USS Phoenix
Logo
USS Phoenix forum / Treknologia / ST, SW, Biocosmosis - bitwy i zwrotność statków w przestrzeni kosmicznej
 Strona:  1  2  »» 
Autor Wiadomość
Doctor_Who
Użytkownik
#1 - Wysłana: 22 Gru 2008 11:40:39
Odpowiedz 
Ponieważ ostatnio los mnie zetknął z ''Magazynem Fantastycznym'' (szczegóły dla wtajemniczonych), spotkałem się z dość ciekawym tekstem, który się ukaże w najnowszym numerze (chyba powinien być już w kioskach, bo MF wychodzi strasznie nieregularnie). Tekst autorstwa niejakiego Edvina Volinskiego i dotyczy manewrowości walk w kosmosie.

Pozwoliłem sobie zacytować te fragmenty, które dotyczą ST. Sami oceńcie, czy autor słusznie prawi, czy sadzi czyste herezje .

Zacznijmy od tego jak obecnie przeciętny mieszkaniec Ziemi (...) wyobraża sobie bitwy w kosmosie? Otóż od ponad 30 lat kierujemy się schematami jakie wykreowały wspaniałe ekipy ''Gwiezdnych Wojen'' i ''Star Treka''. G. Roddenbaerry (...) dla swojego uniwersum zaadaptował system dawnych bitew morskich. Klasycznie, jak na bezkresnym oceanie, tak i tu statki kosmiczne prowadzą wymianę ognia z dystansu, a w sprzyjających okolicznościach dochodzi do abordażu. Różnica oczywiście polega na wykorzystanej technologii, skali okrętów jak i na specyfice samego środowiska przestrzeni kosmicznej (...).

Prawdziwa rewolucja nadeszła, gdy Lucas dla swojego świata wykorzystał system nowocześniejszy i zdecydowanie bardziej dynamiczny. Za wzorzec posłużyły bitwy morskie II WŚ, z naciskiem na pojedynki ówczesnych myśliwców, tzw. dogfight. Samoloty, które niejednokrotnie decydowały o wyniku potyczki, często bez angażowania własnej floty w walce, okazały się dla bitew morskich przełomem. Ten sukces powtórzyły również gwiezdne myśliwce. Małe i zwinne, dysponujące potężnym uzbrojeniem, stały się (...) prawdziwym utrapieniem dla ociężałych gigantycznych okrętów. Zaadaptowanie realiów walki podniebnej to krok milowy, gdyż swobodnie szybujący w powietrzu myśliwiec wydaje się być bardziej naturalny dla środowiska otwartej przestrzeni niż ''przyklejony'' do powierzchni statek. (...)

Ale czy ta swoboda nie może pójść o krok dalej? Czy rzeczywiście wykorzystano do końca możliwości jakie daje środowisko przestrzeni kosmicznej? (...) A gdyby tak myśliwiec mógł poruszać się we wszystkich kierunkach, a nie tylko do przodu? (...) A przecież w kosmosie taki ruch jest najbardziej możliwy, czy wręcz bardziej naturalny. Gwiezdny myśliwiec nie musi wciąż lecieć do przodu, aby wykorzystując prawa aerodynamiki nie spaść na ziemię. (...)

Wszelkie silniki tworzące ciąg w jednym kierunku (jak gwiezdnowojenny silnik jonowy, czy startrekowy pulsacyjny) są bezużyteczne przy swobodnym ruchu w pełnym 3D. Statek musiałby być ''oblepiony'' dookoła takimi silnikami jak wahadłowiec Atlantis. Przy czym u wahadłowca są to tylko silniki korekcyjne, które nie pozwalają tej maszynie na długi lot (przyspieszony) w bok (...).


I jeszcze link do projektu ''Biocosmosis'', autorstwa wyżej wymienionego pana, w którym realizowane są idee swobodnej walki w kosmosie, o statkach, jednostkach, uzbrojeniu, technologii, napędzie grawip można sobie poczytać tu:

http://www.biocosmosis.com/
Jurgen
Moderator
#2 - Wysłana: 22 Gru 2008 12:33:28
Odpowiedz 
startrekowy pulsacyjny

?

Autor zapomniał chyba o:
a) B5 (Starfury) i
b) pewnym problemie - niech skonstruuje odpowiednio wielkie silniki i założy je na statek w takiej ilści, żeby mogło się to to poruszać w każdej płaszczyźnie: wyjdzie pewnie sześcian Borga.

Zresztą, w ST silniki impulsowe i warp mogą zdaje się ciągnąć i pchać...
Hicek
Użytkownik
#3 - Wysłana: 22 Gru 2008 12:33:54
Odpowiedz 
witam. odnosząc sie do tego artykulu musze sie zgodzic z autorem w kwestii bitew jakie dane nam bylo ogladac w ST czy nawet SG. Zawsze zastanawialo mnie dlaczego fizyka loty statkow w ST wydaje sie byc mocno zblizona do tej ktora obserwujemy w codziennym swiecie. Sa oczywiscie wyjatki, jednak z grubsza zasada jest taka sama-lecimy do przodu. Serialem, ktory w mojej opini zaczal wykorzystywać w pewnym stopniu mozliwosci jakie daje statkom przestrzen kosmiczna byl battlestar galactica. Imponowaly mi wszelakie manewry jakie wykonywaly vipery, a w szczegolnosci zniszczenie w 2 sezonie ressurection ship.
pozdrawiam
Delta
Użytkownik
#4 - Wysłana: 22 Gru 2008 14:25:38 - Edytowany przez: Delta
Odpowiedz 
Doctor_Who
A gdyby tak myśliwiec mógł poruszać się we wszystkich kierunkach, a nie tylko do przodu?

Facet Ameryki nie odkrył. To już od dawna jest w filmach i serialach S-F.

Wszelkie silniki tworzące ciąg w jednym kierunku (jak gwiezdnowojenny silnik jonowy, czy startrekowy pulsacyjny) są bezużyteczne przy swobodnym ruchu w pełnym 3D.

Po pierwsze, silniki w ST nie tworzą ciągu w jednym kierunku. O ile w ogóle tworzą ciąg taki jak w silnikach rakietowych i odrzutowych. Jedynym który to robił na ekranie był chyba Scimitar. Po drugie, zarówno okręty jak i myśliwce wykorzystują wszystkie trzy wymiary. I to dotyczy zarówno ST jak i SW, Babylon 5, Andromedy, BSG.

W ST myśliwców praktycznie nie pokazano (nie licząc NEM i remańskiego myśliwca klasy Scorpion). Tam zastąpiły je wahadłowce i klasa Peregrine.
W pozostałych seriach myśliwce były codziennością i poruszały się w przestrzeni 3D. Także mogły robić zwroty w miejscu i jedynie chyba myśliwce z B5 (Starfury) wykorzystywały do tego odrzut. Podobnie jest z okrętami (wystarczy popatrzeć na Ent-E w NEM, ale także na Galaxy w TNG: Relics czy "Voyagera" albo "Defianta", o Białej Gwieździe z B5 nie wspominając.
reyden
Użytkownik
#5 - Wysłana: 22 Gru 2008 23:36:48
Odpowiedz 
Tia, kolejny jegomość zabierający się za pisanie o czymś o czym nie ma bladego pojęcia .

startrekowy pulsacyjny

W ST takowego silnika nie ma , chyba że chodzi mu o odrzutowy silnik pulsacyjny ( klik ) .

