USS Phoenix
Logo
USS Phoenix forum / Star Trek w Polsce / Popełniłem fanfik
 
Autor Wiadomość
pirogronian
Użytkownik
#1 - Wysłana: 21 Gru 2013 22:37:46
Odpowiedz 
Witam. Popełniłem fanfik i chciałem się z nim podzielić ze społecznością. Jeżeli wybrałem zły dział, przepraszam. Oto on:

Kontrolka napędu zaczęła mrugać i smugi gwiazd zmieniły się w punkty. Na głównym ekranie wyrosła naraz planeta, przysłaniając zupełnie widok. Zamrugały kontrolki autopilota i obraz planety przesunął się, ukazując horyzont. Weszliśmy na orbitę.
- No - powiedziałem pro forma. - Jesteśmy.
Nastąpiła chwila przerwy, podczas której nic się nie działo, gdy obaj z Jakubem odruchowo czekaliśmy na znajomy odgłos z konsoli. Ten jednak nie nadchodził.
- No, co jest? - zapytałem ni to siebie ni towarzysza. - Stacja powinna być w zasięgu. Czujniki jej nie widzą czy jestem już tak ślepy i głuchy?
- Może się zepsuły. - odparł Kuba, spoglądając na mnie naiwnym wzrokiem. - Albo to nie tutaj. Weź popatrz, czy jej nie widać, a ja spojrzę na mapę. - to mówiąc wyciągnął starą, archaiczną wręcz mapę gwiezdną układu, którą dostał od dziadka jeszcze za czasów, gdy uczył się pilotażu. Ja zaś najpierw spojrzałem w ekran, choć szansa na to, że własnymi oczami wypatrzę coś, czego nie wychwyciły czujniki, była tak minimalnie niska, że aż śmieszna. Ale co tam - co pewność to nie zaufanie, wiec omiotłem okolicę wzrokiem przez główny ekran, a następnie nawet wstałem i wyjrzałem przez pobliski iluminator. Jak się jednak należało spodziewać, nie przyniosło to żadnych efektów.
- Ty, według mapy nie ma tu żadnej stacji, a gwiazda centralna jest innego typu.
- Jakubie drogi, z całym szacunkiem dla twojego dziadka i innych tradycji rodzinnych, ale schowaj ten papier w jakieś bezpieczne dla niego miejsce, i spróbuj dokonać analizy skanu okolicy.
- Spektrometr pokazuje niewielkie ilości żelaza, węgla, złota i dylitu - usłyszałem po chwili. - nie licząc mniejszych ilości różnych drobin, np. wodór, deuter, hel... taki standard. Większość tworzy pas wokół planety... A co do pozostałych cząstek - zawiesił głos. - O-o. Emisje neutrin.
- Gdzie? - zapytałem.
- Przed nami. Z bardzo bliskich źródeł.
Ledwie zdążyłem pstryknąć pstryknąć przełącznikiem, żeby włączyć osłony, gdy tuż przed nami wyłonił się z ciemności klingoński Bird of Prey i natychmiast zaczął nas wywoływać. Włączywszy kanał, zobaczyliśmy przed sobą spodziewany widok - zarośniętego i kapustogłowego typa o wyjątkowo złym spojrzeniu.
- Kim jesteście i czego tu szukacie?! - ryknął kapustogłowy.
- Jesteśmy prostymi ludźmi i szukaliśmy tu stacji, w której moglibyśmy uzupełnić zapasy i trochę odpocząć, ewentualnie się rozerwać. Możliwe jednak, że coś pomieszałem w danych dla nawigacji, bo nie możemy znaleźć tej stacji. - jak zawsze, starałem się najpierw wdrożyć protokół dyplomatyczny. - Nie wiecie może, co się z nią stało, albo gdzie jest?
- Dosyć! Jesteście na terenie niepodległego państwa klingońskiego! Naruszyliście naszą granicę! Opuśćcie osłony i przygotujcie się do abordażu!
- Może czegoś nie wiem - próbowałem jeszcze dyplomacji. - Ale nawet, jeśli zboczyliśmy z kursu i jesteśmy na terenie Klingonu, to po ostatnio podpisanym pakcie teoretycznie wolno nam tu wlatywać... Jeśli zaś nie, to bardzo przepraszamy i już nas tu nie ma. Chcieliśmy tylko dolecieć do stacji Panga-2 / Pstrąg, w układzie Double Fat Fish, będącym pod opieką Fede...
