USS Phoenix
Logo
USS Phoenix forum / Treknologia / LMH, EMH mark 2 - dlaczego holoprogramy są aroganckie?
 
Autor Wiadomość
Q__
Moderator
#1 - Wysłana: 14 Maj 2016 11:03:12 - Edytowany przez: Q__
Zadaję sobie to pytanie od momentu powtórkowego obejrzenia "Message in a Bottle". Pomijam, oczywiście, holoprogramy rozrywkowe (jak Cyrus Redblock, McNary, Moriarty, Vic Fontaine czy mieszkańcy Fair Haven), bo wiadomo, że taka cecha może być im przypisana w celach fabularnych. Pomijam holo-wersje osób żywych (Denara Pel) i martwych (Fixer), bo - po prostu - odzwierciedlają cechy oryginału. Zastanawiam się jednak właśnie nad tytułowymi holo-doktorami...

Czy ta arogancja to cecha ich twórcy, Lewisa Zimmermana, którą nieświadomie "infekuje" swe dzieła (sam jest arogancki, to uznaje taki styl bycia za normę) - poniekąd lemowskie "Ananke" się kłania. Czy może sztuczne umysły (z natury? - powiedzmy, że białko to lepszy budulec, jak chcą niektórzy; z racji raczkowania technologii?) podatniejsze są na jakąś formę niestabilności idącą w tym kierunku (przypomina się jak zachowywały się cybernetyczne wersje Rogera Korby'ego i Iry Gravesa oraz wyposażony w ułamki daystromowej psychiki M-5 chociażby, że już o Obcych komputerach zagadanych na śmierć przez Kirka nie wspomnę). Albo to jakiś odruch kompensacyjny u istot będących - de facto - niewolnikami? A może to tylko (dość) niewinny - bo hologramy swoje i tak by robiły (tj. leczyły) - żart Zimmermana?

Jakieś hipotezy?

(Kilka moich: 1. Zimmerman był fanem SW i zapatrzył się na przemądrzałego C3PO. 2. EMH, jak SID 6.7, są składanką cech słynnych lekarzy przeszłości, ich arogancja to wypadkowa wielkich ego oryginałów. 3. Holoprogramy jako nie mające - póki co - praw - wściekle rywalizują między sobą, mając świadomość niepewności swego losu, chcą też udowodnić swoją wartość białkowym - b. smutna wersja w sumie. 4. Zimmerman poznał i obdarzył wielkim szacunkiem admirała McCoy'a, postanowił swoje kreacje modelować psychicznie na nim, tylko nie do końca mu wyszło. 5. Jakieś badania psychologiczne dowiodły, że pacjent lepiej się czuje, gdy leczy go lekarz ostentacyjnie pewny siebie, sprawiający wrażenie, iż wie co robi - to by też tłumaczyło pewne zachowania Pulaski i w/w Bonesa.)
Elaan
Użytkownik
#2 - Wysłana: 14 Maj 2016 13:22:17 - Edytowany przez: Elaan
Q__:
Jakieś hipotezy?

Q__:
jakiś odruch kompensacyjny u istot będących - de facto - niewolnikami?

Q__:
Jakieś badania psychologiczne dowiodły, że pacjent lepiej się czuje, gdy leczy go lekarz ostentacyjnie pewny siebie

Jeśli chodzi o holograficznych doktorów, stawiałabym na połączenie obu w/w przez Ciebie czynników.
Twórcy trekowych AHM-ów, rzecz jasna, nie wzorowali się na lemowskim Tomie Nowaku, ale to właśnie ta postać natychmiast nasunęła mi się jako pewien ich pierwowzór psychologiczny.

Q__:
A może to tylko (dość) niewinny - bo hologramy swoje i tak by robiły (tj. leczyły) - żart Zimmermana?

Jeśli tak, to można by też przyjąć, że to żartobliwy zaczątek procesu uczłowieczania AHM - nadania im jakiegoś rysu, dzięki któremu ludzie częściowo zapominaliby, że obcują z bytem elektronicznym i czuli się swobodniej.
Dlaczego właśnie wybrał arogancję? To proste.
Wystarczy przypomnieć sobie zachowanie Doktora z Voyagera, gdy w jednym z odcinków próbuje grać rolę męża i ojca rodziny.
Jest przy tym tak przesadnie uprzejmy i karykaturalnie uśmiechnięty, że budzi już nie rozbawienie, lecz wręcz zażenowanie i politowanie.
A w takim wypadku trudno lekarzowi zachować autorytet, zaś pacjentowi należną powagę.

Q__:
Zimmerman był fanem SW i zapatrzył się na przemądrzałego C3PO

C3PO nie był przemądrzały, tylko nieuleczalnie gadatliwy i zrzędliwy.
Q__
Moderator
#3 - Wysłana: 14 Maj 2016 14:13:08 - Edytowany przez: Q__
Elaan

Elaan:
Twórcy trekowych AHM-ów, rzecz jasna, nie wzorowali się na lemowskim Tomie Nowaku, ale to właśnie ta postać natychmiast nasunęła mi się jako pewien ich pierwowzór psychologiczny.

Tom Nowak jest, zasadniczo, piestrakowy. U Lema ta postać zwała się inaczej:

"Do kajuty wszedł neurolog, lekarz i cybernetyk zarazem — Burns.
— Czy można?
— Proszę, niech pan siada. Burns uśmiechnął się.
— Przyszedłem, żeby panu powiedzieć, że nie jestem człowiekiem.
Pirx, razem z krzesłem, obrócił się ku niemu gwałtownie.
— Jak proszę? Że pan nie jest…
— Nie jestem człowiekiem. I stoję — w tym eksperymencie — po pańskiej stronie.
Pirx odetchnął głęboko.
— To, co pan mówi, ma oczywiście pozostać między nami? — powiedział.
— Pozostawiam to pana uznaniu. Mnie na tym nie zależy.
— Jak to?…
Tamten znowu się uśmiechnął.
— To całkiem proste. Działam z egoizmu. Jeżeli wyda pan pozytywną opinię o „nieliniowcach”, wywoła to produkcyjną reakcję łańcuchową. To jest więcej niż prawdopodobne. Tacy jak ja zaczną się pojawiać masowo — i nie tylko na statkach kosmicznych. Wywoła to fatalne konsekwencje u ludzi — powstanie nowy rodzaj dyskryminacją nienawiści, z wszystkimi wiadomymi rezultatami. Przewiduję to, ale, powtarzam, działam przede wszystkim z pobudek osobistych. Jeśli istnieję sam, jeśli takich jak ja; jest dwóch czy dziesięciu, nie ma to żadnego znaczenia społecznego — zginiemy po prostu w masie, nie dostrzeżeni i niedostrzegalni. Będę — będziemy mieli przed sobą przyszłość podobną do przyszłości każdego człowieka, z nader istotną poprawką na inteligencję oraz szereg specjalnych umiejętności, jakich ów zwykły człowiek nie ma. Osiągniemy więc niejedno, ale tylko wtedy, jeśli do uruchomienia masowej produkcji nie dojdzie.
— Tak — w tym coś jest… — powiedział powoli Pirx. Miał w głowie lekki zamęt. — Ale dlaczego nie zależy panu na dyskrecji? Czy nie obawia się pan, że firma, która…
— Nie. Wcale się nie obawiam. Niczego — powiedział tym samym spokojnym tonem wykładu Burns. — Jestem niesamowicie kosztowny, panie nawigatorze. W to tutaj — dotknął ręką piersi — włożono miliardy dolarów. Nie przypuszcza pan chyba, że rozgniewany fabrykant każe mnie rozkręcić na śrubki? Mówię to oczywiście przenośnie, bo nie mam w ciele żadnych śrubek… Zapewne, będą wściekli, ale mojej sytuacji to nie zmieni. Prawdopodobnie będę musiał pracować w tej firmie — ale cóż mi to szkodzi? Wolę nawet tam, niż gdzie indziej, gdyż znajdę tam lepszą opiekę w razie… choroby. Nie sądzę także, by usiłowali mnie uwięzić. Właściwie — po co? Stosowanie przemocy mogłoby się dla nich samych bardzo smutno skończyć. Pan wie, jaką potęgą jest prasa…
On myśli o szantażu — błysnęło Pirxowi. Miał wrażenie, że to sen. Słuchał jednak dalej, z największą uwagą.
— Tak zatem, teraz pan już rozumie, czemu pragnę, aby pana opinia o nieliniowcach wypadła negatywnie.
— Tak. Rozumiem. Czy — może mi pan wskazać, kto jeszcze spośród załogi…?
— Nie. To znaczy, nie mam pewności, a przypuszczeniami mógłbym panu więcej zaszkodzić, niż pomóc. Lepiej mieć zero informacji, niż być zdezinformowanym, bo oznacza to informację ujemną, mniejszą od zera.
— Tak. Hm. W każdym razie — bez względu na pana pobudki — dziękuję panu. Tak. Dziękuję. Czy… mógłby pan wobec tego powiedzieć mi coś o sobie? Mam na myśli kwestie, które mogłyby mi pomóc…
— Domyślani się, o co panu chodzi. O tym, jak jestem zbudowany, nic nie wiem, podobnie jak i pan nie wie nic o swojej anatomii czy fizjologii, przynajmniej nie wiedział pan, dopóki nie przeczytał jakiegoś podręcznika biologii. Ale ta strona konstrukcyjna chyba mało pana interesuje i chodzi panu raczej o psychiczną? O nasze — słabe miejsca?
— O słabe miejsca też. Ale — wie pan — każdy w końcu coś niecoś wie o swoim organizmie, to nie jest wiedza naukowa, ale wynikła z doświadczenia, samoobserwacji.
— Oczywiście, organizmu się przecież używa i mieszkaj w nim… to daje okazję do obserwowania…
Burns znów się uśmiechnął, jak poprzednio, ukazując równe — ale nie nazbyt równe — zęby.
— Więc mogę pana pytać?
— Proszę.
Pirx usiłował zebrać myśli.
— Czy to mogą być pytania… niedyskretne? Wręcz intymne?
— Nie mam nic do ukrycia — powiedział tamten po prostu.
— Czy spotkał się pan już z taką reakcją, jak zaskoczenie, strach i odraza, spowodowane tym, że pan nie jest człowiekiem?
— Owszem, raz jeden, podczas operacji, przy której asystowałem. Drugim asystentem była kobieta. Wiedziałem już wtedy, co to jest.
— Nie zrozumiałem pana…
— Wiedziałem już wtedy, co to jest kobieta — wyjaśnił Burns. — Z początku nie było mi nic wiadomo o istnieniu płci…
— A!
Pirx zły był na siebie, że nie udało mu się powściągnąć tego okrzyku.
— Więc była tam kobieta. I co się stało?
— Operator skaleczył mnie w palec skalpelem, rękawiczka gumowa rozeszła się i było widać, że nie krwawię.
— Jak to? Ależ Mc Guirr mówił mi…
— Teraz bym krwawił. Wtedy byłem jeszcze „suchy”. To się tak nazywa — w żargonie wewnętrznym naszych „rodziców”…- powiedział Burns. — Bo ta krew nasza to czysta maskarada: wewnętrzna powierzchnia skóry jest gąbczasta i nasycona krwią, przy czym ten zabieg nasycania trzeba powtarzać dość często.
— Aha. I ta kobieta zauważyła? A operator?
— Och, operator wiedział, kim jestem, ale ona nie. Zorientowała się nie od razu, dopiero przy końcu operacji, a i to głównie dlatego, ponieważ on się zmieszał…Burns uśmiechał się.
— Chwyciła moją rękę, podniosła ją do oczu i kiedy zobaczyła, co jest… w środku, rzuciła ją i uciekła. Zapomniała, w którą stronę otwierają się drzwi operacyjnej, ciągnęła je, a że się nie otwierały, dostała ataku histerycznego.
— Tak — powiedział Pirx. Przełknął. — Co pan wtedy czuł?
— Nie czuję w ogóle wiele… ale to nie było przyjemne — wolno rzekł Burns i uśmiechnął się znowu. — Nie mówiłem o tym z nikim — dodał po sekundzie — ale mam wrażenie, że mężczyznom, nawet nieobytym, jest łatwiej przestawać z nami. Mężczyźni godzą się z faktami. Kobiety z niektórymi faktami nie chcą się pogodzić. Mówią dalej „nie”, nawet jeśli już nic oprócz „tak” powiedzieć nie można.