Co innego silnik impulsowy , w teorii jest to napęd bezinercyjny .

W praktyce różnie z tym bywa .

Z reguły przy lotach z prędkością impulsową okręty mogą dowolnie manewrować , obracać się wokół osi itp.

Oczywiście im jednostka mniejsza tym lepiej sobie z tym radzi .

@ Hicek

To ty nie widziałeś co wyprawiąją wspomniane Białe Gwiazdy z B5 , manewrami to biją wszystkie inne okręty na głowę , może tylko Andromeda ma podobne możliwości .

Same myśliwce w B5 też są bardzo zwrotne (Ziemskie Starfury czy Minbari Nial ) .
Doctor_Who
Użytkownik
#6 - Wysłana: 22 Gru 2008 23:47:12
Odpowiedz 
reyden

kolejny jegomość zabierający się za pisanie o czymś o czym nie ma bladego pojęcia

Facet po prostu trochę nagiął fakty i przemilczał co poniektóre rzeczy, aby na tym tle jego pomysły wypadły jak najlepiej. To dość zrozumiałe - nie można być obiektywnym w swojej sprawie (''ja wiem najlepiej jakie to moje dziecko jest mądre i zdolne'' ). W dalszej części artykułu dość ciekawie opisuje swoje projekty statków, zachęcam też do zapoznania się z komiksami z serii ''Biocosmosis'' - mimo wszystko uważam to uniwersum za ciekawe. Żeby była jasność - nie znam pana Edvina osobiście .
Hazral
Użytkownik
#7 - Wysłana: 24 Gru 2008 19:20:51
Odpowiedz 
Niezły komiks (zacna kreska. lubię taką), ale co tam jest poza komiksem? Bo jakoś tak nie łapie I jak to ma się do bitew w kosmosie?
Doctor_Who
Użytkownik
#8 - Wysłana: 24 Gru 2008 21:30:04 - Edytowany przez: Doctor_Who
Odpowiedz 
Hazral

jak to ma się do bitew w kosmosie?

W dalszej części artykułu autor opisuje jednostki ze swojego uniwersum i ich możliwości bojowe - nie wrzucałem całości artykułu, bo raz, że za długi, dwa, że wrzucanie całości trąciłoby lekko piractwem, trzy, że niewiele to ma wspólnego z trekiem (jak będę miał czas, to wrzucę).
Mav
Użytkownik
#9 - Wysłana: 23 Wrz 2014 16:49:44 - Edytowany przez: Mav
Odpowiedz 
Mam takie spostrzeżenie na temat walk kosmicznych w ST. Otóż te z TNG pokazują wyższość intelektualną tego serialu nad późniejszymi, w których liczy się tania, nieprzemyślana efektowność.

Otóż gdy w TNG spotykają się wrogo do siebie nastawione okręty, to dokonuje się analizy taktycznej, po której wiadomo kto wygra i przeżyje, a kogo rozniesie w pył. Dlatego w TNG tak rzadko dochodziło do walk, ponieważ nie musiało do nich dochodzić, bo było wiadomo, kto ma przewagę i to ustawiało pozycje do rozmów. Czasem jakiś desperat atakował pomimo, że szans nie miał, a jak ktoś chciał kogoś zniszczyć to atakował, ale walka trwała kilka, kilkanaście sekund - taki był jasny przekaz w TNG, chwila zabawy i koniec. Przykładem tego jest odcinek Yesterday's Enterprise, w którym doszło do walki i po kilkunastu sekundach jeden Drapieżny Ptak eksplodował, a Galaxy był wrakiem.

Natomiast w DS9, VOY i ENT leją się przy każdej lepszej okazji... i nic z tego nie wynika. Czasem jakiś okręt eksploduję po salwie z fazera, a kiedy indziej strzelają się cały dzień, żeby na końcu pogadać... ENT jest chyba najgorszy w tej kwestii z całej tej trójki.

Pięknym przykładem wyższości TNG jest scena z odcinka The Defector: http://www.youtube.com/watch?v=q66Mk72b2do Enterprise zostaje zwabiony w romulańską pułapkę. Dwa Warbirdy ostrzeliwują go ostrzegawczo (co Picard podkreśla mówiąc, że gdyby chcieli ich zniszczyć to już by ich nie było). Sprawa jest prosta - Galaxy nie ma szans z dwoma Warbrdami, więc nie dochodzi do regularnej walki, tylko zaczyna się rozmowa. A jak okazuje się, że 3 klingońskie Drapieżne Ptaki przychodzą z pomocą, to także nie ma bezsensownej walki, bo już wszystko wiadomo i Romulanie grzecznie odlatują, bo inaczej miałaby miejsce kilkunastu sekundowa wymiana ognia i po krzyku.

Natomiast w DS9, VOY I ENT by się obstrzeliwali, robili uniki i inne pierdoły... Dobrym przykładem jest bezsensowne starcie Defianta z Lakotą: http://www.youtube.com/watch?v=dBmmlHR1Bwg Bezsensowne, bo komputer po analizie taktycznej wyplułby rezultat, więc po co to?

Jeśli chodzi o Voayagera jest to odcinek Message in a Bottle: http://www.youtube.com/watch?v=8hG5kEotbyQ Bezsensowna wymiana ognia między Romulanami a GF. Powinno to wyglądać podobnie do odcinka The Defector, czyli wymiana zdań po ustawieniu pozycji negocjacyjnych wynikających z rezultatów analizy taktycznej albo walka na śmierć i życie, a nie to co ma miejsce, czyli jakaś radosna wymiana ognia i nagle jedna ze stron stwierdza, że jej się znudziło i idzie do domu...

TNG rządzi pod każdym względem!
Q__
Moderator
#10 - Wysłana: 23 Wrz 2014 17:15:39 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Mav

Mav:
Natomiast w DS9, VOY I ENT by się obstrzeliwali, robili uniki i inne pierdoły... Dobrym przykładem jest bezsensowne starcie Defianta z Lakotą: /.../ Bezsensowne, bo komputer po analizie taktycznej wyplułby rezultat, więc po co to?

Jeśli chodzi o Voayagera jest to odcinek Message in a Bottle: /.../ Bezsensowna wymiana ognia między Romulanami a GF.

Co do zasady*, to ja się absolutnie zgadzam, ale przykłady fatalnie dobrane.

Defiant z Lakotą to była nietypowa sytuacja, bo załodze Lakoty wmówiono, że na pokładzie są Zmienni, a Dominium znane już było ze stosowania desperackich, samobójczych ataków, czyli nie pozostawało nic poza walką.

