USS Phoenix
Logo
USS Phoenix forum / Science-Fiction / "Avatar" Jamesa Camerona
 Strona:  ««  1  2  ...  9  10  11  12  13  ...  19  20  »» 
Autor Wiadomość
kanna
Użytkownik
#301 - Wysłana: 2 Lut 2010 19:30:20
Ech, a ja bym sobie Gwiezdne Wojny w tej technologi 3D zrobine obejrzała...
IDIC
Użytkownik
#302 - Wysłana: 2 Lut 2010 20:13:43 - Edytowany przez: IDIC
kanna:
Ech, a ja bym sobie Gwiezdne Wojny w tej technologi 3D zrobine obejrzała...

a ja - prawdę mówiąc - nie


Madame Picard:
Humanoidalni Obcy w Treku to element umowny. Nie jest ważne, jak wyglądają, ważne jest, jakie problemy reprezentują. To tak jakbyś narzekał, że teatr jest przestarzały, bo ma kartonowe dekoracje udające zamek w Elsynorze; i jak tak można w czasach Avatara. Tymczasem i teatr, i Trekowi Obcy są tylko umownie przyjętym sztafażem dla zasadniczych wydarzeń. Trek między innymi tym się wyróżnia spośród SF, że dopuszcza taką umowność i nie stawia na realizm, bo nie jest on istotny dla przyjętej konwencji.
Inna sprawa, czy taka konwencja ma rację bytu w dzisiejszych czasach. Czy nie jest czasem tak, że Trek powiedział już wszystko, co miał do powiedzenia w ramach swojej konwencji. Ale jeśli tak, to czas jest nie na nowe otwarcie Treka tylko na zupełnie nowe filmy SF, a Trek niech się uda do kwatery w alei zasłużonych. A jeśli nie, to nie ma co narzekać na umowność. Teatr ma rację bytu w epoce hiper-mega-super techniki, więc może Trek też ma nadal swoje miejsce w kulturze

Madame Picard
zgadzam się w zupełności
bardzo zgrabnie to ujęłaś no ... może poza aleją zasłużonych
... niech to będzie po prostu zaciszna nisza dla tych, którym do szczęścia nie jest potrzebne to, aby rolę Obcych grali prawdziwi Obcy
Jo_anka
Użytkownik
#303 - Wysłana: 2 Lut 2010 21:14:44 - Edytowany przez: Jo_anka
Sh1eldeR:
Np.
"Opowiada historię amerykańskiego oficera (marine)"
Ale w Avatarze ten marine jest kaleką i już niedługo po rozpoczęciu filmu zażywa możliwości pozbycia się ograniczeń swojego ciała. Może znów być tak sprawny, jak był, gdy zapisywał się do Korpusu. Raczej istotny wątek, w "Tańczącym..." nie poruszony.

Sh1eldeR

Nie wiem, czy sobie przypominasz początek "Tańczącego z wilkami", ale bardzo niewiele brakowało, żeby John Dunbar też został kaleką. Jego brawurowy atak na pozycje konfederatów, jest samobójczą ucieczką spod skalpela...

Ale skojarzeniom, zbieżnościom nie będzie końca i zawsze coś komuś, będzie się z czymś kojarzyć.

To nieuniknione, zwłasza w dobie dostępności mediów, odległych o jedno kliknięcie myszą...

Nasze obecne obeznanie z filmografią, jest nieporównywalne do znajomości kina i seriali np. kinomana z np. 1980 roku. Wtedy porównywalną do obecnej przecietnej wiedzy, mieli tylko zawodowcy: producenci, krytycy itp.

Q__:
ak się zastanawiałem czemu tyle dyskutujemy o "Avatarze". I już wiem! To jest po prostu ten nowy solidny Trek na którego czekaliśmy tyle lat, od czasów TNG (niektórzy - podobno - od czasów DS9 ).

Q__
W pewnym stopniu trafne (choć oczywiście, żaden trek nie dostał tak mocnych podstaw naukowych, tzn. został tak dopracowany jak Avatar). Fabuła faktycznie jest 'ciut' TOS-owska... Tyle, że w filmie Camerona nie ma miejsca na Federację, Ziemianie są przedstawieni zdecydowanie w wersji nie utopijnej.

Q__:
It's more like Star Trek's “Errand of Mercy.”

SG1 "Spirits", też 'się kłania'...

Ale wracając do Treka, mnie się może bardziej kojarzy z "ST Insurrection" - zwłaszcza początkowe założenie Federacji, iż ma do czynienia z prymitywną, kulturą, sporo 'przed-warpową'.

W Avatarze Na'vi są zarówno prymitywni, jak i nie (tzn. muszą dysponować dzieki dostępowi do Eywy, gigantyczną wiedzą dotyczącą Pandory).
Problem leżał w tym, że ziemscy naukowcy, wszystko co słyszeli od Na'vi, oceniali przez pryzmat 'łuków i strzał' i 'szamanizmu'.
Grace i reszta nie byli wstanie dogadać się z Na'vi, bo nie mieściło się im w głowie, że Na'vi mogą w identyczny sposób rozumieć pojęcie np. 'sieci'.

Pozostaje tylko kwestią otwartą, czy Grace i reszta wiedziała wcześniej o 'drzewach głosów'. Po ich zniszczeniu, Grace mówi Selfridge'owi, że one były świętością dla Na'vi - ale tego mogła się dowiedzieć dopiero od Jake'a, który będąc tylko przeciętnym użytkownikiem sieci (ktoś kto jej używa, acz w minimalnym stopniu rozumie postawy jej działania), mając kontakt z drzewem głosów, z punktu rozpoznał, że ma do czynienia z jakąś formą sieci.
Mav
Użytkownik
#304 - Wysłana: 2 Lut 2010 22:05:37 - Edytowany przez: Mav
Madame Picard:
Humanoidalni Obcy w Treku to element umowny

Zdaję sobie z tego sprawę, ale pełni się z tym zgodzić nie mogę. Przedewszystki na taki wygląd wpłynął budżet i możliwości efektów specjalnych lat 60. Mam wrażenie, że w późniejszych serialach szli na łatwiznę. Po co się męczyć zróbmy trochę inny nos i wszyscy fani to zaakceptują bo tak było wcześniej. Jeśli chcemy poruszać nasze problemy przy pomocy obcych to byłbym zdania, że realniej wyglądający obcy z zachowaniem niebędący naszą kalką z wyróżnią cechą charakteru nadają się do tego o niebo lepiej.

Madame Picard:
czy taka konwencja ma rację bytu w dzisiejszych czasach

Nie ma Takie jest moje zdanie. Od dziszejszego kina z jego możliwościami wymaga się czegoś więcej. Trek w takiej formule nadaję się na takie lekkie 11.

Madame Picard:
Trek między innymi tym się wyróżnia spośród SF, że dopuszcza taką umowność i nie stawia na realizm

Po co w Insuretion "obcy" wyglądają w 100% jak my? To daje jakieś możliwości psychologiczna dla analizy ludzkiegoi zachowania? Czy może jest zwykłą głupotą? Gdyby naprawdę wyglądali jak jakaś obca cywilizacja na planecie innej niż nasza, bardziej orginalnie stworzonej (jak pandora) to już nie można było by zrobić filmu pokazującego zachowania ludzi znajdującej się w takiej sytuacji? Bo Picard nie mógłby się zakochać? Zobacz jak oglada się Avatara to człowiek sam zaczyna lubić tą obcą planetę i istoty tam mieszkające. Wczuwasz się w to, sam myślisz jakie decyzje byś podjął, zajmujesz swoje stanowisko. Czy planeta Baku i jej mieszkańcy mogą wywaołać takie emocje? Nie bo widzimy tam samych ludzi co kłuci się ze zdrowym rozsądkiem. Można na to przymknąć oko, mówić, że to umownie itd. ale dlaczego? Bo scenarzystą jest łatwiej?

Q__:
Zauważ jedno: w TMP ta głupota nie przeszkadzała

TMP nakręcili w 1979 r. Dzisiaj potrzeba TMP na miare 21 wieku, a z tym starym fundamentem to nie możliwe ( przynajmniej dla mnie)

Q__:
Mam powazne wątpliwości czy "Obcy" z tamtych filmów są w realni

Ale napewno realniejśi niż w człowieko-obcy w Treku
Q__
Moderator
#305 - Wysłana: 2 Lut 2010 22:33:41 - Edytowany przez: Q__
Mav

Mav:
Dzisiaj potrzeba TMP na miare 21 wieku, a z tym starym fundamentem to nie możliwe ( przynajmniej dla mnie)

Zauważ jak bardzo TMP upgrade'ował zarówno TOSowy wizerunek Obcych jak i technologii. Klingoni dostali wtedy swoje czoła, zbroje i język, Wolkanie pejzaże i mniej obciachowe szaty . Błędem Bermana było ustanowienie sztywnego kanonu zamiast uznania, że TOS przedstawia tylko teatralne wersje historii, które "tak naprawdę" wyglądały jak w TMP. (A przecież do tego dążył nowy wygląd Kora i Kolotha np.)

Teraz by można uznać, że to nowa wersja jest ta "prawdziwa", TNG teatralna, a TOS to teatr do kwadratu... I tak do skutku, co n- lat . Berman to popsuł usztywniając kanon i dodając coraz bardziej groteskowe humanoidy w czasach gdy konkurencja zaczynała od nich odchodzić.

Mav:
Ale napewno realniejśi niż w człowieko-obcy w Treku

Racja. Z drugiej strony jednak LeGuin z człowieko-obcymi sobie radzi - perfekcyjna całość powoduje, że i słabsze elementy widzi się łaskawszym okiem. (Zresztą jak mówię: gdyby dodać sensowną Obcość, humanoidy dałoby się opchnąć widowni dodając technobełkotliwe hipotezy nt. tego jak silnie ci siewcy życia interweniowali w ewolucję potomków. Tak było i u LeGuin.)
Jo_anka
Użytkownik
#306 - Wysłana: 2 Lut 2010 22:59:09
Zajrzałam na boxofficemojo.com - Avatar już zarobił na całym Świecie przeszło 2 miliardy dolarów: http://www.boxofficemojo.com/movies/?id=avatar.htm

Raczej się opłacił producentom.
Mav
Użytkownik
#307 - Wysłana: 3 Lut 2010 02:06:54 - Edytowany przez: Mav
Q__:
Berman to popsuł usztywniając kanon

Enterprise to kpina. Marines jakich tam stworzyli mówi wiele o tym serialu. Smutne jest to, że ten projekt miał właśnie szanse ożywić Treka. Czas akcji czyli 2150 r. , początki ludzi w kosmosie, bliższe nam ich zachowanie, technologia (wypady na promach itd.). Jednak kompletnie to zrujnowano. Do tego twórcy cofali się w rozwoju, poszli w odwrotnym kierunku wprowadzając torpedy fotonowe, osłony, fazery itd. Czyli jeszcze upodabniając go do typowego Treka. Szkoda bo to była idealna szansa by odświeżyć sage. Można było całkowice zrezygnować z teleportacji. Okręt mógł niekorzystać z kolorowych fazerów, a bardziej ciekawszego i realniejszego uzbrojenia (na początku mieli nawet normalne torpedy)Załoga tylko z ludzi, egzoszkielty itd. Można było, ale się nie udało, wyszło fatalnie.

Jo_anka:
Avatar już zarobił na całym Świecie przeszło 2 miliardy dolarów

Stawiam że zarobi 2.5 mld $
Q__
Moderator
#308 - Wysłana: 3 Lut 2010 02:18:36 - Edytowany przez: Q__
Mav

Mav:
Szkoda bo to była idealna szansa by odświeżyć sage.

Tak właśnie projekt odświeżenia przedstawiał Straczynski najpierw jako reBoot-prequel (tak jak TNG można uznać za reBoot-sequel) - ostatecznie ten projekt stał się tym co znamy jako Babylon 5, potem jako po prostu radykalny reBoot TOSu.

