USS Phoenix
Logo
USS Phoenix forum / Star Trek / Mirror-Universe "Sorrows of Empire" - przekład
 Strona:  1  2  »» 
Autor Wiadomość
Eviva
Użytkownik
#1 - Wysłana: 19 Lut 2012 16:55:55
Odpowiedz 
Ku Waszej uciesze....
===========================================================
Cokolwiek się wydarzy
Mamy na to dość odwagi


Nota historyczna
Akcja „Żałoby po Imperium” zaczyna się po tym, jak czwórka członków załogi USS Enterprise trafiła to alternatywnego uniwersum (TOS „Mirror,mirror”) i kończy w 2295 roku, dwa lata po Traktacie z Khitomer, podpisanym przez Zjednoczoną Federację Planet oraz Imperium Klingonu (Star Trek VI: The Undiscovered Country). Wszystkie przedstawione tu wydarzenia zaszły w mirroruniverse.


Każda rewolucja potrzebuje człowieka z wizją.
Kapitan James T. Kirk

Część I.
Sic Semper Tyrannis


Odciąć Kirkowi oddech było łatwiej, niż Spock mógł sobie wyobrazić. Kapitan ISS Enterprise szamotał się w bezlitosnym uścisku swego pierwszego oficera. Pięści Kirka uderzały w tors, żebra i krocze Spocka. Jego palce szarpały ręce Spocka, usiłując rozerwać ich dławiący ucisk. Ramiona Spocka zaciskały się jednak coraz mocniej, nieubłaganie spychając Kirka w śmierć z braku tlenu.
Zabicie tak kompetentnego oficera jak Kirk było w pojęciu Spocka wielką stratą. A wszelka strata, jak zaledwie kilka dni temu przypomniał Spockowi tamten Kirk z alternatywnego uniwersum, jest nielogiczna. Na nieszczęście półwolkański oficer rozumiał już teraz, że jest ona czasem konieczna.
Siły Kirka słabły, ale jego oczy wciąż błyszczały wściekłością. Ostatkiem sił sięgnął po agonizer przy pasie Spocka, po to tylko by stwierdzić, że zniknął. Usunięcie go było poważnym pogwałceniem regulaminu, ale Spock uznał, że byłoby nielogiczne dać się torturować, gdy podjął już ostateczną decyzję. Nie chciał dłużej należeć do terrańskiej kultury, ogarniętej obsesją samoudręczania. Nadszedł czas na zmiany.
Marlena Moreau stała przy wejściu do sypialni, w milczeniu obserwując, jak Spock dusi Kirka na środku kapitańskiej kwatery. W jej spojrzeniu nie było żądzy krwi ani okrucieństwa, które Spock widywał u ludzi. Była smutna, jej twarz wyrażała żal. Jej nocna koszula była delikatna, półprzejrzysta, ale ona sama była twarda niczym stalowa klinga w jedwabnym pokrowcu.
Kirk ciągle walczył. Jeszcze raz Spock pomyślał, jaką wielka stratą będzie jego śmierć, i ponownie powróciły do niego słowa tamtego drugiego kapitana, który skonfrontował go z bezcelowością misji w służbie Imperium. Ten inny Kirk zapewniał o kruchości podstaw imperialnych, wyłożył to krótko i jasno.
- Straty są nielogiczne, Mr Spock – powiedział – Straty sił, istnień, czasu, możliwości. Mówię panu, że pańskie Imperium jest nielogiczne, ponieważ nie może przetrwać. Mówię, że pan jest nielogiczny, godząc się na bycie jego częścią.
I miał bezdyskusyjną rację.
Oczy tutejszego Kirka nabiegły krwią. Kapilary rogówek pękały uwalniając krew do gałek ocznych. Kilka sekund później było już po wszystkim.
Nie było wyboru. Żadnej nadziei na zmianę poglądów i stanowiska kapitana. Jego odpowiednik przynaglił Spocka do szybkiego działania w sprawie przejęcia dowództwa, znalezienia logicznego powodu, by oszczędzić Halkanów i skierować Imperium na właściwe tory. Spock miał nadzieję, że uda mu się osiągnąć swój cel bez wzniecania buntu; nigdy nie pożądał dowodzenia ani nie interesował się polityką. Nauka, mądrość, badania... to zawsze było w centrum jego zainteresowania. Teraz też tak było, ale okoliczności uległy zmianie. Kirk odrzucił rozsądnie sformułowane argumenty Spocka na rzecz okazania litości Halkanom. Nawet gdy Spock udowadniał, że szkoda miasta Halkanów tylko po to, by założyć tam imperialne kopalnie dylitu, kapitan nie zmienił swego osądu. A potem wydał rozkaz, by zniszczyć powierzchnie planety, eksterminować Halkanów i wymazać ich cywilizację z mapy wszechświata. Zaprzeczanie mu byłoby samobójstwem, więc Spock umilkł, podczas gdy Kirk uśmiechał się i chichotał z okrutnym zadowoleniem, patrząc na śmierć planety.
Teraz to Spock zdusił Kirka w swym uścisku, ale nie sprawiło mu to przyjemności. Nie czuł satysfakcji, nie mógł sobie pozwolić na luksus poczucia winy albo żalu. To było po prostu coś, co musiał zrobić.
Puls Kirka zwolnił i wreszcie ustał. Jego oczy zasnuła mgła, wolno wywróciły się w głąb czaszki. Zwiotczał w rękach Spocka, jego ręce opadły bezwładnie. Martwe ciało opadło na kolana pod własnym ciężarem. Nie chcąc przykrych niespodzianek Spock skręcił jeszcze i złamał kark kapitana. Potem pozwolił, by ciało opadło ciężko na podłogę i tam zastygło.
Marlena zrobiła krok naprzód.