Pirx przez cały czas patrzał na mówiącego, wpatrywał się w niego wtedy zwłaszcza, gdy Burns odwracał wzrok, bo usiłował odkryć w nim tę jakąś inność, która by go uspokoiła, jako dowód, że wcielenie maszyny w człowieka nie jest jednak doskonałe. Przedtem, kiedy podejrzewał wszystkich, sytuacja była inna; teraz, mając z każdą chwilą coraz mniej wątpliwości, że to, co mówił Burns, jest prawdą, i doszukując się fałszu raz w bladości Burnsa, która uderzyła go już przy pierwszym spotkaniu, raz w jego ruchach, tak opanowanych, w nieruchomym połysku, jasnych oczu, musiał sobie powiedzieć, że w końcu bywają przecież i ludzie równie bladzi czy mało ruchliwi; wtedy znów wracały wątpliwości — a całemu temu obserwowaniu towarzyszył uśmiech lekarza, nie zawsze odnoszący się jakby do jego słów, wyrażający raczej wiedzę o tym, co Pirx właśnie czuł; ten uśmiech sprawiał mu przykrość, mieszał go i tym trudniej przychodziło mu kontynuować indagacją, że Burns przejawiał w odpowiedziach niczym nie zmąconą szczerość.
— Pan uogólnia na podstawie jednego wypadku — mruknął.
— Och, miałem potem sporo do czynienia z kobietami. Pracowało ze mną — to znaczy: uczyło mnie — kilka. Były wykładowcami — i tak dalej. Ale one wiedziały z góry, kim jestem. Starały się więc ukrywać emocje. Nie przychodziło im to łatwo, ponieważ miewałem okresy, w których drażnienie ich sprawiało mi satysfakcję.
Uśmiech, z jakim patrzał Pirxowi w oczy, był niemal impertynencki.
— Szukały, wie pan, jakichś cech szczególnych, wyróżniających in minus, a ponieważ tak im na tym zależało, niekiedy bawiłem się, przejawiając takie cechy.
— Nie rozumiem.
— O, na pewno pan rozumie! Udawałem marionetkę fizycznie, pewną sztywnością, i psychicznie — biernością posłuszeństwa… tylko gdy już się takimi odkryciami zaczynały napawać, nagle ucinałem grę. Myślę, że miały mnie za stwór diabelski.
— Czy pan nie jest uprzedzony? To są tylko domysły, tym bardziej że, jeśli były wykładowcami, musiały mieć odpowiednie wykształcenie.
— Człowiek jest istotą doskonale niezborną — rzekł flegmatycznie Burns. — To jest nieuniknione, jeśli się powstawało tak jak wy; świadomość to część procesów mózgowych, wyodrębniona z nich na tyle, że stanowi w subiektywnym odczuciu jedność, ale ta jedność jest złudzeniem introspekcji. Tych innych procesów, które unoszą świadomość, jak ocean — górę’ lodową, nie odczuwa się bezpośrednio — one dają o sobie znać, czasem tak dobitnie, że świadomość zaczyna ich szukać. Z takiego poszukiwania właśnie powstało pojęcie diabła, jako projekcja — w świat zewnętrzny — tego, co choć jest i działa w człowieku, w jego mózgu, nie daje się umiejscowić ani tak jak myśl, ani tak jak ręka.
Uśmiechał się szerzej.
— Wykładam panu cybernetyczne podstawy teorii osobowości, które pan pewno zna? Maszyna logiczna różni się od mózgu tym, że nie może mieć naraz kilku wykluczających się programów działania. Mózg może je mieć, zawsze je ma, dlatego jest polem bitew u świętych albo wypalonym pobojowiskiem sprzeczności u ludzi zwyklejszych… Sieć neuronowa kobiety, jest trochę inna niż u mężczyzny; to nie dotyczy inteligencji; zresztą różnica jest tylko statystyczna. Kobiety łatwiej znoszą współistnienie sprzeczności — na ogół tak jest. Nawiasem mówiąc, dlatego mężczyźni głównie tworzą naukę, bo ona jest poszukiwaniem jednego, więc niesprzecznego porządku. Sprzeczność przeszkadza mężczyznom bardziej, więc usiłują ją usunąć, redukując różnorodność do jednolitości.
— Być może — powiedział Pirx. — Więc pan dlatego uważa, że one widziały w panu diabła?
Q__
Moderator
#4 - Wysłana: 14 Maj 2016 14:16:06 - Edytowany przez: Q__
— To już za wiele powiedziane — odparł tamten. Położył ręce na kolanach. — Byłem dla nich w najwyższym stopniu odpychający i — przez to pociągałem. Byłem urzeczywistnioną niemożliwością, czymś zakazanym, czymś, co jest wbrew światu, rozumianemu jako porządek naturalny, i strach ich nie był tylko chęcią ucieczki, ale także samozatraty. Jeżeli nawet żadna nie powiedziała sobie tego tak wyraźnie, ja mogę to za nie powiedzieć: stanowiłem, w ich oczach, wyłamanie się z uległości wobec nakazów biologicznych. Jako upostaciowany bunt przeciwko Naturze, jako istota, w której biologicznie racjonalna, więc interesowna więź uczuć z funkcją podtrzymania gatunku została rozerwana. Zniszczona.
Bystro spojrzał na Pirxa.
— Pan myśli, że to filozofia kapłona? Nie, ponieważ nie zostałem okaleczony; nie jestem zatem istotą gorszą, jestem tylko odmienną od was. Której miłość jest — w każdym razie: może być — tak samo bezinteresowna, tak samo na nic niepotrzebna — jak śmierć, a przez to z wartościowego narzędzia staje się wartością w sobie. Wartością, oczywiście, ze znakiem ujemnym — jak diabeł. Dlaczego tak się stało? Stworzyli mnie mężczyźni i łatwiej było im zbudować potencjalnego rywala aniżeli potencjalny obiekt namiętności. A jak pan sądzi? Czy mam rację?
— Nie wiem — powiedział Pirx. Nie patrzał na niego — nie mógł. — Nie wiem. Realizację dyktowały rozmaite okoliczności — ekonomiczne chyba przede wszystkim.
— Na pewno — zgodził się Burns. — Ale te, o których mówiłem, też miały swój udział. Tylko że, panie komandorze, to jedna wielka pomyłka. Mówiłem o tym, co ludzie odczuwają wobec mnie — ale oni tworzą tylko jeszcze jedną mitologię, mitologię nieliniowca, bo ja nie jestem żadnym diabłem, co chyba jasne, i nie jestem też potencjalnym rywalem erotycznym, co jest może już mniej jasne. Wyglądam jak mężczyzna i mówię jak mężczyzna, i psychicznie jestem zapewne w jakimś stopniu mężczyzną, tylko w pewnym stopniu właśnie… jednakże nie ma to już prawie nic wspólnego ze sprawą, w jakiej przyszedłem do pana.
— A nie wiadomo, nie wiadomo — rzucił Pirx. Wciąż patrzał na własne splecione ręce. — Niech pan mówi dalej…