W wypadku sytuacji "Message in a Bottle" miałeś znów lecący w radiowej ciszy naprzeciw jednostkom GF romulański okręt nad którym nikt nie panował (co doskonale widać po rozpaczliwej miotaninie obu EMH), to również nie zostawia pola do rokowań.

Owszem, mogli w obu tych okazjach wpleść w dialogi jakiś element sensownej analizy taktycznej, by pokazać, że sytuacje te poza możliwość jej użycia wykraczają, to by nawet dodało realizmu, ale przebieg wydarzeń byłby i tak z grubsza ten sam.

* znaczy, że
Mav:
TNG rządzi pod każdym względem!

Mav
Użytkownik
#11 - Wysłana: 23 Wrz 2014 18:49:31
Odpowiedz 
Q__:
ale przykłady fatalnie dobrane.

Fatalne? Oj, nie mogę tak tego zostawić Przede wszystkim zwracam uwagę na konsekwentne trzymanie się zasad walk w TNG. To prosta matematyka. Porównujemy siłę fazerów i torped oraz moc osłon i mamy przewidywany wynik konfrontacji, krótkiej konfrontacji. TNG był w tym konsekwentny. Nie ma tam ani jednej przydługiej, bezsensownej walki. Natomiast Lacota walczy z Defiantem conajmniej kilka minut i nic. To walczyli na śmierć i życie, czy się głaskali? Chcieli się zniszczyć i jednocześnie nie chcieli. Fajnie, że się dogadali i nie walili na całego. I nawet dali sobie czas na rozmowy z dowódcami

W przypadku Voyagera to samo. Z 5 minut trwała ta wymiana ognia między dwoma Defiant, Akirą i trzema Warbirdami. Do tego przez większość czasu Prometheus jest ostrzeliwany przez obie strony konfliktu. W pewnym momencie widać, że jeden Defiant gdzieś sobie stoi i nic nie robi, Akira gdzieś tam leci koło Warbirda i nie wiadomo po co. To oni walczą, czy w karty grają? Jakieś tylko nieśmiałe pojedyncze strzały. Na co czekają? Albo idą na konkretną wymianę ognia, albo na piwo, niech się zdecydują. No i ten cudowny atak Prometheusa na końcu niszczący Warbirda, typowa bzdura.

To z czysto technicznego punktu widzenia. A teraz sama fabuła:

Q__:
Defiant z Lakotą to była nietypowa sytuacja, bo załodze Lakoty wmówiono, że na pokładzie są Zmienni, a Dominium znane już było ze stosowania desperackich, samobójczych ataków, czyli nie pozostawało nic poza walką.

Prawda jest taka, że walka tam została wciśnięta na siłę, bo taki styl ma DS9. Wiesz jakby to wyglądało w stylu TNG? Lacota podleciałaby do Defianta i... próbowała by nawiązać połączenie, żeby przedyskutować całą sytuację. No i Defiant by nawiązał połączenie i by pogadali. Pani kapitan kazałaby Worfowi przeprowadzić analizę taktyczną Lacoty, aby przekonał się, że to podrasowana wersja i walka zakończy się zniszczeniem. Worf by powiedział, że się nie podda, a ona, że ich nie przepuści no i by tak ugrzęźli oczekując dalszych rozkazów dowódców. I Sisco z admirałem nie dostaliby komunikatów o walczących okrętach, tylko o celujących do siebie. Byłoby więc napięcie, bo mogłoby dojść do wymiany ognia i zniszczeniu obydwu okrętów GF. Tak by to wyglądało w stylu TNG, w słusznym stylu.

Totalną głupotą jest moment, gdy Lacota strzela do Defianta z fazera i Worf każe ich wywołać, a oni... nie odpowiadają... Defiant do nich nie strzela, chce z nimi pogadać, a po panią kapitan z Lacoty to nie interesuje? Co to ma być? Bzdura! Jaki to ma sens? Idiotka, tyle można o niej powiedzieć, niestety.

Q__:
W wypadku sytuacji "Message in a Bottle" miałeś znów lecący w radiowej ciszy naprzeciw jednostkom GF romulański okręt nad którym nikt nie panował (co doskonale widać po rozpaczliwej miotaninie obu EMH), to również nie zostawia pola do rokowań.

Kabaret dwóch wesołych hologramów - nie chce mi się nic więcej o tym pisać
Q__
Moderator
#12 - Wysłana: 23 Wrz 2014 19:27:37 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Mav

Mav:
Fatalne? Oj, nie mogę tak tego zostawić

A jednak będę uparcie przy tym obstawał, bo mówimy tu o scenach, w ktorych akurat było b. mało miejsca na logiczne kalkulacje, którym poświęciłeś tyle uwagi w swoim poście...

Mav:
TNG był w tym konsekwentny. Nie ma tam ani jednej przydługiej, bezsensownej walki. Natomiast Lacota walczy z Defiantem conajmniej kilka minut i nic. To walczyli na śmierć i życie, czy się głaskali? Chcieli się zniszczyć i jednocześnie nie chcieli. Fajnie, że się dogadali i nie walili na całego. I nawet dali sobie czas na rozmowy z dowódcami

W przypadku Voyagera to samo. Z 5 minut trwała ta wymiana ognia między dwoma Defiant, Akirą i trzema Warbirdami. Do tego przez większość czasu Prometheus jest ostrzeliwany przez obie strony konfliktu. W pewnym momencie widać, że jeden Defiant gdzieś sobie stoi i nic nie robi, Akira gdzieś tam leci koło Warbirda i nie wiadomo po co. To oni walczą, czy w karty grają? Jakieś tylko nieśmiałe pojedyncze strzały. Na co czekają? Albo idą na konkretną wymianę ognia, albo na piwo, niech się zdecydują. No i ten cudowny atak Prometheusa na końcu niszczący Warbirda, typowa bzdura.

To z czysto technicznego punktu widzenia.

Z tą częścią argumentacji akurat nie mogę się nie zgodzić. Walki ery Bermana prowadzone są tak, by grać na emocjach widzów, a nie by mieć taktyczny sens.

Mav:
Prawda jest taka, że walka tam została wciśnięta na siłę, bo taki styl ma DS9. Wiesz jakby to wyglądało w stylu TNG? Lacota podleciałaby do Defianta i... próbowała by nawiązać połączenie, żeby przedyskutować całą sytuację. No i Defiant by nawiązał połączenie i by pogadali. Pani kapitan kazałaby Worfowi przeprowadzić analizę taktyczną Lacoty, aby przekonał się, że to podrasowana wersja i walka zakończy się zniszczeniem. Worf by powiedział, że się nie podda, a ona, że ich nie przepuści no i by tak ugrzęźli oczekując dalszych rozkazów dowódców. I Sisco z admirałem nie dostaliby komunikatów o walczących okrętach, tylko o celujących do siebie. Byłoby więc napięcie, bo mogłoby dojść do wymiany ognia i zniszczeniu obydwu okrętów GF. Tak by to wyglądało w stylu TNG, w słusznym stylu.