- Powinniśmy pozbyć się jego ciała. – rzekła cicho. Bezszelestnie stąpając bosymi stopami podeszła do zwłok Kirka.
- I jego zwolenników... – dodała.
- Zrobimy to – przerwał jej Spock – Pokaż mi urządzenie.
Nie musiał precyzować; ta kobieta była przy nim w hali transportu, gdy ten drugi Kirk powiedział mu o istnieniu tajemniczej broni, mogącej uczynić Spocka „nietykalnym”. Urządzenie, nazywane przez Marlenę „polem Tantala”, było kluczem do szybkiego awansu tutejszego Kirka w Imperialnej Gwiezdnej Flocie.
Marlena zaprowadziła Spocka pod jedną ze ścian, ozdobiona trapeizodalnym panelem. Dotknęła delikatne prawego dolnego rogu trapezu, a potem przeciwległego, a wtedy panel uniósł się bezszelestnie, ukazujac mały ekran, a pod nim rząd kontrolek i przycisków.
- Tak się to włącza – Marlena aktywowała urządzenie jednym lekkim dotknięciem – A to są przyciski kontroli.
- Zademonstruj działanie na ciele kapitana. – polecił jej Spock.
Uważnie obserwował działania dziewczyny, zapamiętując ogólny schemat i domyślając się poszczególnych funkcji. Dotknąwszy kilku guzików Marlena wywołała na ekranie obraz pomieszczenia, w którym stali. Naprowadziła niewielki kursor na lezące bez ruchu ciało i nacisnęła pojedynczy przycisk, położony z dala od innych. Pokój wypełnił błysk światła. Dziewczyna zakryła oczy ręką, a u Spocka zadziałały jego wewnętrzne powieki, chroniąc go przed błyskiem. Z delikatnymi, deltańskimi perfumami Marleny wymieszał się zapach ozonu. Na podłodze nie pozostał żaden ślad po Kirku – ani krwi, ani włosów, ani strzępka odzieży, żadnego znaku morderstwa, które tu popełniono. Usatysfakcjonowany Spock skinął głową Marlenie, która zamknęła aparat.
- Robi wrażenie. – powiedział.
- Tak – odparła – Pozwolił mi go użyć parę razy. Wiem tylko, jak wycelować w jedną osobę, ale mówił, że można go też użyć na inne sposoby, jeśli wie się jak.
- Niewątpliwie.
Komunikator Spocka zapiszczał. Wolkanin wyjął go z kieszeni i otworzył.
- Tu Spock.
- Tu porucznik D’Amato. Statek opanowany, sir.
Jakiś ważny szczegół mignął w myślach Spocka.
- Załatwił pan sprawę z panem Sulu?
- Tak, sir. Jest zneutralizowany. – odparł D’amato.
- Dobra robota, panie D’Amato. Bez odbioru.
Spock zamknął komunikator i wsunął go za swój pas. Przeszedł przez pokój i otworzył panel komunikacyjny.
- Uwaga, wszystkie pokłady. Mówi kapitan Spock. O godzinie 14.26 zastąpiłem kapitana Kirka na stanowisku dowodzenia tym statkiem. Kontynuujemy kurs na Gamma Hydra IV. To wszystko. Bez odbioru.
Zamknął panel i odwrócił się do Marleny.
- Wygląda na to, że okoliczności nam sprzyjają.
- Nie całkiem – odparła – Zeszłej nocy Kirk złożył raport dowództwu Gwiezdnej Floty na temat alternatywnego wszechświata. Nazwał tych ludzi niebezpiecznymi anarchistami... i powiedział, że to pan pomógł przełamać barierę między światami.
Nie była to całkiem niespodziewana nowina, ale tak czy inaczej niepomyślna.
- Czy kapitan mówił, czemu mógłbym zrobić coś takiego?
- Nie. Ale wspomniał o tym, że próbował pan przekonać go do oszczędzenia Halkanów.
Spock skinął głową.
- Byłoby lepiej, gdyby nie było oficjalnych zapisów o istnieniu drugiego wszechświata. Ale nie można cofnąć tego, co już się stało. Musimy działać dalej, nie zwracając uwagi na szczegóły będące poza naszym zasięgiem.
Patrząc w oczy Marleny wiedział już, że jest ona jedyną osobą na tym statku – a może i w tym wszechświecie – której może naprawdę zaufać, ale nawet jej motywy nie były dla niego całkiem przejrzyste... w kazdym razie, jeszcze nie. Jednak jeśli Imperium Terrańskiemu i jego galaktycznym sąsiadom miała zostać oszczędzona dzikość brutalnej zapaści społecznej, po której musiały nastąpić wieki mroku, jakich jeszcze nie było w historii, to on musiał się nauczyć, jak ufać komukolwiek poza samym sobą – i nauczyć innych tego samego.
Przedstawiając sobie wszelkie przyszłe możliwości wiedział, że już skazał samego siebie, ale nie było odwrotu od roboty, którą sobie wyznaczył.
Wielka praca została rozpoczęta.
Q__
Moderator
#2 - Wysłana: 19 Lut 2012 17:48:36
Odpowiedz 
Eviva:
Jednak jeśli Imperium Terrańskiemu i jego galaktycznym sąsiadom miała zostać oszczędzona dzikość brutalnej zapaści społecznej, po której musiały nastąpić wieki mroku, jakich jeszcze nie było w historii

Hari Seldon bis?
Elaan
Użytkownik
#3 - Wysłana: 19 Lut 2012 17:48:44
Odpowiedz 
Eviva:
Przedstawiając sobie wszelkie przyszłe możliwości wiedział, że już skazał samego siebie, ale nie było odwrotu od roboty, którą sobie wyznaczył.

Przypomina mi się cytat z "Diuny" : Wasza nieudolność skazała mnie, Boga-Imperatora na tysiąclecia rozpaczy.

Dobrze, że wrzucasz przekład - będę czekać na kolejne kawałki.