Z drugiej strony podobnym co ENT zarżnięciem sagi był VOY, który nie dość, że powielił TNGowskie nadużywanie deflektora, to wprowadził wszystkie te urocze "voyageryzmy" czyniące małą, zabłąkaną w odleglym kwadrancie jednostkę naukową megaokrętem przepakowanym baśniowymi technologiami. Co praktycznie zabiło możliwość powstania udanego serialu XXV-wiecznego, bo dalej to już cuda rozkładające z miejsca każdą fabułę.

ps. skądinąd - o czym też już pisałem - jeszcze wyższą szkołą jazdy niż reBoot z "nadpisywaniem" byłoby zrobienie z Trekiem Roddenberry'ego (reszta jakby mniej mnie obchodzi) tego co Baxter zrobił z "Wehikułem czasu" Wellsa i co w swoim cyklu o Xeelee zrobił by pokazać epokę zupełnie w stylu "Żołnierzy Kosmosu" Heinleina czyli wprowadzić przekonujące współczesne wyjaśnienia (naukowe, ale i odwołujące się do historii fikcyjnego świata) dla wszystkich ekranowych cudów i cudactw...
Scimitar
Użytkownik
#309 - Wysłana: 3 Lut 2010 12:39:48
Q__:
Tak się zastanawiałem czemu tyle dyskutujemy o "Avatarze". I już wiem! To jest po prostu ten nowy solidny Trek na którego czekaliśmy tyle lat, od czasów TNG (niektórzy - podobno - od czasów DS9 ).

Może nie do końca nowy Trek, ale na pewno dobrze zapowiadające się kino SF z perspektywą dalszych części, oraz mimo wszystko mam nadzieję, że nie próbujące być kolejnym Trekiem, ani tym bardziej SW. Rozsądnie pusty kosmos bardziej do mnie przemawia, niż tętniąca życiem galaktyka...

Co do kwestii samego ST - z punktu widzenia współczesnego kina SF (do którego chcąc nie chcąc "Avatar" też się zalicza), uważam że dalsze kręcenie ST miało by sens gdyby totalnie zresetować to co nazywamy uniwersum Treka. Nie chodzi mi w tym momencie o wykarczowanie filozofii i przesłania, ale bardziej o unowocześnienie świata - wyrzucenie pewnego utartego kanonu postaci, drastyczne zredukowanie ilości "obcych odcinka", wplecenie większej ilości nauki do scenariusza i wreszcie bardziej bliskie nam czasy dziania się tego wszystkiego (zamiast włóczenie się po całym kwadrancie to proponował bym wpierw dokładne zbadanie naszego Układu Słonecznego, dopiero potem wycieczki poza jego obręb itp.)

A dokładniej precyzując mankamenty Treka to na pierwszy plan poszli by obcy. Jest to jeden z bardziej starzejących się elementów tego uniwersum - podejście na zasadzie, że jakiś obcy przedstawia jeden lub może najwyżej kilka "problemów" - jest obecnie zbyt dużym uproszczeniem. Przeciętna "humanoidalna" rasa podróżująca po kosmosie teoretycznie powinna mieć za sobą ładnych parę tysięcy lat rozwoju nie tylko technologicznego ale i społecznego (razem z jego mrocznymi aspektami).
Idąc dalej kwestia wyglądu obcych - rozumiem, że w czasach TOSa budżet poświęcony na produkcję był bardzo niski, ale począwszy od TNG można było coś w tym kierunku zmienić, przecież już wtedy, w nie jednej książce, pojawiali się obcy z odrębną budową zewnętrzną i wewnętrzną dopasowaną do ich specyficznych warunków środowiskowych (chociażby "Szpital Kosmiczny" Jamesa Whitea), a tak to otrzymaliśmy galaktykę ciasno upchaną przez najróżniejsze humanoidalne "rasy odcinka": "...completely realistic, original, and scientifically plausible alien represents all the multitudinous Science Fiction aliens who are miracles of convergent evolution to the point where they are all pretty much exactly like humans with bumpy heads..." (www.merzo.net - pierwsza zakładka na samym dole). Wiem że cytat ten nie odnosi się stricte, ale przede wszystkim do ST i bardzo dobrze przedstawia wspomniane wcześniej pójście na łatwiznę. Zamiast pokazać jakiś ciekawy świat, z szczątkowym, albo dopiero formującym się życiem; jakąś anomalię kosmiczną (fakt, że trochę odcinków tego typu było , ale niestety tylko trochę), lub konflikty w obrębie kultur dzielących pokład tego samego okrętu (bo wątpię żeby doktryny Federacji były w stanie zastąpić wszystkie nawyki, zachowania, relacje i zasady panujące w społeczeństwach należących do niej) otrzymujemy ekstrapolacje problemów znanych nam z naszego współczesnego podwórka.
Na tym tle obcy z "Avatra" - różniący się przede wszystkim gabarytami ciała, oraz kilkoma drobnymi detalami wypadają zadziwiająco świeżo i zgodnie prawami nauki (a pomyśleć, że wychowali się w środowisku posiadającym tylko trochę inną atmosferę i słabszą grawitację...)

Drążąc dalej, technologia Federacji też wymaga pewnych drastycznych zmian:
1. Już teraz nawet kiepski jakościowo sprzęt elektroniczny posiada chociażby bezpieczniki; z kolei na statkach GF bardzo często widzimy efektownie eksplodujące konsole zbijające tony statystów, nie posiadające nawet jakichkolwiek pól siłowych mogących w sytuacjach awaryjnych tłumić ich wybuchy.
2. Brakuje chociażby sensownych foteli i uprzęży anty-urazowych dla załogi mostka, czy maszynowni - trochę mocniejszych wstrząsów, przeciążeń , czy przechyłów, z którymi nie poradzą sobie kompensatory i voila, załoga niezdolna do obsługi okrętu. Ciekawe, jak w takiej sytuacji prowadzić walkę z innym okrętem, oraz jak się ma do tego humanitarna polityka Federacji :P
3. Kontynuując dalej to ponarzekałbym na samą budowę mostka i jego usytuowanie na większości okrętów floty - mam wrażenie że po prostu ilość zużytej przestrzeni jest zbyt duża jak na okręt kosmiczny (np. gabaryty mostku Galaxy), oraz zbudowany jest tak aby faworyzować tylko te najbardziej "humanoidalne" rasy - brak jakichkolwiek urządzeń świadczących chociażby o możliwości posiadania kapitana, który nie oddychał by do końca tą samą mieszanką powietrza co reszta załogi... Idąc dalej, dlaczego mostek nie może być schowany w głębi spodka? Przecież Federacja posiada odpowiednią technologię umożliwiającą transmisję danych w jakości co najmniej HD :P.
A tak wystarczy jeden celny strzał z czegokolwiek w mostek i mamy dryfujący okręt.
4. Brak sensownie zrobionej ochrony (jedynie w ENT wyglądało to w miarę realistycznie) - trudno jest mi uwierzyć w to, że odpowiednio przeszkoleni "ludzie" (:P) do tej funkcji nie dysponują bitewnym ekwipunkiem typu ubiór choć trochę chroniący daną osobę przed trafieniem z broni energetycznej, czy nawet zwykłym nożem do walki wręcz, nie wspominając już o takich fajnych gadżetach jak przenośna tarcza, czy pole maskujące...
5. Sama walka w kosmosie - już II wojna światowa pokazała przewagę lotnictwa nad ciężkimi pancernikami, wątpię żeby inaczej sprawa miała się w kosmosie, szczególnie że rasy współtworzące Federację pewnie mają swoje "kroniki wojenne" i pewne doświadczenie w zakresie prowadzenia konfliktów zbrojnych.
Poza tym gdzie podziały się zdalnie sterowne pojazdy bezzałogowe, albo te dysponujące własnym AI, oraz gdzie podziała się konwencjonalna broń obsługująca standardowe (oczywiście dokładnie dopracowane i odpowiednio unowocześnione) pociski?
6. Coś za mało automatyki występuje na okrętach GF - rozumiem że obsada maszynowni czy mostka powinna być liczna, ale po co stanowiska kontrolne w cewkach napędu WARP, albo dlaczego nie ma zdalnie sterowanych robotów wykorzystywanych do napraw niebezpiecznych miejsc?
Prawdopodobnie znalazło by się jeszcze sporo innych rzeczy związanych z technologią wartych zmian, ale nie mam już do tego głowy.
Q__
Moderator
#310 - Wysłana: 3 Lut 2010 12:55:03 - Edytowany przez: Q__
Scimitar

Scimitar:
Zamiast pokazać jakiś ciekawy świat, z szczątkowym, albo dopiero formującym się życiem; jakąś anomalię kosmiczną (fakt, że trochę odcinków tego typu było , ale niestety tylko trochę), lub konflikty w obrębie kultur dzielących pokład tego samego okrętu (bo wątpię żeby doktryny Federacji były w stanie zastąpić wszystkie nawyki, zachowania, relacje i zasady panujące w społeczeństwach należących do niej) otrzymujemy ekstrapolacje problemów znanych nam z naszego współczesnego podwórka.

Zgoda. Przy czym pierwsze powinno być łączone z drugim. Jak u Lema w "Wizji lokalnej" nie przymierzając.

Dobra SF musi zachowywać więź z realnym światem i jego problemami, bez tego staje się bajką, która tak naprawdę staje się obojetna widzowi.

Scimitar:
Brakuje chociażby sensownych foteli i uprzęży anty-urazowych dla załogi mostka, czy maszynowni - trochę mocniejszych wstrząsów, przeciążeń , czy przechyłów

W TMP były wlatując w wormhole podnieśli poręcze foteli i "przypięli" się nimi do tychże.

Scimitar:
Brak sensownie zrobionej ochrony (jedynie w ENT wyglądało to w miarę realistycznie) - trudno jest mi uwierzyć w to, że odpowiednio przeszkoleni "ludzie" (:P) do tej funkcji nie dysponują bitewnym ekwipunkiem typu ubiór choć trochę chroniący daną osobę przed trafieniem z broni energetycznej, czy nawet zwykłym nożem do walki wręcz

W filmach Meyera to dostajemy. Zresztą zarówno w nich jak i w TMP były też w regularnym użyciu skafandry kosmiczne i specjalne kombinezony dla inżynierów.

Scimitar:
oraz zbudowany jest tak aby faworyzować tylko te najbardziej "humanoidalne" rasy - brak jakichkolwiek urządzeń świadczących chociażby o możliwości posiadania kapitana, który nie oddychał by do końca tą samą mieszanką powietrza co reszta załogi...

Znów kłania się "Szpital Kosmiczny". Tam były nawet różne pokłady dla gatunków lubiacych różne środowiska. To samo u Sawyera.

Aż zacytuję ten "Szpital...":

Płynąc w górę zbiornika Conway zatrzymał się na chwilę. Czuł się dziwnie. W dalszej kolejności powinien pójść do dwóch istot metanodysznych przebywających w chłodnej części jego oddziału, ale sama myśl o tym, że ma się tam udać, napełniała go obrzydzeniem. Pomimo tego, że woda była ciepła, a w dodatku zgrzał się nieco podczas pływania wokół potężnego ciała pacjenta, czuł jednak chłód; poza tym dałby wiele, żeby dookoła niego znalazło się jakieś towarzystwo w postaci choćby grupki studentów. Zwykle Conway nie cierpiał towarzystwa, a już szczególnie studentów, ale teraz czuł się wyalienowany, samotny i opuszczony przez przyjaciół. Uczucia te były tak silne, że aż go przeraziły. Pomyślał, że bezwzględnie powinien porozmawiać z psychologiem, choć niekoniecznie z O'Marą.
Konstrukcja Szpitala w tej strefie przypominała stos spaghetti - prostych, zagiętych i niesamowicie pokręconych kawałków makaronu. Na przykład każdy korytarz wypełniony ziemską atmosferą miał obok siebie, nad sobą i w dole - nie mówiąc o tych, które przecinały go w poprzek wiele innych korytarzy wypełnionych odmiennymi wariantami atmosfery, ciśnienia i temperatury, zabójczymi dla istot tlenodysznych. Dzięki temu, w razie nagłej koniecznoci lekarz dowolnej rasy mógł dotrzeć "swoim" korytarzem do pacjenta również dowolnej rasy i nie musiał przy tym przemierzać całego Szpitala w stroju chroniącym go przed warunkami panującymi w kolejnych sektorach; taka wędrówka była i powolna, i niewygodna. Lepszym wyjściem okazało się przebieranie w strój ochronny dopiero u drzwi odwiedzanej sali, co Conway właśnie robił.
Przypomniawszy sobie rozkład korytarzy swego oddziału wiedział, że może skorzystać ze skrótu, który doprowadzi go do jego zimnokrwistych pacjentów przez wypełniony wodą korytarz wiodący od sali Chaldera, następnie przez śluzę do chlorodysznych Illensańczyków klasy PVSJ i dwa poziomy w górę do sali metanowej. Oznaczało to, że w ciepłej wodzie pozostanie trochę dłużej, a naprawdę czuł, że jest mu zimno.
W sali chlorowej przemknął obok niego na swych strunowatych odnóżach pacjent klasy PVSJ. Conway poczuł przemożną chęć rozmowy z nim, o czymkolwiek. Musiał się przemóc, żeby pójść dalej.
Ubiór ochronny, który istoty klasy DBDG - takie jak on sam - nosiły w czasie przebywania w sali metanowej, był faktycznie niedużym, opancerzonym pojazdem. Miał wewnątrz grzejniki utrzymujące przy życiu pasażera, z zewnątrz zaś wyposażony był w urządzenie chłodnicze, inaczej ciepło pancerza natychmiast ugotowałoby pacjentów, dla których najmniejszy przebłysk promieniowania termicznego - a nawet światła - był zabójczy. Conway nie miał pojęcia, na jakiej zasadzie działa skaner używany do badań (wiedzieli to tylko ci z obsługi technicznej, którzy mieli fioła na punkcie różnych zmyślnych aparacików), ale na pewno nie na zasadzie promieni podczerwonych. Te również były za gorące dla pacjentów.