Tylko, że Romulanie z TNG to są jednak istoty racjonalne. W przywołanym fragmencie DS9 po jednej stronie mamy załogę Lakoty przekonaną, że grozi jej - i całej Ziemi - powtórka z czegoś takiego:
http://www.youtube.com/watch?v=Dyttwwrbdyk
Po drugiej zaś równie zdesperowaną załogę Defianta. Tak naprawdę nie wiem czy to się miało prawo zakończyć w sposób równie - relatywnie - bezkrwawy jak to, co nam pokazano.

Mav:
Kabaret dwóch wesołych hologramów - nie chce mi się nic więcej o tym pisać

Co im pozostawało poza miotaniną, skoro nad statkiem nie panowały? (Inna sprawa, że załogi GF powinny się zorientować, że coś jest nie tak skoro warbird tak samobójczo leci i na nic nie reaguje. "Polowanie na Czerwony Październik", te sprawy...)
Mav
Użytkownik
#13 - Wysłana: 23 Wrz 2014 23:31:34 - Edytowany przez: Mav
Odpowiedz 
Q__:
A jednak będę uparcie przy tym obstawał, bo mówimy tu o scenach, w ktorych akurat było b. mało miejsca na logiczne kalkulacje, którym poświęciłeś tyle uwagi w swoim poście...

Q__:
W przywołanym fragmencie DS9 po jednej stronie mamy załogę Lakoty przekonaną, że grozi jej - i całej Ziemi - powtórka z czegoś takiego:

Nie zgodzę się z tym. Lakota nie była zdeterminowana w działaniu. Oni nawet nie mieli rozkazu zniszczyć Defianta, tylko zatrzymać, nie pozwalając dolecieć do Ziemi. Nie używali torped kwantowych i na końcu pierwsi wyłączyli broń. Dlatego ta cała akcja to totalny absurd pozbawiony logiki. Skoro nie byli w stu procentach przekonani, że w środku są źli Zmienni i nie chcieli zniszczyć okrętu, to dlaczego dalej atakowali, pomimo tego, że atakowany Defiant nie odpowiadał ogniem przez kilkadziesiąt sekund, starając się nawiązać kontakt?
Q__
Moderator
#14 - Wysłana: 24 Wrz 2014 07:29:19
Odpowiedz 
Mav

Mav:
Nie zgodzę się z tym. Lakota nie była zdeterminowana w działaniu. Oni nawet nie mieli rozkazu zniszczyć Defianta, tylko zatrzymać, nie pozwalając dolecieć do Ziemi. Nie używali torped kwantowych i na końcu pierwsi wyłączyli broń. Dlatego ta cała akcja to totalny absurd pozbawiony logiki. Skoro nie byli w stu procentach przekonani, że w środku są źli Zmienni i nie chcieli zniszczyć okrętu, to dlaczego dalej atakowali, pomimo tego, że atakowany Defiant nie odpowiadał ogniem przez kilkadziesiąt sekund, starając się nawiązać kontakt?

Nie pomyślałeś, że mogli zgłupieć, po prostu? Z jednej strony znali los Odyssey i spodziewali się najgorszego. Z drugiej mieli jednak nawyki oficerów GF złotej ery Picarda i strzelanie do kogoś, kto ich nie atakuje nie mieściło się im w głowach, zwłaszcza, że załoga Defianta nie zachowywała się jak gotowi na wszystko, ogarnięci samobójczym amokiem Zmienni. A w dodatku nie mieli pewności, czy to jednak nie jest jakiś podstęp agentów Dominium...
Mav
Użytkownik
#15 - Wysłana: 24 Wrz 2014 15:41:02 - Edytowany przez: Mav
Odpowiedz 
Q__:
Nie pomyślałeś, że mogli zgłupieć, po prostu? Z jednej strony znali los Odyssey i spodziewali się najgorszego.

A co ma do tego Oddysey, który walczył z trzema okrętami Dominion?

Q__:
Z drugiej mieli jednak nawyki oficerów GF złotej ery Picarda i strzelanie do kogoś, kto ich nie atakuje nie mieściło się im w głowach, zwłaszcza, że załoga Defianta nie zachowywała się jak gotowi na wszystko, ogarnięci samobójczym amokiem Zmienni.

No czyli co im szkodziło odpowiedzieć na wezwanie nieatakującego Defianta? Gdzie logika?

Q__:
A w dodatku nie mieli pewności, czy to jednak nie jest jakiś podstęp agentów Dominium...

Nie mieli PEWNOŚCI, no właśnie. I dlatego powinni dążyć do dialogu, trzymając cały czas rękę na pulsie.
Q__
Moderator
#16 - Wysłana: 24 Wrz 2014 19:43:04 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Mav

Mav:
A co ma do tego Oddysey, który walczył z trzema okrętami Dominion?

Hmm, tego... zniszczenie Odyssey (wiadomo: Galaxy, ta sama klasa co słynny flagowiec Picarda - symbol, ikona, itd.) to był taki Federacyjny - iście profetyczny: dwa statki, jak da samoloty - odpowiednik słynnego 9/11 (czy "jedenastkowej" zagłady Kelvina, co tak znacznie odmieniła linię czasu). Tj. wydarzenie, które - nałożywszy się jeszcze z pyrrusowym zwycięstwem pod Wolf 359 - przeorało świadomość społeczną Fedków (jak? możemy sobie łatwo wyobrazić... w jaki sposób niektórzy reagują od pewnego czasu na cały świat islamski widzimy nawet na forum), wprowadzając lęk, niepokój, poczucie zagrożenia, ale też przypominając boleśnie, że są tacy, z którymi negocjować się nie da, bo nie kalkulują - jak Romulanie w "The Defectorze" - a przeciwnie, chcą przynieść śmierć wrogowi za wszelką cenę, nie licząc się z własnym życiem. Wiadomo było już, że żołnierze Dominium zaliczają się en masse do tej kategorii (a według Leytona to oni mieli być na pokładzie Defianta).

(Inna rzecz, że Trek - nawet epigoński - jest za mądry, by pokazując zrozumiałe psychologicznie reakcje na zagrożenie ze strony Dominium jednocześnie je gloryfikować. Postawa kapitan Benteen, polegająca na ulegnięciu prostemu podziałowi my/oni i - chwilowemu, na szczęście - ślepemu zapatrzeniu w dowódcę oraz - jak wiemy z całej fabuły - przyjęciu, że należy upodobnić się metodami do nieprzyjaciela, którego się zwalcza, lokuje ją wszak po stronie tych, którzy o mało nie rozpętali wojny domowej i nie zniszczyli, jeśli nie UFP, to przynajmniej jej ideałów. Aczkolwiek pani kapitan zdołała oprzytomnieć nim było za późno.)

Mav:
No czyli co im szkodziło odpowiedzieć na wezwanie nieatakującego Defianta? Gdzie logika?

Mav:
Nie mieli PEWNOŚCI, no właśnie. I dlatego powinni dążyć do dialogu, trzymając cały czas rękę na pulsie.

