USS Phoenix
Logo
USS Phoenix forum / Science-Fiction / Komputery - spełnione marzenie Science Fiction?
 Strona:  1  2  3  4  »» 
Autor Wiadomość
Mav
Użytkownik
#1 - Wysłana: 24 Paź 2013 17:49:34 - Edytowany przez: Mav
Odpowiedz 
Oprócz podróży międzygwiezdnych jedną z rzeczy, których najbardziej zazdrościmy w światach przedstawionych przez gatunek SF, są komputery. A w zasadzie były.

Kiedyś komputery ze "Star Trek", czy innych dzieł SF robiły wrażenie i można było ich pozazdrościć. Dziś, trzeba sobie szczerze powiedzieć, ze w zasadzie obecne komputery nie tylko dogoniły wizje sprzed lat, ale je prześcignęły. Wchodzimy do domu, mówimy do telewizora, aby się włączył, gestami zmieniamy programy, bierzemy tablet lub siadamy przed PC i szperamy po internecie, który jest niesamowitą bazą danych i miejscem do kontaktowania się z całym światem. Smartfony potrafią nagrywać obraz w HD, rozpoznawać muzykę, nawigować itd. Możemy na takim przenośnym komputerze jakim jest smartfon uruchomić Skype i przeprowadzić video rozmowę z przyjacielem oddalonym o tysiące kilometrów. Jeszcze kilkanaście lat temu to wszystko było nie do pomyślenia. Dzisiaj to w zasadzie standard. Komputery rozwinęły się do tego stopnia, ze nawet te przedstawione w najnowszych filmach SF, jak "Avatar" nie robią wrażenia, są... normalne.

Czy zatem jedno z marzeń SF, to o wspaniałych komputerach spełniło się? Jak dla mnie tak. Ich już bohaterom kina i literatury SF zazdrościć nie musimy. Szkoda, że nie można tego samego powiedzieć o statkach kosmicznych szybszych niż światło.

pad

Patrick Stewart udając, że robi coś na plastikowym rekwizycie zwanym padem, zapewne nie przypuszczał, że za kilkanaście lat będzie mógl używać prawdziwego.

ps. Napisałem to na telefonie, w terenie, w imię 21 wieku!
Kor
Użytkownik
#2 - Wysłana: 24 Paź 2013 19:02:35
Odpowiedz 
Mav:
Dziś, trzeba sobie szczerze powiedzieć, ze w zasadzie obecne komputery nie tylko dogoniły wizje sprzed lat, ale je prześcignęły.

Nie wiem co bierzesz - z chęcią się dowiem - ale w świecie trzeźwych ludzi PC nie prowadzą z nimi sensownych konwersacji i nie stwarzają bytów świadomych (Moriarty). Holodecku też jeszcze na oczy nie widziałem.

Także chociaż się zgodzę, że to co widzimy czasem na biurkach oficerów GF (stacje dostępowe) specjalnego wrażenia już nie robi, tak do głównego komputera Enterprise to nam wieeeeeeeeeeeeele jeszcze brakuje i jest czego zazdrościć
Mav
Użytkownik
#3 - Wysłana: 24 Paź 2013 19:25:29 - Edytowany przez: Mav
Odpowiedz 
Kor

Komputer Enterprise nie ma swiadomosci, to po prostu sterowanie glosem. Nie ma w tym nic niezwyklego. W iPhonie masz Siri, a na Androidzie Iris, sa to niesmiale tego poczatki. Zadajesz pytania, a Siri odpowiada. Samaung Galaxy juz z dwa lata ma obsluge glosem. Mowisz "hi Galaxy" i mozesz mowic co ma zrobic, wlaczyc nawigacje, sms itd. A holodek to nie komputer, tylko cala skomplikowana technologia, wiec bym tego nie mieszal.
Q__
Moderator
#4 - Wysłana: 24 Paź 2013 19:28:52 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Kor

Kor:
Nie wiem co bierzesz - z chęcią się dowiem

Towarzyszu, nie przesadzajcie z kwiecistością, co?

Kor:
tak do głównego komputera Enterprise to nam wieeeeeeeeeeeeele jeszcze brakuje i jest czego zazdrościć

Tylko zwróć uwagę na jedno... TNG (i współczesny mu cyberpunk) to już trochę inna bajka, ale wcześniejsza, bardziej klasyczna, SF komputery - mimo wszelkich genialnych intuicji Lema (opisał sieć komputerową już w "Astronautach"), Clarke'a (straszył Webmindem zanim Internet powstał, opisał laptopy) czy Dicka (wymyślił wyszukiwarki i ogólny algorytm ich działania) - traktowała raczej po macoszemu (na co zwracali uwagę właśnie cyberpunkowcy), nie doceniając ich roli, albo opisując ją zbyt selektywnie: zauważ... niby komputery oryginalnego Enterprise'a reagowały na głos, ale dane - jak twierdzi m.in. Foster (cytowałem) na mikrofilmach trzymali, lemowskie superkomputery maja po staremu lampy (!), a clarke'owski prototyp komórki ma rozmiar szafki.
Znaczy, Mav może wyraził się nieprecyzyjnie, ale kawałek racji ma...
Mav
Użytkownik
#5 - Wysłana: 24 Paź 2013 19:32:08 - Edytowany przez: Mav
Odpowiedz 
Q__:
Mav może wyraził się nieprecyzyjnie, ale kawałek racji ma...

Komputery w ST nie sa niczym niezwyklym. Jedyne z czym moge sie zgodzic to sztuczna swiadomosc, tego nie mamy, reszta jest lub bez problemu byc moze.
Q__
Moderator
#6 - Wysłana: 24 Paź 2013 19:38:29 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Mav

Mav:
Jedyne z czym moge sie zgodzic to sztuczna swiadomosc, tego nie mamy

W sumie sztuczna świadomość w dawnej SF nawet nie do końca szła z prognozy technologicznej, bardziej z mitu golemowego... Ile są warte przepisy Asimova na mózg pozytronowy? Nic. Zwł., że niezbyt w ogóle wiadomo po co do sprawy antymaterialny odpowiednik elektronów wmieszał...

Inna sprawa, że dobrej definicji świadomości nie mamy, nie wiadomo więc gdzie się zaczyna, a gdzie kończy... (Kiedyś sporo cytatów na temat wrzucałem.) Gdyby się np. okazało, że azjatyccy filozofowie mieli rację uznając - mniejszą czy większą - świadomość za atrybut wszelkiej materii to by się okazało, że nasze komputery mają ją od dawna. Pytanie jednak czy na interesującym nas poziomie i stopniu kompatybilności...
Mav
Użytkownik
#7 - Wysłana: 24 Paź 2013 19:52:41 - Edytowany przez: Mav
Odpowiedz 
Q__

Kor piszac o jakims cpaniu, zachwycajac sie zwyklym sterowaniem glosowym komputera w TNG, i pisaniem o holodeku w kontekscie komputerow, kompletnie sie skompromitowal. I tyle w temacie.

Co do swiadomosci, to tez nie wiem czy zrzucanie tego tematu do stricte komputerowego poziomu jest sprawiedliwe... zawsze chodzilo bardziej nie o cyfrowy program w komputerze, a byt w stylu Daty, myslaca maszyne. Co do sklasyfikowania swiadomosci, to jest to ciezki temat. Mozna stworzyc progrsm, ktory bedzie z nami gadal, uczyl sie itd. Moze sprawiac wrazenie swiadomego, ale moze to byc tylko zludzenie.
Kor
Użytkownik
#8 - Wysłana: 24 Paź 2013 21:29:10 - Edytowany przez: Kor
Odpowiedz 
Q__

Zgoda. Ogólnie rację Mav ma, ale nie w odniesieniu do centralnej jednostki z TNG.

Mav

Sorry, ale Moriarty to kim jest, jak nie kodem wykreowanym przez główną jednostkę obliczeniową Enterprise. Kreacja Moriarty'ego należy rozumieć właśnie w ten sposób - jako uzyskanie świadomości przez program.

Nawet byty nieświadome, takie jak Leah Brahms, z którą Geordi współpracował
w epizodzie Booby Trap (zresztą epizod dość głupio - bo zbyt powierzchownie - krytyczny wobec komputerów), pokazują nam, że jednostka centralna Enterprise działa na poziomie o jakim my możemy jedynie pomarzyć. Siedzi neuronowe jakich używamy są w stanie rozwiązywać proste zagadki, a i to przyuczane przez długi czas. Brahms prowadzi z Geordim debatę. Stawia tezy, proponuje rozwiązania, wnioskuje.

Holodeck to jest, poza fizyczną realizacją, właśnie komputer. Moc wymagana do realizacji takiej symulacji, jest wręcz niewyobrażalna.

Współcześnie głupie symulacyjne zbadanie zderzenia jakiegoś trochę bardziej złożonego konstrukcyjnie, niż kula, elementu materiału z innym, żeby było w miarę fizycznie wiarygodne, zajmuje często setki, tysiące godzin obliczeniowych i to nie na komputerach domowych, tylko czymś co samo jest od domowego PC-ta niewyobrażalnie szybsze.

To, co Ty masz w domu, to się nie nadaje do najprostszych badań. Nie doceniasz jak złożona jest sama rzeczywistość. Nasze komputery współczesne, nawet superkomputery, w zderzeniu z rzeczywistością, to są dziecięce zabawki.
Mav
Użytkownik
#9 - Wysłana: 24 Paź 2013 21:42:31 - Edytowany przez: Mav
Odpowiedz 
Kor:
Sorry, ale Moriarty to kim jest, jak nie kodem wykreowanym przez główną jednostkę obliczeniową Enterprise. Kreacja Moriarty'ego należy rozumieć właśnie w ten sposób - jako uzyskanie świadomości przez program.

Na upartego nie mogę zaprzeczyć, ale miej sumienie i nie dawaj za przykład historie z jednego odcinka... Wiesz, niektórzy w ST się w jaszczurki zmieniali Poza tym to zaskoczyło samą załogę, a więc to był odosobniony przypadek, anomalia, a nie komputerowy fundament Treka. Ten jest taki, że komputery świadomości nie mają, potrafią wykonywać polecenia głosowe i odpowiadać, co już dziś jest możliwe.

Kor:
Holodeck to jest, poza fizyczną realizacją, właśnie komputer. Moc wymagana do realizacji takiej symulacji, jest wręcz niewyobrażalna.

Holodek to pola siłowe i takie tam. Komputer tym steruję, nie bardzo pasuję mi to do typowego tematu o komputerach. Gdyby to była rzeczywistość wirtualna, to co innego.

Kor:
spółcześnie głupie symulacyjne zbadanie zderzenia jakiegoś materiału z innym, żeby było w miarę fizycznie wiarygodne, zajmuje często setki, lub tysiące godzin obliczeniowych i to nie na komputerach domowych, tylko czymś co samo jest od domowego PC-ta niewyobrażalnie szybsze.

No miałem napisać, że komputery w SF mają jakieś tam nieznane, bliżej nieokreślone moce obliczeniowe, z góry ustalone na większe niż nasze i tym się różnią w tej chwili. Ale to jest akurat banał, coś oczywistego. Ale tak się składa, że Data w TNG podał swoje parametry. Nie pamiętam ile obliczeń na sekundę podał, ale pamiętam, że jego pamięć to coś ok 120 terabajtów... W latach 80 to musiało urywać głowę. Pewnie poszli na całego z tą wizją, sami zastanawiając się, czy aby nie przesadzają A dziś nie robi to żadnego wrażenia... Raczej Data ma małą pamięć bym powiedział
Kor
Użytkownik
#10 - Wysłana: 24 Paź 2013 21:51:04 - Edytowany przez: Kor
Odpowiedz 
Mav:
Na upartego nie mogę zaprzeczyć, ale miej sumienie i nie dawaj za przykład historie z jednego odcinka...

To nie jest kwestia jednego odcinka. To jest stały zespół zjawisk w TNG.