A to "Starplex":
Już na etapie planowania Starplex wśród ziemskich specjalistów utarła się nazwa ZOO na określenie Zespolonego Obszaru Ogólnośrodowiskowego, czyli ogólnie dostępnego rejonu stacji, posiadającego warunki korzystne dla wszystkich ras.
- Ha, to faktycznie jedno wielkie cholerne ZOO - mruknął pod nosem Keith. - Jak więzienie... Wszystkie rasy mogły funkcjonować w azotowo-tlenowej atmosferze, jakkolwiek Ibowie wymagali nieco wyższej koncentracji dwutlenku węgla w mieszance oddechowej, niż ludzie. Na wspólnym terenie grawitacja nie przekraczała 0,82 wartości ciążenia ziemskiego. Obowiązywało zatem ciśnienie waldahudeńskie, lekkie dla ludzi i delfinów, oraz wynoszące zaledwie połowę tego, do którego przywykli Ibowie. Utrzymywano wysoki poziom wilgotności również ze względu na Waldahudenów, których zaraz atakował ból głowy, jeśli powietrze było zbyt suche. Oświetlenie we wspólnych rejonach miało odcień czerwonawy, zbliżony do ziemskiego zachodu Słońca. Na tym obszarze światło musiało być stonowane, gdyż rodzinną planetę Ibów wiecznie spowijała gruba warstwa chmur. Tysiące komórek optycznych, rozsianych po ich siatce sensorycznej, mogły ulec zniszczeniu pod wpływem zbyt ostrego blasku.
Na tym nie koniec. Obszar Ogólnośrodowiskowy obfitował w wiele innych problemów. Keith przepuścił przejeżdżającego właśnie Iba. Gdy istota go mijała, jedna z dwóch błękitnych, luźno zwisających rurek na końcach jej pompy wyrzuciła twardą, szarą kuleczkę, która poturlała się po podłodze. Zamknięty w bąblu mózg nie sprawował świadomej kontroli nad funkcjami fizjologicznymi. Nauczenie Ibów korzystania z toalety było biologiczną niemożliwością. Na Monotonii kuleczki odchodów wyłapywali padlinożercy, rozkładając je w przewodzie pokarmowym na niezbędne Ibom składniki odżywcze. Na pokładzie Starplex podobną rolę spełniały miniaturowe FARTy wielkości ludzkiego buta. Właśnie jeden z nich na oczach Keitha śmignął przez korytarz, wessał granulkę i pognał wyżej.
Lansing w końcu przeszedł do porządku dziennego nad paskudzeniem przez Ibów na każdym kroku. Dzięki Bogu, ich fekalia nie cuchnęły. Jednak ani mu było w głowie przyzwyczajać się do zimna, wilgoci i innych „warunków” zgotowanych załodze przez waldahudeńskich konstruktorów...



Scimitar:
Coś za mało automatyki występuje na okrętach GF

Znacznie za mało. W takim np. Space: 1999 (pochodzącym przecież z lat '70!) mamy komputer monitorujacy na bieżąco sytuacje na pokładach i wysyłajacy meldunki gdzie trzeba (do lekarza, szefa ochrony), vide choćby ta scenka:
http://www.youtube.com/watch?v=_oQfQCJIIcI
Poza tym jeśli coś jeszcze (poza dopieszczoną warstwą technologiczną) warte jest skopowania z tego serialu to fakt, że sporo wydarzeń spotyka wysłanych zwiadowców itp. a nie tylko main cast, oraz, że te postacie drugoplanowe są rozbudowane na tyle mocno (i połaczone z main cast różnymi interakcjami na tyle), że nie sposób traktowac ich jako redshirtów. (Podobnie zagrał Meyer gdy chorązy ginący z maszynowni po ataku Khana okazał się ukochanym siostrzeńcem Scotty'ego, a nie jakimś "chorązym Rodriguezem" po prostu.) Ich śmierć też musi mieć swój majestat (acz realistyczny, są też sytuacje w których to śmierć szybka i masowa jest logiczniejsza).

Proszę: lepiej to wygląda niż szybka śmierć anonimowego redshirta:
http://www.youtube.com/watch?v=vSKUabrZCcU
Q__
Moderator
#311 - Wysłana: 3 Lut 2010 15:58:26 - Edytowany przez: Q__
Mav
Scimitar

Pozwólcie, że pozanudzam Was jeszcze cytatami...

Przywołałem "Starplex". Oto dyskusja dowódcy ("dyrektora", bo funkcje tam noszą cywilne nazwy) tytułowego statku z jego "pierwszym oficerem" (tzn. zastępcą dyrektora misji) i głównym fizykiem, tym właśnie "zupgrade'owanym Tellarytą"):

- Lansing, musisz mnie wysłuchać.
Keith Lansing, schodzący właśnie zimnym korytarzem, westchnął i zatrzymał się. Naturalny głos Jaga brzmiał jak szczekanie psa, przeplatane od czasu do czasu syknięciami i warknięciami, wtrącanymi dla zachowania rytmu wypowiedzi. Ton słów płynących z translatora, przełożonych na angielski ze staromodnym brooklyńskim akcentem, brzmiał niewiele lepiej: był szorstki, opryskliwy, irytujący.
- O co chodzi, Jag?
- O podział uprawnień i wyposażenia na pokładzie Starplex - zaszczekał Jag. - Jest niesprawiedliwy i ty jesteś temu winien. Żądam, abyś to naprawił przed następnym skokiem. Z premedytacją ignorujesz sekcję fizyków, dając przywileje biologom. Jag był Waldahudenem, kudłatą, świniopodobną kreaturą o sześciu kończynach. Gdy na Rehbollo dobiegła końca ostatnia epoka lodowcowa, czapy polarne na biegunach rozpuściły się, zatapiając kontynenty, i pokryły siecią rzek ocalałe resztki lądów. Przodkowie Waldahudenów przystosowali się do ziemnowodnego trybu życia. Warstwa tłuszczu i gęste, brunatne futro stanowiły dla ich ciał naturalną izolację przed chłodem i lodowatym nurtem rzek, w których żyli. Keith wziął głęboki oddech i spojrzał na Jaga. - To obcy, wbij to sobie do głowy... Inny sposób myślenia, inne obyczaje.
- Nie mówię, że ten podział jest sprawiedliwy - zaczął pojednawczym tonem, lecz Jag natychmiast mu przerwał.
- Dajesz pierwszeństwo sekcji nauk przyrodniczych, bo jesteś związany z osobą stojącą na jej czele - zaszczekał.
Keith zdobył się na półuśmieszek, wbrew narastającej fali niepohamowanej wściekłości.
- Rissa stawia mi nieraz całkiem przeciwne zarzuty. Ma mi za złe, że ograniczam jej uprawnienia i opóźniam postęp badań, spełniając twoje zachcianki.
- Ona tobą manipuluje, Lansing. Ona...zaraz, jak brzmi to wasze przysłowie? Ona „owinęła sobie ciebie wokół małego palca”.
Mężczyznę ogarnęła nieodparta ochota, by pokazać Jagowi pewien gest innym palcem. Oni wszyscy są tacy - pomyślał z odrazą. Cała planeta kłótliwych, szukających guza, wyszczekanych świń. Ostatnim wysiłkiem woli stłumił niecierpliwość.
- Czego ty właściwie chcesz, Jag?
Waldahuden podniósł lewą, wyżej umieszczoną rękę i znacząco przytknął toporne, włochate paluchy do prawego, górnego ramienia.
- Dwie dodatkowe sondy wyłącznie na użytek misji badawczych prowadzonych przez sekcję fizyki. Dodatkową bazę danych w pamięci Centralnego Komputera do dyspozycji astrofizyków. Powiększenie personelu o dwadzieścia osób.
- Rozszerzenie stanu personalnego jest niemożliwe - zareagował natychmiast Keith. - Nie mamy pomieszczeń, żeby ich zakwaterować. Zobaczę, co się da zrobić w sprawie twoich pozostałych żądań. - Po krótkiej pauzie dorzucił: - A tak na przyszłość... Dobrze by było, Jag, gdybyś wbił sobie do głowy, że o wiele łatwiej mnie przekonać, nie mieszając do sprawy mojego życia prywatnego.
Jag warknął gniewnie.
- Wiedziałem! - głos translatora oddawał gniewną irytację. - Wiedziałem, że opierasz decyzje na osobistych odczuciach, a nie na słuszności argumentów. Doprawdy, nie nadajesz się na stanowisko dyrektora.
Keith czuł, że za chwilę eksploduje. Jeszcze trzymał nerwy na wodzy, zamknął oczy, próbując przywołać w wyobraźni jakąś uspokajającą wizję. Spodziewał się ujrzeć twarz swojej żony, lecz obraz w jego umyśle zajęła pewna azjatycka ślicznotka, dwadzieścia lat młodsza od Rissy. Tego było już za wiele. Błyskawicznie otworzył oczy.
- Słuchaj, ty... - wykrztusił drgającym z wściekłości głosem. - Gwiżdżę na to, czy ci się podoba czy nie, że właśnie mnie wybrano na dyrektora. Grunt, że jestem dyrektorem Starplex, i mam zamiar nim być przez najbliższe trzy lata. Nawet gdybyś znalazł sposób, żeby usunąć mnie ze stanowiska przed tym terminem, obowiązuje prawo rotacji, w myśl którego moim następcą będzie przedstawiciel rasy ludzkiej. Jeżeli dopniesz swego, albo tak mi zaleziesz za skórę, że zrezygnuję z własnej woli - i tak będziesz składał meldunki przed człowiekiem, a któremuś z nas właśnie ty... - tu Keith ugryzł się w język, by nie dodać „ty świnio”, i dokończył - ...właśnie ty możesz nie przypaść do gustu. Skończyłem.
- Ta postawa potwierdza twoją nieodpowiedzialność, Lansing. Żądałem środków zaradczych, mając na celu tylko dobro naszej misji.
Człowiek westchnął z rezygnacją. Czuł się już za stary na próżne gadanie.
- Bez dyskusji, Jag. Otrzymałeś moją odpowiedź. Zrobię, co w mojej mocy.
Dwie pary nozdrzy Waldahudena gniewnie zadrgały.
- Jestem zdumiony - szczeknął. - Nawet Królowa Trath zawsze wierzyła, że możemy współpracować z ludźmi.
Stwór okręcił się na czarnych kopytach i pomaszerował w dół korytarza, nie mówiąc już ani słowa.


A tu przemyślenia "kapitana" Lansinga ładnie pokazujące różnice kulturowe, oraz rozgrywające trekowy schemat - jeden gatunek-jeden modus operandi.