Scena duszenia Kirka na początek, naprawdę robi wrażenie - zimne, logiczne, przemyślane zabójstwo - aż budzi dreszcz.
Eviva
Użytkownik
#4 - Wysłana: 19 Lut 2012 17:58:04
Odpowiedz 
Q__

Tak jakby

Elaan

To na początek. Dalej napięcie będzie rosło.
Eviva
Użytkownik
#5 - Wysłana: 22 Lut 2012 20:24:56
Odpowiedz 
- Gratulacje, kapitanie, - przechodzący młodszy oficer zasalutował Spockowi, który bez pośpiechu oddał salut, nie przerywając drogi do swej nowej kwatery.
Pompa i fanfary nigdy nie były tym, czego Spock pragnął. Uczestniczył w nich czasem ku chwale Imperium, ale na pokładzie statku nie potrzebował żadnej frywolności. Wolał skupić się na swej pracy, na sprawach statku. Wyczuwał nastrój załogi, jednak ludzka chęć świętowania przyjmował ze stoickim spokojem jako coś, co go nie zobowiązuje.
Przejęcie przez niego dowództwa było jednak dopiero drugą sprawa, najgoręcej komentowana na pokładzie Enterprise –załoga plotkowała raczej o wszechświecie równoległym. Główny inżynier Scott, doktor McCoy i porucznik Uhura, chociaż nakazano im zachowanie tajemnicy, czuli się po śmierci Kirka zwolnieni z tego obowiązku. Spock nie próbował uciszyć plotek ani je prostować, nie myślał też wtrącać się w prywatne rozmowy załogi. Prawda wymknęła się spod kontroli, zaprzeczanie jej byłoby bezcelowe. Żyła teraz własnym życiem, a on zdecydował się pozwolić jej na to.
Doszedł do kwatery kapitana, która należała teraz do niego. Drzwi otworzyły się z miękkim syknięciem. Przekroczywszy próg poczuł powiew suchego gorąca i bursztynowe światło, które tak lubił w swej prywatnej kabinie, jako że oddawało w przybliżeniu klimat i światło na jego planecie. Z zadowoleniem zobaczył, że wszystko, co zostało po kapitanie Kirku już usunięto i przyniesiono tu jego własne rzeczy. W drugim końcu pokoju Marlena wieszała właśnie jego wolkańską harfę na ścianie.
Spock wszedł w głąb pokoju, a sensory drzwi zamknęły je za nim. Marlena odwróciła się i złożyła ręce.
- Pomyślałem, że tak będzie ci się podobać. – powiedziała.
- Podoba się – odpowiedział. Nie spodziewał się, że dziewczyna jeszcze tu będzie. Była przez jakiś czas kobietą Kirka, i chociaż sprzyjała sprawie Spocka, nie spodziewał się po niej niczego poza milczącą akceptacją. Wyglądało na to, że z własnej inicjatywy czuwała nad przenoszeniem jego rzeczy.
- Przez ostatnie kilka godzin było do pana parę osobistych wiadomości. – powiedziała, podchodząc do barku z napojami.
- Jedne są od innych kapitanów, inne od admiralicji... jedna nawet od Wielkiego Admirała Gartha.
- Tak – odpowiedział – Już je czytałem.
Marlena otworzyła barek i wyjęła z niego butelkę wolkańskiego porto oraz dwie małe, kwadratowe szklaneczki.
- Bez wątpienia były to gratulacje.
Spojrzała na Spocka, który skinął głowa potakująco, a potem napełniła obie szklanki jasnozielonym trunkiem.
Przyjął drinka, który mu podała. Odruchowo powąchał płyn, a potem ostrożnie posmakował, by wyczuć ewentualny posmak trucizny w jego gorzko-owocowym zapachu. Urażona jego podejrzeniem Marlena skrzywiła się.
- Nie jest zatruty. Ale jeśli ma to pana zadowolić, możemy zamienić się szklankami.
- Nie trzeba. – powiedział Spock i napił się. Dziewczyna uśmiechnęła się.
- Zaufanie?
- Wkalkulowane ryzyko.- jego głos był spokojny i wyważony.
Powoli, z gracją, wyciągnęła rękę i dotknęła palcami jego brody.
- Byłam kobietą kapitana, Spock... Czy nadal nią jestem?
W jakimś ciemnym zakątku jego duszy odezwał się zwierzęcy krzyk ludzkiej połowy. Czuła ona coś do tej kobiety – głód, pożądanie. Zdominowane przez wolkańską dyscyplinę i wiarę w logikę ludzkie pragnienia zostały głęboko pogrzebane, obce mu. Ale współgrały one jakoś z dzikimi żądzami, będącymi dziedzictwem antycznych Wolkan. Jego przodkowie musieli okiełznać te śmiertelnie niebezpieczne furie, by ratować swoją kulturę.
Z własnej woli uniósł rękę i pogłaskał policzek Marleny, a później jej gładkie, ciemne włosy. Były miękkie i pieściły jego palce niczym oddech kochanki. Jej skóra była tak ciepła... Dotknął opuszkami skroni dziewczyny, podczas gdy jej paznokcie przesuwały się powoli po jego gardle.
- Wciąż jesteś kobietą kapitana. – powiedział.
Jej ręka przesunęła się po jego parku, ramieniu, potem przedramieniu, aż dotarła do dłoni, wciąż spoczywającej na jej policzku.
- Gdy byłam dziewczynką, słyszałam opowieści o Wolkanach, którzy potrafią dotknąć umysłu – powiedziała – Czy to prawda?
- Tak – odparł, odkrywając przed nią najpilniej strzeżony sekret swego narodu, umiejętności, z powodu których takie rasy jak Betazoidzi czy Ullianie zostały eksterminowane – Ukrywamy swe umiejętności przed obcymi, a nawiązanie więzi nigdy nie przychodzi łatwo. Zlanie dwóch umysłów, to naprawdę głębokie przeżycie.
Przysunęła się bliżej, nawiązując kontakt wzrokowy i wciąż nie wypuszczając jego ręki.
- Czy obaj uczestnicy wiedzą, co się dzieje?
- Stają się jednością – odpowiedział Spock – Nie ma już sekretów między nimi.
Położywszy wolną rękę na jego skroni Marlena wyszeptała:
- Nie opierałabym się... gdybyś... gdybyś chciał...
Elaan
Użytkownik
#6 - Wysłana: 25 Lut 2012 15:42:45
Odpowiedz 
Eviva:
- Wciąż jesteś kobietą kapitana. – powiedział.