Mav:
Holodek to pola siłowe i takie tam. Komputer tym steruję, ale nie bardzo pasuję mi to do typowego tematu o komputerach. Gdyby to była rzeczywistość wirtualna, to co innego.

Ha! Jest dokładnie na odwrót. Właśnie taka symulacja pasuje do tematów o komputerach, jak żadna inna. Ponieważ my obecnie również dokonujemy różnych symulacji. Wirtualnej rzeczywistości nie mamy. Porównując to ile czasu zajmuje nam nawet na superkomputerach dokonanie jakichś banalnych w gruncie rzeczy obliczeń, do tego co bez żadnej trudności w czasie rzeczywistym robi komputer Enterprise, dochodzimy do wniosku, że ten komputer tak ma się do naszych superkomputerów, jak nasze superkomputery do liczydeł. Pod względem samej mocy obliczeniowej (ale o tym już sam napisałeś).

Mav:
No miałem napisać, że komputery w SF mają jakieś tam nieznane moce obliczeniowe, z góry ustalone na większe niż nasze i tym się różnią w tej chwili.

Nie, różnią się jakościowo. My nie jesteśmy w stanie - nie ze względu na moc obliczeniową, nie jesteśmy po prostu na tym poziomie wiedzy - stworzyć komputera, który nie tylko stale do pewnego stopnia wnioskuje, ale jest w stanie generować własne podprogramy, służące do wnioskowania w różnych dziedzinach.

Każda postać w holodecku to taki podprogram. Nam nie udało się nawet do tego zbliżyć. Komputer Enterprise sam, w dużym zakresie, programuje. Raz nawet zaprogramował istotę świadomą

Mav:
A dziś nie robi to żadnego wrażenia... Raczej Data ma małą pamięć bym powiedział

Jednocześnie wiemy, ze Data jest w stanie zapamiętać wszystko, czego tylko doświadczy (trudno powiedzieć przez ile lat). Sama pamięć to pikuś. Najważniejsza jest kwestia kompresji. Są ludzie, którzy pamiętają w niemal 100% każdą chwilę swojego życia. Mają niby takie same ludzkie mózgi, jak ja czy Ty. A jednak... Samymi parametrami, nie ma co się podniecać, znacznie ważniejsza jest wydajność (gierki jakie dzisiaj się tną niemiłosiernie na nowoczesnym sprzęcie, dałoby się pewnie napisać tak, że śmigałyby na sprzęcie sprzed 10 lat). No i ostatecznie to, że Data, to w końcu byt świadomy.

Ale wydajność i technologia są też ważne. Było oczywiste od momentu stworzenia koncepcji komputera, że będzie się dało stworzyć do niego interfejs głosowy. Bo niby czemu nie? Przecież to jest tylko przetworzenie sygnału dźwiękowego na cyfrowy i zinterpretowanie go programowo. W ST to jest, u nas to jest. Cóż, nie dziwne - to nie był nigdy jakiś niewyobrażalny problem.

Poczekajmy jednak, aż dorośniemy do tego, żeby komp potrafił chociażby na płaskim monitorze wygenerować tak przekonującą symulację pokoju w moim domu, żebym miał wrażenie, że to rzeczywistość.
Mav
Użytkownik
#11 - Wysłana: 24 Paź 2013 22:10:18 - Edytowany przez: Mav
Odpowiedz 
Kor

Wszystko sprowadziłeś do mocy obliczeniowej. Mi bardziej chodziło o to, że 20 lat temu, to nie gadalibyśmy o mocy obliczeniowej, tylko o samych komputerach - o interfejsie dotykowym, czy takie pady jak ma Picard są w ogóle możliwe, o grafice trójwymiarowej, miniaturyzacji itd... Przecież wtedy nie było nawet okienkowego Windowsa... Internet miał się dopiero pojawić w formie Netscape... Właśnie to, że dzisiaj mówimy nie o samym posiadaniu takich urządzeń, konkretnych rozwiązań, możliwości, a typowo o mocy obliczeniowej, dowodzi, że komputerowe marzenie się spełniło. Dziś nie pytamy się czy komputery coś mogą zrobić, tylko zastawiamy się kiedy osiągną do tego odpowiednią moc obliczeniową.

Stworzenie interfejsu LCARS z TNG, z padami, sterowaniem dotykowym i głosowym, to żaden problem.

No może to sterowanie głosem nie jest jeszcze spektakularne, ale pojawiają się takie systemy, jak choćby indyjski sytem J.A.R.V.I.S.:

http://www.youtube.com/watch?v=b11-kqEjctU
Kor
Użytkownik
#12 - Wysłana: 24 Paź 2013 22:19:02 - Edytowany przez: Kor
Odpowiedz 
Mav:
Mi bardziej chodziło o to, że 20 lat temu, to nie gadalibyśmy o mocy obliczeniowej, tylko o samych komputerach - o interfejsie dotykowym, czy takie pady jak ma Picard są w ogóle możliwe, o grafice trójwymiarowej, miniaturyzacji itd... Przecież wtedy nie było nawet okienkowego Windowsa... Internet miał się dopiero pojawić w formie Netscape...

Nikt znający się na rzeczy, nie dyskutował 20 lat temu, czy jest to możliwe. Że jest to możliwe było wiadome od momentu, w którym powstał pierwszy pomysł komputera, jeszcze na papierze. Za wyjątkiem miniaturyzacji, która mogła postawić jakieś fizyczne granice, nikt nie pytał, czy da się to zrobić.

Pytaniem z dziedziny, czy da się to zrobić, jest pytanie o świadomość - bo nie wiemy czym ona jest.

Mav:
No może to sterowanie głosem nie jest jeszcze spektakularne, ale pojawiają się takie systemy, jak choćby indyjski sytem J.A.R.V.I.S.:

Co w tym spektakularnego? Co w tym tajemniczego? Czy ten komputer prowadzi debatę filozoficzną, pisze książkę? Nie. Przetwarza sygnał dźwiękowy na cyfrowy, przekłada fonemy na słowa, dokonuje statystycznej analizy językowej (ma ogromną bazę wypowiedzi, na której się "uczył"), w procesie odwrotnym tworzy odpowiedź, na banalne, szczegółowe pytania (są znacznie lepsze programy, które symulują przygodne konwersacje).
Q__
Moderator
#13 - Wysłana: 24 Paź 2013 22:21:32
Odpowiedz 
Mav
Użytkownik
#14 - Wysłana: 24 Paź 2013 23:00:25 - Edytowany przez: Mav
Odpowiedz 
Kor:
Nikt znający się na rzeczy, nie dyskutował 20 lat temu, czy jest to możliwe. Że jest to możliwe było wiadome od momentu, w którym powstał pierwszy pomysł komputera, jeszcze na papierze

Przesadzasz. A slynne slowa Billa, ze 650kb wystarczy? O internecie tez wiedzieli, gdy komputer byl na papierze? Pamietam taki program " Poza rok 2000" bodajze krecony byl na poczatku lat 90 i jakos nie byli tam tak wszystkiego pewni... Zreszta schodzimy z tematu.

Kor:
Co w tym spektakularnego? Co w tym tajemniczego?

Ale ja tego nie przezywalem. To Ty napisales, ze nikt nie gada ze swoim PC, tak jak gadaja w TNG. Ale przeciez juz sie tworzy takie rozwiazania, wiec nie wiem dlaczego sie do tego przyczepiles? Nie przypominam sobie, zeby w TNG ktos prwadzil wielkie filozoficzne dyskusje z komputerem.

Q__:
BTW. wiesz skąd nazwa?

Wiem, caly jest wzorowany na tym z Iron Man-a, lacznie z wygladem.
Kor
Użytkownik
#15 - Wysłana: 24 Paź 2013 23:09:34 - Edytowany przez: Kor
Odpowiedz 
Mav:
Przesadzasz. A slynne slowa Billa, ze 650kb wystarczy? O internecie tez wiedzieli, gdy komputer byl na papierze?

Co mnie obchodzi to, że Bill palnął głupotę? 2. Oczywiście, że internet można było sobie wyobrazić od samego początku. To nigdy nie była kwestia czegoś teoretycznie niemożliwego (wątpliwego), a wyłącznie wyobraźni.

Co też takiego tajemniczego jest według Ciebie w internecie? Absolutnie nic. Zwykłe przesyłanie sygnałów. Idea samego komputera (maszyny programowalnej, którą da się zaprogramować do wykonywania dowolnego ciągu operacji logicznych), to było coś! To było naprawdę odkrywcze. Mimo, że już dużo wcześniej (wieki wcześniej) budowano maszyny o stałych, ograniczonych programach (np. umiejące mnożyć, czy dodawać). Ale internet? Nieee.

Wyobrażenie sobie grafiki trójwymiarowej, jest mniej więcej tak złożone poznawczo, jak wpadnięcie na to, że obok figur płaskich istnieją ciała przestrzenne. Naprawdę wielkie odkrycie zważywszy, że żyjemy w trójwymiarowym świecie, a geometria płaska, od początku była uproszczeniem. Zresztą geometria była i jest - lata świetlne bardziej zaawansowana, niż to co się wykorzystuje, żeby efekt trójwymiarowości na ekranie uzyskać.

Podobnie interface graficzny. Oczywista oczywistość. Zresztą gry komputerowe, wcielające tę ideę w życie, mieliśmy długo przed tym, jak powstał Windows.

Mav:
Ale przeciez juz sie tworzy takie rozwiazania, wiec nie wiem dlaczego sie do tego pfzyczepiles?

Nie znam żadnych rozwiązań w których komputer jest w stanie wygenerować program komputerowy, z którym można konwersować.

Za takimi programami stoi żmudna praca wielu osób i masa długiego przyuczania na podstawie odpowiednio spreparowanych próbek i informacji zwrotnych (zły program, durna odpowiedź, zapamiętaj to sobie!), a efekty i tak są śmieszne (o ile ktoś nie zadaje pytań "jak się masz", "którego dziś mamy" itp.).

W naszej rzeczywistości cały ten temat jest w powijakach. Nie pod względem mocy obliczeniowej, pod względem tego, że dopiero uczymy się jak różnych aspektów konwersacji mamy ten program "uczyć". Ogólnie jednak zapewne kiedyś osiągnie to naprawdę wysoki poziom symulacji.

Mav:
Nie przypominam sobie, zeby w TNG ktos prwadzil wielkie filozoficzne dyskusje z komputerem.

Cóż, ja sobie przypominam, że Geordi się nawet w hologramie zakochał (był na tyle realistyczny), Brokuła prowadził naukowe dyskusje z symulowanym Einsteinem (gdzie komputer wysuwał propozycje wymagające kreatywności), a Moriarty w ogóle uzyskał świadomość.
Mav
Użytkownik
#16 - Wysłana: 24 Paź 2013 23:33:39 - Edytowany przez: Mav
Odpowiedz 
Kor:
Co mnie obchodzi to, że Bill palnął głupotę? 2. Oczywiście, że internet można było sobie wyobrazić od samego początku. To nigdy nie była kwestia czegoś teoretycznie niemożliwego (wątpliwego), a wyłącznie wyobraźni.

Kor:
Co też takiego tajemniczego jest według Ciebie w internecie? Absolutnie nic. Zwykłe przesyłanie sygnałów.

To dlaczego w TOS-ie, o czym zresztą wspominał Q, wszelkie dane przenosili wewnątrz statku na czymś na kształt dyskietek? Taki wizjonerski serial, konsultacje z naukowcami, a nikt nie stworzył wewnętrznej sieci przesyłu danych? Przecież wg Ciebie to nic trudnego, można to sobie było wyobrazić. Wiedzieli o takich rzeczach jak komputery były jeszcze na papierze, tak?

Kor:
Cóż, ja sobie przypominam, że Geordi się nawet w hologramie zakochał (był na tyle realistyczny), Brokuła prowadził naukowe dyskusje z symulowanym Einsteinem (gdzie komputer wysuwał propozycje wymagające kreatywności), a Moriarty w ogóle uzyskał świadomość.