- Nienawidzę tego - rzucił przez zęby.
- Wiem - szepnęła Rissa
- Nie czuję nienawiści do Jaga. To niezupełnie tak Ja właściwie nienawidzę samego siebie - Energicznie szorował ręcznikiem plecy - Mam klapki na oczach, zdaję sobie sprawę, że Waldahudeni mają inne podejście do życia. Wiem o tym i próbuję się z tym oswoić. A jednak, gdy przyjdzie co do czego, Chryste, nie cierpię nawet tak myśleć - oni wszyscy są tacy sami agresywni, wyszczekani, nachalni. Nie spotkałem wyjątku od tej reguły - Przerwał i sięgnął po dezodorant - Zawsze doprowadzało mnie do szału pokutujące wśród ludzi przekonanie, że znam kogoś na wylot, gdyż wiem do jakiej należy rasy. Co za parszywa teoria. A teraz sam, z dnia na dzień staję się jej wyznawcą - Mężczyzna westchnął z goryczą - Waldahuden i świnia. Świnia i Waldahuden. Dla mnie to jedno i to samo.
Clarissa również skończyła się wycierać. Założyła świeżą bieliznę, a na to wełnianą bluzę z długim rękawem.
- Oni też mają wyrobione zdanie na nasz temat - mruknęła - Przedstawiciele ludzkiej rasy to słabeusze, niezdolni do podjęcia konkretnych decyzji. W ogóle nie posiadają korbaydin.
Keith uśmiechnął się lekko, słysząc waldahudenskie słowo w ustach żony
- Ja również jestem człowiekiem. Dlatego mam tylko dwie ręce a nie cztery, lecz służą mi doskonale - dokończył. Odział się w sportowe szorty i sięgnął po spodnie z brunatnego, elastycznego drelichu, ściśle dopasowane w talii.
- Jak do tej pory ich skłonność do ogólników niczego nie ułatwiła - westchnął poirytowany - Z delfinami nie mieliśmy tych problemów.
- Delfiny są inne - rzekła kobieta z zadumą, wciskając się w parę czerwonych spodni - Może właśnie w tym tkwi odpowiedź. To gatunek zbyt różny się od naszego, więc akceptujemy ich odmienność. Sęk w tym, że Waldahudeni są podobni do ludzi Mamy z nimi za dużo wspólnych cech.


Mamy jeszcze inne różnice:

-biologiczne:
Keith nie spuszczał wzroku z Jaga, przekraczającego właśnie bramę w holograficznej gwiezdnej przestrzeni. Waldahuden przemierzał kosmiczną pustkę uważnymi, drobnymi kroczkami, kołysząc się na ugiętych nogach i kurczowo przyciskając do boków obydwie pary rąk. Miał na sobie dwie, niewątpliwie praktyczne, części garderoby: pas z mnóstwem zwisających, pojemnych woreczków i owiniętą wokół lewego górnego ramienia taśmę z dodatkową kieszenią. Jeśli nie liczyć grubego futra przeklęty stwór był praktycznie nagi, podczas gdy Keith był przemarznięty do kości. W ogólnodostępnych rejonach stacji utrzymywano stałą temperaturę 15° Celsjusza, odpowiednik południowego letniego skwaru na Rehbollo. Opuszczając swój apartament, Keith podświadomie oczekiwał, że ujrzy obłoczek pary skraplającej się przy każdym wydechu.
Gdy Jag usiadł, rozjarzyły się ekrany monitorów kontrolnych, przystosowanych dla Waldahudenów. Ekrany były dwa razy wyższe niż szersze. Jag musiał jednocześnie obserwować dwie projekcje: jedną rejestrował pionową parą oczu po lewej stronie, drugą - pionową parą po prawej. Waldahudeni, podobnie jak ludzie, posiadali mózg o dwóch półkulach, lecz każda z nich odtwarzała osobny obraz stereoskopowy.

-----
Przeciętna ludzkiego życia wynosiła mniej więcej sto lat ziemskich.
Według tych kategorii czas egzystencji Waldahudena wynosił około czterdziestu pięciu lat. (Zyskiwali oni wprawdzie prawo do samodzielności w wieku sześciu lat, lecz nie wynagradzało im to krótkiego czasu ich życia. Niektórzy ludzie przypuszczali, iż fakt, że mieszkańcy Rehbollo są najmniej długowieczną rasą spośród istot rozumnych, czyni ich tak nieuprzejmymi wobec pozostałych istot rozumnych.


-językowe:
Język Waldahudenów był rzeczywiście trudny, rządziły nim różne formy gramatyczne w zależności od rodzaju płci, do której dany zwrot był skierowany. Mężczyźni zwracali się do kobiet jedynie w oficjalnej formie grzecznościowej. Z drugiej strony był to dość dogodny układ, pozwalający w mowie potocznej uniknąć następstw niewłaściwego posługiwania się tytułami, określającymi stopień hierarchii matriarchatu, obowiązującego wśród waldahudeńskich plemion. Podczas rozmowy Jag musiał wesprzeć się na konsolecie Iba. Mógł, co prawda, użyć jako podpory dolnej pary ramion, lecz obecność ludzi krępowała go przed stawaniem na czterech kończynach.
Q__
Moderator
#312 - Wysłana: 3 Lut 2010 16:09:11 - Edytowany przez: Q__
-i biologiczno-kulturowe:
- Waldahudeni są dwupłciowi, lecz nie posiadają odpowiedniej liczby przedstawicieli każdej płci - ciągnął Ib niestrudzenie. - Na jedną kobietę przypada co najmniej pięciu mężczyzn. Tak... Lecz do tego są rasą monogamiczną, tworzącą dozgonne pary.
- Też o tym słyszałem - wtrącił Keith.
- Czy rozważyłeś jednak konsekwencje takiego stanu rzeczy? To oznacza, że czterech z pięciu mężczyzn spędzi życie bez partnerki, zostaną wyłączeni z rasowej puli genów. Tak, jakbyś ty musiał zwyciężyć kilku konkurentów, by zdobyć Clarissę. Albo ona musiałaby walczyć o ciebie z innymi. Wybacz, ja sam nie mam pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi. Lecz doszedłem do wniosku, że wobec takich sporów najlepszym rozwiązaniem dla wszystkich zainteresowanych była by pewność, że na każdego mężczyznę przypada jedna kobieta i na odwrót. Lub partner tej samej płci, jeśli ktoś ma takie upodobania.
- Ja myślę... - mruknął Lansing pod nosem, a Rombus perorował dalej. - Lecz dla współplemieńców Jaga takie wyjście jest niemożliwe. W tej społeczności kobiety sprawują władzę absolutną. Każdą z nich adoruje... - mam nadzieję, że użyłem odpowiedniego słowa - ...pięciu osobników męskich, a gdy osiągnie wiek trzydziestu lat, ma prawo wybrać jednego partnera spośród pięciu, którzy walczyli o jej względy przez ostatnie dwadzieścia pięć lat. Czy znasz pełne nazwisko Jaga?
Keith chwilę poszperał w pamięci.
- Jag Kandaro-Pelsh, zgadza się?
- Tak jest. Czy znasz pochodzenie imion?
Mężczyzna pokręcił głową, więc Ib podjął wywód.
- „Kandaro” to określenie regionalne. Określa prowincję, z której wywodzi się ród Jaga. „Pelsh” to nazwisko kobiety, o której względy się stara jako jeden z pięciu konkurentów. Obecnie zajmuje ona bardzo wysokie stanowisko na Rehbollo. Jest wybitną matematyczką, do tego siostrzenicą Królowej Trath. Spotkałem kiedyś panią Pelsh na konferencji. To czarująca, inteligentna istota. Dwa razy większa od Jaga, jak zresztą wszystkie dojrzałe waldahudeńskie kobiety.
Keith oczyma wyobraźni ujrzał tę „czarującą istotę”. Wzdrygnął się, lecz nie skomentował.
- Czy teraz rozumiesz? - ciągnął Rombus. - Jag musi się wykazać. Musi wybić się ponad pozostałych czterech rywali, jeśli chce zostać jej wybrańcem. Od najmłodszych lat jedynym celem waldahudeńskiego mężczyzny jest dążenie do pozostawienia po sobie śladu biologicznego. Jag przybył na pokład Starplex w poszukiwaniu chwały, która zapewni mu przychylność pani Pelsh. Ma zamiar dostąpić tego zaszczytu za wszelką cenę, bez względu na przeciwności losu.


-------------------------------------------------- --------------------------------------

A tu zderzenia kulturowe między humanoidami u LeGuin:

-"Szerzej niż imperia i wolniej..."
– Biedaczysko – westchnęła Olleroo. – Tomiko, czy nie będziesz miała nic przeciwko temu, że Harfex przyjdzie do mnie na noc?
– A nie możesz ty pójść do niego? Stale muszę siedzieć w głównej kabinie z tym cholernym obranym kartoflem.
– Widzę, że go nie znosisz. On to chyba wyczuwa. Ale zeszłej nocy też spałam z Harfexem i Asnanifoil, który z nim mieszka, mógłby być zazdrosny. Wolałabym tutaj.
– Obsłuż ich obu – powiedziała brutalnie Tomiko urażona w swojej skromności. Jej ziemska, wschodnioazjatycka podkultura charakteryzowała się purytanizmem; Tomiko została wychowana w szacunku dla cnoty.
– Lubię tylko jednego na noc – odpowiedziała Olleroo z niewinną prostotą. Jej Beldene była to planeta–ogród, na której nigdy nie wynaleziono koła i purytanizmu.
– To spróbuj Osdena – powiedziała Tomiko. Jej zachwiana równowaga ujawniła się jak nigdy dotąd – głęboka niewiara w siebie przejawiająca się w dążeniu do samozniszczenia. Zgłosiła się do tego zadania, ponieważ wydawało się ono całkowicie bezużyteczne.
Mała Beldenka z pędzelkiem w dłoni spojrzała na nią szeroko otwartymi oczami. – Tomiko, to wstrętne, co powiedziałaś.
– Dlaczego niby?
– Bo to byłoby podłe! Osden mi się nie podoba!
– Nie wiedziałam, że to ci robi jakaś różnicę. – powiedziała Tomiko, choć była to nieprawda.


-"Królowa Zimy" (vel "Król Zimy")
Dowiedziała się wiele. Dowiedziała się już, że jej Ziemię tutaj nazywano Zimą, i że Ollul tutaj nazywano Ziemią: takie fakty wywracają wszechświat na nice, jak skarpetkę. Dowiedziała się, że dieta mięsna powoduje u ludzi nie przyzwyczajonych biegunkę. Dowiedziała się, że jednopłciowi osobnicy, o których usilnie starała się nie myśleć jako o zboczeńcach, sami usilnie starali się nie traktować jej, jak osoby zboczonej. Dowiedziała się, że kiedy wymawia Ollul jako Orrur, niektórzy się śmieją. Próbowała oduczyć się bycia królową. Z chwilą gdy Uniwersytet wziął ją w swoje ręce, nauczyła się wielu rzeczy i oduczyła jeszcze więcej. Dzięki wszystkim maszynom, urządzeniom, doświadczeniom i – co najprostsze i najtrudniejsze – słowom, jakimi rozporządzała Wspólnota, poczuła, czym mogłoby być zrozumienie ducha i historii królestwa, trwającego przeszło milion lat i obejmującego tryliony kilometrów. Kiedy zaczął do niej docierać bezmiar tego królestwa ludzkości oraz ciągłe cierpienie i wciąż powtarzające się marnotrawstwo jego historii, zaczęła również widzieć to, co leżało poza jego granicami w czasie i przestrzeni, wśród nagich skał, płonących słońc i rozjarzonej pustki ciągnącej się bez końca; dostrzegła źródła radości i pogody, niewyczerpane ich zasoby. Poznała wiele różnorodnych faktów, liczb, mitów, eposów, proporcji, stosunków i tak dalej, a poza granicami tego, czego się dowiedziała, ujrzała znów wspaniały bezmiar nieznanego.

Podobnie solidny background jest - IMO - niezbędny w Treku. A wtedy i humanoidy (miedzy nie-humanoidami) niestraszne.

EDIT:
do tego warto pamiętać, że pierwszy kontakt to jednak zawsze ryzyko, a uniwersalny translator potrzebuje nieco czasu na "rozgryzienie" Obcych wzorów myślenia, nawet z wypadku gatunków dość podobnych, lecz dotąd nieznanych i mamy kolejny czynnik powodujący, że fabuła stanie się bardziej emocjonalna. Bo czy nie miło będzie zobaczyć w ST coś takiego?

