodnie i robinsonowa Trylogia...
Q__
Moderator
#17 - Wysłana: 3 Paź 2014 09:01:28 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Taka jeszcze mała dygresyjka, gwoli UPnięcia fajnego tematu...

Otóż, skoro o settingu mowa, w zasadzie można uznać, że jeszcze dwie powieści Robinsona mieszczą się w jednym świecie z Trylogią Marsjańską. Są to - napisana po wszystkich trzech "Marsach" - "Antarktyka" (co znów zazębia się z "Fiaskiem" - Parvis pracował na tymże kontynencie, kierując wielkochodem) i najnowsze "2312" (zachwalałem tę powieść). Pierwsza bowiem posługuje się podobną opisowością i obraca wokół zbliżonej - polityczno-naukowo-eksploracyjno-ekologiczno- antykorporacyjnej - tematyki*, drugą znów łączy wiele elementów z "Błękitnym..." - choćby watek ruchomego merkuriańskiego miasta, że już o terraformingu nie-tylko-Marsa nie wspomnę.
Należy też wspomnieć o osadzonej w świecie Trylogii antologii "The Martians" (ciekawe kiedy trafi na nasz rynek?) i debiutanckiej powieści Robinsona - "Icehenge", zawierającej zalążek wątków, które - w zmodyfikowanej wersji - trafiły po 10 latach do marsjańskiego cyklu.

* Można zresztą powiedzieć, że tytułowy kontynent jest swego rodzaju enklawą nie-ziemskości na Ziemi, bo warunki są tak skrajnie nieprzyjazne dla człowieka, pejzaż podobny do monotonii pejzaży wielu znanych ciał naszego Układu, a i człowiek wylądował tam mniej niż wiek przed lądowaniem na Księżycu, choć na Ziemi żyje od tak dawna... Autor to zresztą zauważa (nazywając przy tym Antarktydę Lodową Planetą i zwąc ją tak potem raz za razem):

"Góry, białe góry. Tu i ówdzie czarne plamy skał, ale poza tym wszystko przykryte warstwą przypominającą bitą śmietanę, rozlaną po horyzont. Nigdy nie widział takiej puszystej bieli śniegu -jak gdyby w czasie, kiedy spał, stary herc przeskoczył granicę hiperprzestrzeni i znalazł się nad zupełnie inną planetą. Lodowy Świat. Zwały gęstego śniegu oblepiające krajobraz, nad którym błyszczało niebieskoczame niebo."

(Z tym, że uprzedzam: bohaterowie "Antarktyki" to są w zasadzie lewacy i to tacy prawdziwi, nie z rodzimego dyskursu rodem: marksiści-ekoterroryści itp. Więc nie każdemu musi to podejść.*)

* nie traktuj tego, proszę, mozgu_kl2, jako jakiegoś nękania Cię teraz polityką; po prostu omawiając twórczość Robinsona ciężko od takich tematów całkiem uciec...
Q__
Moderator
#18 - Wysłana: 13 Gru 2015 08:14:59 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
mozg_kl2

No i już wiemy... Serię będzie robił Straczynski:
http://www.denofgeek.com/tv/red-mars/38174/red-mar s-kim-stanley-robinsons-sci-fi-novel-coming-to-tv
http://variety.com/2015/tv/news/red-mars-spike-ser ies-order-1201656112/

Coraz ciekawiej wygląda ta telewizyjna SF. (Niedługo stracisz powody do narzekania, Mav .)
Q__
Moderator
#19 - Wysłana: 10 Lip 2020 19:05:15 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Zaciekawiła mnie relatywnie nowa "Aurora" Robinsona:
https://en.wikipedia.org/wiki/Aurora_(novel)
Nie w sensie, że czytałem (i się podobało), ale w znaczeniu, że mam chęć sięgnąć, prawdę mówiąc dla jednego wątku, w którym - streszczeniem się kierując - doszukiwałbym się swoistej odpowiedzi na pytanie, czego się Steergard (z "Fiaska") bojał , tego traktującego o reakcji mieszkańców Ziemi na powrót kosmonautów, którzy swoją misję (w tym wypadku nie kontaktową, a kolonizacyjną) porzucili, pod naporem okoliczności.
Jeśli kto miał ją w rękach , będę dźwięczny za podzielenie się wrażeniami.

ps. Jak przy K.S.R.-owych nówkach jesteśmy... Warto wspomnieć, że w ciągu minionej siedmiolatki wydał - poza w/w - jeszcze trzy powieści:
- kosmiczno-polityczną
https://en.wikipedia.org/wiki/Red_Moon_(novel)
- klimatyczną
https://en.wikipedia.org/wiki/New_York_2140
- i (pre)historyczną
https://en.wikipedia.org/wiki/Shaman_(novel)
 
USS Phoenix forum / Science-Fiction / Kim Stanley Robinson "Red Mars"

Twoja wypowiedź
Styl pogrubiony  Styl pochylony  Obraz Łącza  URL Łącza  :) ;) :-p :-( Więcej emotikon...  Wyłącz emotikony

» Login  » Hasło 
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą tutaj pisać. Zaloguj się przed napisaniem wiadomości albo zarejstruj najpierw.
 
Wygenerowane przez miniBB®


© Copyright 2001-2009 by USS Phoenix Team.   Dołącz sidebar Mozilli.   Konfiguruj wygląd.
Część materiałów na tej stronie pochodzi z oryginalnego serwisu USS Solaris za wiedzą i zgodą autorów.
Star Trek, Star Trek The Next Generation, Deep Space Nine, Voyager oraz Enterprise to zastrzeżone znaki towarowe Paramount Pictures.

Pobierz Firefoksa!