- To jest układ Double Fat Fish i jest pod naszą opieką! - zawarczał wściekle kapustogłowy. - Może i była tu kiedyś jakaś stacja, ale teraz nie przyjmujemy tu gości! Opuścicie natychmiast osłony, albo zostaniecie zniszczeni!
Popatrzyłem na Kubę, on na mnie.
- To co robimy? - zapytał półgębkiem. Nie odpowiedziałem, tylko, starając się nie wzbudzać podejrzeń, sięgnąłem ręką w kierunku przycisku awaryjnego skoku. Klingon był jednak czujny. Natychmiast wykonał ręką gest, po czym lekko nami szarpnęło, a autopilot zajęczał, że nie ma kontroli nad statkiem. Zorientowałem się, że trzyma nas wiązka holownicza, która wybitnie utrudnia stosowaną przez nas w takich sytuacjach metodę szybkiego pryskania, gdzie pieprz rośnie. Nie mając już jednak nic do stracenia, zapytałem wprost.
- A jeśli nie opuszczę osłon? Co nam możecie zrobić? Będziecie nas tak trzymać na wiązce, aż wam się rdzeń przegrzeje? Wasz stary gruchot może mieć z nami problem.
Bird of Prey istotnie wyglądał na wysłużonego, jednak nasz rozmówca uśmiechnął się szeroko i znów wykonał gest. Na taktycznej pojawiło się kilka nowych czerwonych znaczków, otaczających naszą pozycję. Niezależnie od stanu wyłonionych jednostek, ich łączna siłą ognia była już zdecydowanie nie do zlekceważenia. Westchnąłem i pstryknąłem wyłącznikiem osłon.
- Mus to mus. Zapraszamy w nasze progi. - powiedziałem, po czym zamknąłem kanał. - Mam tylko nadzieję - zwróciłem się do Kuby. - że mieszkańcy stacji zdążyli się w porę ewakuować.
***
Klingoni przesłali się, jak się spodziewaliśmy, do przejścia pomiędzy ładownią a mostkiem. Czekaliśmy tam na nich, aby nie robić wrażenia niegrzecznych. Z resztą, pozostawanie przy sterach w trakcje abordażu mogłoby być bardzo źle odczytane również z innych przyczyn.
Gości było trzech. Najwyraźniej uznali, że jesteśmy w gruncie rzeczy mało groźni. Niewątpliwie przeskanowali wcześniej statek. Poza tym, już jego wymiary pewnie nie zrobiły na nich wrażenia. Ot - mały frachtowiec, z minimalną załogą złożoną z "kapitana" i "pierwszego oficera" - a w praktyce z dwójki przyjaciół. Mimo to, dwóch z nich od razu wzięło nas na cel swoich dezruptorów, a trzeci, wyciągnąwszy coś, co wyglądało na starszawy federacyjny trykorder, zaczął lustrować wnętrze.
Po dłuższej chwili milczenia, spróbowałem zagaić rozmowę.
- Powiedz, mi, przyjacielu - zacząłem ostrożnie. - czy w Imperium Klingonu doszło ostatnio do jakiegoś przewrotu, że tak nagle przestało ono tolerować zagubione federacyjne frachtowce?
Czy Klingona błysnęły.
- Nie jesteśmy podlegli nikomu! - oznajmił z dumą. - Jesteśmy Wolnymi Klingonami, prezentujemy sobą nasze zamierzchłe ideały, które nie są skażone sojuszem z federacją ani żadnymi innym zgniłymi kompromisami!
- Mogliście jeszcze o nas nie słyszeć - dodał drugi. - dlatego tym razem wam podarujemy. Nie chcemy nikogo krzywdzić, ale zlikwidujemy każdego, kto by nam zagrażał. A wyście wtargnęli na nasz teren.
- Rozumiem. - odpowiedziałem kiwając lekko głową. - Wolni Klingoni... ta-ak, to sporo wyjaśnia... A wiec powiadasz - dodałem po chwili myślenia, rozumiejąc swój ewentualny błąd, ale nie mogąc sobie odmówić - że zmuszono was do ucieczki z Imperium, więc unieśliście się honorem, i w imię tego honoru podbiliście bezbronny układ, urządzając w nim swoje państewko z fajną nazwą, która koiłaby wasze kompleksy?