Niedobrze.
Spock powinien znać powiedzenie, że zdradzić nas mogą tylko Ci, którym ufamy.
Eviva
Użytkownik
#7 - Wysłana: 25 Lut 2012 16:25:56
Odpowiedz 
Elaan:
Spock powinien znać powiedzenie, że zdradzić nas mogą tylko Ci, którym ufamy.

Jednak całkowita samotność nie jest nawet dla niego.

================================================== ===

To było subtelne, kuszące i szybkie. Jego palce zmieniły pozycję na jej skroni, rozstawiając się jak nogi pająka, szukając skrzyżowań nerwowych. Marlena zesztywniała i wzięła krótki, ostry oddech. Chociaż powiedziała, że nie będzie się opierać, nie wiedziała, co naprawdę oznacza wolkański mind-meld. Nic nie mogła jej przygotować na takie całkowite odarcie z prywatności, ekspozycję jej wewnętrznego „ja” na czyjąś świadomość. Nawet najlepiej przygotowani opierali się za pierwszym razem.
- Mój umysł do twojego – zaintonował Spock, jego głęboki baryton był jednocześnie miękki i władczy – Nasze myśli się łączą. Wiem to, co ty wiesz. Nasze umysły stają się jednym. Jesteśmy jednością.
Ciemny kwiat jej duszy zakwitł w jego myślach, a zimna struktura jego logiki ogarnęła chaos jej namiętności. Lęki ucichły, wszystkie motywy zostały obnażone, a połączenie ich psychik ukończone.
Lata, dni i chwile falowały razem w połączonym dziedzictwie ich przeszłości. Zimna dezaprobata ojca Spocka, Sareka, stała w ostrym kontraście z ognistą furią ojca Marleny, Francois; lodowa ściana rozdzieliła ojca i syna – wściekła dłoń spoliczkowała młodą dziewczynę, zostawiając piekące smugi.
Podjąłem decyzję, Ojcze.
Przepraszam, tato! Proszę, przestań!

Nieporozumienie zapuściło korzenie, wzrosło, uformowało nieprzekraczalne bariery. Bronią z wyboru Marleny było uwodzenie, Spock wybrał niewzruszoną logikę. Planował z wyprzedzeniem, jak mistrz szachowy przewidywał ruchy przeciwnika na dwa tuziny posunięć wprzód ; ona żyła chwilą, płynęła z falą, nigdy nie myślała o tym, co będzie jutro, bo i co mogłoby być?
Yin i yang zmieszały się razem w ich myślach. Ona, szybka w języku i w czynach, desperacko poszukująca chwil czułości, jednego momentu uczucia, w życiu które nie obiecywało jej niczego poza cierpieniem i samotnością. On, zawsze na uboczu, samotny, pragnący jedynie wiedzy i porządku, ale obserwujący początek osuwania się Imperium w zapaść i chaos.
Jedynym, co dotąd dzielili, było spotkanie ludzi z drugiego uniwersum, przebłysk rzeczywistości tak podobnej do ich własnej i jednocześnie tak bardzo innej. Spock podziwiał ich dyscyplinę, prawość, stabilność. Marlena zapragnęła żyć między ludźmi tak szlachetnymi i współczującymi. Mieszając jej wspomnienia ze swoimi Wolkanin wiedział to, co on podziwiał u przybyszy nie było tym, co podziwiała ona. Połączenie ich punktów widzenia i wspólne działanie mogło uczynić możliwym plan pokojowy, którego oboje pragnęli.
Spock nie zapomniał, że miłosierdzie gości ocaliło jego własne życie, gdy alternatywny doktor McCoy zaryzykował pozostanie w tym wszechświecie po to, by powstrzymać śmiertelny krwotok wewnątrzczaszkowy. Marlena też to widziała przez ekran zabójczego aparatu Kirka. Nie mogła jednak zobaczyć, jak Spock, wstawszy ze stołu, wymusił mind meld z McCoyem, by wydobyć prawdę ze słabego ludzkiego umysłu – i uzyskał wizję świata, który przybysze nazywali domem.
Nie obywało się tam bez konfliktów, ale nie było tam Imperium. Zastąpiła je Federacja, demokratyczne społeczeństwo, nastawione na pokojową eksplorację, koegzystencję ras, przemoc dopuszczające tylko w samoobronie lub w obronie innych. Warto walczyć o takie społeczeństwo.
W każdej rewolucji... jest jeden wizjoner.
Marlena uniosła rękę i dotknęła palcami twarzy Spocka.
- Dzielę twoją wizję.
Mind meld nie pozwala kłamać. Spock wiedział, że dziewczyna mówi prawdę, a ona znała jego myśli i rozumiała je, choć nie pojmowała konsekwencji ich decyzji. Ale jej szczerość była niezaprzeczalna i po raz pierwszy w życiu Spock wiedział, co to jest czuć do kogoś sympatię. Każde z nich właśnie spotkało pierwszą osobę w życiu, której mogło zaufać. Choć oboje wiedzieli, że galaktyka będzie opierać się im i ich planom, nie obawiali się. W tej chwili, w tym miejscu, mieli siebie, byli sobą nawzajem.
Spock rozłączył ich jaźnie. Opierała się temu rozłączeniu, nie chcąc ponownie zostać sama, ciesząc się bez słów ostatnimi chwilami wspólnej intymności. Niełatwo było zostawić jej myśli i wahał się przez chwilę. Potem górę wzięła dyscyplina i delikatnie odjął palce od jej twarzy, zrywając więź psychiczną. Z oczu dziewczyny popłynęły łzy, gdy patrzyła na niego. Jego twarz ponownie stała się maską, nie zdradzającą nowozbudzonych uczuć, które do niej żywił... ale mimo najlepszych chęci dzika część jego natury budziła pierwotne instynkty. Przysunął się bliżej i pocałował ją z namiętnością, do jakiej Wolkanie się nie przyznają poza sakralnym rytuałem Pon farr.
Marlena oddała mu pocałunek, nie z żądzą czy chęcią uwodzenia, ale z oddaniem, uczuciem... z miłością. Choć nigdy nie wyobrażał sobie, że takie może być jego przeznaczenie, poczuł że jest prawie gotowy, by odwzajemnić jej uczucia.
- Co za ironia – pomyślał – Tyle razy ganiłem Sareka za wybranie sobie ludzkiej partnerki i nigdy nie sądziłem, ze powtórzę jego zachowanie.
Objąwszy dziewczynę wiedział już, że nigdy jej nie zostawi, a ona go nie zdradzi. Nie wiedział, czy ich uczucie będzie na tyle silne, by stworzyć fundamenty nowej przyszłości dla ludów Imperium, ale był to jakiś przebłysk nadziei, jedna z iskier, które miały spalić starą cywilizację i wznieść nową z popiołów.
Z miłości do kobiety Spock był gotów wzniecić rewolucję i zniszczyć Imperium.
Elaan
Użytkownik
#8 - Wysłana: 25 Lut 2012 20:25:57
Odpowiedz 
Eviva:
Z miłości do kobiety Spock był gotów wzniecić rewolucję i zniszczyć Imperium.