Nie mieli też powodu zakładać, że Leyton - szanowany admirał, na tyle w dodatku przekonujący, że mało się sam Ben Sisko nie dał mu przekabacić - podał im nieprawdę, a co za tym idzie nie mieli też powodu zakładać, że komunikaty z Defianta nie będą po prostu kłamstwami Zmiennych, o zerowej wartości informacyjnej, bełkotem służącym wyłącznie odwróceniu ich uwagi*.

* Lem się przypomina:

"Tykot czujnika w hełmie stał się tak rzadki, jakby na membranę padały pojedyncze ziarnka piasku. Usłyszawszy niewyraźny głos, pomyślałem, że to baza i wsłuchawszy się weń zdrętwiałem. Z chrypliwego bełkotania doszły mnie najpierw dwa słowa: „Bracie rodzony… rodzony bracie…” Chwila ciszy i znów: „Bracie rodzony… rodzony bracie…”
„Kto mówi?” — chciałem krzyknąć, ale nie ważyłem się. Siedziałem skurczony, czując jak pot występuje mi na czoło, a ten obcy głos znów wypełnił mi hełm. „Chodź, bracie rodzony. Rodzony bracie, chodź do mnie. Zbliż się bez obawy. Nie chcę nic złego, bracie rodzony. Chodź do mnie. Nie będziemy z sobą walczyli. Rodzony bracie, zbliż się. Nie bój się. Nie chcę walczyć. Musimy się zbratać. Tak, bracie rodzony. Pomóż mi. Ja też tobie pomogę, bracie rodzony”. Coś trzasło i ten sam głos, ale całkiem innym tonem, krótko, warkliwie, ostro rzucił: „Złóż broń! Złóż broń! Złóż broń! Rzuć broń, bo cię spalę. Nie próbuj uciekać! Odwróć się tyłem! Podnieś ręce! Obie ręce! Tak! Obie ręce na kark! Stój i nie ruszaj się! Nie ruszaj się! Nie ruszaj się!”
Znów coś chrupnęło i wrócił pierwszy głos, ten sam, ale zająkliwy, słaby: „Bracie rodzony! Zbliż się. Musimy się zbratać! Pomóż mi. Nie będziemy walczyć”. Nie mogłem już wątpić, że gadał ten zewłok. Leżał, jak go rzuciłem, podobny do przetrąconego pająka z rozdartym odwłokiem i splątanymi kończynami, szczerzył puste oczodoły do Słońca, nie poruszał się, ale coś z niego wciąż gadało do mnie w kółko. Piosenka na dwa takty. Na dwie melodie. Najpierw o bracie rodzonym, potem chrapliwe rozkazy. To jego program, pomyślałem. Nic innego. Manekin czy robot, najpierw miał przywabić człowieka, żołnierza, a potem wziąć do niewoli albo zabić. Ruszyć się już nie mógł, i tylko chrobotał w nim ten nie dopalony ostatek programu, wciąż w kółko. Dlaczego jednak przez radio? Gdyby był przeznaczony do walki na Ziemi, mówiłby chyba zwykłym głosem wprost. Nie rozumiałem, do czego było mu radio. Przecież na Księżycu nie mogło być żadnych żywych żołnierzy, a robota by tak nie przywabił. Chyba nie? Jakieś mi to było bez sensu i ładu. Patrzałem na jego poczerniałą czaszkę, na wykręcone i osmalone ręce, ze stopionymi w sople palcami, na rozwarty kadłub, już bez odruchowego współczucia, jak przed chwilą. Raczej nieprzyjaźnie, powiedziałbym, a nie tylko ze wstrętem, chociaż był Bogu ducha winien. Tak został przecież zaprogramowany. Czy można oburzać się moralnie na program odciśnięty w elektrycznych obwodach? Kiedy zaczai znów pleść swoje „bracie rodzony”, odezwałem się do niego, ale nie słyszał mnie. W każdym razie niczym tego nie objawił. Wstałem, a kiedy mój cień padł na jego głowę, urwał w pół słowa. Odstąpiłem na krok, znów się odezwał. A zatem pobudziło go Słońce. Przekonawszy się o tym, rozważyłem, co robić dalej. Z tego manekina-pułapki nie mogło być wiele pociechy. Już nazbyt prymitywne było takie „urządzenie bojowe”. Bodaj i księżycowi zbrojmistrze mieli te długonogie stwory za bezwartościową staroć, jeśli użyli ich dla wypróbowania skutków jądrowego ciosu. Żeby nie mącił mi w głowie wciąż swą trupią śpiewką, a zresztą mówiąc prawdę sam dobrze nie wiem, czy tylko dlatego, zacząłem zbierać z otoczenia co większe kawały gruzu i obrzuciłem nimi najpierw jego czaszkę, a potem i korpus, zupełnie jakbym go chciał pogrzebać."
Q__
Moderator
#17 - Wysłana: 24 Wrz 2014 19:44:57 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
I potem:

"Szedłem prosto na czarne od cienia jak smoła pęknięcie tej skały, podobne do wylotu jaskini. Zmrużyłem oczy. Ktoś w nim stał. Postać prawie ludzka. Niska, pleczysta, w szarozielonkawym skafandrze. Podniosłem od razu rękę, myśląc, że to znów moje odbicie, a barwę skafandra zmienia tylko smuga cienia, ale tamten ani drgnął. Zawahałem się. Może i strach mnie obleciał, a może jakieś przeczucie. Ale przecież byłem tu nie po to, żeby teraz uciekać, a zresztą dokąd właściwie? Poszedłem prosto dalej. Wyglądał zupełnie jak przysadko waty człowiek.
— Halo — usłyszałem jego głos. — Halo… słyszysz mnie?
— Słyszę — odpowiedziałem bez szczególnej ochoty.
— Chodź tu, chodź… ja też mam radio!
Dość idiotycznie to zabrzmiało, ale szedłem ku niemu. Coś wojskowego było w kroju jego skafandra. Na piersi krzyżowały mu się połyskujące matalicznie pasy. Ręce miał puste. Dobre i to, pomyślałem, idąc, ale wciąż wolniej. Wyszedł mi naprzeciw i podniósł ramiona bezpośrednim, serdecznym gestem, jakby ujrzał starego znajomego.
— Witaj, witaj! Daj ci Bóg zdrowia… Jak to dobrze, że przyszedłeś nareszcie! Pogwarzymy sobie… ja z tobą, ty ze mną… pogadamy — jak pokój na świecie zaprowadzić… jak tobie się żyje i mnie…
Mówił to wylewnym, rozedrganym głosem, dziwnie przejmującym, śpiewnym, przeciągając sylaby i szedł ku mnie wytrwale przez ciężki piasek, wciąż trzymając szeroko rozwarte ręce jak do uścisku, a w całej jego postawie, w każdym ruchu było tyle serdeczności, że już sam nie wiedziałem, co mam myśleć o tym spotkaniu. Był już o kilka kroków, ale ciemne szkło jego hełmu błyskało tylko słońcem. Objął mnie, uścisnął i takeśmy stali u szarego stoku wielkiej skały. Usiłowałem zajrzeć mu w twarz. Nawet z odległości dłoni nic nie zobaczyłem, bo szkliwo jego przyłbicy było nieprzezroczyste. Nie żadne szkliwo nawet, raczej maska, pokryta warstewką szkła. Jakże mnie zatem widział?
— Tu u nas dobrze ci będzie, kochany… — powiedział i stuknął swoim hełmem w mój, jakby mnie chciał ucałować z dubeltówki.
— U nas bardzo jest dobrze… my wojny nie chcemy, my dobrotliwi, cisi, sam zobaczysz, kochany… — Mówiąc ostatnie słowa, równocześnie kopnął mnie tak mocno i gwałtownie w goleń, że upadłem jak długi, i runął mi obu kolanami na brzuch. Zobaczyłem wszystkie gwiazdy, całkiem dosłownie, gwiazdy czarnego księżycowego nieba, a mój niedoszły przyjaciel przycisnął mi lewą ręką głowę do ziemi, prawą zerwał z siebie te metalowe pasy, które zwinęły się same w podkowiaste kabłąki. Nie odzywałem się, raczej zdezorientowany, ponieważ, przytwierdzając po kolei moje ręce do gruntu tymi kabłąkami, które wbijał potężnym, niespiesznym ciosem kułaka, mówił jednocześnie dalej:
— Dobrze ci będzie, kochany… my prości, życzliwi, łagodnie nastrojeni, ja cię lubię i ty mnie polubisz, kochany…
— A nie „bracie rodzony?” — spytałem, czując, że nie jestem już w stanie ruszyć ręką ani nogą.
Moje odezwanie bynajmniej nie wytrąciło go z serdeczności.
— Bracie…? — rzekł z zastanowieniem, jakby na próbę smakował jakość tego wyrazu. — Niech ci będzie bracie! Ja dobry i ty dobry! Brat dla brata! Bo my bracia. Prawda?
Wstał ze mnie, szybko i rzeczowo obklepał mi boki uda, domacał się kieszeni, powyjmował z nich cały mój dobytek, płaski pojemnik z narzędziami, licznik Geigera, odpiął mi saperkę, jeszcze raz, już mocniej, pomacał mnie, zwłaszcza pod pachami, potem spróbował wetknąć palce za cholewki butów, a podczas tej starannej rewizji osobistej ani na chwilę nie przestał mówić.
— Bracie rodzony, powiedziałeś. Co? Może tak, a może nie. Czy nas jedna matka rodziła? Ech, matka, matka… Matka to święta istota, bracie. Taka dobra! I ty też dobry jesteś. Bardzo dobry! Broni nie nosisz żadnej. Chytrus, kochany chytrusek… tak sobie spaceruje, grzybki zbiera. Borowików ćma. Las stoi, tylko jakoś go nie widać. Tak, kochany bracie… zaraz ci ulżę, lepiej ci będzie, zobaczysz. My ludzie pokoju, prości, do nas świat należy.
Tymczasem zdjął już z barów rodzaj płaskiego tornistra i rozwarł go. Błysnęły jakieś kończyste instrumenty. Wziął jeden, zważył w garści, odłożył, wyjął drugi, rodzaj potężnych nożyc, podobnych do dźwigniowych, jakimi żołnierze podczas ataku rozcinają zwoje kolczastego drutu, zwrócił się w moją stronę, ostrza zaświeciły w Słońcu, okrakiem siadł mi na brzuchu, podniósł to narzędzie ze słowami „Daj Bóg zdrowia”, wbił w moją pierś jednym zamachem. Zabolało, chociaż nie bardzo. Widać mój zdalnik miał dławiki przykrych doznań. Nie wątpiłem już, że serdeczny księżycowy druh rozpruje mnie jak rybę, i właściwie winienem był już wrócić na pokład, pozostawiając mu truchło do rozszarpania, ale byłem tak zafascynowany kontrastem między słowami i czynami, że leżałem jak w znieczuleniu.
— Dlaczego nic nie mówisz? — spytał, tnąc już z ostrym, chrupkim odgłosem wierzchnią warstwę mego skafandra. Nożyce miał pierwszorzędne, z jakiejś niesamowicie twardej stali.
— Powiedzieć coś? — spytałem.
— Ano powiedz!
— Hiena.
— Co?
— Szakal.
— Obrazić mnie chcesz, druha? Nieładnie. Ty mój wróg! Ty zdradziecki. Ty umyślnie tu bez broni przyszedłeś, żeby mnie zatumanić. Ja tobie życzyłem dobrze, ale wroga należy zbadać. Obowiązek taki mam. Takie prawo. Zaatakowany zostałem. Bez wypowiedzenia wojny wdarłeś się na naszą ziemię świętą! Sameś sobie winien. „Bracie rodzony”. Psu jesteś brat! Ty gorszy od psa, a za hienę i szakala popamiętasz mnie, ale niedługo. Pamięć ci zaraz z życiem minie.
Jakoż ostatnie złącza piersiowych pokryw puściły i zaczai podważać i wyłamywać na boki. Zajrzał mi do środka i znieruchomiał.
— Ciekawe urządzeńka — rzekł wstając. — Fintifluszki rozmaite. Ja prostak, ale uczeni nasi pojmą. Ty poczekaj tu, gdzie będziesz się spieszył? Nie ma pośpiechu teraz. Już ty nasz, przyjacielu!
Grunt zadrgał. Przekręciwszy głowę w bok, ile się dało, zobaczyłem innych takich jak on. Szli równo, w czworoboku, paradnym krokiem, wyrzucając wysoko nogi jak na defiladzie. Łomotali tak w tym marszu paradnym, aż się kurz wzbijał.
Mój oprawca szykował się pewno do raportu, bo stanął na baczność.
— Tichy, odezwij się, gdzie jesteś? — zahuczało mi w uszach. — Fonia już w porządku. Tu Wivitch! Baza! Słyszysz mnie?
— Słyszę! — odparłem.
Strzępy tej rozmowy musiały dojść tamtych, bo z marszu przeszli w bieg.
— Czy wiesz, w jakim sektorze jesteś? — pytał Wivitch.
— Wiem, właśnie się przekonałem. Wzięto mnie do niewoli! Napoczęty jestem!
— Kto? kto! — zaczął Wivitch, ale mój kat zagłuszył dalsze słowa.
— Alarm! — krzyknął. — Ogłaszam alarm! Bierzcie go, zwijajcie się!
— Tichy! — krzyczał z dala Wivitch — nie daj się!!!
Zrozumiałem go. Przekazywanie najnowszej technologii ziemskiej robotom nie leżało w naszym interesie. Nie mogłem ruszyć nawet palcem, ale był na to sposób. Zacisnąłem ze wszech sił szczęki. Usłyszałem trzaśniecie jak przekręcanego kontaktu i zapadłem się w egipską ciemność. Zamiast piachu poczułem pod plecami miękką wyściółkę fotela. Byłem znów na pokładzie."
**

"Pokój na Ziemi"

** przypis do przypisu: Tichy był na zwiadzie techniką zdalnej obecności i dokonał autodestrukcji zdalnika...

Dopiero zachowanie Defianta - który bynajmniej nie zachowywał się jak szarżujący statek pełen samobójców, połączone z komunikatami z Kwatery Głównej rzucającymi cień podejrzeń na prawdomówność Leytona skłoniło kapitan Lakoty, do uznania, ze sprawa nie jest tak oczywista. I to akurat jest w tamtej scenie logiczne.
Mav
Użytkownik
#18 - Wysłana: 30 Wrz 2014 02:40:38
Odpowiedz 
Q__:
Dopiero zachowanie Defianta - który bynajmniej nie zachowywał się jak szarżujący statek pełen samobójców, połączone z komunikatami z Kwatery Głównej rzucającymi cień podejrzeń na prawdomówność Leytona skłoniło kapitan Lakoty, do uznania, ze sprawa nie jest tak oczywista. I to akurat jest w tamtej scenie logiczne.