No było. Ale fakt jest taki, że już coś się w tym temacie dzieje, są tego początki, czego nie można powiedzieć o choćby eksploracji Układu Słonecznego. Z komputerów z filmów SF lat 60, 70, a po części nawet 80 w dużej mierze możemy się dzisiaj śmiać. Ale ze stopnia zaawansowania kolonizacji z serialu 'Kosmos 1999', czy '2001: Odyseja kosmiczna' śmiać się nie możemy, a raczej wstydzić, że postęp jest w tym temacie o wiele gorszy niż przewidywano.
Kor
Użytkownik
#17 - Wysłana: 24 Paź 2013 23:41:49 - Edytowany przez: Kor
Odpowiedz 
Mav:
Przecież wg Ciebie to nic trudnego, można to sobie było wyobrazić. Wiedzieli o takich rzeczach jak komputery były jeszcze na papierze, tak?

Oczywiście. Jak ktoś miał bogatą wyobraźnie, to mógł na takie rzeczy wpaść. Byłoby to zwykłe zebranie w całość znanych faktów. Widocznie twórcy sci-fi nie wykazali się tutaj specjalną kreatywnością. Niewykluczone zresztą, że to był świadomy artystyczny wybór - chcieli być w jakiś sposób bliscy wyobrażeniom czytelników czy widzów.

Mav:
Ale ze stopnia zaawansowania kolonizacji z serialu Kosmos 1999 , czy 2001: Odyseja kosmiczna śmiać się nie możemy, a raczej wstydzić, że postęp jest w tym temacie o wiele gorszy niż przewidywano.

Bo ludzie mają inne sprawy na głowie, niż latanie w kosmos. Natomiast komputery dają bezpośrednie i codzienne zyski. To ogromny przemysł. Ta gwałtowność postępu spowodowała to, że różnice między wymyślonym, a tym co realnie obserwujemy, z definicji muszą być częstsze, większe i lepiej widoczne.

Z komputerów możemy się śmiać, z powodu niedostatków wyobraźni. O sprawach technicznych, najwidoczniej, trudno się niektórym marzy.

Ale tak samo możemy powiedzieć, że z wizji podboju kosmosu np. ze ST z lat 60, możemy się śmiać. Z powodu za małego zdyscyplinowania wyobraźni (i kompletnego popuszczenia wódz fantazji).
Mav
Użytkownik
#18 - Wysłana: 24 Paź 2013 23:49:12 - Edytowany przez: Mav
Odpowiedz 
Kor:
Oczywiście. Jak ktoś miał bogatą wyobraźnie, to mógł na takie rzeczy wpaść. Byłoby to zwykłe zebranie w całość znanych faktów. Widocznie twórcy sci-fi nie wykazali się tutaj specjalną kreatywnością.

Q, Ty masz w głowie wszystko co w literaturze i kinie SF powstało. Czy wśród tysięcy wizjonerów, ludzi niewątpliwie z bogatą wyobraźnia, znalazł się ktoś, kto do lat 70 przewidział dotykowe interfejsy, internet, ultra płaskie ekrany itd? Jednym słowem, nie popełnił wpadek takich jak np. TOS z dyskietkami? Bo Kor twierdzi, że to kwestia wyobraźni i zebrania dostępnych w owym czasie faktów w całość.

Kor, masz wszystko teraz pod nosem i się czujesz pewnie, ale wątpię, czy byłbyś taki mądry jakbyś żył w latach 60. Mam wrażenie, że znowu daje o sobie znać Twoje przeświadczenie o swojej ultra inteligencji
Kor
Użytkownik
#19 - Wysłana: 24 Paź 2013 23:56:39 - Edytowany przez: Kor
Odpowiedz 
Mav:
Kor, masz wszystko teraz pod nosem i się czujesz pewnie, ale wątpię, czy byłbyś taki mądry jakbyś żył teraz w latach 60. Mam wrażenie, że znowu daje o sobie znać Twoje przeświadczenie o swojej ultra inteligencji

Nie mam przeświadczenia o swojej ultrainteligencji, bo takiej nie posiadam. Mam przeciętne zdolności. Nie myl sposobu wypowiedzi - jestem świadomy, że ludzie tak to odbierają - z osobistym przekonaniem. Podobnie jak masa twórców sci-fi też pewnie się tutaj nie wyróżniała. Zresztą fakt posiadania wysokiej inteligencji niekoniecznie przekłada się na kreatywność (stąd słowo geniusz, obok określenia inteligentny; geniusz to właśnie taki ktoś, kto nie jest jedynie bystry, jest wizjonerem).

Nie jest też wykluczone, że ktoś przeciętnie inteligentny (w sensie IQ) okaże się geniuszem. Feynman przypuszczalnie miał około 120 IQ (to nie jest dużo, chociaż powyżej średniej, zważywszy, że np. Terrence Tao, współczesny wybitny matematyk, ma bodajże 185). Ogólnie zresztą IQ to miara jaką trzeba brać z dystansem.

Nigdzie nie napisałem, że ja bym takie rzeczy wymyślił. Napisałem, że do tego wymagane było wyłącznie kreatywne zebranie w całość dostępnych danych i to jest prawda.

Ekran dotykowy, grafika trójwymiarowa, sieci komputerowe itd. to nie są żadne przełomowe pod względem fizyki świata technologie. To jest realizacja techniczna znanych od długiego czasu prawideł fizyki. Ostatnim prawdziwym wielkim przełomem w fizyce, było odkrycie dziedziny kwantowej. Co miało miejsce w pierwszej połowie XX wieku. Od tego czasu właściwie jedynie pisze się przyczynki i opracowuje technologie na podstawie znanych faktów.

Genialnym odkryciem, było opracowanie ogólnej teorii maszyny obliczeniowej, komputera. Dało to bowiem matematyczne, logiczne podstawy całego przedsięwzięcia. Samą ideę komputera. To było genialne. Reszta to kwestia technicznej realizacji i rozwijania koncepcji (także pod względem teoretycznym).

http://classes.soe.ucsc.edu/cmps210/Winter11/Paper s/turing-1936.pdf (jedna z przełomowych publikacji z epoki)

Nie, nie znam jej w szczegółach; po prostu można sobie wyrobić pewną ogólną ideę o co chodziło, więc można zerknąć, szczególnie przeczytawszy wczęśniej, to (to powinieneś wręcz przeczytać, łącznie z linkami o Konradzie Zuse):

http://edu.i-lo.tarnow.pl/inf/prg/003_mt/0001.php

lub to:

http://en.wikipedia.org/wiki/Turing_machine#Inform al_description

(lub setki innych papierzysk w necie)

Piszę "reszta to kwestia..." itd. To nie było nic prostego, wymagało to zaangażowania i pracy tysięcy osób, których bystrość wprawiłaby nas w osłupienie. Nie w tym rzecz. W tym rzecz, że twórcy sci-fi, którzy nie musieli pokonywać kolejnych teoretycznych i technicznych trudności, nie musieli się oglądać na to, jak praktycznie coś takiego zrealizować, nie musieli nawet wnikać w szczegóły, mieli znacznie, znacznie łatwiej, niż naukowcy.

Jeśli za pomocą prądu można utrzymywać pewne stany, dokonywać na nich operacji logicznych, a więc wykonywać jakieś programy, jeśli można wprowadzać pewne dane i uzyskiwać wyniki zwrotne, jeśli można to programować, a w każdym razie taka jest idea, to niby dlaczego miałoby się nie dać tego wyświetlić na ekranie, skoro coś takiego jak ekran istnieje i działa na prąd. To dlaczego takich wyników, lub imputu, miałoby nie dać się przesłać na odległość, skoro cały czas to robimy w innych zastosowaniach. A skoro tak, to czemu by różne "stacje" i działające na nich programy miałyby się nie komunikować? A skoro kropki na ekranie możemy powiązać pod względem barwy i umieszczenia przestrzennego z różnymi stanami, a stany te możemy programować, one mogą się zmieniać według programu (który jest matematyką), to dlaczego mielibyśmy na tym ekranie nie rysować? A skoro możemy to rysować 2D, to jak najbardziej możemy też symulowane 3D. To tylko kwestia geometrii rzutowej. I temu podobne.

Doprowadziwszy takie idee to stanu w którym uznaje się, że są normalne, nie sprawiają żadnych technicznych trudności, funkcjonują powszechnie w społeczeństwie, nałożyć na to kwestie tego, że każdy ma komputer we własnym domu, że ludzie cenią wygodę, do czego ten komputer w domu mógłby się ludziom przydać (komunikuje się! jak telefon; może wyświetlać obrazki - jak telewizja itp.) i masz i swój internet, i grafikę 3D i ekrany dotykowe itd.

Problem jest taki, że jak tego dookoła nie ma, to nie tylko trudniej na to wpaść, ale znacznie trudniej w to uwierzyć. Myśl biegnie w różnych kierunkach i wydaje Ci się, że i to mogłoby być możliwe, i to, i to, i to i się gubisz. I to może być przyczyna tego, że wyobraźnia ponosi porażkę. Loty w kosmos wyobrazić sobie bardzo łatwo. Szczegółowe techniczne rozwiązania, znacznie trudniej.
Q__
Moderator
#20 - Wysłana: 25 Paź 2013 00:32:24 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Ok, Mav prosił, to zamieszczam...

Sieć komputerowa:

"Zadanie więc brzmiało: przejrzeć miliony drgań, magnetycznych i dla każdego drgnienia obliczyć jego wartość w siedemdziesięciu dziewięciu układach liczbowych; już to samo dawało z górą bilion obliczeń, lecz był to tylko początek, albowiem uzyskane wyniki należało przejrzeć, szukając wśród nich takich, które odpowiadałyby stałym fizycznym. Stałych zaś, takich jak naboje i wagi atomowe pierwiastków, jest kilkaset. Ale i to jeszcze nie wszystko, ponieważ w tak ogromnym morzu liczb trafić się mogły rezultaty odpowiadające jednej ze stałych całkiem przypadkowo. Trzeba więc było puścić w ruch obliczenia sprawdzające. Całokształt tych prac, które były dopiero wstępem do właściwego przekładu, zająłby, jak obliczono, tysiącowi najbieglejszych rachmistrzów całe życie. Tymczasem dokonano ich w ciągu dwudziestu siedmiu dni.
Do dyspozycji Komisji Tłumaczy był największy podówczas na świecie Mózg Elektronowy, potężna maszyna, zajmująca cztery kondygnacje Instytutu Matematycznego w Leningradzie.
Pracą tego olbrzyma kierował sztab specjalistów z Nastawni Sterującej, umieszczonej na najwyższym piętrze Instytutu. Tam to wydano Mózgowi rozkaz, że ma rozpatrzyć wszystkie znaki „raportu” poszukując w nich podobieństwa do stałych fizycznych; ma to wykonać za każdym razem we wszystkich zadanych układach liczbowych, od dwójkowego do osiemdziesiątkowego, a odnalezione w ten sposób wyniki sprawdzać, każdy zaś etap swej pracy odnotowywać i podawać natychmiast do wiadomości.
Centralna Nastawnia była okrągłą salą z białego marmuru, w którym płonęły zielonkawe ekrany. Pojawiły się na nich wyniki postępujących operacji. Od chwili kiedy pierwsze taśmy perforowane, niosąc rozkazy, znikły w głębi mechanizmu i kiedy zapaliły się sygnały, aż do momentu, w którym czerwone lampki kontrolne zgasły, upłynęło sześćset czterdzieści jeden godzin nieprzerwanej pracy. W tym czasie Mózg wykonywał po pięć milionów obliczeń na sekundę, nie ustając dniem ani nocą, podczas gdy dyżurujący uczeni zmieniali się sześć razy dziennie. Niepodobna oddać ogromu dokonanej pracy. Dość powiedzieć, że język „raportu” przypominał, jak się okazało, nie tyle mowę, ile raczej niezwykłą muzykę, ponieważ to, co odpowiada ziemskim słowom, występowało w nim jak gdyby w rozmaitych „tonacjach”.
Kilka razy nawet olbrzymia pojemność Mózgu okazywała się niedostateczna dla przeprowadzenia wszystkich niezbędnych obliczeń. W takich chwilach automatyczne przekaźniki włączały kable podziemne łączące Główny Mózg z innymi, które również znajdowały się w obrębie Leningradu. Najczęściej przychodził z pomocą Mózg Elektronowy Instytutu Aerodynamiki Teoretycznej."