Podoba mi się ten mirrorowy Spock.
Eviva
Użytkownik
#9 - Wysłana: 25 Lut 2012 20:32:12 - Edytowany przez: Eviva
Odpowiedz 
Elaan:
Podoba mi się ten mirrorowy Spock

Ano mi też, mimo że z brodą, a ja nie lubię zarostu u facetów.
Eviva
Użytkownik
#10 - Wysłana: 27 Lut 2012 17:19:29
Odpowiedz 
Część II.
Nieuniknione zmiany


- Wrota hangaru zabezpieczone. – oznajmił głos komputera Enterprise Stabilizacja ciążenia na pokładzie hangarowym.
Kapitan Spock, doktor Leonard McCoy i nowomianowany pierwszy oficer, komandor Montgomery Scott, szli korytarzem do głównego hangaru statku. Wszyscy byli w galowych mundurach, jak również członkowie korpusu ochrony, pilnujący korytarza. Gdy tylko strażnicy zobaczyli Spocka, wyprostowali się i przyłożyli pięści do piersi, prostując następnie ręce z wyprężonymi palcami. Spock oddał salut.
- Pokład hangarowy dostępny. – zakomunikował głos komputera.
- Na pozycje, panowie. – powiedział Spock z lekkim skinięciem głowy.
Strażnicy weszli na pokład hangarowy, formując szyk prosty od drzwi hangaru do lądowiska, na którym stał prom Galileo. Stali z fazerami przyciśniętymi do piersi, patrząc wszyscy w jednym kierunku. Grupa wolkańskich delegatów zeszła z trapu na pokład Enterprice, który miał ich zawieźć na imperialną konferencję. Miała ona mieć miejsce na planetoidzie zwanej Babel. Na czele delegatów szedł najważniejszy z nich: ambasador Sarek z Vulcana, ojciec Spocka. Jego śladem kroczyła Ziemianka Amanda, żona Sareka, za którą szli młodsi członkowie delegacji. Nieśli ze sobą surowy powiew wolkańskiego świata. Upłynęły już cztery lata, odkąd Spock ostatni raz był w domu i osiemnaście lat, odkąd zamienił ostatnie słowo ze swym ojcem. Można było przewidzieć, że Sarek oprze się wszelkim próbom pojednania, jednak teraz nie mógł przynajmniej unikać spotkania z nim, gdy Spock był kapitanem Enterprise.
W innych okolicznościach Spock mógł uważać konieczność kontaktu z ojcem za niewłaściwą, ale sprawy ułożyły się bardziej pomyślnie i miał zamiar to wykorzystać.
Sarek zatrzymał się przed Spockiem, spojrzał na złotą tunikę kapitana i w milczeniu zerknął na jego insygnia. Potem spojrzał w oczy Spocka i powiedział spokojnie:
- Proszę o pozwolenie wejścia na pokład, kapitanie.
Spock uniósł prawą rękę w wolkańskim pozdrowieniu i poczekał, aż Sarek odwzajemni gest, zanim odpowiedział:
- Udzielam pozwolenia, ambasadorze Sarek – wskazał ruchem głowy na towarzyszących mu oficerów – Nasz lekarz pokładowy, dr McCoy i pierwszy oficer, komandor Scott.
Scott i McCoy złożyli kurtuazyjny ukłon Sarekowi, który odpowiedział w podobny sposób. Zwracając się bardziej do nich niż do Spocka ambasador przedstawił im swych towarzyszy:
- Moi pomocnicy i ta, która jest moją żoną.
Wyciągnął rękę, składając razem palce wskazujący i środkowy. Amanda dołączyła do niego i przyłożyła własne palce do jego. Ich gesty były stoickie i spokojne. Łączył ich rodzaj relacji, który Spock zawsze podziwiał.
- Komandor Scott będzie eskortował pana i pańską żonę do waszych kwarter, ambasadorze – powiedział – Gdy się już rozgościcie, zapraszam na wycieczkę po statku.
- Kapitanie, jestem pewny, że ma pan wiele innych zajęć – odpowiedział Sarek spokojnie jak zawsze – Może któryś z młodszych oficerów będzie mógł nam towarzyszyć.
Wyraźnie nie był zainteresowany bliższymi kontaktami ze Spockiem niż te, które były konieczne, ale protokół dyplomatyczny i wojskowy powstrzymywał go od powiedzenia tego wprost. Spock postanowił skorzystać z przewagi:
- To mój przywilej, panie ambasadorze. Nalegam.
Oczywiście Sarek mógł po prostu odmówić, ale Spock znal jego oddanie formom. Subtelna zmiana rytmu oddechu zasygnalizowała niechętną akceptację nieuniknionego.
- Więc dobrze – powiedział – Moja żona i ja przyjmujemy pana propozycję.
- Ambasadorze. – Spock pożegnał się krótkim skinieniem głowy. Sarek spojrzał na Scotta, który poprowadził jego i jego żonę do turbowindy. Reszta korpusu dyplomatycznego została odeskortowana przez oddział ochrony, który miał ich strzec przed innymi delegatami na konferencję.
McCoy odwrócił się i rzucił sarkastycznie:
- Pana ojciec nie wygląda na szczęśliwego, że pana spotkał, kapitanie.
- Mój ojciec jest Wolkaninem, doktorze. Nie może czuć się szczęśliwy ani nieszczęśliwy.
Doktor potrząsnął głową z niedowierzaniem.
- Może pan tak sobie mówić, jeśli pan chce, sir, ale nie wyglądało na to, żeby ten facet chciał pana jeszcze widzieć. Czysta logika, też coś. Potrafię rozpoznać klątwę, gdy ją widzę. – uniósł kpiąco brwi.
- Być może – odparł Spock – ale jak by nie było, nie będę tolerował przepytywania, zwłaszcza przez kogoś, kto zamęczył własnego ojca na smierć.
McCoy zjeżył się gniewnie na wspomnienie ojca.
- Do diabła, taki miałem rozkaz! Wie pan o tym. Wykonuję rozkazy!
- Oczywiście, doktorze. Tak samo jak my wszyscy.
Elaan
Użytkownik
#11 - Wysłana: 27 Lut 2012 17:48:52 - Edytowany przez: Elaan
Odpowiedz 
Eviva