— Jeśli pan chce… Ale będę mówił tylko we własnym imieniu. Nie wiem nic o innych. Powstawałem, jako osobowość, podwójnie: z przedprogramowania i z uczenia się. I człowiek tak powstaje, ale ten pierwszy czynnik gra w nim mniejszą rolą, bo on przychodzi na świat ledwo rozwinięty, ja natomiast byłem od razu taki, jaki jestem obecnie, pod względem fizycznym, i nie musiałem uczyć ; się tak długo jak dziecko. Przez to zaś, że nie miałem ani dzieciństwa, ani dojrzewania, a tylko byłem multistatem, w który najpierw włożono masę przedprogramowania, a potem trenowano go wielopostaciowo i ładowano weń mnóstwo informacji — przez to stałem się bardziej jednorodny niż ktokolwiek z was. Bo każdy człowiek jest chodzącą formacją geologiczną, która przeszła przez tysiąc epok żaru i drugi tysiąc zastygania, kiedy warstwy osiadały na warstwach — najpierw ten ostateczny, bo pierwszy, a przez to niezrównany z niczym świat sprzed poznania mowy, który ginie później pochłonięty przez nią, ale tli się jeszcze gdzieś u dna; jest to inwazja kolorów, kształtów i zapachów w mózg, wtargnięcie przez zmysły, otwierające się po urodzeniu; dopiero potem dochodzi do polaryzacji na świat i nie-świat, czyli na nie-ja i ja. No, a potem te powodzie hormonów, te sprzeczne i różnopoziomowe programy wiar i popędów — historia kształtowania się jest historią wojen: mózg przeciw sobie — wszystkich tych szaleństw i rezygnacji nie znałem, nie przeszedłem takich etapów i dlatego nie ma we mnie ani śladu dziecka. Jestem zdolny do wzruszeń i pewno mógłbym nawet zabić, ale nie z miłości. Słowa w moich ustach brzmią jak w waszych, ale znaczą dla mnie coś innego.
— To znaczy, że pan nie może kochać? — spytał Pirx. Wciąż patrzał już tylko na własne ręce. — Ale skąd ta pewność? Tego nikt nie może wiedzieć do czasu…
— Tego nie chciałem powiedzieć. Może i mógłbym. Ale to oznaczałoby coś całkiem innego niż u was. Dwa uczucia nie opuszczają mnie właściwie nigdy: zdziwienia i zarazem śmieszności. A jest tak, myślę, bo tą cechą waszego świata, która wszędzie mi się narzuca, jest jego umowność. Nie tylko” w kształtach maszyn i w waszych obyczajach, ale także w waszej cielesności, która stała się wzorem dla mojej. Widzę, że wszystko mogłoby wyglądać inaczej, być inaczej zbudowane, działać inaczej, i nie byłoby przez to ani lepsze, ani gorsze od tego, co jest. Dla was świat najpierw po prostu jest, to znaczy istnieje jako jedyna możliwość, a dla mnie, od kiedy w ogóle umiałem myśleć, świat nie tylko był, ale był śmieszny. To znaczy wasz świat — miast, teatrów, ulic, rodzinnego życia, giełdy, tragedii miłosnych i filmowych gwiazd. Chce pan usłyszeć moją ulubioną definicję człowieka? Istota, która mówi najchętniej o tym, na czym się najmniej zna. Starożytność miała być wszechobecnością mitologii, a współczesna cywilizacja — jej brakiem? Ale skąd wywodzą się naprawdę wasze najbardziej podstawowe pojęcia? Grzeszność spraw ciała to konsekwencja starego rozwiązania ewolucyjnego, które przez ekonomię środków połączyło funkcje wydalnicze z rozrodczymi w tym samym systemie narządów. Poglądy religijne i filozoficzne są konsekwencją waszej konstrukcji biologicznej, bo ludzie są ograniczeni w czasie, a chcą, w każdym pokoleniu, poznać wszystko, zrozumieć wszystko, wyjaśnić wszystko — iż tego rozmijania się wynikła metafizyka — jako most łączący możliwe z niemożliwym. A nauka? Ona jest przede wszystkim rezygnacją. Zwykle podkreśla się jej osiągnięcia, ale te przychodzą powoli, a zresztą nie dorównują nigdy ogromowi utraty. Więc ona jest zgodą na śmiertelność i na bylejakość jednostki, powstającej ze statystycznej gry walczących o prymat zapłodnienia plemników. Jest zgodą na przemijanie, na nieodwracalność, na brak odpłaty i wyższej sprawiedliwości, i ostatecznego poznania, ostatecznego zrozumienia wszystkiego — i przez to byłaby nawet heroiczna, gdyby nie to, że jej twórcy tak często nie zdają sobie sprawy z tego, co naprawdę robią! Mając do wyboru lęk i śmieszność — wybrałem śmieszność, bo było mnie na to stać.
— Pan nienawidzi tych, którzy pana stworzyli, prawda? — spytał cicho Pirx.
— Myli się pan. Uważam, że każde istnienie, nawet najbardziej ograniczone, lepsze jest od nieistnienia. Oni, ci konstruktorzy moi, na pewno wielu rzeczy nie mogli przewidzieć, ale bardziej nawet niż za inteligencję jestem im wdzięczny za to, że odmówili mi ośrodka rozkoszy. Jest taki ośrodek w waszym mózgu, wie pan o tym?
— Czytałem to gdzieś.
— Ja go widocznie nie mam, dzięki temu nie jestem beznogim, który nie chce niczego — tylko chodzić… Tylko chodzić, ponieważ to niemożliwe.
— Wszyscy inni są śmieszni, tak? — poddał Pirx. — A pan?
— O, ja też. Tylko w inny sposób. Każdy z was, skoro istnieje, posiada takie ciało, jakie ma, i na tym koniec — a ja mógłbym na przykład wyglądać jak lodówka.
— Nie widzę w tym nic śmiesznego — mruknął Pirx. Rozmowa ta męczyła go coraz bardziej.
— Chodzi o umowność, o przypadkowość — powtórzył Burns. — Nauka jest rezygnacją z rozmaitych absolutów: z absolutnej przestrzeni, z absolutnego czasu i absolutnej, to znaczy wiecznotrwałej, duszy, z absolutnego, bo przez Boga stworzonego, ciała. Takich umowności, które bierzecie za rzeczy realne, od niczego niezawisłe, jest więcej.
— Co jeszcze jest umowne? Zasady etyczne? Miłość? Przyjaźń?
— Uczucia nigdy nie są umowne, chociaż mogą wynikać z umownych, konwencjonalnych przesłanek. Ale ja naprawdę tylko dlatego mówię o was, bo w takim zestawieniu łatwiej mi powiedzieć, jaki sam jestem. Etyka na pewno jest umowna, przynajmniej dla mnie. Nie muszę postępować etycznie, a jednak robię to.
— Ciekawe. Dlaczego?
— Nie mam jakiegoś „odruchu dobra”. Nie jestem zdolny do litości, aby tak powiedzieć — „z natury”. Ale wiem, kiedy należy się litować i potrafię się do tego wdrożyć. Wyrozumowałem sobie, że tak trzeba. A więc niejako zapełniłem to puste miejsce w sobie dzięki logicznemu rozumowaniu. Może pan powiedzieć, że mam „zastępczą etykę”, że ją sobie sprotezowałem tak dokładnie, iż jest „jak prawdziwa”."