Lem, "Astronauci"
1951


Gry komputerowe (pełna VR):

"Wydostanie się z Pieczary Białych Robaków zajęło im wiele godzin. Nawet teraz nie byli całkowicie pewni, czy nie ściga ich jeden z tych bladych potworów — a energia ich broni znajdowała się już niemal na wyczerpaniu. Unoszące się przed nimi w powietrzu świetlne strzałki, będące ich tajemniczymi przewodniczkami przez labirynty Kryształowej Góry, zachęcały wciąż do dalszej wędrówki. Nie mieli innego wyjścia, niż podążać ich śladem, chociaż, jak już wiele razy przedtem, mogły prowadzić ich na spotkanie jeszcze groźniejszego niebezpieczeństwa.
Alvin obejrzał się, aby sprawdzić, czy nikt się nie zgubił. Tuż za nim szła Alystra niosąc kulę zimnego, ale płonącego wiecznie światła, które od samego początku ich przygody wyłuskiwało z mroków takie okropności i takie piękno. Blade, białe promieniowanie zalewało wąski korytarz i rozbryzgiwało się na wszystkie strony padając na połyskliwe ściany. Dopóki nie wyczerpie się jego energia, będą widzieli, dokąd idą, i zdołają wykryć wszelkie widzialne niebezpieczeństwa. Ale największe zagrożenie w tych jaskiniach — Alvin wiedział o tym aż nazbyt dobrze — stanowiły wcale nie te widzialne niebezpieczeństwa.
Za Alystra, uginając się pod ciężarem swych projektorów, szli Narillian i Floranus. Dlaczego te projektory są tak ciężkie, przemknęło przez myśl Alvinowi, jeśli tak łatwo można by je wyposażyć w neutralizatory grawitacji? Zawsze zastanawiały go takie szczegóły, nawet w ferworze najbardziej dramatycznych przygód. Gdy nawiedzały go takie myśli, wydawało mu się, że przez mgnienie oka drga w posadach gmach rzeczywistości i poza światem zmysłów dostrzega wtedy inny, całkowicie odmienny wszechświat...
Korytarz kończył się ślepą ścianą. Czyżby strzałka znowu ich oszukała? Nie — na ich oczach skała zaczęła rozsypywać się w pył. Przewiercała się przez nią wirująca metalowa włócznia powiększając się gwałtownie do rozmiarów gigantycznego świdra. Alvin z przyjaciółmi cofnęli się czekając, aż maszyna przebije się do pieczary. Z ogłuszającym metalicznym jazgotem — który z pewnością musiał rozchodzić się echem po wszystkich zakamarkach góry, budząc ze snu całe jej koszmarne plemię! — machina przewierciła ścianę i zatrzymała się tuż przy nich. Otworzyły się masywne drzwi i pojawił się w nich Callistron ponaglając ich krzykiem do pośpiechu. ("Dlaczego Callistron?" — pomyślał Alvin. — "Co on tu robi?"). W chwilę później byli już bezpieczni, a maszyna ruszyła zrywem naprzód rozpoczynając podróż w głąb Ziemi.
Przygoda była skończona. Niedługo, tak jak zawsze, znajdą się w domu i cała cudowność, strach i podniecenie pozostaną poza nimi. Byli zmęczeni i zadowoleni.
Z pochyłości podłogi Alvin zorientował się, że podziemny pojazd kieruje się w dół, do wnętrza ziemi. Callistron wiedział przypuszczalnie, co robi, i była to droga, która z pewnością zaprowadzi ich do domu. Jednak to chyba szkoda...
— Callistronie — odezwał się nagle Alvin — dlaczego nie posuwamy się w górę? Nikt nie wie, jak naprawdę wygląda Kryształowa Góra. Może byśmy tak przebili się na powierzchnię gdzieś na jej zboczu, żeby zobaczyć niebo i całą otaczającą ją krainę. Już wystarczająco długo przebywamy pod ziemią.
Mówiąc jeszcze te słowa, zorientował się, że popełnił gafę. Alystra wydała zduszony okrzyk, wnętrze podziemnej łodzi zafalowało, jak oglądany pod wodą obraz, i przez jej metalowe ściany Alvin zobaczył znowu na mgnienie oka inny świat. Te dwa światy zdawały się ścierać ze sobą.
Najpierw górę brał jeden, potem drugi. I nagle było po wszystkim. Nastąpiło uczucie pękania, rozdzierania... i sen się skończył. Alvin był z powrotem w Diaspar, w swym własnym znajomym pokoju, i unosił się w powietrzu na stopę czy dwie nad podłogą, chroniony przez pole grawitacyjne przed bolesnym kontaktem z twardą materią.
Był znowu sam. To była rzeczywistość i wiedział dokładnie, co się za chwilę wydarzy.
Pierwsza pojawiła się Alystra. Była bardziej zmartwiona niż rozzłoszczona, gdyż bardzo kochała Alvina.
— Och, Alvinie! — żaliła się, patrząc na niego ze ściany, na której się zmaterializowała. — To była tak podniecająca przygoda! Dlaczego musiałeś ją popsuć?
— Przepraszam. Nie chciałem... Wydawało mi się, że to dobry pomysł...
Przerwało mu jednoczesne pojawienie się Callistrona i Floranusa.
— Słuchaj no, Alvin — zaczął Callistron. — Już trzeci raz przerywasz Sagę. Wczoraj zburzyłeś sekwencję chcąc wspiąć się na górę w Dolinie Tęczy, a przedwczoraj popsułeś wszystko usiłując cofnąć się do Punktu Początkowego w strumieniu czasu, który badaliśmy. Jeśli nie zaczniesz przestrzegać reguł gry, będziesz musiał chodzić sam.
Znikł rozwścieczony pociągając za sobą Floranusa. Narillian wcale się nie zjawił; miał prawdopodobnie powyżej uszu całej tej historii. Na ścianie pozostał tylko obraz Alystry, spoglądającej smutnie z góry na Alvina.
Alvin przechylił pole grawitacyjne, wstał i podszedł do zmaterializowanego przez siebie stołu. Na blacie pojawiła się misa pełna egzotycznych owoców — nie było to pożywienie, jakiego oczekiwał, ale w ogarniającym go zakłopotaniu nie potrafił się skupić. Nie chcąc przyznać się do błędu, wziął najmniej niebezpiecznie wyglądający z owoców i zaczął go ostrożnie ssać."


Clarke, "Miasto i gwiazdy"
1956


Algorytm wyszukiwania:

"— Oto książka telefoniczna, panie Chip — powiedział Jon Ud po krótkotrwałych poszukiwaniach. Wręczył Joemu ciężką prostopadłościenną skrzynkę, wyposażoną w urządzenie wybierające i klawiaturę z literami.
Joe wystukał na niej: “Szwajc", potem “Zur", wreszcie “Mor Uko Współ".
— Jak po hebrajsku — powiedziała za jego plecami Pat. — Zbitki semantyczne.
Urządzenie wybierające przesuwało się tam i z powrotem, wybierając pewne elementy, a pomijając inne; wreszcie aparat wyrzucił z siebie perforowaną kartę, którą Joe wsunął w specjalną szczelinę w obudowie wideofonu."


Dick, "Ubik"
1969
Q__
Moderator
#21 - Wysłana: 25 Paź 2013 00:37:08 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
cd.


Ebooki:

"Całe popołudnie spędziłem w księgarni. Nie było w niej książek. Nie drukowano ich już od pół wieku bez mała. A tak się na nie cieszyłem, po mikrofilmach, z których składała się biblioteka „Prometeusza”. Nic z tego. Nie można już było szperać po półkach, ważyć w ręce tomów, czuć ich ciężaru, zapowiadającego rozmiar lektury. Księgarnia przypominała raczej elektronowe laboratorium. Książki to były kryształki z utrwaloną treścią. Czytać można je było przy pomocy optonu. Był nawet podobny do książki, ale o jednej, jedynej stronicy między okładkami. Za dotknięciem pojawiały się na niej kolejne karty tekstu. Ale optonów mało używano, jak mi powiedział robot–sprzedawca. Publiczność wolała lektany — czytały głośno, można je było nastawiać na dowolny rodzaj głosu, tempo i modulację. Tylko naukowe publikacje o bardzo małym zasięgu drukowano jeszcze na plastyku imitującym papier. Tak że wszystkie moje zakupy mieściły się w jednej kieszeni, choć było tego prawie trzysta tytułów. Garść krystalicznego zboża — tak wyglądały książki. Wybrałem sporo dzieł historycznych, socjologicznych, trochę statystyki, demografii i to, co dziewczyna z Adaptu poleciła mi z psychologii. Parę większych podręczników matematycznych, większych oczywiście w sensie zawartej treści, a nie rozmiarów. Robot, który mnie obsługiwał, sam był encyklopedią, dzięki temu, że — jak mi powiedział — jest bezpośrednio podłączony poprzez elektronowe katalogi z wzornikami wszelkich możliwych dzieł na całej Ziemi. W księgarni znajdowały się zasadniczo tylko pojedyncze „egzemplarze” książek, a kiedy ktoś ich potrzebował, utrwalało się treść pożądanego dzieła w kryształku.
Oryginały — krystomatryce — były niewidzialne, mieściły się za emaliowanymi bladym błękitem stalowymi płytami. Tak więc książkę niejako drukowało się za każdym razem, kiedy ktoś jej potrzebował. Sprawa nakładów, ich wysokości, wyczerpywania przestała istnieć. Było to naprawdę wielkie osiągnięcie, a jednak żal mi było książek. Dowiedziawszy się, że istnieją antykwariaty z papierowymi książkami, odszukałem jeden. Rozczarowałem się; pozycji naukowych prawie nie było. Literatura rozrywkowa; trochę dziecięcej, nieco roczników starych pism."


Lem, "Powrót z gwiazd"
1961


Tablet(?):

"Gdy zmęczy się oficjalnymi raportami, memorandami i protokołami, będzie mógł włączyć do obwodu informacyjnego-statku swoją Telegazetę - wielkości kartki papieru kancelaryjnego - i przejrzeć najświeższe wiadomości z Ziemi. Jedna po drugiej wywołane zostaną wszystkie gazety elektroniczne. Znał na pamięć kody ważniejszych tytułów, nie będzie więc musiał sprawdzać ich na liście umieszczonej z tyłu Tele-gazety. Przełączając się na okresową pamięć ekranu, otrzyma dowolną stronę tytułową z nagłówkami, które może sobie wynotować. Każdy nagłówek posiada dwucyfrowy numer wywoławczy. Po wystukaniu numeru na klawiaturze prostokąt wielkości znaczka pocztowego z interesującym go artykułem zacznie powiększać się, aż zajmie cały ekran, umożliwiając mu czytanie, po zakończeniu artykułu ponownie przełączy się na całą stronę, aby wybrać kolejny temat do szczegółowej analizy.
Floyd czasem zastanawiał się, czy Telegazeta i zupełnie fantastyczna technologia, dzięki której powstała, były ostatnim słowem człowieka w dziedzinie przekazywania informacji. Oto bowiem siedzi w fotelu, podążając w kosmos z szybkością tysięcy mil na godzinę i w przeciągu kilku milisekund może przeczytać nagłówki dowolnej ziemskiej gazety (słowo “gazeta” było oczywiście anachronizmem z epoki przedelektronicznej). Teksty uzupełniano automatycznie co godzinę. Nawet gdyby chciało się czytać wyłącznie angielskie tytuły, człowiek musiałby spędzić życie na pochłanianiu ciągłe zmieniającego się strumienia wiadomości z satelitów informacyjnych.
Trudno było sobie wyobrazić, w jaki sposób dałoby się ulepszyć czy usprawnić obecny system. Jednak prędzej czy później - czego Floyd był pewien - przejdzie on do historii. Zostanie zastąpiony przez coś tak niewyobrażalnego, jak sama Telegazeta dla Caxtona czy Gutenberga.
Pojawiła się jeszcze jedna myśl, którą u Floyda wywoływało przeglądanie tych małych elektronicznych tytułów. Im bardziej cudowne stawały się środki przekazu, tym banalniejsza, krzykliwa i przygnębiająca była ich zawartość. Wypadki, przestępstwa, klęski żywiołowe, wywołane przez człowieka katastrofy, groźby wybuchu konfliktów, ponure artykuły wstępne - oto co zawierały miliony słów płynących poprzez eter. Jednak Floyd wiedział, że nie mogło być inaczej. Dawno już doszedł do wniosku, że gazety ze świata utopii byłyby nudne."