Wiesz, przeczytałam 2-3 końcowe strony oryginału tej opowieści... i żałuję.
Nie powinno się przedwcześnie znać zakończenia, zwłaszcza takiego.
To zmienia sposób patrzenia na postacie - przynajmniej u mnie.
Choć ciekawość to logiczna funkcja, czasem bywa przekleństwem.
Eviva
Użytkownik
#12 - Wysłana: 27 Lut 2012 18:01:52
Odpowiedz 
Elaan

W przypadku tej książki nawet na pewno.
Eviva
Użytkownik
#13 - Wysłana: 1 Mar 2012 19:12:36
Odpowiedz 
Wycieczka po statku poszła szybko. Spock eskortował swoich rodziców od ich kwatery na mostek, a potem przez laboratoria naukowe i medyczne w głównym hallu. Sarek wyrażał swoją uwagę jedynie krótkimi słowami „Widzę”, „Logiczne” lub „Godne uwagi”, nigdy o nic nie pytając i ukrócając w zarodku każdą rozmowę, w którą Amanda mogłaby wciągnąć Spocka.
Po krótkiej wizycie w laboratorium astrofizyki i w ambulatorium przeszli do głównej maszynowni, sterowanej głównie z mostka przez komandora Scotta. Wciąż był niezadowolony z tego, że musiał oddać swe ukochane silniki w mniej zaufane ręce, ale nic nie mógł na to poradzić. Mniej niż godzinę później wycieczka była skończona i Spock odprowadził rodziców do swojej własnej kwatery. Szedł krok przed nimi, nie skracając dystansu. Gdyby jego ojciec chciał, sam mógłby to łatwo zrobić. Zatrzymawszy się przed drzwiami odwrócił się i powiedział kurtuazyjnie:
- Matko, musze porozmawiac z Sarekiem prywatnie. Proszę, wybacz nam.
- Oczywiście, Spock. – odpowiedziała Amanda i skierowała się do wyjścia. Sarek zatrzymał ją wyciągniętym ramieniem i zmierzył Spocka swymi spokojnymi, ciemnymi oczami.
- Nie, żono. Zostań ze mną
Spock zesztywniał, a jego ton stwardniał.
- Nalegam, ambasadorze. To pilna sprawa.
- Nie mam ci nic do powiedzenia, Spock – rzekł Sarek – Podjąłeś decyzję i musisz żyć z jej konsekwencjami.
Amanda spoglądała na nich, rozdarta.
- Sarek, proszę, słuchaj...
- Zamilcz, Amando – powiedział Sarek spokojnie, ale z mocą. Potem znów spojrzał na syna i kontynuował:
- Mogłeś być przywódcą na Vulcanie, Spock. Kimś silnym i wpływowym. Odrzuciłeś tę perspektywę dla... tego wszystkiego? Krańcowo nielogiczne.
Spock pozostał niewzruszony.
- Nie zgadzam się z tym.
- To naturalne – powiedział ambasador i spróbował wyjść – Pozwól nam przejść. To był długi dzień dla mnie i mojej żony. Powinniśmy odpocząć.
- Ambasadorze – rzekł ostro Spock – Będę mówił, a pan będzie słuchał. Jako kapitan tego statku mam dość władzy, żeby wymusić na panu posłuch i dużo więcej, jeśli będę chciał. Z całym szacunkiem sugeruję mądrzejsze postępowanie i nie zmuszanie mnie do zastosowania bardziej barbarzyńskich praktyk.
Przez kilka sekund Sarek mierzył Spocka wzrokiem. Ten czekał, az jego ojciec rozwazy wszystkie opcje. W końcu Sarek złożył ręce i westchnął:
- Jak pan sobie życzy, kapitanie. Cóż więc jest aż tak ważne?
Spojrzał na Amandę:
- Dołączę do ciebie po skończonej rozmowie.
Amanda skinęła głowa i odeszła. Spock otworzył drzwi i odstąpił w bok, przepuszczając Sareka przodem.