To tak szczerze, z ręką na sercu przyznaj, że ta scena walki była potrzebna, uzasadniona, w pełni zrozumiała, czy może jednak można było spokojnie jej uniknąć bez uszczerbku na sensie fabularny? I że w TNG - najlepszym Treku, przypominam - by tej walki nie było.
Q__
Moderator
#19 - Wysłana: 30 Wrz 2014 12:16:35 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Mav

Mav:
To tak szczerze, z ręką na sercu przyznaj, że ta scena walki była potrzebna, uzasadniona, w pełni zrozumiała, czy może jednak można było spokojnie jej uniknąć bez uszczerbku na sensie fabularny? I że w TNG - najlepszym Treku, przypominam - by tej walki nie było.

Szczerze? Nie umiem na to jednoznacznie odpowiedzieć... Czyli nie wiem.. Z jednej strony zdaje mi się jednak, że ta walka była potrzebna - pokazywała jak GF reaguje na widmo inwazji Zmiennych, że zagrożenie ze strony Dominium traktowane jest poważnie, a jednocześnie, że Leyton jest naprawdę groźny, że to co robi to nie jest zwykła różnica zdań w kręgach dowódczych GF, a sytuacja o krok od wprowadzenia dyktatury i wybuchu wojny domowej.
Z drugiej... Oczywiście sama scena tej kosmicznej przepychanki mi strasznie zgrzyta, gdy wspomnę jak się toczyło, jak się powinno toczyć walki w ST (mowa oczywiście o początku TMP, lepszej sceny bitewnej w Treku nie ma). I niekoniecznie mam pomysł jak należałoby to rozegrać, by i pojedynek Defianta z Lakotą wyglądał sensownie i znaczenia z poprzedniego akapitu zostały doń doklejone jak trzeba...

Aha: TNG to także "Conspiracy" (odcinek pokrewny nieco "Homefrontowi", zresztą), nie tylko bezkrwawe sielanki...
Mav
Użytkownik
#20 - Wysłana: 30 Wrz 2014 14:23:37
Odpowiedz 
Q__:
Aha: TNG to także "Conspiracy" (odcinek pokrewny nieco "Homefrontowi", zresztą), nie tylko bezkrwawe sielanki...

To już kiedyś ustaliliśmy, że TNG cukierkowy nie jest Ale zdecydowanie jest bardziej wyważony w kwestii walko kosmicznych. Ewidentnie twórcom TNG nie zależało na podbijaniu atrakcyjności odcinków walkami w kosmosie.

Q__:
Oczywiście sama scena tej kosmicznej przepychanki mi strasznie zgrzyta, gdy wspomnę jak się toczyło, jak się powinno toczyć walki w ST (mowa oczywiście o początku TMP, lepszej sceny bitewnej w Treku nie ma). I niekoniecznie mam pomysł jak należałoby to rozegrać, by i pojedynek Defianta z Lakotą wyglądał sensownie

Bo Defiant to jest w sumie taki przerośnięty myśliwiec, którego siła rażenia jest uzyskiwana tylko przy frontalnym ataku. Dlatego jest to kontrowersyjna konstrukcja, bo wymusza takie pajacowanie podczas walki, które do ST mi nie pasuje. Aczkolwiek Defiant mi się jako tako podoba nawet.
Q__
Moderator
#21 - Wysłana: 30 Wrz 2014 14:40:17
Odpowiedz 
Mav

Mav:
Ewidentnie twórcom TNG nie zależało na podbijaniu atrakcyjności odcinków walkami w kosmosie.

Czasem do przesady.

Mav:
Bo Defiant to jest w sumie taki przerośnięty myśliwiec

Raczej prom/runabout .

Mav:
którego siła rażenia jest uzyskiwana tylko przy frontalnym ataku. Dlatego jest to kontrowersyjna konstrukcja, bo wymusza takie pajacowanie podczas walki, które do ST mi nie pasuje.

Zaraz... W tym momencie dowodzisz, że taki sposób walki jest dla Defianta logiczny (choć nie podoba Ci się ze względów estetyczno-klimatycznych).
Mav
Użytkownik
#22 - Wysłana: 30 Wrz 2014 15:00:32
Odpowiedz 
Q__:
Czasem do przesady

To fakt

Q__:
Raczej prom/runabout

Prom z założenia służy raczej to transportu osób i ładunku, a nie do walki

Q__:
Zaraz... W tym momencie dowodzisz, że taki sposób walki jest dla Defianta logiczny (choć nie podoba Ci się ze względów estetyczno-klimatycznych)

Logiczne dla Defianta, nielogiczne dla Treka
Q__
Moderator
#23 - Wysłana: 3 Paź 2014 08:42:47
Odpowiedz 
Mav

Mav:
Prom z założenia służy raczej to transportu osób i ładunku, a nie do walki

No to w tym momencie będziesz jednak musiał - w skali in universe - uznać Bena Sisko za geniusza, że wymyślił coś, co łamało schemat.

Mav:
Logiczne dla Defianta, nielogiczne dla Treka

Czekaj, czekaj... Sam domagasz się by Trek się rozwijał, a gdy dostajesz nowy - sam twierdzisz, że logiczny - sposób walki (co pokazuje, że mieszkańcy naszego ukochanego universum coś tam sobie kombinują, coś tam wynajdują - choćby nowe taktyki, czyli, że ich świat żyje i do przodu idzie), to wybrzydzasz.
Mav
Użytkownik
#24 - Wysłana: 3 Paź 2014 13:31:32 - Edytowany przez: Mav
Odpowiedz 
Q__:
No to w tym momencie będziesz jednak musiał - w skali in universe - uznać Bena Sisko za geniusza, że wymyślił coś, co łamało schemat

Geniusza? A to on Defianta wymyślił? Pewnie po to, żeby później z satysfakcją mordować ludzi, oj, przeprasza, Maquis

Q__:
Czekaj, czekaj... Sam domagasz się by Trek się rozwijał, a gdy dostajesz nowy - sam twierdzisz, że logiczny - sposób walki (co pokazuje, że mieszkańcy naszego ukochanego universum coś tam sobie kombinują, coś tam wynajdują - choćby nowe taktyki, czyli, że ich świat żyje i do przodu idzie), to wybrzydzasz.