Clarke, "2001. Odyseja kosmiczna"
1968


Coś lepszego niż wszystkie Chomiki:

"Mimo to sprzeczność między archaicznymi formami przechowywania wiedzy a jej nową treścią narastała aż do połowy tysiąclecia; dopiero w roku 2531 światowa narada najwybitniejszych specjalistów ustaliła zupełnie nowy sposób utrwalania myśli ludzkiej.
Posłużyły do tego dawno już odkryte, lecz stosowane tylko w technice triony — kryształki kwarcu, których strukturę cząsteczkową można trwale zmieniać działaniem drgań elektrycznych. Nie większy od ziarnka piasku kryształek mógł zawrzeć w sobie ilość informacji równoważną starożytnej encyklopedii. Reforma nie ograniczyła się tylko do zmiany sposobów zapisu; decydujące było wprowadzenie jakościowo nowego sposobu korzystania z trionów. Stworzona została jedyna na całej kuli ziemskiej Biblioteka Trio—nowa, w której odtąd miały być magazynowane wszelkie bez wyjątku płody pracy umysłowej. Specjalnie wiele trudu pochłonęło przełożenie na język współczesny dzieł odziedziczonych po kulturach starożytnych, dla umieszczenia ich w Bibliotece Trionowej. Ten gigantyczny zbiór tworów umysłowości ludzkiej posiada urządzenia umożliwiające każdemu mieszkańcowi Ziemi doraźne korzystanie z dowolnej, byle utrwalonej w jednym z miliardów kryształów informacji, a to dzięki prostemu urządzeniu radiotelewizyjnemu. Posługujemy się nim dziś, nie myśląc wcale o sprawności i potędze tej olbrzymiej, niewidzialnej sieci opasującej glob; czy w swej pracowni australijskiej, czy w obserwatorium księżycowym, czy w samolocie — ileż razy każdy z nas sięgał po kieszonkowy odbiornik i wywoławszy centralę Biblioteki Trionowej wymieniał pożądane dzieło, by w ciągu sekundy mieć je już przed sobą na ekranie telewizora. Nikt nie zastanawia się nawet nad tym, że dzięki doskonałości urządzeń z każdego trionu może jednocześnie korzystać dowolnie wielka ilość odbiorców, nie przeszkadzając sobie wzajem w najmniejszej mierze.
W pierwszych wiekach po reformie istniały jeszcze księgozbiory stanowiące własność osobistą rozmaitych uczonych. Był to niewątpliwie dowód konserwatyzmu, który zdawał się podpowiadać, że z papierowego tomiska, stojącego na półce w pokoju, szybciej można skorzystać niż z trionu odległego nieraz o tysiące kilometrów. Nic bardziej fałszywego nad ten pogląd; aby skorzystać z książki, trzeba wstać, podejść do półek, wybrać potrzebne dzieło — wszystko to zabiera kilkanaście sekund czasu, gdy tymczasem od wywołania Trionowni i podania hasła do ujrzenia żądanego dzieła w telewizorze upływa tylko tyle czasu, ile go trzeba automatom nastawni katalogującej oraz falom radiowym na przebycie przestrzeni dzielącej Trionownię od odbiorcy. Czas ten wyraża się zazwyczaj ułamkiem sekundy. Tylko odbiorcy przebywający na drugiej półkuli księżyca muszą czekać o półtorej sekundy dłużej.
Trion może magazynować nie tylko obrazy świetlne, sprowadzone do zmian jego struktury krystalicznej, a więc podobizny stronic książkowych, nie tylko wszelkiego rodzaju fotografie, mapy, obrazy, wykresy czy tablice, jednym słowem wszystko, co można przedstawić w sposób dostępny odczytaniu wzrokiem. Trion może magazynować równie łatwo dźwięki, a więc głos ludzki, jak i muzykę, istnieje też metoda zapisu woni — krótko mówiąc, każda postrzegalna zmysłami rzecz może zostać utrwalona, przechowana i na żądanie przekazana odbiorcy. Wreszcie trion może zawierać zapis „recepty produkcyjnej”. Połączony z nim drogą radiową automat wykonuje potrzebny odbiorcy przedmiot i w taki sposób mogą zostać zaspokojone nawet najwymyślniejsze zachcianki fantastów pragnących mieć meble w stylu starożytnym czy najniezwyklejsze odzienie, trudno bowiem rozsyłać we wszystkie części Ziemi niewyobrażalną różnorodność dóbr, jakich może ktoś z rzadka zapragnąć.
Telewizja nasza, w przeciwieństwie do średniowiecznej, jest barwna i plastyczna, obrazy jej dają pełne złudzenie rzeczywistości, i człowiek ślęczący u telewizora nad powieścią czy pracą naukową nawet nie pomyśli o tym, że czytane dzieło czy oglądany przedmiot nie istnieją „naprawdę” w takiej postaci, w jakiej jawią się przed nim, to jest jako ważki tom, barwna plansza czy odłamek minerału, ale że to są tylko obrazy przestrzenne, wytwarzane w polu elektrycznym, a powstawaniem ich rządzi z oddali wprawiony w ruch jego rozkazem trion."


Lem, "Obłok Magellana"
1955
Q__
Moderator
#22 - Wysłana: 25 Paź 2013 00:56:45 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Komputerowe tłumaczenie i jego mankamenty:

"Czuł wzbierający w nim wielki głód, jakby chciał pożreć wszystko dokoła. Przenieść wszystko z zewnątrz do wewnątrz.
To właśnie doprowadziło go do Gry.
Nacisnąwszy czerwony guzik, podniósł słuchawkę i czekał aż powolna maszyneria połączy go z linią zewnętrzną.
- Kraaak - oznajmił telefon. Jego ekran wypełniły bezładne kolory, kształty; elektroniczny miszmasz.
Zadzwonił z pamięci. Dwanaście cyfr, trzy pierwsze łączyły go z Moskwą.
- Od wicekomisarza Saxtona Gordona - oznajmił rosyjskiemu oficerowi, którego twarz pojawiła się na ekranie.
- Znowu Gra, jak przypuszczam - stwierdził operator.
Joe ciągnął dalej:
- Humanoidalny dwójnóg nie może utrzymać procesów metabolicznych przy pomocy mączki z planktonu.
Po ganiącym purytańskim spojrzeniu oficer połączył go z Gaukiem. Spojrzała na niego znudzona twarz niskiego rangą rosyjskiego urzędnika. Znudzenie zaraz ustąpiło miejsca zainteresowaniu.
- A presławni witiaz - zaciągnął Gauk. - Dostojni grażdan mieżdy biezmózgawoj...
- Dość tej mowy - przerwał zniecierpliwiony Joe. Był to jego zwykły poranny nastrój.
- Prostitie - przeprosił Gauk.
- Masz dla mnie tytuł? - zapytał Joe. Trzymał pióro w gotowości.
- Tokijski komputer tłumaczący był zajęty przez cały ranek - odparł Gauk. - Spróbowałem więc z mniejszym, w Kobe. Pod pewnymi względami Kobe jest bardziej... jakby to powiedzieć... odpowiednie niż Tokio - zrobił pauzę, spoglądając na skrawek papieru. Jego biuro, podobnie jak biuro Joego, było klitką z biurkiem, telefonem, plastykowym krzesłem i notesem. - Gotów?
- Gotów. - Joe zrobił nieokreślony znaczek piórem.
Gauk przełknął ślinę i przeczytał skrawek papieru, z łagodnym grymasem na twarzy, jakby tym razem był pewien siebie:
- To pochodzi z waszego języka - wyjaśnił, honorując zasady, które wszyscy razem wymyślili. Rozsiani po różnych krańcach Ziemi, w małych biurach, w niewygodnych pozycjach, nie mający nic do roboty; żadnych zadań, żadnych zmartwień, czy trudnych problemów do rozwiązania. Nic poza pustką ich kolektywnej społeczności, której każdy przeciwstawiał się na swój sposób, i którą wszyscy razem przeistaczali z pomocą Gry.
- Tytuł książki - kontynuował Gauk - to jedyna wskazówka jaką mogę ci dać.
- Czy jest dobrze znana? - zapytał Joe. Ignorując jego pytanie, Gauk odczytał na głos trzymany skrawek papieru:
- Pół synonimu przysłowia, bieganie, alfabetu koniec, wiejskie imię kobitki.
- Alfabetu goniec? - zapytał Joe.
- Nie, alfabetu koniec.
- Pół synonimu przysłowia - zastanawiał się Joe. - Porzekadło, porze... Bieganie, gnanie? - po-skrobał się piórem. - I masz to z komputera w Kobe? Alfabetu koniec to „z" - zapisał wszystko. Pozę... gnanie „z" . Pożegnanie z... wiejskie imię kobitki. No jasne, już to miał.
- Pożegnanie z bronią - triumfował.
- Dziesięć punktów dla ciebie - oznajmił Gauk. Podliczył coś. - To stawia cię na równi z Hirshme-yerem w Berlinie i tuż nad Smithem w Nowym Jorku. Chcesz spróbować jeszcze raz?
- Też mam coś dla ciebie - powiedział Joe i wyjął z kieszeni zwiniętą kartkę. Rozłożył ją na biurku i odczytał: - Duży ssak lądowy, witamina, w dodatku kiełkuje. _ Spojrzał na Gauka, czując ciepło wiedzy, jaką uzyskał od dużego komputera tłumaczącego w Tokio.
Gauk odpowiedział bez wysiłku:
- Słoń „ce". Słońce też wschodzi. Dziesięć punktów dla mnie. - Zapisał to sobie.
Joe wyrzucił z siebie rozdrażniony:
- Początek nazwy ustroju, podwójny, pobiera pożywienie, rodzaj spodni.
- Znowu coś, co lubię - odparł Gauk z szerokim uśmiechem. - Komu bije dzwon.
- Coś, co lubię? - powtórzył Joe pytająco.
- Ernest Hemingway.
- Poddaję się - stwierdził Joe. Czuł się znużony. Gauk jak zwykle bił go na głowę w grze polegającej na przekładaniu komputerowych tłumaczeń na ludzki język.
- Chcesz jeszcze spróbować? -jedwabiście zapytał Gauk.
- Tylko raz - zdecydował Joe.
- Większość, przysłówek, zgina, głoska.
- Jezu - westchnął oszołomiony Joe. Absolutnie nic mu to nie mówiło. Większość, przysłówek, myślał szybko, zgina, głoska. W jego głowie nie pojawiło się żadne rozwiązanie. - Głoska. Jest ich tyle... - Przez moment próbował medytować jak jogini. - Nie - powiedział w końcu. - Nie potrafię tego złożyć. Poddaję się.
- Tak szybko? - dopytywał się Gauk, unosząc brwi.
- To nie ma sensu, siedzieć przez cały dzień i wałkować ten jeden tytuł.
- Zabawne - stwierdził Gauk.
Joe znów westchnął.
- Wzdychasz, że nie rozwiązałeś czegoś, co powinieneś rozwiązać? - zapytał Gauk. - Czyżbyś się zmęczył, Fernwright? Czy męczy cię siedzenie w tej klitce, wielogodzinne nieróbstwo, na które wszyscy jesteśmy skazani? Może wolałbyś siedzieć w ciszy i z nikim nie rozmawiać? Nie próbować już? - Gauk zdawał się poważnie zmartwiony. Jego twarz pociemniała.
- To dlatego, że zagadka była taka łatwa - wyznał potulnie Joe. Wiedział, że jego kolegi w Moskwie to nie przekonuje. - Okay - kontynuował - jestem przybity. Dłużej już tego nie zniosę. Wiesz, co mam na myśli? Wiesz... - poczekał. Przez moment żaden z nich nic nie mówił.
- Rozłączam się - oznajmił Joe i chciał odłożyć słuchawkę.
- Czekaj! - powiedział gwałtownie Gauk. - Jeszcze jedna zagadka.
- Nie - stwierdził Joe. Odłożył słuchawkę i gapił się w pustkę. Na swej kartce papieru miał jeszcze kilka zagadek, ale to już przeszłość, stwierdził gorzko. Przeszłością jest ta energia, możliwość spędzenia życia bez godnej pracy, coś tak trywialnego, jak Gra, którą stworzyliśmy. Kontakt z innymi, pomyślał; przez Grę rozbiliśmy przypisaną nam izolację. Możemy wychylić się na zewnątrz, ale cóż tam widzimy? Lustrzane odbicia nas samych, nasze blade sobowtóry nie zajmujące się niczym szczególnym. Śmierć jest bardzo blisko, pomyślał. Zwłaszcza kiedy się tak myśli. Mogę to poczuć, zadecydował. Jak blisko już jestem. Nic mnie nie zabija; nie mam wrogów, antagonistów; po prostu wygasam jak subskrypcja, z miesiąca na miesiąc. Dzieje się tak, ponieważ jestem już zbyt wypalony, by uczestniczyć w czymkolwiek. Nawet jeśli oni, pozostali gracze, potrzebują mnie, to potrzebują tylko partnera.
A jednak, gdy zerknął na skrawek papieru, poczuł, że coś się z nim dzieje, coś podobnego do fotosyntezy. Zbieranie cząsteczek mocy oparte na bazie instynktu. Jego umysł sam podjął decyzję; zajął się kolejnym tytułem.
Uzyskał połączenie satelitarne z Japonią, wybrał Tokio i wystukał numer tamtejszego komputera tłumaczącego. Z biegłością popartą doświadczeniem dotarł aż do rdzenia tej wielkiej maszyny, omijając obsługę.
- Transmisja głosem - poinformował. Komputer GX9 przełączył się na głos.
- Kukurydza jest zielona - powiedział Joe i włączył nagrywanie w telefonie.
Komputer odpowiedział natychmiast, podając japoński ekwiwalent.
- Dzięki, rozłączam się - podziękował Joe i przerwał połączenie.
Potem zadzwonił do komputera tłumaczącego w Waszyngtonie. Przewinął taśmę i nakarmił go japońskimi słowami, by znów w formie głosowej dokonać tłumaczenia na angielski.
- Schemat jest niedoświadczony - oznajmił komputer.
- Przepraszam? - zaśmiał się Joe. - Proszę, powtórz.
- Schemat jest niedoświadczony - z boską cierpliwością wyklepał komputer.
- Czy to tłumaczenie jest dosłowne? - napierał Joe.
- Schemat jest...
- Okay, Wyłącz się. - Odwiesił słuchawkę z radosnym grymasem twarzy. Wesołość dodała mu wigoru.
Przez moment siedział i wahał się, a potem zadzwonił do starego poczciwego Smitha w Nowym Jorku.
Biuro zaopatrzenia, Oddział Siódmy - powiedział Smith, a na ekranie pojawiła się jego ptasia twarz. - Ach, to ty, Fernwright. Masz coś dla mnie?
- Coś łatwego - stwierdził Joe. - Schemat jest...
- Poczekaj na mój - przerwał Smith - ja pierwszy, pozwól Joe, mam coś ekstra. Nigdy tego nie rozgryziesz. Słuchaj. - Przeczytał dokładnie, robiąc przerwy między wyrazami:
- Bagienne nalegactwa. Napisał Shaft Tackapple.
- Nie - stwierdził Joe.
- Nie, co? - Smith spojrzał na niego, marszcząc brwi. - Nie spróbowałeś, tylko siedzisz. Dam ci czas. Zasady mówią o pięciu minutach, masz pięć minut.
- Zrywam z tym. - Oznajmił Joe.
- Z czym zrywasz? Z Grą? Ależ jesteś na wysokiej pozycji!
- Zrywam z zawodem - ciągnął Joe. - Zamierzam porzucić miejsce pracy i zrzec się telefonu. Nie będzie mnie tu, nie będę w stanie grać - wziął głęboki oddech."