Termostat w kapitańskiej kwaterze był ustawiony na wyższy poziom, a wszystkie ślady ludzkiego dziedzictwa usunięto – ze względu na Sareka. Ambasador usiadł za małym stolikiem, naprzeciwko Spocka, tak że jego twarz pozostawała w cieniu mimo podsufitowego, lekko karmazynowego oświetlenia. Potrząsnął glową.
- Twoja propozycja jest nielogiczna, Spock – powiedział – Została oparta na sentymentalnej iluzji.
- Zapewniam, że nie. – odpowiedział Spock. Uniósł stojący na stole ceramiczny dzbanek z gorącą herbatą i napełnił ich filiżanki – Sam przyznałeś, że podbój Coridan ze względu na ich dylit zajmie wiele czasu, zaangażuje ludzi i będzie wymgać kosztownych badań. Obstawanie za polityka marnotrawstwa jest nielogiczne.
Odstawił dzbanek i spojrzał ojcu w oczy.
- Tymczasem namówienie Coridan na dołączenie do Imperium z ich własnej woli, zwłaszcza jeśli postawimy odpowiednio sformułowane warunki, da Imperium natychmiastowy i pewny zysk, bez takich kosztów własnych.
Sarek napił się herbaty i odstawił filiżankę na stół.
- Nawet jeśli przyjmę twoje argumenty za dobrą monetę, to musisz zrozumieć, że negocjowanie takiego porozumienia z planetą, która możemy po prostu podbić sprawi wrażenie, że Imperium osłabło. Jeśli nasi wrogowie zaczną wierzyć, ze wolimy rozmawiać niż walczyć, nie będą się wahali i uderzą. Przedstawienie takiego modelu postępowania to proszenie się o atak.
- Twój analiza ma słaby punkt.
To oskarżenie wywołało grymas rozdrażnienia na twarzy starszego Wolkanina. Powściągnąwsz emocje zażądał krótko:
- Wyjaśnij to.
- Zgadzam się z tym, że otwarte rozmowy z Coridianem sprowokują Klingonów i Romulan do zastanowienia się nad naszymi motywami. Jednak ich skanery wciąż będą widzieć nasze nietknięte instalacje obronne i siłę naszej floty. Nie zaatakują.
Eviva
Użytkownik
#14 - Wysłana: 4 Mar 2012 18:23:33
Odpowiedz 
Sarek zadumał się, założywszy ręce na piersi.
- Pozostali delegaci nie zgodzą się na ten pomysł.
- Musisz ich więc przekonać. Takie rozwiązanie będzie kosztowało Imperium mniej niż podbój i da znacznie większy zysk.
Spock zauważył lekkie ściągnięcie brwi u swego rozmówcy, później starszy mężczyzna wstał od stołu i przeszedł się z wolna po kabinie. Obserwując go Spock przypomniał sobie wczesną młodość, dorastanie w jego domu na Vulcanie. Ilekroć Sarekowi nie podobało się coś, co robił jego syn, zachowywał się właśnie tak.
- Jak było kiedyś, tak jest i teraz – rzekł wreszcie Sarek, wziąwszy głębszy oddech – Służysz ambicjom ludzi, bez wątpienia jest to skutek twego ludzkiego DNA i wpływu twojej matki. Przejęcie dowodzenia statkiem jedynie dowiodło twego oddania sprawom Terran.
- Czemu zakładasz, że służę ich interesom?
- Dowodzisz terrańskim statkiem – odpowiedział Sarek, ogarniając gestem wszystko dookoła – Prosisz mnie o pomoc w umocnieniu ich potęgi przez zaproszenie Coridian. Jaką konkluzję miałbym wysnuć?
- Usłyszałeś dopiero pierwszą część mojej propozycji.- przerwał mu Spock – Myślę, że dalsza część cię zaintryguje, bo będzie miała wpływ na dalsze status quo.
- Wiem bardzo dobrze, w jaki sposób Terranie je utrzymują. – odpowiedział Sarek. Wiele razy Spock słuchał cierpliwie, jak Sarek wylicza, nie bez goryczy, sposób w jaki ludzie, natychmiast po pierwszym kontakcie z załogą wolkańskiego statku zwiadowczego, schwytali zwiadowców i torturowali ich, by wydobyć sekrety międzygwiezdnej nawigacji. Wkrótce Terranie obrócili wiedzę Wolkan przeciw nim samym, kładąc podwaliny pod swoje gwiezdne imperium.
- Znasz fakty, lecz nie znasz mych przesłanek. – powiedział. Zaczekał, aż Sarek ponownie nie spojrzał na niego z cała dostępna mu uwaga, a potem kontynuował – Umocnienie Imperium nie leży w moich planach. Tak naprawdę, zamierzam coś wręcz przeciwnego.
Ślad emocji przemknął przez twarz Sareka. Może był to strach? Wolno zajął ponownie miejsce za stołem. Łagodniej niż poprzednio zażądał:
- Mów jaśniej, Spock.
- Oto fakty: polityka Imperium jest prowojenna i oparta na ucisku cywilów. Jest też niestabilna i wkrótce czeka ją zapaść.
Sarek ostrożnie skinął głową.
- Być może.
- Dalsze fakty: Mamy około 243 ziemskie lata, nim Imperium Terrańskie straci możliwość obrony zdobytych terytoriów przez zagrożeniem z zewnątrz. Zapaść najprawdopodobniej zniweczy tysiąclecia gromadzenia wiedzy i pociągnie za sobą nastanie mrocznego wieku, jakiego jeszcze nie było w historii lokalnej przestrzeni.
- Rada Wolkańska doszła do takich samych wniosków. Upadek Imperium jest nieunikniony. – zgodził się z nim ojciec.
- Właśnie. Nie da się ocalić Imperium. Można jednak uratować cywilizacje, które są jego składowymi. Mogą przetrwać pod innymi, być może łagodniejszymi rządami.
W głosie Sareka zabrzmiał ostrzejszy ton, niezauważalny dla kogoś, kto nie byłby Wolkaninem, ale wyłapany przez Spocka.
- Mówisz o zdradzie.
- Mówię o nieuniknionych zmianach – Spock uniósł filiżankę ojca ponad blat stołu – Imperium upadnie. A potem stanie się to.
Upuścił filiżankę, która roztrzaskała się na tuziny małych kawałków, rozpryskując herbatę po stole i dywanie.
- Wszystko zostanie stracone. Chyba że...