Mój strażnik zafalował groźnie piersią, tak, że wyraźnie usłyszałem jego oddech. Jednak jego ręka, trzymająca dezruptor, nie drgnęła. Zapewne słyszał już podobne szyderstwa od własnych ziomków.
Tymczasem trzeci zwiadowca buszował po naszej łupince. Przeskanował towar, ale o niego akurat bałem się najmniej. Rzucił okiem na nasze kajuty, po czym skupił się na oglądaniu przyrządów sterowniczych. Szybko się domyśliłem, że "Wolni Klingoni", cierpiący zapewne na braki w sprzęcie oraz technologii, nie prędko przepuszczą okazję, żeby je nadrobić. Nie pomyliłem się - wkrótce usłyszałem, jak zwiadowca rozmawia przez komunikator, a potem krzyknął coś, czego nie zrozumiałem. Natychmiast drugi ze strażników machnął bronią na Kubę, każąc mu iść ze sobą do sterowni. Zostałem sam na sam ze swoim nowym towarzyszem. Jakkolwiek Kuba znał już dosyć dobrze możliwości naszego statku, to jednak czułbym się znacznie pewniej, mogąc samemu kontrolować, czego dowiedzą się o nim nasi okupanci. Musiałem mu jednak zaufać. Zbytnie narzucanie się raczej by nam nie pomogło, w najlepszym razie wzbudziłoby tylko uzasadnione podejrzenia. Słyszałem jednak, że Kuba radził sobie dość dobrze - wyjaśnił podstawowe rzeczy, takie jak odblokowywanie podstawowego dostępu do konsol, pomijając konsekwentnie wszelkie informacje, które mogły dać Klingonom powód do dokładniejszego zbadania swojej zdobyczy, czy nawet prób rozmontowania jej na części (sic!).
Po jakimś czasie moje rozmyślania nad sytuacją i układaniem planów na wypadek komplikacji zostały przerwane przez strażnika, który rzucił coś, co brzmiało jak "przygotuj się". Naśladując go, stanąłem na baczność, żeby za chwilę znaleźć się w przesyłowni klingońsiego okrętu. Prowadzący mnie wciąż na muszce dezruptora strażnik nie dał mi czasu na pytania - zaprowadził mnie od razu na mostek.
- Ha! - powiedział kapustogłowy, z którym rozmawialiśmy przez kanał. Był tym razem wyjątkowo obleśnie wyszczerzony. Zauważyłem na głównym ekranie naszą sterownię. Na jednym fotelu siedział Klingon od trykordera, a na drugim Kuba, przygryzając nerwowo wargi. Z tyłu stał drugi Klingon, mierząc w plecy mojego pilota. - Przezorność ponad wszystko. Tak wy, jak i ja. - tu wyszczerzył się od mnie. - I tak miałem zamiar zatrzymać wasz statek, a po rekomendacji mojego specjalisty mechanika, zrobię to tym chętniej. Ale żeby było jasne - przy każdej próbie ucieczki któryś z was na pewno zginie! - spojrzał wymownie kolejno na nas obu. - Dlatego mniemam, że żaden z was nie będzie próbował żadnych głupich sztuczek. Wasz statek jest nowoczesny, ale i tak nie macie z nami szans. Poza tym - nie można nas oszukać. Jesteśmy na to za chytrzy... Ha ha ha!
- Chciałem złożyć tylko oficjalny protest przeciwko przetrzymywaniu nas oraz kradzieży naszego statku, skoro niczego złego nie zrobiliśmy. - wtrąciłem, korzystając z chwili przerwy w chełpliwym przemówieniu. - I co z nami potem zrobicie, jak nie będziemy potrzebni? Wyrzucicie w przestrzeń? Tak robią Wolni Klingoni? Tak wam nakazuje wasz pierwotny honor?
pirogronian
Użytkownik
#2 - Wysłana: 21 Gru 2013 22:39:20
Odpowiedz 
- A, wy... już wiecie. - kapustogłowy zmrużył oczy i spoważniał. - Możecie być naszymi wrogami, a za wtargnięcie w naszą przestrzeń mamy prawo zabrać wam statek. Nie jesteśmy jednak mordercami. Zabierzemy was na razie do jednej z naszych kolonii, gdzie będziecie mogli dowieść waszej uczciwości. I wtedy być może... jeżeli wybierzecie naszą stronę, będziecie mieli wszystko, co jest potrzebne do godziwego życia. Możecie też dla nas pracować, może nawet na tym samym statku. Na razie jednak będziecie musieli być naszymi... gośćmi. - to ostatnie słowo powiedział dość ironicznie, co próbował zamaskować, ale nie bardzo mu się to udało. Zrozumiałem w każdym razie, że raczej z nimi nie pohandlujemy w najbliższym czasie.