Dick, "Galaktyczny druciarz"
1969

(Przy czym - w tym konkretnym wypadku - nie jest to prognoza. Badania nad MT prowadzone były, gdy Dick to pisał, od dobrych parunastu lat. Pomysłem autora jest tylko sama Gra.)
Q__
Moderator
#23 - Wysłana: 25 Paź 2013 01:15:00 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Spontaniczne narodziny tzw. Webmindu (wariant do dziś uznawany za teoretycznie możliwy):

"— A co pan o tym myśli, doktorze? — spytał Bob Andrews, programista komputera. — Był pan taki milczący przez cały ranek. Na pewno ma pan jakąś koncepcję.
Dr John Williams, kierownik Działu Matematycznego, poruszył się niespokojnie.
— Tak — odpowiedział. — Mam pomysł. Ale boję się, że nie weźmiecie tego na serio.
— Nic nie szkodzi. Jeżeli nawet pomysł byłby tak zwariowany, jak te bajeczki fantastycznonaukowe, które pan pisuje pod pseudonimem, mógłby stanowić chociaż jakiś punkt zaczepienia.
Williams poczerwieniał, ale nie wyglądał na bardzo zmieszanego. Jego twórczość literacka była publiczną tajemnicą i w gruncie rzeczy wcale się tego nie wstydził. Poza tym opowiadania zostały już przecież wydane w formie książkowej.
— A więc dobrze — powiedział kreśląc coś machinalnie na obrusie. — Jest coś, nad czym łamałem sobie głowę od lat. Czy zastanawialiście się kiedyś nad analogią między automatyczną siecią telefoniczną a mózgiem ludzkim?
— Cóż w tym nowego? — zdziwił się jeden ze słuchaczy. — Po raz pierwszy odkryto to jeszcze chyba w czasach Grahama Bella.
— Być może. Nie roszczę sobie pretensji do oryginalności. Mówię tylko, że nadszedł czas, żeby to porównanie zacząć brać na serio.
Rzucił ukośne zniecierpliwione spojrzenie na jarzeniówki umieszczone nad stołem. Światło było potrzebne w ten mglisty zimowy dzień.
— Co się dzieje z tymi przeklętymi lampami? Migają i migają już chyba od pięciu minut!
— Mniejsza o lampy! Pewnie Maisie zapomniała zapłacić za elektryczność. My czekamy na dalszy ciąg pańskiej teorii.
— Większość z tego, co powiem, nie jest teorią, tylko oczywistym faktem. Wiemy, że mózg ludzki jest systemem przełączników, neuronów, połączonych z sobą w bardzo skomplikowany sposób. Automatyczna centrala telefoniczna jest również systemem przełączników, selektorów i tak dalej, połączonych z sobą drutami.
— Zgoda — powiedział Smith — ale ta analogia nie idzie daleko. W mózgu jest przecież około piętnastu miliardów neuronów. O wiele więcej niż przełączników w autocentrali.
Ryk nisko lecącego odrzutowca przerwał odpowiedź Williamsa.
Musiał odczekać, aż cała kawiarnia przestanie wibrować od dźwięku, zanim mógł kontynuować wypowiedź.
— Jeszcze nigdy nie słyszałem, żeby latały tak nisko — mruknął Andrews. — Myślałem, że to jest wbrew przepisom.
— Na pewno wbrew przepisom, ale co nas to obchodzi. Kontrola lotniska sama go pewno złapie.
— Wątpię — powiedział Reyner. — Przecież londyńskie lotnisko sprowadziło Concorde z automatycznym systemem lądowania. Ja także nie słyszałem, żeby któryś z nich leciał kiedyś tak nisko. Cieszę się, że mnie w nim nie było.
— Do diabła! Czy my zaczniemy w końcu mówić na temat, czy nie? — wtrącił zniecierpliwiony Smith.
— Jeśli chodzi o piętnaście miliardów, neuronów w mózgu ludzkim, to ma pan rację — ciągnął spokojnie Williams. — I w tym właśnie mieści się sedno sprawy. Wydaje się, że piętnaście miliardów to bardzo dużo, ale to nieprawda. Już około 1960 roku było więcej indywidualnych przełączników w centralach automatycznych na całym świecie. Dziś mamy ich w przybliżeniu 5 razy tyle.
— Rozumiem — wycedził wolno Reyner. — A więc wczoraj, kiedy łącza satelitarne zaczęły działać, wszystkie centrale na całym świecie zostały między sobą w pełni połączone. .
— Dokładnie to chciałem właśnie powiedzieć. Zapanowała cisza i tylko gdzieś z oddali słychać było sygnał samochodu straży pożarnej. W końcu Smith przerwał milczenie.
— Pozwólcie mi wyrazić to bez ogródek — powiedział. — Twierdzicie, że światowy system połączeń telefonicznych stał się teraz gigantycznym mózgiem?
— Ująłeś to lapidarnie i powiedziałbym — antropomorficznie. Ja wolałbym myśleć o tym w kategoriach wielkości krytycznej.
Williams położył na stole na pół zaciśnięte pięści. — Mam tu dwie grudki U 235. Dopóki trzymam je oddzielnie, nic się nie dzieje. Ale połączmy je (zetknął pięści z sobą), a otrzymamy coś zupełnie innego niż jedna większa bryłka uranu. Otrzymamy półmilową dziurę w ziemi. Tak samo ma się rzecz z naszymi sieciami telefonicznymi: do dziś były one w dużej mierze niezależne, autonomiczne. Ale teraz, kiedy zwiększyliśmy ilość połączeń, sieci te stały się jedną całością. Ilość przeszła w jakość, osiągnęliśmy punkt krytyczny-.
— Ale co właściwie oznacza punkt krytyczny w naszym przypadku? — zapytał Smith.
— W braku lepszego słowa oznacza świadomość.
— Dziwaczny rodzaj świadomości — zauważył Reyner. — Co jest jej organami zmysłów?
— No, na przykład wszystkie rozgłośnie radiowe i telewizyjne na świecie będą dla niej źródłem informacji. Na pewno dadzą jej wiele do myślenia! Poza tym wszelkie dane przechowywane w pamięci komputerów, do których będzie miała dostęp równie łatwy jak do bibliotek elektronowych, do instalacji radarowych, do telemetrii, w zautomatyzowanych zakładach przemysłowych. O, na pewno będzie miała dość organów zmysłów! Nie możemy sobie nawet wyobrazić jej obrazu świata, ale przypuszczam, że będzie o wiele bogatszy i bardziej złożony niż nasz.
— Załóżmy, że to wszystko prawda, tym bardziej że koncepcja jest z pewnością pomysłowa — powiedział Reyner — ale w takim razie, co ,,to" mogłoby robić poza myśleniem? Nie mogłoby się przecież poruszać, nie miałoby kończyn.
— A po co miałoby się poruszać? Przecież byłoby od razu wszędzie! każdy kawałek zdalnie sterowanego sprzętu elektrycznego na planecie byłby jego kończyną.
— Teraz rozumiem tę zwłokę w czasie — wtrącił Andrews. — To zostało poczęte o północy, ale urodziło się dopiero o 1.50 nad ranem. Dźwięk, który nas obudził tej nocy, był więc pierwszym krzykiem noworodka.
Andrews chciał to powiedzieć tonem żartobliwym, ale głos go zawiódł i nikt się nawet nie uśmiechnął. Lampy nad stołem dalej irytująco migotały i zdawały się świecić coraz słabiej. W tym momencie drzwi otworzyły się gwałtownie i do kawiarni wtargnął Jim Smali z Działu Zaopatrzenia!
— Popatrzcie, koledzy — śmiał się powiewając kawałkiem papieru — jaki jestem bogaty! Widzieliście kiedyś takie konto bankowe?
Doktor Williams wziął od niego zawiadomienie z banku, rzucił okiem na kolumnę cyfr i odczytał głośno:
— „Kredyt 999 999 897,87 funtów". Nic w tym dziwnego — powiedział wśród ogólnej wesołości. — Komputer musiał się omylić. Takie rzeczy mogą się zawsze zdarzyć, zwłaszcza po wprowadzeniu przez banki systemu dziesiętnego.
— Wiem, wiem — odpowiedział Jim — ale nie psujcie mi zabawy. Idę właśnie do banku sprawdzić to zawiadomienie. Ale co by było, gdybym na jego podstawie wypisał sobie czek na mały milionik? Jak myślicie, czy można by zaskarżyć bank o wprowadzenie w błąd?
— Nigdy w życiu — powiedział Reyner. — Założę się, że banki przewidziały już taką okoliczność i od lat zabezpieczone są przed zaskarżeniem jakimiś przepisami, napisanymi drobnym druczkiem. Ale niech mi pan powie, kiedy pan otrzymał to zawiadomienie?
— W poczcie południowej. Nadeszło wprost do instytutu, tak że moja żona nie miała możności zajrzeć do niego...
— Hm, to znaczy, że zostało napisane przez drukarkę komputera, dziś wcześnie rano. Na pewno po północy...
— Do czego pan zmierza? I czemu macie wszyscy takie smutne miny?
Nikt mu nie odpowiedział. Wszyscy myśleli o tym samym. Myśli goniły jedna drugą, jak sfora psów myśliwskich na widok pojawiającego się zająca.
— Kto z was orientuje się, jak działa automatyczna aparatura w bańkach? — spytał w końcu Willy Smith. — W jaki sposób są one z sobą powiązane?
— Jak wszystko inne w dzisiejszych czasach — odpowiedział Bob Andrews. — Wszystkie są sterowane przez tę samą centralę automatyczną. Komputery całego świata przekazują sobie nawzajem wszystkie informacje. To jest punkt dla pana, John. Jeżeli mają z tego wyniknąć poważne kłopoty, to banki są jednym z pierwszych miejsc, gdzie można ich oczekiwać. Poza siecią telefonów, oczywiście.
— Nikt mi nie odpowiedział na pytanie, które zadałem, zanim Jim tu przyszedł — poskarżył się Reyner. — Pytałem, co by ten superumysł w ogóle robił? Czy byłby przyjazny ludziom... wrogi... obojętny? Czy w ogóle zdawałby sobie sprawę z naszego istnienia? A może za jedyną rzeczywistość uważałby sygnały 'elektroniczne?
— Jak widzę, zaczyna mi pan wierzyć — odpowiedział Williams z posępną satysfakcją w głosie. — Na pańskie pytanie mogę odpowiedzieć tylko innym pytaniem: co robi noworodek? Zaczyna rozglądać się za pożywieniem.
Spojrzał na migocące i słabnące jarzeniówki.
— Mój Boże! — powiedział po chwili, jak gdyby nagle przyszło mu coś na myśl. — Jest tylko jeden pokarm, którego „to" mogłoby potrzebować: elektryczność!
— Posunęliście się w tych nonsensach już o wiele za daleko — wybuchnął Smith. — Co, do diabła, dzieje się z naszym lunchem? Zamówiliśmy go chyba ze dwadzieścia minut temu.
Nikt mu nie odpowiedział.
— A wtedy — kontynuował Ręyner wypowiedź Williamsa od miejsca, w którym ten przerwał — zaczyna się rozglądać dokoła, prostować ręce i nogi. W gruncie rzeczy zaczyna się bawić, tak jak każde rozwijające się dziecko...
— A dzieci niszczą rzeczy, którymi się bawią — powiedział ktoś bardzo cicho.
— I Bóg jeden wie, ile ono może mieć tych zabawek. Na przykład ten Concorde, który rozbił się przed chwilą. Albo zautomatyzowana produkcja fabryczna. Albo sygnały świetlne na ulicach...
— To zabawne, że pan o tym wspomniał — wtrącił Smali. — Coś się tam wydarzyło na ulicy. Ruch został wstrzymany co najmniej na dziesięć minut. Wygląda to na jakiś duży korek.
— Chyba gdzieś wybuchł pożar. Słyszałem sygnał.
— Ja słyszałem dwa. Poza tym coś, co brzmiało jak eksplozja, chyba gdzieś w dzielnicy fabrycznej. Mam nadzieję, że nic poważnego.
— Maisie!!! Nie macie tu jakichś świec? Nic już nie widać!"