"Opowieści o pilocie Pirxie: Rozprawa"

W sumie ten Burns - czy Nowak - ma więcej wspólnego z Datą pewno, ale te wyboldowane zdania mogą mieć jakiś sens jako podstawy naszych rozważań. Tyle, że o ile "nasz" EMH (ten Voyagerowy) - owszem był arogancki wobec ludzi i często jakby stawiał na śmieszność. O tyle holoprogramy, które podałem w tytule okazywały raczej jawną pogardę kolegom.

Przypomnijmy sobie równoległe monologi EMH (innej kopii) i LMH:

LMH: Please state the nature of the medical emergency.
EMH: Oh, that's original. He doesn't even look old enough to be a doctor.
LMH: If you'd like my advice, you should delete this programme. Now that I'm here, why would you need an archaic piece of software like him?


Czy tekst jakim EMH 2 powitał "naszego" Doctora:

EMH 2: Oh, yes, yes, yes, yes. You're the mark one EMH. The inferior programme.
EMH: Inferior?
EMH2: Beady eyes, terrible bedside manner. I recognise you.


Stąd zastanawiałem się właśnie nad bezwzględną rywalizacją - gdzie skłonność do niej mogłaby być czy to cechą samoistnie nabywaną, czy też wpisaną w program przez Zimmermana, nie wierzącego wszak w świadomość swoich tworów*, więc zdolnego tak się nimi bawić...

* Przynajmniej do czasu, bo na etapie REN mam wrażenie, że coś doń dotarło...

Elaan:
Dlaczego właśnie wybrał arogancję? To proste.
Wystarczy przypomnieć sobie zachowanie Doktora z Voyagera, gdy w jednym z odcinków próbuje grać rolę męża i ojca rodziny.
Jest przy tym tak przesadnie uprzejmy i karykaturalnie uśmiechnięty, że budzi już nie rozbawienie, lecz wręcz zażenowanie i politowanie.
A w takim wypadku trudno lekarzowi zachować autorytet, zaś pacjentowi należną powagę.

Ma to sens. Zwł, że idea płaszczenia się wyraźnie nie przystaje do norm UFP.
Elaan
Użytkownik
#5 - Wysłana: 14 Maj 2016 18:38:43
Q__:
Tom Nowak jest, zasadniczo, piestrakowy. U Lema ta postać zwała się inaczej

To, co zwiemy różą, pod inną nazwą...

Q__:
te wyboldowane zdania mogą mieć jakiś sens jako podstawy naszych rozważań

Czemu akurat te?
Mnie nie wydały się aż tak istotne, ale pewnie się mylę.
Zastanawia za to kilka innych:

"całemu temu obserwowaniu towarzyszył uśmiech lekarza, nie zawsze odnoszący się jakby do jego słów, wyrażający raczej wiedzę o tym, co Pirx właśnie czuł..."

"Przez to zaś, że nie miałem ani dzieciństwa, ani dojrzewania, a tylko byłem multistatem, w który najpierw włożono masę przedprogramowania, a potem trenowano go wielopostaciowo i ładowano weń mnóstwo informacji — przez to stałem się bardziej jednorodny niż ktokolwiek z was."

Skoro android potrafi pogardzać człowiekiem, to dlaczego miałby inaczej odnosić się do podobnych sobie tworów? - podobnych, lecz przecież nie tożsamych.
Przyczyna nie byłaby jedna:
a] poczucie własnej wyjątkowości,
b] chęć podkreślenia odrębności wobec istot działających na podobnych zasadach
c] zamanifestowanie własnego poziomu zaawansowania technologicznego/rozwoju

Q__:
Stąd zastanawiałem się właśnie nad bezwzględną rywalizacją - gdzie skłonność do niej mogłaby być czy to cechą samoistnie nabywaną, czy też wpisaną w program

Żaden ze mnie psycholog, ale odpowiedzią na to pytanie mogą być cechy wpisywane niejako w podstawę oprogramowania każdego AHM: porządek, perfekcjonizm i samokontrola kosztem zdolności nawiązywania kontaktów interpersonalnych.
U człowieka zdiagnozowano by to jako ewidentne zaburzenie osobowości, nic zatem dziwnego, że i u samoświadomych bytów elektronicznych z czasem prowadzą do wypaczeń.
Q__
Moderator
#6 - Wysłana: 14 Maj 2016 20:39:04 - Edytowany przez: Q__
Elaan

Elaan:
Zastanawia za to kilka innych:

Faktycznie, też celne. Zwł. drugi wręcz idealnie dopasowany.