Nie nie! Logiczne dla samego Defianta, no bo ma główne uzbrojenie ulokowane z przodu, ale z punku widzenia Treka jest to głupie rozwiązanie. Szczególnie widoczne jest to u okrętów Federacji, które mają tak rozlokowane uzbrojenie, że z każdej strony mogą razić przeciwnika bez ustawiania się do oddania strzału.

Z punku widzenia prawdziwych walk w kosmosie, także jestem zdania, że okręty wojenne nie będą robić jakiś manewrów, żeby koniecznie ustawić się przodem do przeciwnika. Po prostu będą odpalać pocisku, które same zakręcą w kierunku przeciwnika jeśli to będzie konieczne. A broń taka jak laser, która wymaga linii prostej, będzie ulokowana w takim miejscu, aby mieć jak największe pole rażenia.

Także Defiant jest ładny, może się podobać, ale z logiką kosmicznego pola walki nie ma za dużo wspólnego, nawet w realiach ST
Q__
Moderator
#25 - Wysłana: 3 Paź 2014 15:02:30 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Mav

Mav:
A to on Defianta wymyślił?

"The Search" o tym mówi. Część pierwsza.

Mav:
Pewnie po to, żeby później z satysfakcją mordować ludzi, oj, przeprasza, Maquis

Nie, jako broń - zasadniczo defensywną*, co ciekawe - przeciw Borg. (Inna sprawa, że - w wyniku złośliwości Bermana - okazał się, w FC, bronią rozpaczliwie przeciw Borg nieskuteczną...**)

* w teorii (i to mającej posmak niejakiej hipokryzji), prawdę mówiąc, bo już jego pierwsza misja odbywała się na obcym terenie...

** I tu mógłbyś powiedzieć, że to tyle w sprawie geniuszu Bena, a ja mógłbym to skontrować, że Berman i Ent-D wyjątkowo frajerskim sposobem załatwił...
Mav
Użytkownik
#26 - Wysłana: 3 Paź 2014 23:20:55
Odpowiedz 
Q__:
"The Search" o tym mówi. Część pierwsza.

Średnio mi to pasuje... Ben się powinien stacją zajmować, a nie projektować okręt na boku... W wolnych chwilach sobie przy nim majstrował ? Żeby się zaraz nie okazało, że Picard zaprojektował Galaxy
Q__
Moderator
#27 - Wysłana: 3 Paź 2014 23:24:12 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Mav

Mav:
Średnio mi to pasuje... Ben się powinien stacją zajmować, a nie projektować okręt na boku... W wolnych chwilach sobie przy nim majstrował ?

Zdaje się, ze on to robił zanim objął dowództwo nad stacją.

Mav:
Żeby się zaraz nie okazało, że Picard zaprojektował Galaxy

Wiesz... Jeśli przyjąć wersję nasuwającą się po lekturze "Starplexu" Sawyera, że Q to transhumanistyczny Picard z przyszłości, to może nawet zaprojektował Milky Way Galaxy, kto go tam wie?
Mav
Użytkownik
#28 - Wysłana: 3 Paź 2014 23:32:16
Odpowiedz 
Q__:
Zdaje się, ze on to robił zanim objął dowództwo nad stacją.

Czyli projektował go sobie na USS Saratoga? Jeszcze przed Wolf 359?

Q__:
Wiesz... Jeśli przyjąć wersję nasuwającą się po lekturze "Starplexu" Sawyera, że Q to transhumanistyczny Picard z przyszłości, to może nawet zaprojektował Milky Way Galaxy, kto go tam wie?

I Borga, żeby mógł powstać legedarny "The Best of Both Worlds"
Q__
Moderator
#29 - Wysłana: 3 Paź 2014 23:42:44 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Mav

Mav:
Czyli projektował go sobie na USS Saratoga? Jeszcze przed Wolf 359?

Jak byś powtórzył sobie "Emissary" to byś się gupio nie pytał... Po scenie z bitwy pod Wolf 359 masz tam napis Three Years Later. W czasie tych 3 lat opłakiwał żonę i pracował na Marsie (tak, w Utopia Planitia Fleet Yards), nad Defiantem.

Mav:
I Borga, żeby mógł powstać legedarny "The Best of Both Worlds"

A, NIE! Według popularnej fan-teorii (SF Debris ją lansował) Borg to dzieło Sekcji 31, które wymknęło się spod kontroli (bazował na tym Whedon z Reaversami potem, a może to teoria bazowała na Whedonie?). A Kaśka to agentka Sekcji wysłana potem posprzątać (dlatego poszło jej z nim tak łatwo, wiedziała jak uderzać).
Mav
Użytkownik
#30 - Wysłana: 4 Paź 2014 00:45:30 - Edytowany przez: Mav
Odpowiedz 
Q__:
A, NIE! Według popularnej fan-teorii (SF Debris ją lansował) Borg to dzieło Sekcji 31, które wymknęło się spod kontroli (bazował na tym Whedon z Reaversami potem, a może to teoria bazowała na Whedonie?). A Kaśka to agentka Sekcji wysłana potem posprzątać (dlatego poszło jej z nim tak łatwo, wiedziała jak uderzać).

Wymiękłem Co za teoria, grubymi nićmi szyta

Q__:
Jak byś powtórzył sobie "Emissary" to byś się gupio nie pytał... Po scenie z bitwy pod Wolf 359 masz tam napis Three Years Later. W czasie tych 3 lat opłakiwał żonę i pracował na Marsie (tak, w Utopia Planitia Fleet Yards), nad Defiantem.

No dobra, mój błąd, że "Emissary" w szczegółach nie pamiętam Aczkolwiek nadal mi się to naciągane wydaje... albo ktoś się bawi w czerwone mundury dowódcze, albo idzie na inżyniera/projektanta. A nie, że ktoś jest pierwszym oficerem, a potem w przerwie projektuje sobie super nowoczesny okręt
 Strona:  1  2  »» 
USS Phoenix forum / Treknologia / ST, SW, Biocosmosis - bitwy i zwrotność statków w przestrzeni kosmicznej

Twoja wypowiedź
Styl pogrubiony  Styl pochylony  Obraz Łącza  URL Łącza  :) ;) :-p :-( Więcej emotikon...  Wyłącz emotikony

» Login  » Hasło 
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą tutaj pisać. Zaloguj się przed napisaniem wiadomości albo zarejstruj najpierw.
 
Wygenerowane przez miniBB®


© Copyright 2001-2009 by USS Phoenix Team.   Dołącz sidebar Mozilli.   Konfiguruj wygląd.
Część materiałów na tej stronie pochodzi z oryginalnego serwisu USS Solaris za wiedzą i zgodą autorów.
Star Trek, Star Trek The Next Generation, Deep Space Nine, Voyager oraz Enterprise to zastrzeżone znaki towarowe Paramount Pictures.

Pobierz Firefoksa!