- Wolno naprzód! - rzucił do ekranu, a Klingon-pilot posłusznie dotknał ręką jednej z konsol. Zgodnie z moim oczekiwaniem nic się jednak nie stało.
- Wykonaj rozkaz! - ponaglił dowódca. Jednak zwiadowca mechanik rozłożył ręce, po czym spiorunował wzrokiem kulącego się na swoim fotelu Kubę.
Klingon dowódca zdawał się zaczerwieniony, ale mogło mi się wydawać. Podniósł rękę, jak by chciał walnąć nią o poręcz fotela. Zobaczyłem wyraźnie wychodzące na wierzch żyły.
- Przepraszam najmocniej... - odezwałem się, jak najuprzejmiej potrafiłem. - Nasz układ sterowniczy posiada zabezpieczenie na wypadek przejęcia go, tak jak w tej chwili.
- Teraz o tym mówisz, ty...! A może myślisz, że to nas powstrzyma? - po czym dał ruch ręką w stronę ekranu, a stojący za Kubą strzelec poprawił dezruptor.
- Nie, nie, ależ nie! - uniosłem ręce w poddańczym geście. - Postawiliście nas w zbyt trudnej sytuacji. Ale niestety, procedura odblokowania trochę potrwa, a mój drugi pilot nie zna jej dość dobrze. Poza tym, stosowny kod znam tylko ja.
Nie miałem przed sobą lustra, ale moja twarz musiała się wydawać dość uczciwa, bo kapustogłowy mi widać uwierzył. Pogratulowałem sobie w duchu, bo przekonujące kłamanie nie było moją najmocniejszą stroną.
- No dobra. Czego ci potrzeba? - spytał łagodniej, choć wciąż nasrożony.
- No cóż, czy macie tu możliwość połączenia wg federacyjnego protokołu zdalnego dostępu?
- Mamy, proszę bardzo. Ale będę ci patrzył na ręce!
- Ależ oczywiście. Mogę cię nawet sam wszystkiego nauczyć, ale wolałbym, żeby nikt więcej tego nie znał. Mimo wszystko wolałbym nie zostawiać swojego statku w przypadkowych rękach... - kadziłem, a klingoński dowódca łyknął to co do słowa, bo spojrzał na mnie ponownie wyszczerzony.
- Proszę, oto konsola dostępu! - powiedział dobitnie, dźwigając się z fotela i wskazując na pobliskie stanowisko. - Co mam teraz robić? Tylko pamiętaj, że włączające się osłony namierzymy, zanim was ochronią, tak samo wiązki transportowe!
***
Najpierw podyktowałem kod dostępu. Pojawiła się lista dostępnych opcji, których znaczenie, na jego wyraźne życzenie, krótko przestawiłem. Następnie kazałem wybrać mu jedną z nich, potem jeszcze jedną.
- No - powiedziałem. - Odblokowaliśmy już w zasadzie układ sterowania. - ale zanim zdążył wydać znów komendę startu, przerwałem mu ręką. - Ale to znaczy, że odblokuje się on automatycznie, gdy tylko będą spełnione pewne określone warunki. W naszej sytuacji oznacza to głównie, że - odpowiedziałem spojrzeniem na jego pytające spojrzenie. - trzeba przekonać komputer, że wasi Klingoni w kokpicie to przyjaciele.
Znów kazałem mu zagłębić się w listę różnych opcji, aż pojawił się obraz kokpitu wraz z zaznaczonymi tam dwoma czerwonymi punktami, przedstawiającymi obcych. Poleciłem kapustogłowemu dowódcy dotknąć każdego z punktów, a następnie jednego z przycisków. Punkty zmieniły się na zielone.
- Ha! - krzyknął tryumfalnie Klingon, będąc zapewne pod wrażeniem finezyjności programu. - I wreszcie ten statek jest mój!