Clarke, "Dial 'F' for Frankenstein"
1961

Wymieniać dalej?
Mav
Użytkownik
#24 - Wysłana: 25 Paź 2013 01:21:53 - Edytowany przez: Mav
Odpowiedz 
Q__:
Wymieniać dalej?

Starczy juz tego czytania na dzisiaj Czesc znalem (tablet np.) Ciekawe wizje, choc jakies zgrzyty mozna oczywiscie znalezc. Elektronika tam przedstawiona ma charakter taki mechaniczno-analogowy. W kazdym razie teksty, ktore wkleiles, tylko potwierdzaja w zasadzie, ze komputerowe wizje sf sie dokonaly, prawda?

Kor, zeszlismy z tematu urzeczywistnienia wizji sf, na rzecz zdolnosci ludzi do ich tworzenia. Ogolnie zgadzam sie z wiekszoscia tego co napisales, ale mimo wszystko uwazam, ze jest to trudniejsza sztuka niz Ty to przedstawiasz.
Q__
Moderator
#25 - Wysłana: 25 Paź 2013 01:33:05 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Mav

Mav:
tylko potwierdzaja w zasadzie, ze komputerowe wizje sf sie dokonaly, prawda?

Wolałbym, by ostatniej to nie dotyczyło, opowiadanie kończyło się bowiem tak:

"— Właśnie sobie przypomniałem, że ten lokal ma kuchnię całkowicie zelektryfikowaną. Dostaniemy zimny lunch, o ile w ogóle coś dostaniemy.
— Jeżeli już musimy czekać, to może byśmy przeczytali, co tam jest w gazecie. Chyba przyniósł pan ostatnie wydanie, Jim?
— Tak, ale nie miałem czasu przejrzeć. Hm, tak. Rzeczywiście wygląda na to, że dziś rano było mnóstwo dziwnych wypadków: sygnały kolejowe nie działały... główny przewód wodociągowy pękł na skutek złego funkcjonowania zaworów... tuziny skarg na złe połączenia .telefoniczne ubiegłej nocy... —Jim odwrócił stronę i nagle zamilkł.
— Co się stało?
Small bez słowa podał mu gazetę. Tekst był sensowny tylko na pierwszej stronie. Na następnych kolumnach była tylko bezładna mieszanina znaków drukarskich, wśród których tu i ówdzie, jak wyspy sensu w morzu bełkotu, widniało kilka absurdalnie wyglądających ogłoszeń reklamowych. Zostały one najprawdopodobniej wstawione w tekst jakojiiezależne bloki i dlatego nie zostały tak rozdrapane i przemieszane jak to, co było dokoła nich.
— Oto do czego doprowadziły nas dalekopisy i zautomatyzowana dystrybucja — gderał Andrews. — Obawiam się, że Fleet Street włożyła za dużo jajek do jednego elektronicznego koszyka.
— A ja obawiam się, że wszyscy popełniliśmy ten sam błąd — powiedział bardzo uroczyście Williams. — Wszyscy to zrobiliśmy.
— Czy mogę wtrącić słówko dla zapobieżenia zbiorowej histerii, która zdaje się opanowywać ten stolik? — zapytał głośno i stanowczo Smith.— Chciałbym wam zwrócić uwagę, że jeżeli nawet pomysłowa fantazja Johna jest prawdą, to jeszcze nie ma powodu do rozpaczy. Wystarczy po prostu wyłączyć satelity, a powrócimy do stanu rzeczy, jaki był wczoraj.
— A więc usunięcie płata czołowego — mruknął Williams. — Myślałem już o tym.
— Co? Ach tak, wyciąć kawałek mózgu. To byłby sposób, bez wątpienia. Kosztowny oczywiście. Musielibyśmy wrócić do czasów, kiedy wysyłano telegramy. No, ale cywilizacja zostałaby uratowana.
W pobliżu.rozległ się nagle krótki odgłos eksplozji.
— Nie podoba mi się to wszystko — powiedział nerwowo Andrews. — Posłuchajmy, co nasze poczciwe BBC ma do powiedzenia. Dochodzi pierwsza, właśnie zaczęli nadawać wiadomości. Wyjął z teczki radio tranzystorowe i postawił na stole.
„...niespotykanie dużo wypadków w zakładach przemysłowych, jak również nie wyjaśnione wystrzelenie trzech salw rakiet z instalacji wojskowych w Stanach Zjednoczonych. Wiele lotnisk musiało odwołać loty z powodu dziwacznego funkcjonowania urządzeń radarowych, banki zaś i giełdy zamknięto, ponieważ urządzenia informujące działają w sposób nieodpowiedzialny".
— Mnie to mówicie? — zaczął Small, ale uciszono go psykaniem.
„Właśnie otrzymaliśmy ostatnie doniesienia. A oto one: jak nas przed chwilą poinformowano, utraciliśmy wszelką kontrolę nad nowo zainstalowanymi satelitami telekomunikacyjnymi. Urządzenia na satelitach nie reagują na rozkazy wysyłane z Ziemi.. Zgodnie z..." '
BBC zamilkło. Nawet fala nośna zaginęła. Andrews chwycił aparat tranzystorowy i zaczął kręcić gałką. Na całej skali, od końca do końca, eter był niemy.
W głosie Reynera zabrzmiały nutki histerii:
— Miałeś dobry pomysł z tym wycięciem kawałka mózgu, John. Niestety, niemowlę samo już o tym pomyślało!... Williams podniósł się powoli.
— Wracajmy do pracowni — powiedział. — Musi się przecież znaleźć jakiś sposób. — Wiedział już jednak, że jest o wiele, wiele za późno. Dzwonek telefonu, który rozległ się tej nocy, był dzwonem pogrzebowym dla homo sapiens."


Nawiasem: policzmy ile lat wcześniej padły te słowa nim Vinge jął roić o tzw. Osobliwości Technologicznej...


EDIT: jeszcze a'propos:
http://www.davidpaulkirkpatrick.com/2012/08/15/dia l-f-for-frankenstein-the-birth-of-the-world-wide-w eb/
http://www.independent.co.uk/news/science/arthur-c -clarke-science-fiction-turns-to-fact-799519.html
The_D
Użytkownik
#26 - Wysłana: 25 Paź 2013 16:55:55
Odpowiedz 
Kor:
Nikt znający się na rzeczy, nie dyskutował 20 lat temu, czy jest to możliwe.

Zwłaszcza, że dało się taki sprzęt kupić w sklepie ;) Pierwszy seryjny pra-tablet, GridPad, wyprodukował Samsung w 1989 r. Fakt, ustrojstwo było czarno-białe, ważyło ponad 2kg i cenowo pozostawało poza zasięgiem zwykłego Johna Doe, ale jak najbardziej pokazywało, że technologia jest w zasięgu ręki.

Zgadzam się też, że porównywanie programu rozpoznająceku kilkadziesiąt kluczowych słów i zwrotów do komputera potrafiącego dokonać kompleksowej analizy danycb i wyciągania wniosków jest przesadzone.