Zaskoczony Ian obrócił się na jednym kolanie i wlepił wzrok w parę brązowych, zakurzonych wysokich butów, potem w skraj brązowego, sięgającego kolan kaftana, zapinanego na liczne guziki, i górującego nad nim czarnego jak heban olbrzyma.
Nie mógł się poruszyć. Słyszał wyjący w dali alarm i nagle uświadomił sobie, że to on znajduje się w niebezpieczeństwie i że uruchomił go ten... człowiek, ta istota, która zaczekała na właściwą chwilę i wybrała właśnie jego...
Tubylec skinął na niego ręką - raz, dwa razy, wyraźnie dając mu znak, żeby wstał. Nie można było nie rozpoznać inteligencji, celowości ruchów, cywilizowanego charakteru tubylca. Był czarny jak noc, a jego twarz nawet w najmniejszym stopniu nie przypominała ludzkiej, choć jej płaszczyzny i krzywizny składały się na oblicze w surowy sposób przystojne.
Skinął ręką trzeci raz. Nie widząc żadnego bezpośredniego zagrożenia, Ian wstał. Tubylec był imponująco wysoki - przerastał go co najmniej o głowę - i miał szerokie ramiona. Ian nie zauważył u niego żadnej broni. Nagle zdał sobie sprawę, że tubylec może za broń uznać część jego sprzętu. Bał się nawet sięgnąć po swoją sondę, bał się zrobić jakikolwiek ruch, przypominając sobie ziemską historię błędów, których skutkiem bywały wojny, i zaprzepaszczonych szans na rozsądne rozwiązania.
Sięgnął jednak ostrożnie ręką do kieszeni na piersi i włączył kciukiem kieszonkowe radio, cały czas obserwując, czy tubylec nie wykazuje choćby najmniejszych oznak niepokoju.
Powiedział cicho, obserwując twarz tubylca:
- Baza, nawiązałem kontakt. Baza. - Mówił cicho, nie spuszczając oka z obcego, jakby przemawiał do niego. - Baza, tu Ian. Nawiązałem kontakt. Mam tu towarzystwo.
Tubylec nadal stał spokojnie, lecz w nagłym strachu, że z głośniczka może zabrzmieć jakaś nieostrożna odpowiedź bazy, Ian przesunął kciukiem potencjometr głośności z gorącą nadzieją, że robi to we właściwym kierunku.
- Nil li sat - ha - odezwał się obcy, a przynajmniej tak to zabrzmiało. Miał cichy i, dzięki Bogu, rozsądnie brzmiący głos.


C.J. Cherryh "Przybysz"
Q__
Moderator
#313 - Wysłana: 3 Lut 2010 17:12:50 - Edytowany przez: Q__
Oczywiście - powtarzajaće się regularnie - eksplorowanie przez Away Teamy stworzonych przez obce cywilizacje statków i stacji też powinno się trochę utrudnić. Dla porównania "Spotkanie z Ramą" Clarke'a:

Pierwszy rekonesans:
Wydał rozkaz: czekać przez dwadzieścia cztery godziny, a potem wyjść na rozpoznanie. Nikt nie spał w ciągu tej pierwszej doby; nawet ci z załogi, którzy nie pełnili służby, zajmowali się sprawdzaniem instrumentów badawczych albo po prostu wyglądali przez otwory obserwacyjne na dziwny, geometryczny krajobraz przed nimi. - Czy to świat żywy? - pytali raz po raz. - Czy martwy? Czy może tylko uśpiony?
Na to pierwsze rozpoznanie Norton wziął tylko jednego towarzysza - komandora porucznika Karla Mercera, odważnego i pomysłowego oficera do spraw bezpieczeństwa. Nie zamierzał wychodzić poza zasięg widoczności ze statku, zresztą w razie jakichkolwiek kłopotów większa grupa na pewno nie byłaby bezpieczna. Na wszelki wypadek wydał jednak rozkaz, żeby dwaj wybrani spośród załogi stali w pogotowiu w śluzie.
Kilka gramów ciężaru, które wywoływało przyciąganie Ramy w połączeniu z siłą odśrodkową, ani nie pomagało, ani nie przeszkadzało. Norton i Mercer byli zdani całkowicie na swoje silniki odrzutowe. Kiedy tylko będzie to możliwe - mówił sobie Norton - trzeba rozciągnąć poziome drabinki z lin pomiędzy statkiem a kapsułami Ramy, żeby można było poruszać się nie marnując paliwa.
Najbliższy bunkier wznosił się w odległości zaledwie dziesięciu metrów od śluzy i Norton przede wszystkim sprawdził, czy ta bliskość nie spowodowała uszkodzenia statku. Śmiałek opierał się kadłubem o kolistą ścianę, ale ten napór kilku ton rozkładał się równo. Uspokojony zaczął krążyć wokół bunkra, usiłując zrozumieć, do czego on służy.
Przebył zaledwie kilka metrów, gdy natrafił na wyrwę w tej gładkiej, chyba metalowej ścianie. Zrazu myślał, że to jest jakaś szczególna ozdoba, bo wydawała się zgoła niefunkcjonalna. W owym metalu było sześć głębokich bruzd czy też szczelin tworzących jak gdyby promienie, a w nich sześć skrzyżowanych prętów jak szprychy koła bez obwodu, z małą piastą pośrodku. Ale w jaki sposób obracać koło tak mocno osadzone w ścianie?
Po chwili zauważył ze wzrastającym podnieceniem, że na końcach szprych są wnęki o regularnym kształcie, jak gdyby dopasowane do chwytających za te szprychy rąk (czy też szponów? czułków? macek?). Stojąc tak, jak on stoi wyprężony pod tą ścianą, i pociągając za szprychę, można by...
Gładko, wprost jedwabiście koło odsunęło się od ściany. Ku swemu wielkiemu zdumieniu, bo właściwie był pewny, że wszelkie części ruchome przed laty zostały poddane spawaniu w próżni - Norton stwierdził, że trzyma za te szprychy. Równie dobrze mógłby jako kapitan starego żaglowca stać u steru swojego okrętu:
To dobrze, że osłona przeciwsłoneczna hełmu nie pozwalała Mercerowi zobaczyć wyrazu jego twarzy.
Był przerażony, ale też i zły na siebie: może już popełnił pierwszy błąd? Może alarm rozbrzmiewa teraz w Ramie, może te jego bezmyślne poczynania uruchomiły jakiś nieubłagany mechanizm?
Ze Śmiałka jednak nie było meldunków o żadnej zmianie. Czujniki nadal przekazywały tylko słabe termiczne trzaski samego statku.
- No, kapitanie... obrócisz to?
Norton znów pomyślał o otrzymanych instrukcjach. “Postępować według własnego uznania, ale ostrożnie". Gdyby uzgadniał każde posunięcie z Kontrolą Misji, nigdy nie doszedłby do niczego.
- Jak uważasz, Karl? - zapytał.
- To jest najwidoczniej ręczne sterowanie jakiejś śluzy... Prawdopodobnie system awaryjny na wypadek, gdyby zawiodło zasilanie. Nie wyobrażam sobie żadnej technologii, choćby najbardziej zaawansowanej, która by nie podejmowała takich środków ostrożności.
I mógłby to być właz asekuracyjny - pomyślał Norton działający tylko w warunkach całkowitego bezpieczeństwa...
Chwycił mocno dwie przeciwległe szprychy, zaparł się nogami i spróbował obrócić koło. Ani drgnęło.
- Pomóż - poprosił Mercera.
Mercer chwycił za inną szprychę. Pomimo wysiłków ich obu koło nadal się nie poruszyło.
Ale oczywiście nie było żadnych podstaw do przypuszczenia, że wskazówki zegarów i gwinty Ramy obracają się w tym samym kierunku co na Ziemi...
- Spróbujmy w drugą stronę - zaproponował Mercer. Tym razem nie natrafili na żaden opór. Koło obróciło się prawie bez ich wysiłku o trzysta sześćdziesiąt stopni bez mała.
W odległości pół metra zaokrąglona ściana bunkra zaczęła się stopniowo rozwierać jak skorupa mięczaka. Trochę cząsteczek pyłu uleciało z uchodzącym powietrzem, tryskając na zewnątrz jak brylanty rozmigotane cudownie, gdy padł na nie ostry blask słońca.
Droga do Ramy stała otworem.


Puszczone przodem maszyny:
Nie denerwuj się, wszystko idzie doskonale. To zabrało nam dwa dni, ale już prawie przedostaliśmy się przez kompleks śluz. Moglibyśmy to zrobić w dwie godziny, gdybyśmy wiedzieli tyle, ile wiemy teraz. Ale woleliśmy nie ryzykować. Wysłaliśmy naprzód zdalnie sterowane kamery i krążyliśmy wokół tych śluz z dziesięć razy, żeby się upewnić, że nie zamkną się za nami, kiedy już przejdziemy...

I weszli:
Nigdy dotąd Norton nie odczuwał tak bliskich powiązań z owym dawno zmarłym egiptologiem. Odkąd Howard Carter po raz pierwszy zajrzał do grobowca Tutenchamona, nikt chyba nie mógł mieć podobnego przeżycia a przecież to porównanie było prawie niedorzeczne.
Tutenchamon został pochowany zaledwie wczoraj niecałe cztery tysiące lat temu. Rama może jest starsza niż ludzkość. Tamten mały grobowiec w Dolinie Królów mógłby zagubić się w korytarzach, którymi chodziły istoty w Ramie, i przestrzeń za tym ostatnim zamknięciem rozciąga się co najmniej milion razy większa. Co do skarbów, jakie Rama może zawiera - to przekracza wszelką wyobraźnię.
W eterze panowała cisza od pięciu chyba minut: dobrze wyszkolony zespół nawet nie zameldował, że wszystko skontrolowane. Mercer bez słowa po prostu dał sygnał O.K. i ruchem ręki wskazał otwarty tunel. Zupełnie tak, jakby wszyscy zdawali sobie sprawę, że nadeszła chwila historyczna, której nie wolno zepsuć zbyteczną, błahą rozmową. To odpowiadało komandorowi Nortonowi, bo na razie on też nie miał nic do powiedzenia. Zapalił reflektor na swoim hełmie, włączył dysze i powoli, ciągnąc za sobą linę ratunkową, podryfował przez krótki korytarzyk. W kilka sekund później był wewnątrz.
Wewnątrz czego? Patrzył w głąb ciemności, w której nic nie odbijało smugi jego światła. Spodziewał się, że tak będzie, ale właściwie w to nie wierzył. Obliczenia wykazały, że przeciwległa ściana Ramy jest oddalona o dziesiątki kilometrów: teraz widział na własne oczy, że to musi być prawda. Dryfując powoli, rad był z uspokojenia, jakie mu dawała lina ratunkowa, rad bardziej niż kiedykolwiek przedtem, nawet wówczas, gdy po raz pierwszy w życiu wyruszył na rozpoznanie. Śmieszne - on, który sięgał już wzrokiem poprzez lata świetlne bez zawrotu głowy... Dlaczego teraz przejmuje go lękiem kilka kilometrów sześciennych pustki?
Nadal nieswój, zastanawiał się nad tym zagadnieniem, kiedy poczuł, że amortyzator rozpędu na końcu liny hamuje go delikatnie. Zatrzymał się w miejscu z prawie niewyczuwalnym szarpnięciem. Daremnie przesunął smugę światła po nicości pod sobą: nie zobaczył powierzchni, z której się wynurzył.
Równie dobrze mógłby wisieć nad środkiem małego krateru, będącego jak dołek w dnie jakiegoś krateru znacznie większego. Z obu jego stron w zasięgu światła wznosiły się kompleksy tarasów i pomostów symetrycznych, najwidoczniej sztucznych. Przed nimi, odległe może o sto metrów, były wyjścia z tamtych dwóch systemów śluz; zupełnie takie same.
I to już wszystko. Nie widział nic szczególnie egzotycznego ani obcego w tym widoku; właściwie przypominało to opuszczoną kopalnię. Doznał lekkiego rozczarowania: po takim wysiłku powinno było go czekać jakieś dramatyczne, a nawet transcendentalne objawienie. Ale zaraz sobie uprzytomnił, że oświetla i ogarnia wzrokiem tylko paręset metrów. W ciemnościach poza jego polem widzenia może jeszcze kryć się więcej cudów, niż chciałby zobaczyć.