Elaan:
Skoro android potrafi pogardzać człowiekiem, to dlaczego miałby inaczej odnosić się do podobnych sobie tworów? - podobnych, lecz przecież nie tożsamych.

Swoją drogą to ciekawe, że (w VOY, nie u Lema) maszyny poniekąd są krok za swoimi twórcami - wykazują wady, których ludzie (w kontaktach między sobą*) się wyzbyli, dziedzicząc je jakby.

* Bo o ile praw Daty prawie nikt nie kwestionował, zanim nawet mu je oficjalnie przyznano, o tyle istoty złożone z softu i tymczasowo połączonych fotonów zazwyczaj jakby uważano (czasem błędnie jak się zdaje**) za rzeczy i traktowano jak Ijon Tichy swojego robota:

"To mnie tak zezłościło, żem się poważnie zastanowił, czy nie oddać go jednak na złom. /.../ Groziłem, że wykręcę mu stopki, ale brzęczał sobie na to."

"Dzienniki gwiazdowe: Podróż jedenasta"

** Przypis do przypisu: swoją drogą to jednak ciekawe kiedy w holoprogramie rodzi się osoba. Czy faktycznie - powyżej pewnego progu złożoności algorytmu - jest nią od początku, czy nabywa świadomości z czasem. Moriarty i voyagerowy EMH niewątpliwie(?) osobami byli, a tytułowi holo-lekarze? Byli nimi, czy tylko mieli potencjał stania się nimi w sprzyjających warunkach? Odpowiednio szerzej pojęty Test Turinga (ten klasyczny to chyba jednak za mało, by o świadomości przesądzać) zapewne bez trudu by zdali (choć czy na pewno? czy dostatecznie wiele o nich wiemy? czy dość widzieliśmy?), ale czy to jest kryterium? Kapitan Philippa Louvois pewnie by tak uznała... bo też jakie inne mamy?

Elaan:
odpowiedzią na to pytanie mogą być cechy wpisywane niejako w podstawę oprogramowania każdego AHM: porządek, perfekcjonizm i samokontrola kosztem zdolności nawiązywania kontaktów interpersonalnych.
U człowieka zdiagnozowano by to jako ewidentne zaburzenie osobowości, nic zatem dziwnego, że i u samoświadomych bytów elektronicznych z czasem prowadzą do wypaczeń.

Swoją drogą taki dobór cech był przecież wyborem Zimmermana (tyleż każącym wspomnieć jego własny - niełatwy - charakter, co wynikłym z jego nieświadomości, że życie - przynajmniej potencjalne, nie proste algorytmy, tworzy*). Poniekąd więc wracamy do tego, co pisałem o "Ananke", ale i do - w sumie gdzieś z "Cyberiady" wziętego - w/w schematu przechodzenia wad z "ojców" na "dzieci"...

* Nawiasem: zaciekawił mnie Zimmerman z REN - taki ciepły i jakby przygaszony... Czy tak zmieniła go miłość (do doktor Lucien), czy poczucie winy, gdy sobie uświadomił, że istotami rozumnymi się bawił? A może jedno i drugie? Choć wspomaga kobietę, która przenośny emiter świsnęła - znowu siła miłości, czy znowu białkowy szowinizm - uznał, że Fixer jednak ważniejszy od Doctora, bo z człowieka skopiowany...? (Choć i tak być może, że EMH ten emiter mniej potrzebny, bo ma dom pełen holoemiterów sporą swobodę mu dających, a i na terenach UFP już ich tak wiele, że może się manifestować prawie wszędzie, gdzie chce, i bez niego... Tylko przenośnych nie ma...)

ps. Wracając jeszcze na chwilę do równoległych monologów :
http://www.youtube.com/watch?v=bCmQg6VkQ4A
Elaan
Użytkownik
#7 - Wysłana: 15 Maj 2016 15:17:19
Q__:
swoją drogą to jednak ciekawe kiedy w holoprogramie rodzi się osoba

Świadomość istnienia jako odrębna jednostka fotonowa wydaje się mieć każda z trekowych holopostaci.
O osobowości, IMVHO, możemy jednak mówić dopiero wtedy, kiedy postać taka decyduje się na działanie wykraczające poza ramy zakreślone programem.
Skutki takiego działania mogą być pozytywne lub negatywne, ale musi być ono podjęte samodzielnie - w reakcji na, nazwijmy to, "potrzeby wewnętrzne" holoistoty lub czynniki zewnętrzne.

Q__:
Swoją drogą taki dobór cech był przecież wyborem Zimmermana (tyleż każącym wspomnieć jego własny - niełatwy - charakter

Zimmerman jawi się więc, wedle Twoich słów, jako geniusz ze skazą, którą - świadomie lub nie - replikował w każdym swoim dziele.
Pytanie, dlaczego w tak wyczulonej na ludzkie ułomności i zaawansowanej medycznie UFP nikt nie zorientował się, iż tak istotne dla GF systemy tworzy osoba kwalifikująca się co najmniej do psychoterapii?

Q__:
Nawiasem: zaciekawił mnie Zimmerman z REN - taki ciepły i jakby przygaszony... Czy tak zmieniła go miłość (do doktor Lucien), czy poczucie winy

Nazwać by to można też zintensyfikowanym poczuciem odpowiedzialności zrodzonym ze spóźnionego dorastania, spóźnionej dojrzałości emocjonalnej.
Ten sam mechanizm widzimy u Cochrane`a, wiecznego hippisa, albo u Daystroma, tak oderwanego od rzeczywistości i skoncentrowanego na świecie symulacji, że nie przyszło mu do głowy, iż komputer tego nie rozróżnia.
Przyczyny końcowego "twardego lądowania" obu uczonych były inne, ale efekt ten sam. W przypadku Zimmermana mogła to być też miłość, czemu nie?
Q__
Moderator
#8 - Wysłana: 15 Maj 2016 19:39:27 - Edytowany przez: Q__
Elaan

Elaan:
Świadomość istnienia jako odrębna jednostka fotonowa wydaje się mieć każda z trekowych holopostaci.