Co do sieci zać to chyba wszyscy fantaści i wizjonerzy zawiedli w jednym punkcie: nikt nie przewidział, że wraz z zawitaniem komputerów pod strzechy ich podstawową funkcją stanie się komentowanie nowych fotek znajomych, oglądanie zdjęć kotków i szczeniaczków oraz szukania nowego teledysku popularnej gwiazdy pop.
Q__
Moderator
#27 - Wysłana: 25 Paź 2013 17:27:41 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
The_D

The_D:
Co do sieci zać to chyba wszyscy fantaści i wizjonerzy zawiedli w jednym punkcie: nikt nie przewidział, że wraz z zawitaniem komputerów pod strzechy ich podstawową funkcją stanie się komentowanie nowych fotek znajomych, oglądanie zdjęć kotków i szczeniaczków oraz szukania nowego teledysku popularnej gwiazdy pop.

Po prostu byli ponad rzeczy które zajmowały ich i ich bohaterów. Chociaż... Clarke nie był nawet tak daleko od trafnej diagnozy pisząc (jak cytowałem):
Q__:
Pojawiła się jeszcze jedna myśl, którą u Floyda wywoływało przeglądanie tych małych elektronicznych tytułów. Im bardziej cudowne stawały się środki przekazu, tym banalniejsza, krzykliwa i przygnębiająca była ich zawartość.

A znów nasz Petecki - w powieści bodaj kluczowej dla zrozumienia dylematów społeczeństwa informacyjnego - analizował ogólnocywilizacyjny przesyt informacyjny, owocujący z jednej strony ścisłym cenzurowaniem nadmiaru danych, z drugiej odwróceniem od świata zewnętrznego (jedno i drugie w imię świętego spokoju) i... paradoksalnie... ogólnocywilizacyjnym internetoholizmem (opisanym ponad dziesięciolecie przed realnym wystąpienie zjawiska):

"Kwadratowa ściana była dostatecznie przezroczysta, by ukazać całe wnętrze "domu" jak na dłoni. Dno pudła stanowiła gładka powłoka, która wybrzuszała się w centralnym punkcie, tworząc niską, okrągłą beczkę. Przypominała ona wyloty studni, jakie odkryliśmy wewnątrz budowli na czarnym słońcu. Znajdowała się tam również pochylnia. Jedna ze ścian kładła się ku środkowi, przez co powstawał jakby skośny mostek. Na nim spoczywała jakaś bezkształtna masa, widoczna jako ciemna, podłużna plama. Sekundę wcześniej, zanim Budker zastopował, plama oddzieliła się od pochylni. Jej ruch był powolny, leniwy. Ujrzeliśmy dość grubą, pionową rurę, wspartą na czterech krótszych. Te ostatnie sklepiały się łukowato, przechodząc w wyprostowaną teraz szyję, tępo zakończoną i na całej swojej długości mającą tę samą grubość. A więc to tak...
- Jak to nazwałeś? - znowu mimo woli zniżyłem głos.
- Kogga - odpowiedział również szeptem Nett. Słyszałem, że przełknął głośno ślinę. Sam poczułem suchość w ustach.
- To nie było zwierzę - wykrztusił jeszcze. Wewnątrz budowli, bo to mimo wszystko była chyba budowla, choć pozbawiona wejścia, okien i jakichkolwiek urządzeń poza niską beczką i pochyłą ścianką, tkwił taki sam wąż, poruszający się na czterech nogach jak ten, który unosił Chippinga na trzeciej planecie Telmura. Niedorzeczność. Czy stworzenie pozbawione głowy, oczu, rąk, palców - może być istotą rozumną?
- Spójrz! - wychrypiał Nett, wskazując boczny ekran. Poszedłem za jego wzrokiem i ujrzałem, że z trzeciej, skrajnej bryły po prawej stronie wychodzi powoli wysmukła, rurowata postać. Nie otworzyła żadnej ze ścian, po prostu przeniknęła przez jedną z nich, jakby nie tylko były przezroczyste, ale istniały jedynie w naszej wyobraźni.
Oddalił się od swojego mieszkania o kilka metrów, krocząc z zabawnym dostojeństwem na czterech kończynach, wyginających się na całej długości. Następnie zatrzymał się. Jego górna część sięgała niemal dachu sześcianu. Teraz mógł patrzeć w naszym kierunku. Nie miał oczu, ale w jakiś sposób musiał nas widzieć.
Kogga - nie wiem kiedy sam zacząłem tak nazywać w myślach te stworzenia - stał przez minutę bez ruchu, po czym jego trąba czy szyja, mniejsza o słowa, zgięła się kabłąkowato. Jej koniec dotknął powierzchni gruntu. Wyglądał teraz jak monstrualny, czworonożny struś, trzymający głowę w piasku.
Nagle wyprostował się i zawrócił do przezroczystego pudełka. Nie zauważyłem, żeby zmienił pozycję, odwrócił się czy coś podobnego. Po prostu cofał się tym swoim spokojnym, pełnym powagi krokiem, aż dotarł do sześcianu i, minąwszy niski nasyp, wniknął do wnętrza. Także i tym razem żadne drzwi nie otworzyły się na jego przyjęcie.
Patrzyłem za nim jeszcze przez chwilę. Znalazłszy się na powrót u siebie, ułożył się powoli na owej skośnej ściance. Raz czy dwa poruszył kończynami, jakby szukał wygodniejszej pozycji. Następnie znieruchomiał.
- Tak, to oni - powiedział nieco jaśniejszym głosem Nett. - Muszą wiedzieć, że tu jesteśmy...
- Widać niezbyt ich to interesuje... - odburknąłem."


"- Centrala - powiedziałem niespodziewanie dla samego siebie. - Mówiłeś o niej przed chwilą, jeśli się nie mylę...
Jego oczy rozszerzyły się nagle. Przyjrzał mi się, jakby raptem ujrzał obok siebie samego koggę.
- Centrala? Selektory? Takie?
- Selektory - powtórzyłem zgryźliwym tonem. - Takie.
- Gdyby tak było... - zaczął i urwał. Na policzki wystąpiły mu rumieńce. Oddychał szybko.
- Doszli nareszcie do wniosku, że "obcowanie ze wszystkim" przynosi im same klęski - ciągnąłem z jakąś nierozumną zawziętością. - Zamieszkali w przezroczystych sześcianach... nie wiedząc o tym, że są przezroczyste, bo nie mają naszych oczu... i odcięli się od wszystkiego, co przychodzi z zewnątrz. Może zgromadzili zapasy energii na miliony lat. Musieli oczywiście zostawić jakieś ośrodki dyspozycyjne, otwarte dla wieści przychodzących z kosmosu i dla niektórych, zapewne bardzo nielicznych gałęzi nauki. Ten obiekt, który pojawił się koło statku, gdy orbitowaliśmy przy zamkniętej na głucho stacji...
- Sam fakt jej zamknięcia... - dorzucił beznamiętnie Nett. Następnie ożywił się. Przez twarz przemknął mu cień uśmiechu.
- W takim razie - powiedział niemal wesoło - powinieneś się tu czuć jak u siebie w domu. Kto wie, czy oni nie są nawet lepsi od Ago Graffa i innych speców z szefostwa Centrali? Może warto by zaadoptować ich niektóre doświadczenia?...
- Zamknij się - warknąłem."


"Nett nie powiedział ani słowa. Pewnie powinienem mu być za to wdzięczny. Ale nie byłem. Chociażby dlatego, że w tym właśnie momencie zaświtała mi nowa myśl. Myśl, czy raczej wizja, wobec której wszystko, co mówiliśmy przed chwilą o cywilizacji Ety Reticulum, brzmiało jak opowieść o niewinnych psotach zdrowych, wesołych czternastolatków.
- Pamiętacie pochyłe ścianki w budowlach na czarnym słońcu? - spytałem, po czym nie czekając na odpowiedź ciągnąłem dalej: -- To były ekrany, tyle że nie świetlne, tylko radioaktywne. Mieszkańcy "kokili" muszą mieć specjalny zmysł, który umożliwia im odbieranie, przekazywanych tą drogą informacji. Wtedy oglądali swoją nową, przyszłą ojczyznę i statki, które miały ich tam zabrać. A teraz? Czy ktoś przy zdrowych zmysłach położy się, powiedzmy, na ekranie holowizora? Ale oni wszyscy, jak jeden, leżą na tych skośnych ściankach. Czy to wam nic nie mówi?
- Chcesz powiedzieć - zaczął z wahaniem Nett - że przystosowali się do jakiegoś bardziej bezpośredniego odbioru programów? Czy też, że ich nadajniki milczą już od tak dawna, że po prostu zapomnieli o pierwotnym przeznaczeniu tych pochylni, zmienili je w łóżka?...
- Nic innego nie przychodzi ci na myśl?
Nett milczał.
- Jeśli naprawdę te radioaktywne impulsy docierają bezpośrednio do ich układu nerwowego czy ośrodków mózgowych, a ekrany w dalszym ciągu służą nie tylko jako łóżka - powiedział zamiast niego Jur - to w jakim stopniu nadajniki wpływają na ich życie?...
- Otóż to. A raczej, w jaki sposób kształtują ich życie wybrane istoty, które obsługują te nadajniki...
- Zdalne sterowanie? Jakaś karykatura fantomatyki? - wybełkotał Nett.
- Wreszcie trafiłeś w sedno...
- To mogłoby tłumaczyć, dlaczego są tacy... cisi - Jur zamyślił się. - Gdyby twoja hipoteza była prawdziwa, to by znaczyło, że oni stale przebywają w jakimś nierealnym świecie, który jednak decyduje o trybie ich prawdziwego życia...
- Nie wszyscy - burknąłem. - Ale to nie hipoteza, tylko domysły. Znowu domysły. Na szczęście."


Petecki, "Kogga z czarnego słońca"
(1978)
Mav
Użytkownik
#28 - Wysłana: 25 Paź 2013 18:08:52 - Edytowany przez: Mav
Odpowiedz 
The_D:
Pierwszy seryjny pra-tablet, GridPad, wyprodukował Samsung w 1989

Wyglada na to, ze w 89 r. dopiero zrealizowano tablet z TOS-a, Na pada z powstajacego wtedy TNG trzeba bylo poczekac kolejnych kilkanascie lat

Samsung GriPad
a

TOS pad
b
Mav
Użytkownik
#29 - Wysłana: 26 Paź 2013 22:48:47 - Edytowany przez: Mav
Odpowiedz 
Coś na temat. O dzisiejszych komputerach (i nie tylko) w kontekście opowieści Lema i Arthura C. Clarke'a - "Solaris", "Niezwyciężony" i "Odyseja kosmiczna 2001":

http://zyxist.com/index.php/pl/blog/show/komputery -oceany-i-klasycy-sf
Q__
Moderator
#30 - Wysłana: 26 Paź 2013 23:52:16
Odpowiedz 
Mav

Mav:
kontekście opowieści Lema i Arthura C. Clarke'a - "Solaris", "Niezwyciężony" i "Odyseja kosmiczna 2001":

Życie mi wracasz, skoro młodzi TO jeszcze czytają
 Strona:  1  2  3  4  »» 
USS Phoenix forum / Science-Fiction / Komputery - spełnione marzenie Science Fiction?

Twoja wypowiedź
Styl pogrubiony  Styl pochylony  Obraz Łącza  URL Łącza  :) ;) :-p :-( Więcej emotikon...  Wyłącz emotikony

» Login  » Hasło 
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą tutaj pisać. Zaloguj się przed napisaniem wiadomości albo zarejstruj najpierw.
 
Wygenerowane przez miniBB®


© Copyright 2001-2009 by USS Phoenix Team.   Dołącz sidebar Mozilli.   Konfiguruj wygląd.
Część materiałów na tej stronie pochodzi z oryginalnego serwisu USS Solaris za wiedzą i zgodą autorów.
Star Trek, Star Trek The Next Generation, Deep Space Nine, Voyager oraz Enterprise to zastrzeżone znaki towarowe Paramount Pictures.

Pobierz Firefoksa!