Oczywiście ze względu na cuda trekowej technologii (i ograniczony czas odcinka ) można ten proces ograniczyć do paru godzin czasu pokładowego, ale o realizm chodzi, i klimat, - ponownie - podniesienie napięcia... Walor podniesionej "naukowości" będzie tu szedł w parze z walorami wizualno-rozrywkowymi.
Q__
Moderator
#314 - Wysłana: 3 Lut 2010 17:47:05 - Edytowany przez: Q__
Powinno też być miejsce dla narad, sporów, niepewnych domysłów i gry sprzecznych hipotez...

To Lem - "Niezwyciężony":
Horpach wyprostował się, podszedł do ściennego informatora i wcisnąwszy taster wewnętrznej sieci głośników, wezwał po kolei wszystkich uczonych. Jak się okazało, większość specjalistów żywiła podobne przypuszczenia co Lauda; on był tylko pierwszy, który sformułował je tak kategorycznie. Spory rozgorzały jedynie wokół problemu psychiczności czy apsychiczności "chmury". Cybernetycy skłaniali się raczej ku uznaniu jej za system myślący, obdarzony zdolnością działania strategicznego. Atakowano Laudę ostro; Horpach zdawał sobie sprawę z tego, że namiętność owych ataków spowodowała nie tyle hipoteza Laudy, ile to, że zamiast z kolegami przedyskutował ją najpierw z nim samym. Mimo wszystkie więzy łączące ich z załogą uczeni stanowili jednak na pokładzie rodzaj "państwa w państwie" i przestrzegali pewnego, niepisanego kodeksu postępowania.
Główny cybernetyk, Kronotos, pytał, w jaki sposób według Laudy "chmura", choć pozbawiona inteligencji, nauczyła się atakować ludzi. Ależ to proste - odparł biolog. - Nie robiła nic innego przez miliony lat. Mam na myśli walkę z pierwotnymi mieszkańcami Regis. Były to zwierzęta, posiadające centralny układ nerwowy. Nauczyły się je atakować tak samo, jak ziemski owad atakuje ofiarę. Robią to z analogiczną precyzją, z jaką osa potrafi wstrzyknąć truciznę w zwoje nerwowe pasikonika czy chrząszcza. To nie inteligencja, to instynkt... A skąd wiedziały, jak zaatakować samoloty? Z samolotami nie spotykały się dotąd...Tego nie możemy wiedzieć, kolego. Walczyły, jak już wam mówiłem, na dwa fronty. Z mieszkańcami Regis -żywymi i martwymi, to jest z innymi automatami. Te automaty siłą rzeczy musiały używać rozmaitych rodzajów energii w celach obrony i ataku... Ale jeśli nie było wśród nich latających... Domyślam się, o co chodzi doktorowi - zauważył zastępca GC, Saurahan. Te wielkie automaty, makroautomaty, komunikowały się ze sobą celem kooperacji, i najłatwiej było je zniszczyć przez izolację, rozdzielenie, najlepszym więc sposobem było blokowanie łączności... Nie o to chodzi, czy można wyjaśnić poszczególne formy zachowania "chmury" bez uciekania się do hipotezy inteligencji - odparł Kronotos - ponieważ nie obowiązuje nas brzytwa Occhama. Nie nasze zadanie, teraz przynajmniej, tworzyć hipotezę, która najoszczędniejszymi środkami wyjaśni wszystko, lecz taką hipotezę, która umożliwi najbezpieczniejsze działanie. Dlatego raczej należy uznać, że "chmura" może być obdarzona inteligencją, bo to będzie większa przezorność. Będziemy działać wtedy ostrożniej. Gdybyśmy natomiast przyjęli za Laudą, że chmura nie ma inteligencji, a w rzeczywistości by ją miała, łatwo możemy za taki błąd zapłacić straszną cenę... Mówię to nie jako teoretyk, ale przede wszystkim jako strateg. Nie wiem, kogo chcesz pokonać - chmurę czy mnie -odparł spokojnie Lauda. - Nie jestem za brakiem ostrożności, ale chmura nie ma inteligencji innego typu, aniżeli ją ma owad, ile, dajmy na to, mrowisko. Przecież gdyby było inaczej, już byśmy nie żyli. Udowodnij to. Nie byliśmy dla niej pierwszym przeciwnikiem typu homo, ponieważ już miała z nim do czynienia: przypominam, że przed nami był tutaj "Kondor". Otóż, aby przeniknąć w głąb pola siłowego, wystarczyłoby się tym mikroskopijnym "muszkom" zagrzebać w piasku. Pole sięga tylko do jego powierzchni. One znały pola siłowe "Kondora", więc mogły się nauczyć tego sposobu atakowania. Tymczasem niczego podobnego nie zrobiły. Albo więc jest "chmura" głupcem, albo działa instynktownie...
Kronotos nie chciał się poddać, ale tu wkroczył Horpach, proponując, aby dalszą część dyskusji odłożono. Prosił o konkretne propozycje, wynikające z tego, co ustalono z dużym prawdopodobieństwem. Nygren pytał, czy nie można by ekranować ludzi, nakładając im hełmy metalowe, które uniemożliwiają działanie magnetycznego pola. Fizycy doszli jednak do wniosku, że to nie będzie skuteczne, ponieważ bardzo silne pole wytwarza w metalu prądy wirowe, rozgrzewające hełm do wysokiej temperatury. Gdy zacznie parzyć, nie będzie innej rady jak tylko zerwać go z głowy z wiadomym skutkiem.
Była już noc. Horpach w jednym kącie sali rozmawiał z Laudą i lekarzami; osobno skupili się cybernetycy. To jednak niezwykłe, że istoty o wyższej inteligencji, owe makroautomaty, nie odniosły zwycięstwa - powiedział któryś. - Byłby to wyjątek potwierdzający regułę, że ewolucja idzie w kierunku komplikacji, doskonalenia homeostazy... sprawy informacji, jej wykorzystania... Te automaty nie miały szans właśnie dlatego, że były już na samym początku tak wysoko rozwinięte i skomplikowane - odparł Saurahan. - Zrozum, były wysoko wyspecjalizowane dla celów współpracy z ich konstruktorami, Lyranami, a kiedy zabrakło Lyran, zostały jakby okaleczone, pozbawione dowództwa. Natomiast te formy, z których powstały dzisiejsze "muszki" (nie twierdzę wcale, że one już wtedy istniały, uważam to nawet za wykluczone, musiały powstać daleko później), te formy były względnie prymitywne i przez to miały przed sobą wiele dróg rozwoju. Może był to czynnik nawet donioślejszy dorzucił doktor Sax, który do nich podszedł - mamy do czynienia z mechanizmami, a mechanizmy nigdy nie wykazują takich tendencji samonaprawczych jak żywe zwierzę, żywa tkanka, która sama się odtwarza po skaleczeniu. Makroau-tomat, jeśli nawet mógłby naprawić inny, potrzebuje do tego narzędzi, całego parku maszynowego. Wystarczyło zatem odciąć je od takich narzędzi, aby oślepić. Stały się wtedy prawie bezbronnym łupem lotnych stworów, które były daleko mniej podatne na uszkodzenia... To niesłychanie ciekawe - powiedział nagle Saurahan. -Z tego wynika, że automaty trzeba budować zupełnie inaczej, niż to robimy, aby były naprawdę uniwersalne: należy wychodzić z małych cegiełek elementarnych, z pseudoko-mórek, które mogą się nawzajem zastępować. To nie jest takie nowe - uśmiechnął się Sax bo właśnie ewolucja żywych form postępuje w ten sposób, i nieprzypadkowo... Dlatego i to, że "chmura" składa się z takich elementów wymiennych, na pewno nie jest przypadkiem... To jest sprawa materiału: uszkodzony makroauto-mat wymaga części, które wytworzyć może tylko wysoko rozwinięty przemysł, natomiast układ złożony z paru kryształków czy termistorów albo innych prostych ogniwek, taki układ może ulec zniszczeniu i to nie przynosi żadnej szkody, bo zastąpi go natychmiast jeden z miliarda podobnych. Widząc, że niewiele może po nich oczekiwać, Horpach opuścił zebranych, którzy prawie tego nie zauważyli, pogrążeni w dyskusji. Udał się do sterowni, by powiadomić ekipę Rohana o hipotezie "martwej ewolucji".


A to Dukaj - "Serce Mroku":
Durchmann, który pierwszy na nie trafił, upierał się prawem odkrywcy, iż są to twory jakiejś miejscowej nierozpoznanej inteligencji. Durchmann był tylko pilotem i brać naukowa wyśmiewała go zgodnie - do czasu przecieku z obozu Japończyków. Japończycy mieli gdzieś na orbicie sztuczną inteligencję trzeciej generacji i nakarmiona obficie danymi maszyna rzekła im, iż co najmniej tuzin okazów fauny złapanych na obrzeżach Piekła nie da się w żaden sposób dopasować do wykresów ewolucyjnych biosfery Mroku. Ikisawa-san, skądinąd fizyk wielce konserwatywny w poglądach, wystąpił wobec tego z hipotezą tłumaczącą obserwowaną niekoherencję występowaniem w granicach Piekła nieciągłych połączeń z innymi ekosystemami. W przekładzie na mowę potoczną oznaczało to dopuszczenie istnienia jakichś nad-, pod- czy obokprzestrzennych bram, przez które przedostają się do Piekła (skąd? - najpewniej z innych planet) składniki ich biosfer. Połączenia nie mogą być ciągłe, taki wariant równałby się bowiem de facto zjednoczeniu i unifikacji pomieszanych biosystemów, co wykluczałoby dostrzeżone rozbieżności ewolucyjne; lecz z drugiej strony nie mogą być również nazbyt rzadkie, schwytane okazy jakoś przecież przeżyły w Piekle. Hipoteza broniła się przed brzytwą Ockhama, bo tłumaczyła również fakt przetrwania w tym środowisku Leszczyńskiego: on najwyraźniej znał lokalizację odpowiedniej bramy i nie był skazany na niestrawne dla jego organizmu białka Mroku. W modelu tym czasoprzestrzeń Piekła prezentowała się jako istne kretowisko, pełne niewidocznych tuneli prowadzących ku tajemnym destynacjom. "Nie ma ceny, którą nie kalkulowałoby się zapłacić za kontrolę nad tym obszarem" - pisał Fulke w swym liście do mnie (czy nie była to po prostu kopia listu, który przesłał memu poprzednikowi, i poprzednikowi poprzednika...?)

(Nawiasem mówiąc hipoteza Ikisawy okazała się w praktyce całkowicie błędna, choc dłuższy czas uważano ja za najsensowniejszą, i bohaterowie się nią kierowali w swych czynach.)
Q__
Moderator
#315 - Wysłana: 3 Lut 2010 17:55:40 - Edytowany przez: Q__
To znów Lem - "Fiasko":
Steergard, wysłuchawszy skłóconych ekspertów, pokiwał tylko głową i dał im dalszych pięć dni dla badań. Był to istny dopust. Ziemska technobiotyka szła od półwiecza zupełnie innymi drogami. Tak zwaną “nekroewolucję" uznano za nieopłacalną. Nie było nawet domniemań, że jakakolwiek “maszynowa gatunkotwórczość" kiedyś powstanie. Ale nikt nie mógł kategorycznie twierdzić, że na Kwincie nic takiego nie istnieje. Ostatecznie dowódca pytał już tylko, czy należy uznać hipotezę konfliktu wśród producentów kwintańskich za istotną przesłankę dalszego działania zwiadu? Lecz przy zaawansowaniu analiz, jakiego doszli, jego biegli nie chcieli mówić o żadnych pewnych przesłankach. Pewnik nie jest hipotezą ani hipoteza nie jest pewnikiem. Wiedzieli już dość, by pojąć, na jak chwiejnych wyjściowych założeniach wspiera się ich wiedza. Dodatkowym nieszczęściem był brak, także w młodszym wraku, układów łączności choć trochę podobnych do tego, co wywodliwe z teorii automatów skończonych i informatyki. Może wiroidy zeżarły te pseudonerwowe sieci doszczętnie? Lecz powinny by zostać po nich ślady. Szczątki. Może i zostały, lecz nie umieli ich zidentyfikować. Czy z tranzystorowego liczydełka, puszczonego pod prasę hydrauliczną, można wyprowadzić teorię Shannona albo Maxwella? Ostatnia narada odbywała się w atmosferze wyjątkowego napięcia. Steergard zrezygnował z pozytywnych ustaleń. Pytał tylko, czy można uznać za nie istniejące poszlaki, że Kwintanie opanowali inżynierię sideralną? Uznał to za najważniejsze. Jeśli ktoś nawet domyślał się, czemu tak na to nastaje, milczał. “Hermes" leniwie dryfował w ciemnościach, a oni gmatwali się w gąszczu niewiadomych. Piloci — Harrach i Tempe — milczkiem przysłuchiwali się obradom. Również lekarze nie zabierali głosu.