Właśnie nie jestem pewien czy aby nie wydają się mieć tylko (uprzedzam: przyjmuję taką optykę, bo nie chcę by UFP i nasi ulubieni bohaterowie wyszli na potwory, intuicyjnie też wygląda mi na co innego), tzn. czy nie są to systemy dobrze symulujące świadomość, w których jednak świadomość realna rodzi się b. rzadko (w wyniku błędu - kłania się Moriarty - lub długiego, niestandardowego, funkcjonowania owocującego rosnącą komplikacją programu - tu kłania się Doctor). Chiński pokój, te sprawy...

Elaan:
O osobowości, IMVHO, możemy jednak mówić dopiero wtedy, kiedy postać taka decyduje się na działanie wykraczające poza ramy zakreślone programem.

Pytanie jednak gdzie przebiega granica - program mający wpisaną w siebie możliwość rozwoju, uczenia się, automodyfikowania, teoretycznie będzie robił to, co mu zaprogramowano tylko, a jednak może zaskoczyć z czasem swojego autora (bo ramy mu, po prostu, nie zakreślono; czy tym różnią się programy wybijające się na bycie osobą od tych, które osobę dobrze, tylko, udają?*).

* W takim wypadku standardowy EMH miałby ograniczniki trzymające go na poziomie bycia automatem, a EMH-z-Voyagera ograniczniki te zdjęto, by mógł sobie poradzić w nietypowej sytuacji, w efekcie czego z czasem się "uczłowieczył"?

Elaan:
Zimmerman jawi się więc, wedle Twoich słów, jako geniusz ze skazą, którą - świadomie lub nie - replikował w każdym swoim dziele.

Zdaje mi się to usprawiedliwioną indukcją. Popatrzmy: oto drobna scenka z "Life Line" gdzie widzimy zarówno... trudną osobowość Zimmermana (zdołał wyprowadzić Doradcę z flagowca - czyli najlepszą z najlepszych - z równowagi: "Now I see you're both exactly the same. You're both jerks."), jak i słyszymy wprost, że psychika co najmniej jednego z jego dzieł na nim samym właśnie była modelowana ("A hologram fighting to save the life of his creator, who just so happens to be the same man his own personality is based on"):
http://www.youtube.com/watch?v=j4m6RqDkeI4
A widzieliśmy, że EMH 2 i LMH pewne zbliżone odruchy mają (może to w nich przetrwało z jądra oryginalnego programu EMH?)...

Elaan:
Pytanie, dlaczego w tak wyczulonej na ludzkie ułomności i zaawansowanej medycznie UFP nikt nie zorientował się, iż tak istotne dla GF systemy tworzy osoba kwalifikująca się co najmniej do psychoterapii?

Dobre pytanie, tym bardziej, że zdaje się to być w UFP zjawiskiem powtarzającym się regularnie - słusznie tu przypomniałaś Daystroma, a i on nie był jedyny...

Może - trudno, podeprę się tu trochę Abramsem i jego jerkowatym Kirkiem - odkryto, że wybitne zdolności zawsze idą w parze z pewnymi wadami charakteru i nie da się wyeliminować tych drugich, bez zmniejszenia tych pierwszych, więc - skoro z geninżynierii zrezygnowano - idzie się na takie ryzyko?
Elaan
Użytkownik
#9 - Wysłana: 16 Maj 2016 15:33:23
Q__:
czy nie są to systemy dobrze symulujące świadomość, w których jednak świadomość realna rodzi się b. rzadko

Ja widzę to nieco inaczej, nie wiem tylko czy uda mi się to jasno sformułować...
Rozdzielam świadomość podstawową ja-inni od osobowości.
Tę świadomości istnienia holopostaci jako odrębnej jednostki fotonowej przyrównałabym do świadomości pojedynczej drony Borga.
Tak jak 4z7 wie, że jest 4 a nie 5z7 i należy do tego a nie innego, nazwijmy to, zbioru, tak holomarynarz Smith z pikardowskiego żaglowca wie, że nie jest holomarynarzem Jonesem, dajmy na to, choć obaj przypisani są do tego samego statku. W obu wypadkach świadomość odrębności istnieje, ale nie istnieje potrzeba jej zamanifestowania poza działaniem określonym w programie.

Q__:
program mający wpisaną w siebie możliwość rozwoju, uczenia się, automodyfikowania

Q__:
standardowy EMH miałby ograniczniki trzymające go na poziomie bycia automatem

Każdy AHM potrzebowałby możliwości samodoskonalenia i przyswajania nowych danych w zakresie szeroko rozumianej wiedzy medycznej, aby być jak najbardziej użytecznym, to oczywiste.
Ale czy korzystającemu z jego pomocy doktorowi zależałoby na rozszerzeniu jego autonomii decyzyjnej i kontaktów interpersonalnych?
Już widzę głównego lekarza pokładowego o temperamencie Bonesa lub uporze dr Pulaski, który pozwala AHM pouczać się w trakcie operacji, że trzyma narzędzie pod niewłaściwym kątem.

Q__:
EMH-z-Voyagera ograniczniki te zdjęto, by mógł sobie poradzić w nietypowej sytuacji, w efekcie czego z czasem się "uczłowieczył"?

Na to by wychodziło.

Q__:
Może - trudno, podeprę się tu trochę Abramsem i jego jerkowatym Kirkiem - odkryto, że wybitne zdolności zawsze idą w parze z pewnymi wadami charakteru i nie da się wyeliminować tych drugich, bez zmniejszenia tych pierwszych, więc - skoro z geninżynierii zrezygnowano - idzie się na takie ryzyko?

To całkiem prawdopodobne.
Podeprzeć to, zresztą, można nie tylko neo-Kirkiem, ale i powieściowym dr Georges`em Mordreaux, skoro już nie trzymamy się tak ściśle serialowego kanonu.
Q__
Moderator
#10 - Wysłana: 16 Maj 2016 19:23:55 - Edytowany przez: Q__
Elaan

Elaan:
Ja widzę to nieco inaczej, nie wiem tylko czy uda mi się to jasno sformułować...

Sformułowałaś to jasno już za pierwszym razem. Tylko, że w takim wypadku jest to forma paskudnego niewolnictwa (może tym paskudniejszego, że niewolnik nie jest nawet w stanie się zbuntować). Czym to się różni od tego co Zmienni zrobili J'H?