- Jeszcze tylko jedna, jedyna sprawa. - pośpieszyłem z dopowiedzeniem. - To niestety, będę musiał zrobić osobiście. - na podejrzliwe spojrzenie podwinąłem rękaw i pokazałem implant na przedramieniu. - Muszę przekonać komputer, że jestem osobiście na pokładzie. To bioimplant, którego nie wykryły wasze skanery. Jeśli przekażecie jego sygnaturę na nasz statek, na przykład przy pomocy wiązki transportera, system się odblokuje.
Dowódca warknął coś w kierunku załogi. - Wiązka gotowa. - Ależ ten statek jest zabezpieczony, jakby miał wartość czystego latinum! - wykrzyknął sam do siebie, po czym złym wzrokiem spojrzał na mnie. - Gdyby nie to, że nie mam cię tu na muszce, jak i twojego towarzysza, a nie wyglądacie na takich, co lubią patrzeć, jak drugi ginie, pomyślałbym, że w coś mnie wrabiasz.
Po chwili załoga dała znak, a Klingon powiedział.
- Wiązka gotowa. Czy teraz wreszcie możemy stąd odlecieć?
- Jeszce tylko włączyć implant. Proszę. Niczego nie ukrywam. Możesz to zrobić sam, wtedy dodatkowo zapamięta twój odcisk palca.
Kapustogłowy żywo zastosował się do propozycji. Przez mgłę wiązki transportowej zdążyłem jeszcze zobaczyć jego zaskoczenie, a następnie wściekłą furię.
***
- Niczego nie zostawili? - spytałem Kubę.
- Nie, zabrało ich dokładnie całych.
- Uhm, to dobrze. Mnie również zabrało w całości, chociaż w miejscu, gdzie mnie trzymał ten uroczy śmierdziel, część implantu odparowała. Nic to. Zrobię sobie nowy. Trzeba też wymienić hasło do blokady systemu. Jednym słowem - wywinęliśmy się na prawdę niewielkimi stratami.
- Ale najadłem się strachu! - powiedział Kuba.
- Ale poradziłeś sobie dzielnie. - odparłem, klepiąc go po ramieniu. - A co do tych nowych "Wolnych Klingonów", to zapewne wkrótce się dowiemy, co to za jedni i skąd się tu wzięli. Swoją drogą, badzo dobrz się nazwali. Oni są wolni, a my jesteśmy szybcy, he he he.
- Ale co to w ogóle jest, jacyś nowi Klingoni?
- A, bo to widzisz... - wzięło mnie na refleksje. - My, dla przykładu, jesteśmy takimi pół niewolnikami. Żyjemy ograniczeni normami społecznymi, prawami i przepisami w światach i układach, do jakich latamy i tak dalej. Natomiast są tacy, co nie chcą lub nie mogą podlegać takim ograniczeniom. Gdy np. wejdziesz przypadkiem na teren posiadania jakiegoś pół-wolnego obywatela federacji, on się ciebie grzecznie spyta, czego szukasz. A to dlatego, że tego wymagają normy społeczne, których jest... niewolnikiem. Natomiast, gdyby był tzw. Wolnym Obywatelem... kochany, w pierwszej kolejności odstrzeliłby ci cztery litery, a potem dopiero o coś pytał. Taka jest, mniej więcej, różnica pomiędzy naszymi żałosnymi żywotami, a tymi prawdziwie wyzwolonymi. Ale taka jest cena za wszystko - albo wolność, albo spokojne i szczęśliwe życie, he he he...
- Uhum, rozumiem. - powiedział Kuba zadumany.
Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, patrząc na mijane gwiazdy. Lecieliśmy w maksymalnej WARP, bo wciąż działała funkcja awaryjnego skoku. Wyłączyłem ją, wątpiąc, czy ktokolwiek zechce nas ścigać, poza tym stare klingońskie krążowniki powinny zostać w tyle.
- A wybierzmy się tu. - wskazałem palcem na nawigacyjnej. - Kawałek od Klingonów, bliżej Romulan ale jeszcze Federacja. Może dowiemy się czegoś nowego, a okolica wg przewodnika jest spokojna.
Kuba wprowadził parametry i pomknęliśmy ku nowemu kursowi. Po około jednej dobie byliśmy na miejscu. Mając w pamięci niedawne przeżycia, mimowolnie pozostawałem czujny.
Punktualnie siedliśmy w fotelach, na chwilę przed tym, jak napęd nadświetlny się wyłączył, a autopilot wprowadził nas na orbitę.