A to "Spotkanie z Ramą" jeszcze raz:
- Ta wiadomość dotyczy celu Ramy, dowódco. Wydaje mi się, że odkryłem jej przeznaczenie.
- Mów.
- Rozpatruję sytuację. Oto zupełnie pusty świat bez życia... a przecież mogą w nim przebywać istoty ludzkie. Jest woda, atmosfera do oddychania. I ta planeta przylatuje z głębi kosmosu, wycelowana w sam Układ Słoneczny... Zgoła niewiarygodny byłby tu czysty przypadek. Ponadto wszystkie obiekty Ramy nie tylko są nowe: one wyglądają na nie używane.
Roztrząsaliśmy to już dziesiątki razy - pomyślał Norton. - Cóż Boris może dodać do tego?
- Nasza religia zapowiada takie odwiedziny, chociaż nie wiemy, jaką przyjmą formę. W Biblii znajdujemy wzmianki o tym. Jeżeli nie Powtórne Przyjście, może to będzie drugi sąd; historia Noego mówi nam o pierwszym sądzie. Ja wierzę, że Rama jest arką kosmiczną, przysłaną tutaj, żeby ocalić... tych, którzy godni są ocalenia.
Cisza zaległa w kabinie kapitana. Nie dlatego, żeby Nortonowi zabrakło słów: wyrywało mu się na usta nawet zbyt wiele pytań, ale nie chciał być nietaktowny.
Ostatecznie powiedział tak łagodnie i bezobowiązkowo, jak tylko zdołał:
- Koncepcja bardzo interesująca i chociaż nie jestem waszego wznania, może prawdopodobna.
Nie było w tym obłudy ani pochlebstwa: niezależnie od swoich aspektów religijnych teoria Rodriga trafiała do przekonania co najmniej tak jak niejedna inna z teorii, które Norton słyszał. Gdyby na ludzkość miała spaść jakaś katastrofa i gdyby jakaś dobroczynna wyższa inteligencja o możliwości tej katastrofy wiedziała, toby wyjaśniało wszystko bardzo zgrabnie. Jednakże...
- Dwa pytania, Boris. Rama będzie w peryhelium za trzy tygodnie; potem okrąży Słońce i odleci z Układu Słonecznego tak szybko, jak przyleciała. Niewiele tu czasu na jakiś dzień sądu i transport tych... hmm... którzy są wybrani... jakkolwiek to miałoby być zrobione.
- Tak. Więc kiedy Rama osiągnie peryhelium, musi nabrać prędkości i wejść na orbitę parkingową... prawdopodobnie orbitę z afelium znajdującym się na orbicie Ziemi. Mogłaby wtedy dokonać jeszcze jednej zmiany prędkości i się spotka z Ziemią.
To brzmiało tak przekonywająco, że Norton poczuł się nieswojo.

(Trzeba tu dodać kim był autor hipotezy:
Dla wszystkich swoich towarzyszy na pokładzie Śmiałka Boris Rodrigo był trochę zagadką. Ten opanowany, spokojny i pewny siebie oficer łączności, chociaż powszechnie lubiany, nigdy nie brał pełnego udziału w zajęciach załogi. Zawsze wydawał się jakiś daleki - jak gdyby maszerował w takt innego bębna.
I doprawdy tak było. Należał on całą duszą do Piątego Kościoła Chrystusa Kosmonauty. Co się stało z owymi czterema Kościołami wcześniejszymi - Norton nigdy nie zdołał odkryć, ani też pojęcia nie miał o obrządku i rytuałach tego Kościoła. Ale główny dogmat wiary znali wszyscy: Kościół Chrystusa Kosmonauty wierzył, że Jezus Chrystus był gościem z kosmosu, i cała teologia kościoła została oparta na tym założeniu.
Może to nic dziwnego - myślał Norton - że niezwykle wysoki procent wiernych tego kościoła pracuje w takim czy innym charakterze w kosmosie. Nieodmiennie ci ludzie są sprawni, sumienni i można na nich całkowicie polegać. Cieszą się szacunkiem, a nawet sympatią, tym bardziej że nie starają się nawracać bliźnich. A przecież mają w sobie coś z lekka upiornego.
)

Cytuje tak obszernie, bo sądzę, że Trek powinien uczyć się od najlepszych autorów fantastyki zarówno eksploracyjnej jak i społecznej.
Mav
Użytkownik
#316 - Wysłana: 3 Lut 2010 23:25:13
Sukces Avatar już działa Zaczyna się szaleństwo 3D

http://www.filmweb.pl/Paramount+zmusi+Baya+do+Tran sformers+w+3D,News,id=57898
Jo_anka
Użytkownik
#317 - Wysłana: 4 Lut 2010 01:59:40
Mav:
Zaczyna się szaleństwo 3D

Wątpię, czy 3D Baya będzie 'akwariowym', nie męczącym 3D Camerona. Spodziewam się raczej sterczących z ekranu, wyłażących w kierunku widowni, róznych częsci Transformersów... Kiczowate, cyrkowe 3D, to mi pasuje do Baya.
Mav
Użytkownik
#318 - Wysłana: 4 Lut 2010 02:05:30 - Edytowany przez: Mav
Q__:
Pozwólcie, że pozanudzam Was jeszcze cytatami...

No sporo tego dałeś Fajnie by było gdyby powstał naprawdę genialny serial s-f realistyczny dbający o szczegóły, spójny, z dużym rozmachem no i oczywiście z ciekawą fabułą. Fajnie by było przeżywać ciekawe przygody co odcinek Rozwój postaci, zwiedzanie ciekawych miejsc, planet, , zjawisk, oglądanie bohaterów w rozmaitych ciekawych sytuacjach.…. hehe... rozmarzyłem się Szkoda, że szanse na to są praktycznie równe zeru.

Jo_anka:
Kiczowate, cyrkowe 3D, to mi pasuje do Baya.

Większość filmów 3D powstałych na fali Avatara będzie bazować zapewne na tym efekciarskim 3D a nie tym odzwierciedlającym prawdziwą stereoskopie ludzkiego oka jaK u Camerona. Następne porządne 3D dostaniemy pewnie przy Avatarze 2
Q__
Moderator
#319 - Wysłana: 4 Lut 2010 13:16:24 - Edytowany przez: Q__
Jo_anka

Jo_anka:
Kiczowate, cyrkowe 3D, to mi pasuje do Baya.

Bo taki już z niego miś . Istotniejsze, w którym kierunku pójdzie Abrams...

Mav

Mav:
Szkoda, że szanse na to są praktycznie równe zeru.

Zauważ jednak, że co dziesięciolecie powstaje jakiś ciągnący się latami serial kosmiczny, który zyskuje wiernych fanów i status kultowości (lata '60 - TOS, '70 - S:1999, '80 - TNG, '90 - B5, '00 - nBSG) a do tego doszło kilka serii krótszych (SAAB, "Firefly", "The Cape", "FarScape", "LEXX", zrobione przez BBC "Space Odyssey" itd.) to oznacza, że nie jest aż tak źle. (I, że przy odpowiedniej ilości iteracji "serial idealny" ma w końcu szansę zaistnieć, zwł, że standardy kina fantastycznego wróciły właśnie na dawny, wyższy poziom.)
kanna
Użytkownik
#320 - Wysłana: 4 Lut 2010 13:42:11
Mav:
Następne porządne 3D dostaniemy pewnie przy Avatarze 2

Moja znajoma powiedziała, że Avatar -mimo spektakularnej widowiskowosci - jest ślepą uliczka kina.
I obaawiam sie, że Avatar 2 tego nie zmieni
Jo_anka
Użytkownik
#321 - Wysłana: 4 Lut 2010 14:20:48 - Edytowany przez: Jo_anka
kanna:
jest ślepą uliczka kina.

Wątpię, bo rozwiązuje podstawowy problem kin - pustoszenie. 3D nie da się 'spiracić' na odpowiednim poziomie. Co więcej telewizja 3D, to nie jest kwestia 'jutra', a raczej dopiero 'pojutrza'...

Dopracowane przez Camerona Cyfrowe 3D (o ile kino jest w pełni dostosowane wyświetlania do tego formatu) nie powoduje już zmęczenia oczu i bólu głowy u widza. Czyli zniknęły najistotniejsze przeszkody w rozpowszechnieniu tej technologii w kinach. W przypadku zaś telewizorów 3D, to wszyskie trzy 'wariacje na temat' (są 3 rozwiązania techniczne, pozwalające uzyskać efekt 3D w telewizorach), powodują wyrażne zmęczenie u widza, czyli producenci mają ten sam problem do rozwiązania jak w dawnym kinie 3D.... Bo nikt, nie wyda sporych pieniędzy na odbiornik, będący środkiem... wymiotnym! Więc tak, jak już pisałam, telewizja 3D, to dopiero kwestia przyszłości.

Jednym słowem, teraz kino 3D będzie miało swoją chwilę i na pewno, to wykorzysta - ponad 2 miliardy $ przychodu z Avatara po 6 tygodniach wyświetlania, jest całkowicie przekonywującym argumentem dla każdej wytwórni filmowej.

Przypuszczam, że wśród przyszłych produkcji SF i Fantazy format 3D będzie dominował, zwłasza, że kamera 3D opracowana przez Camerona, pozwala równocześnie 'kręcić' materiał 2D - czyli będą mieli "dwa w jednym"! Obie wersje 2 i 3D gotowe do rozpowszechnienia.
Sh1eldeR
Użytkownik
#322 - Wysłana: 4 Lut 2010 14:25:53
Wpadłem dzisiaj na stronę z pracami grafików-amatorów, którzy poprzerabiali różne zdjęcia postaci (czasem siebie, czasem znanych aktorów itp.) na Na'vi:

http://ajanlo.kapu.hu/pics.php?d=avatar

Kolejny pokaz możliwości Photoshopa.
Scimitar
Użytkownik
#323 - Wysłana: 4 Lut 2010 14:38:03 - Edytowany przez: Scimitar
Q__:
Zgoda. Przy czym pierwsze powinno być łączone z drugim. Jak u Lema w "Wizji lokalnej" nie przymierzając.

Dobra SF musi zachowywać więź z realnym światem i jego problemami, bez tego staje się bajką, która tak naprawdę staje się obojetna widzowi.

To też prawda trochę się z tym zagalopowałem, ale chciałem zwrócić po prostu uwagę na to, że mało było ilościowo odcinków, w których mieliśmy do czynienia z intrygującymi wydarzeniami natury wyłącznie naukowej.

Q__:
W TMP były wlatując w wormhole podnieśli poręcze foteli i "przypięli" się nimi do tychże.

może i tak, ale jakoś nigdzie indziej poczynając od TOSa a kończąc na Entku nie widziałem czegoś takiego (nie licząc bonusów do Nemezis), a wydaje mi się, że to całe fruwanie załogi po mostku w trakcie walki jest niezłym burakiem :P.

Q__:
W filmach Meyera to dostajemy. Zresztą zarówno w nich jak i w TMP były też w regularnym użyciu skafandry kosmiczne i specjalne kombinezony dla inżynierów.

Owszem, ale nie dla ochrony - nawet obecnie ochrona w jakimkolwiek obiekcie nosi chociażby kamizelki kuloodporne, w Treku mogli by zrobić po prostu jakieś uniformy lepiej pochłaniające wiązkę z fazera czy strzał z disruptora, niż standardowy "szmaciak".

Q__:
Znów kłania się "Szpital Kosmiczny". Tam były nawet różne pokłady dla gatunków lubiacych różne środowiska. To samo u Sawyera.