Elaan:
Każdy AHM potrzebowałby możliwości samodoskonalenia i przyswajania nowych danych w zakresie szeroko rozumianej wiedzy medycznej, aby być jak najbardziej użytecznym, to oczywiste.
Ale czy korzystającemu z jego pomocy doktorowi zależałoby na rozszerzeniu jego autonomii decyzyjnej i kontaktów interpersonalnych?
Już widzę głównego lekarza pokładowego o temperamencie Bonesa lub uporze dr Pulaski, który pozwala AHM pouczać się w trakcie operacji, że trzyma narzędzie pod niewłaściwym kątem

Zgoda, tylko chodziło mi o to, że standardowy EMH będzie taką trochę chodzącą encyklopedią, papugą nauczoną wyrazów o sztuce, nie wiem jak by to było w realnym świecie, ale w realiach ST ograniczoną jak V'Ger (a nawet bardziej - on świadomy był, acz niezdolny wyjść poza logikę) - wiedzącą* tyle co jej wgrano i potrafiącą to wykorzystać, ale - z braku lepszego słowa - nie czującą tego**. Dopiero program zdolny uczyć się metodą prób i błędów, weryfikować wgraną wiedzę, stanie się prawdziwym lekarzem, nie automatem medycznym (przy czym zgadzam się, że - poza sytuacją znaną z VOY - nie było potrzeby, by holo-doktorom na to pozwolić***).

* Przy czym to słówko to - w mojej interpretacji - podobna przesadzona antropomorfizacja, jak powiedzenie, że budzik wie, kiedy ma zadzwonić...

** Podobnie, mam wrażenie jest z ludzkimi zachowaniami mniej rozwiniętych holoprogramów (głównie rozrywkowych, rzecz jasna)... Po prostu mają je wgrane, ale nie idzie za tą formą realna treść...

*** Mam więc wrażenie, że Janeway chciała mieć po prostu pełnosprawnego lekarza, zdolnego stawić czoła nieznanym chorobom nowego Kwadrantu, a w praktyce, nolens volens, uzyskała rozumną istotę w miejsce automatu... (Przy czym, ponieważ nie chcę zakładać scenariusza z niewolnictwem, mam wrażenie, że przekroczenie przez system pokładowego EMH Voyagera progu samoświadomości zajęło kilka lat jego autoewolucji... Co można ocenić po tym, kiedy przestano traktować go jak sprzęt, zaczęto jak pełnosprawnego załoganta... Po drodze był, zresztą, jeszcze etap gdy - poza obszarem kompetencji zawodowej - traktowany był trochę jak uciążliwe dziecko.)

Elaan:
ale i powieściowym dr Georges`em Mordreaux

Ew. niezorientowanym przypomnijmy o kim mowa:
http://memory-beta.wikia.com/wiki/Georges_Mordreau x
Q__
Moderator
#11 - Wysłana: 30 Maj 2016 13:53:22
B. mi się podoba jak STO poprowadziło wątek naszego ulubionego EMH*:

"In 2382, the Doctor sues Starfleet which wants to confiscate the mobile emitter in order to study the device. Based on the "Data-precedent", the Doctor wins the lawsuit as he is considered a sentient being and the loss of the emitter would greatly decrease his quality of life. The following year, the case is re-opened, as the Data-precedent merely clarifies the Doctor not to be Starfleet's property, without implications for him being sentient or not. Around the same time, the Soong Foundation, which is dedicated to promote the rights of artificial lifeforms, announces its plans of creating their own line of mobile emitters.
In 2389, the Soong Foundation is defending the Doctor. In the hopes of eventually freeing the 600 other EMH Mark Is working in dilithium mines, his lawsuit is expanded to encompass all sentient artificial lifeforms in the Federation. Five years later, the lawsuit is finally concluded, with the Judge Advocate ruling that the Doctor is indeed a sentient being and has the right to choose how he wants to live. None of the other EMHs are freed yet, though.
With the mobile emitter being his approved property, the Doctor accepted a commission as a Lieutenant Commander in Starfleet and took the post of Chief Medical Officer at the research facility on Galor IV in 2395. Here, he also cooperated with the Starfleet Corps of Engineers, who were allowed to study the mobile emitter."

http://sto.gamepedia.com/The_Doctor

* Choćby z tej przyczyny, że pokazuje jego wyjątkowość, sugerując zarazem, że proces ten się na nim nie skończy...

A Wam?

ps. Komandor porucznik o imieniu The Doctor? Nieźle. Choć są i linie czasu, gdzie admirałem został:
http://memory-beta.wikia.com/wiki/The_Doctor
Evelin Siv
Użytkownik
#12 - Wysłana: 30 Maj 2016 16:47:31
Q__:
poniekąd lemowskie "Ananke" się kłania.

To było w "Pilocie Pirxie" prawda? Pamiętam...to było świetne opowiadanie

A tak w ogóle pamiętam, że stworzyłam kiedyś temat o hologramach i ich inteligencji, kiedy stają się żywą istotą. Pamiętam, bo niewiele było moich topiców, a ten mi się udał. A że znów oglądam VOY to mi się tym bardziej przytomniało .
Q__
Moderator
#13 - Wysłana: 30 Maj 2016 18:16:21
Evelin Siv

Evelin Siv:
To było w "Pilocie Pirxie" prawda?

Tak.

Evelin Siv:
A tak w ogóle pamiętam, że stworzyłam kiedyś temat o hologramach i ich inteligencji, kiedy stają się żywą istotą. Pamiętam, bo niewiele było moich topiców, a ten mi się udał.

Pamiętam, pamiętam, jak mógłbym zapomnieć?
http://www.startrek.pl/forum/index.php?action=vthr ead&forum=8&topic=2969
 
USS Phoenix forum / Treknologia / LMH, EMH mark 2 - dlaczego holoprogramy są aroganckie?

 
Wygenerowane przez miniBB®


© Copyright 2001-2009 by USS Phoenix Team.   Dołącz sidebar Mozilli.   Konfiguruj wygląd.
Część materiałów na tej stronie pochodzi z oryginalnego serwisu USS Solaris za wiedzą i zgodą autorów.
Star Trek, Star Trek The Next Generation, Deep Space Nine, Voyager oraz Enterprise to zastrzeżone znaki towarowe Paramount Pictures.

Pobierz Firefoksa!