- Stacjo, stacjo, ukaż się... - mruczałem pod nosem, rozglądając się po ekranie.
- Znowu jej nie ma! - wykrzyknęliśmy niemal jednocześnie z Kubą, jak na komendę. Nie namyślałem się długo, bo to mogło zaczekać, tylko od razu podniosłem osłony. Nie zdążyłem jednak nic więcej zrobić, bo przed dziobem wyrósł nam romulański krążownik i natychmiast zaczął nas wywoływać.
- Wtargnęliście w naszą przestrzeń. - wycedził romulanin. - Natychmiast się zidentyfikuj i przygotuj do abordażu.
- Ach - jęknąłem. - Przepraszam, tego... myślałem... - próbowałem wpaść na jakąś koncepcję dalszej rozmowy. - Aa, czekajcie, pozwólcie, że sam zgadnę - "Wolni Romulanie", prawda?
Rozmówca najpierw zdumiał się, po czym zmarszczył jeszcze bardziej.
- Skąd wiesz? Nieważne. Przygotuj się... - nagle zauważył to, co mu umknęło. - Macie pięć sekund na opuszczenie osłon! Odliczam! Pięć...
W kokpicie rozległ się sygnał o ładowanych dezruptorach. Natychmiast podniosłem ręce, wołając:
- Nie! Zaczekaj! My już... już się poddajemy... tylko... - nie opuszczając rąk, jedną sięgnąłem do panelu z boku, gdzie był inny włącznik awaryjnego skoku, dla niepoznaki opatrzony napisem "I'm surrender".
Ponownie wpatrzeni w obraz nieruchomych, oraz przesuwających się względem nas gwiazd, ciężko wzdychaliśmy.
- Coś się dzieje z galaktyką. Jakieś pogodowe przesilenie, powodujące dziwny pęd do bycia "Wolnym", i akcentowaniu tego możliwie dużą ilością naładowanych dezruptorów. Istna galaktyczna wiosna ludów. Mam nadzieję, że trafimy w końcu na jakichś spokojnych niewolników społecznych, co?
- Uhm. - zamruczał Jakub.
Q__
Moderator
#3 - Wysłana: 21 Gru 2013 23:36:45 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
pirogronian

Odbieram to - może błędnie - jako swego rodzaju komentarz do pewnych niedawnych spraw forumowych.
pirogronian
Użytkownik
#4 - Wysłana: 22 Gru 2013 00:08:03
Odpowiedz 
Nie to akurat było moim celem, ale komentarz do życia jako takiego. Cóż, forum może być taką miniaturką społeczeństwa, więc mogłem niechcąco trafić. ;)
Q__
Moderator
#5 - Wysłana: 22 Gru 2013 08:27:38 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Skojarzenia to przekleństwo, więc możemy dziś dać głowę – jakiekolwiek podobieństwo było czysto przypadkowe?


A serio: klimaty bardziej w stylu Aurory skrzyżowanej ze standardowymi groteskami SF niż Treka kanonicznego, ale przesłanie społeczne iście Trekowe...
pirogronian
Użytkownik
#6 - Wysłana: 22 Gru 2013 10:57:04
Odpowiedz 
Fakt, zapomniałem dodać, że to bardziej parodia niż poważny Trek, ale to było dla mnie tak oczywiste, że jak piszę fanfik, to wiadomo, że nie na serio... :D
 
USS Phoenix forum / Star Trek w Polsce / Popełniłem fanfik

Twoja wypowiedź
Styl pogrubiony  Styl pochylony  Obraz Łącza  URL Łącza  :) ;) :-p :-( Więcej emotikon...  Wyłącz emotikony

» Login  » Hasło 
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą tutaj pisać. Zaloguj się przed napisaniem wiadomości albo zarejstruj najpierw.
 
Wygenerowane przez miniBB®


© Copyright 2001-2009 by USS Phoenix Team.   Dołącz sidebar Mozilli.   Konfiguruj wygląd.
Część materiałów na tej stronie pochodzi z oryginalnego serwisu USS Solaris za wiedzą i zgodą autorów.
Star Trek, Star Trek The Next Generation, Deep Space Nine, Voyager oraz Enterprise to zastrzeżone znaki towarowe Paramount Pictures.

Pobierz Firefoksa!