To wiem, chociaż koncepcja robienia osobnych pokładów dla specyficznych gatunków w ST chyba by się nie przyjęła (mimo wszystko przestrzeń dla setek osób jest na ogół dość ograniczona. Natomiast szkoda, że nie były widoczne wokół stanowisk emitery pola mogące w razie potrzeby tworzyć przestrzeń wypełnioną odpowiednią mieszanką gazów, tak aby kapitan lub jakikolwiek inny załogant mógł posiedzieć sobie na mostku bez maski...

Q__:
Poza tym jeśli coś jeszcze (poza dopieszczoną warstwą technologiczną) warte jest skopowania z tego serialu to fakt, że sporo wydarzeń spotyka wysłanych zwiadowców itp. a nie tylko main cast, oraz, że te postacie drugoplanowe są rozbudowane na tyle mocno (i połaczone z main cast różnymi interakcjami na tyle), że nie sposób traktowac ich jako redshirtów. (Podobnie zagrał Meyer gdy chorązy ginący z maszynowni po ataku Khana okazał się ukochanym siostrzeńcem Scotty'ego, a nie jakimś "chorązym Rodriguezem" po prostu.) Ich śmierć też musi mieć swój majestat (acz realistyczny, są też sytuacje w których to śmierć szybka i masowa jest logiczniejsza).

Racja, jak najbardziej zgodził bym się z tym, chociaż może nie do końca kopiował bym pewne schematy a raczej w sposób twórczy wykorzystywał :P
Co do śmierci red shirtów - w ST bolało mnie że śmierć zazwyczaj pokazywana była na zasadzie "podniesienia powagi sytuacji", a nie jako tragedia (lub cokolwiek innego w zależności od kultury panującej na danym świecie) dla osób mu bliskich. Samym majestatem to mimo wszystko bym aż tak nie szafował w tym przypadku - śmierć traktuje wszystkich po równo, rzadko komu udaje się zginąć w bohaterski sposób.

Btw. nieźle naprzytaczałeś cytatów :P, co najgorsze od pewnego czasu jestem na głodzie książkowym więc "Starplex" wygląda na prawadę zachęcająco...
Q__
Moderator
#324 - Wysłana: 4 Lut 2010 15:39:35 - Edytowany przez: Q__
Scimitar

Scimitar:
ale chciałem zwrócić po prostu uwagę na to, że mało było ilościowo odcinków, w których mieliśmy do czynienia z intrygującymi wydarzeniami natury wyłącznie naukowe

Było ich stanowczo za mało. Przy czym problemu naukowego nie nazwąłbym oderwanym od rzeczywistosci. Stanowczo.

Scimitar:
ale jakoś nigdzie indziej poczynając od TOSa a kończąc na Entku nie widziałem czegoś takiego (nie licząc bonusów do Nemezis), a wydaje mi się, że to całe fruwanie załogi po mostku w trakcie walki jest niezłym burakiem

Zgoda, oczywiście.

Scimitar:
Racja, jak najbardziej zgodził bym się z tym, chociaż może nie do końca kopiował bym pewne schematy a raczej w sposób twórczy wykorzystywał :P

Jasne, że tak. Myślałem o twórczym wykorzystaniu, nie o bezmyślnym kopiowaniu. Bezmyślnego kopiowanie mam na długo dość dzięki Bermanowi .

Scimitar:
Co do śmierci red shirtów - w ST bolało mnie że śmierć zazwyczaj pokazywana była na zasadzie "podniesienia powagi sytuacji", a nie jako tragedia (lub cokolwiek innego w zależności od kultury panującej na danym świecie) dla osób mu bliskich.

To miałem na myśli mówiac o majestacie. (Nie chodzi mi przecież o to by śmierć była malowniczo-epicka, bo to by było zakłamywanie tragedii.)

Scimitar:
"Starplex" wygląda na prawadę zachęcająco...

Cóż. Jeden z recenzentów określił go mianem "Star Trek done right" .

ps. odezwij się do mnie na mail.

EDIT: wracając do tematu:
http://www.polityka.pl/nauka/1502849,1,oszukany-aw atar.read
Mav
Użytkownik
#325 - Wysłana: 5 Lut 2010 19:27:11 - Edytowany przez: Mav
Q__:
'00 - nBSG

To te serial w którym gadają przez telefony takie jak miała moja babcia 15 lat temu? i do tego latają załogowymi myśliwcami? Osobiście był dla mnie zbyt nawiedzony jeśli dobrze go kojarze. Coś mi się w nim nie podobało.

Sh1eldeR:
Wpadłem dzisiaj na stronę z pracami grafików-amatorów, którzy poprzerabiali różne zdjęcia postaci

heh Dobre Niektóre są poprostu genialne

http://ajanlo.kapu.hu/pics.php?d=avatar
Qubiczny
Użytkownik
#326 - Wysłana: 5 Lut 2010 21:29:17 - Edytowany przez: Qubiczny
Mav

Ja pójdę jeszcze dalej, niż Madame Picard. Star Trek w innej konwencji po prostu nie może istnieć, nie można go całkowicie urealnić tak, ażeby pozostał Trekiem. Teatralność pełni w Treku istotną rolę. Chociaż można - moim zdaniem - umiejętnie pogłębić niektóre jego aspekty.

Z tym jest dokładnie tak, jak ze Star Gate. Universe być może zacznie z czasem prezentować sobą coś ciekawszego, niż dotychczas, ale nigdy nie będzie to już ten sam Star Gate co dawniej. I możesz sobie do woli wypisywać, że to dobrze; mylisz się (Universe zaprzepaszcza świetną, niepowtarzalną konwencję na rzecz taniej zrzyny z BSG).

To tak jakbyś chciał urealnić Indianę Jonesa: to mijająca się z celem głupota. Indiana Jones bawić może w swoisty sposób właśnie dlatego, że nie jest realistyczny, że jest filmem z cyklu zabili go i uciekł: humor polega na popadaniu w co raz to nowe i z lekka absurdalne tarapaty, z których bohaterowie z roztrzepaną nieco i kleconą w pośpiechu na kolanie fantazją zwycięsko wychodzą. To sprawia, że Indiana jest Indianą. Zaprzeczanie wewnętrznym przesłankom serii byłoby absurdem. Można Indianę poprawiać np. budując ciekawsze fabuły, bardziej tajemnicze zagadki, eksplorując ciekawsze kultury i zbliżając te działania ku jakiemuś realnemu, starożytnemu piśmiennictwu itp. ale - przykładowo - nie można zrobić z Indiany Jonesa filmu głębokiego psychologicznie.
Q__
Moderator
#327 - Wysłana: 5 Lut 2010 21:49:23 - Edytowany przez: Q__
Qubiczny

Qubiczny:
Star Trek w innej konwencji po prostu nie może istnieć, nie można go całkowicie urealnić tak, ażeby pozostał Trekiem.

Hmm, a TMP, najbliższy czystej wizji Roddenberry'ego? Przecież on b. daleko odchodzi od campowo-indianojonesowej konwencji TOSu i - moim skromnym zdaniem - tylko na tym zyskuje.
Madame Picard
Moderator
#328 - Wysłana: 5 Lut 2010 21:51:37
Q__:
EDIT: wracając do tematu:
http://www.polityka.pl/nauka/1502849,1,oszukany-aw atar.read

Przeczytałam i boleśnie uświadomiłam sobie, jak bardzo buraczany jest Trek... Ale i tak lubię go takiego, jakim jest, wraz z wszystkim jego naukowymi idiotyzmami i technobełkotem .
Qubiczny
Użytkownik
#329 - Wysłana: 5 Lut 2010 22:05:45 - Edytowany przez: Qubiczny
Q__

Moim zdaniem TMP niesamowicie traci. Campowo-indianojonesowa konwencja czyni TOS, TOS-em: serialem, który i coś ciekawego mówi i dostarcza akcji i potrafi rozśmieszyć i rodzi sympatię do znanej nam grupy zawadiaków. Powiem tak: gdybym postaci z TMP znał tylko z tego filmu, w ogóle by mniej ich los nie obszedł.

Poza tym: moim zdaniem historia opowiedziana w TMP jest niesamowicie naciąganą próbą powiedzenia czegoś. Oczywiście w Treku takich przypadków pełno. Jednak właśnie fakt, że TMP sili się na artyzm powoduje, że to naciąganie strasznie razi. Sonda kosmiczna Voyager, która uzyskuje świadomość i gna przez Wszechświat kierowana wgranym w nią celem, a jednak z potrzebą czegoś więcej, odpowiedzi na to kim jest, jaki jest sens jej istnienia i nieuświadamianym pragnieniem zjednoczenia się z inną istotą? To są kwestie banalne w tym sensie, że znane każdemu rozumnemu bytowi. Przypomnieć nam o nich w dłużącym się, pozbawionym TOS-owych walorów filmie, który w dodatku sili się na powagę, to nie jest nic - imho - wartego uwagi.

Wolę jak Spock bez otaczającego cała atmosferę napuszenia, coś odświeżająco czy po prostu trafnie podsumuje, po czym "the show must go on", niż kiedy z takich podsumowań próbuje się zrobić sztuczną głębię, kłaść na nie jakiś artystyczny akcent. Po prostu to nie wytrzymuje krytyki.

Świadoma sonda? I to Vayager z Ziemi? Jakieś zjednoczenie? Serio? Trekowo Data znacznie ciekawiej, jak dla mnie, tą problematykę obrazuje, a jeśli chodzi o artystyczne filmy, to wolę Łowcę Androidów: tam założenia fabularne i te dotyczące świata przedstawionego, przynajmniej dźwigają temat i zza artyzmu nie wygląda co chwilę pytanie: "że co jeszcze wymyślą?"

PS. Ale oczywiście nie twierdzę, że Treka nie da się pogłębić, w pewnych aspektach odplastikowić. Można. Trzeba to jednak robić umiejętnie, ażeby zachować "ducha". Inaczej będziemy mieli sytuację jak w SG:Universe. Cokolwiek by nie mówić: to już nie jest StarGate. Zbyt SG:U poszło w kierunku psychologii postaci, zbyt w kierunku nBSG (grupa odcięta na statku kosmicznym) itp. Za to nie mam nic przeciwko większemu realizmowi fizycznemu, lepszym efektom itd. Również i pogłębienie postaci, gdyby było zrobione z głową i umiarem (a nie w stylu telenoweli), bym pochwalił. Niestety zerwano z klimatem awanturnictwa, przygodowości, archeologii, eksploracji nieznanego, spotkań kulturowych itp. A to mogły być - przy pogłębieniu - niesamowicie bogate wątki. Przede wszystkim głupotą jest sądzić, że psychologia awanturnika i lekkoducha jest czymś zarezerwowanym dla fikcji. W związku z tym to, co się określa urealnieniem, pogłębieniem psychologii, jest nierzadko uznaniem współczesnej, mieszczańskiej psychologii za jedynie realną i epatowaniem na prawo i lewo "płaczliwą", neurotyczną atmosferą współczesności.
Madame Picard
Moderator
#330 - Wysłana: 5 Lut 2010 22:21:10
Qubiczny

Ha! Jakbym czytała swoje własne niegdysiejsze podsumowanie TMP .

Qubiczny:
To są kwestie banalne w tym sensie, że znane każdemu rozumnemu bytowi.

Tia, i widzieliśmy je co więcej wielokrotnie od Hamleta począwszy, a na Dacie skończywszy . Ale przecież film, w którym aktorzy powoli i majestatycznie przechadzają się po planie strojąc poważne miny podkreślające niezwykłą doniosłość poruszanych problemów, nie może nie być głęboki, prawda?
 Strona:  ««  1  2  ...  9  10  11  12  13  ...  19  20  »» 
USS Phoenix forum / Science-Fiction / "Avatar" Jamesa Camerona

 
Wygenerowane przez miniBB®


© Copyright 2001-2009 by USS Phoenix Team.   Dołącz sidebar Mozilli.   Konfiguruj wygląd.
Część materiałów na tej stronie pochodzi z oryginalnego serwisu USS Solaris za wiedzą i zgodą autorów.
Star Trek, Star Trek The Next Generation, Deep Space Nine, Voyager oraz Enterprise to zastrzeżone znaki towarowe Paramount Pictures.

Pobierz Firefoksa!