Podniósł własną filiżankę, otworzył dzbanek i przelał do niego pozostałą herbatę. Potem rzucił filiżankę na blat, gdzie rozprysła się na kawałki. Minęło kilka sekund, nim Sarek zrozumiał punkt widzenia Spocka. Metafora była dostatecznie jasna, by nie potrzebował dodatkowego wyjaśnienia, co symbolizuje pusta filiżanka. Zmiana struktury rządów cywilizacji tworzących imperium, zanim ono upadnie, pozwoli ocalić dziedzictwa pokoleń, gdy zewnętrzna skorupa zostanie strzaskana.
- Mój synu – zaczął, ważąc starannie każde słowo – Spytam cię ze szczerą troską: czy cierpisz na chorobę umysłową?
To było nieoczekiwane pytanie. Spock pokręcił głową.
- Jestem przekonany o swoim zdrowiu, ojcze. Trzeba będzie czasu, by mój plan przyniósł owoce. Muszę utrzymać sojusze i umocnić naszą bazę. Ale to wszystko mogę zrobić – i jeśli chcemy ochronić wolkański dorobek i dziedzictwo przed wymazaniem za te trzysta lat, muszę to zrobić.
Sarek podniósł się od stołu. Przeszedł kilka kroków między odłamkami rozbitych filiżanek.
- Dla dobra naszej dyskusji przyjmijmy, że uda ci się przejąć władzę nad Imperium i utrzymać ją dostatecznie długo, bo popchnąć je do samozniszczenia. Czym chcesz je zastąpić?
- Konstytucjonalną republiką. – odparła Spock. Tak jak się tego spodziewał, Sarekowi nie spodobała się ta wizja.
- Krańcowo nielogiczne. Imperium jest zbyt rozległe, by dało się nim rządzić w taki sposób. Wybuchnie wojna domowa.
- Jako Imperium, tak – zgodził się z nim Spock – Ale jako koalicja niezależnych światów, zjednoczonych dla wspólnego dobra, w większości da sobie radę. Każda planeta byłaby odpowiedzialna za własny rząd i miałaby swój wkład w obronę republiki.
- Szaleństwo. Nigdy nie utrzyma się nad tym kontroli.
- To nieistotne. Gdy każdy ze światów będzie zainteresowany utrzymaniem jedności, nie trzeba się będzie martwić ich lojalnością. W swoim najlepszym interesie pojmą, ze dobro większości jest ważniejsze niż dobro nielicznych – lub jednego.
Starszy Wolkanin zatrzymał się przed automatem żywnościowym i nacisnął kilka guzików, by uzyskać więcej herbaty. Zabrzmiał modulowany dźwięk zza zamkniętego panelu urządzenia.
- Populacja Imperium nie jest nie jest gotowa na samorządność. Po całych stuleciach dyktatorstwa odpowiedzialność w służbie obowiązku publicznego jest dla nich czymś obcym, Odrzucą taka możliwość.
Panel otworzył się, ukazując nowy dzbanek i dwie puste filiżanki na tacy. Sarek wziął tacę i przeniósł na stół.
- A nasi wrogowie wykorzystają chaos, który nastąpi po twoich reformach.
- Nie sugeruję, że zdemontujemy Gwiezdną Flotę. – powiedział Spock. Wstał od stołu.
Jeśli reformy mają się powieść, musimy się strzec obcej interwencji.
Zaprosił gestem ojca, by zajął miejsce. Gdy Sarek usiadł, on sam siadł naprzeciwko niego. Sięgnął po dzbanek i powoli napełnił filiżankę ojca.
- Nie proponuję wszystkich zmian naraz – powiedział – Postęp musi zachodzić stopniowo. Oczywiście gdy nasi rywale przekonają się o moich intencjach, będą gotowi do ataku
Odstawił dzbanek. Sarek pochylił się do przodu i rzekł:
- A wtedy nastąpi katastrofa.
Podniósł dzbanek i bez pośpiechu, odmierzonymi ruchami, napełnił filiżankę Spocka.
- Logicznym jest zakładać, że Imperium nie będzie mogło tego wytrzymać i zostanie zniszczone.
- Rzeczywiście tak jest. – odpowiedział Spock patrząc, jak Sarek odstawia dzbanek. Podniósł filiżankę i napawał się przez chwilę aromatem ziołowego naparu – Jednak pasywność byłaby jeszcze mniej logiczna.
- To prawda. – odparł Sarek. Odetchnął głęboko zapachem swojej herbaty. Obaj napili się w milczeniu i przez następne kilka minut nic nie mówili. Pierwszy przemówił Sarek.
- Z twojej propozycji wyniknie wiele kłopotów. Jednak w obliczu nieuniknionego upadku imperium to, co mówisz, wydaje się najbardziej logicznym rozwiązaniem.
- To wspaniałomyślne z twojej strony.
- Jednak dam ci ostrzeżenie: nawet najbardziej logiczne założenia mogą załamać się w skutek irracjonalnych posunięć polityków, a ludzie są wyjątkowo irracjonalni. Mogą być namiętni, mściwi, czasem nawet lojalni... ale bardziej niż przedstawiciele wszystkich gatunków jakie w życiu poznałem, pragną zabijać i umierać w imię ideologii. Większość innych gatunków walczy o terytoria, znaleziska lub przetrwanie. Jednak Terranie, dużo bardziej niż inni gotowi sa urządzić rzeź miliardów istnień i stracić całe światy dla idei. Wybieranie szlachetniejszego z dwóch rozwiązań nie jest dla nich. W ich własnym interesie należy ich oszukiwać.
Słowa Sareka były mądre i Spock to wiedział.
- Rozumiem twój punkt widzenia – rzekł – Być może moje ludzkie dziedzictwo popycha mnie do tej akcji. To dlatego pokornie proszę cię, abyś został mym politycznym doradcą.
- Będę zaszczycony.
Spock podniósł się od stołu.
- Jest jeszcze jedna ważna sprawa.
Wskazał w stronę sypialni i zawołał:
- Marleno, dołącz do nas.
Sarek wstał, gdy dziewczyna wyłoniła się z cienia. Miała na sobie nocną koszulę, a jej długie, czarne włosy były rozpuszczone. Stanęła przy boku Spocka i delikatnie ścisnęła jego ramię.
- Nie powinieneś mnie budzić – powiedziała – Miałam takie miłe sny.
Spock zignorował jej wyrzut.
- Oto porucznik Marlena Moreau – moja narzeczona – odwróciwszy się do niej, kontynuował – Marleno, to jest ambasador Sarek z Vulcana... mój ojciec.
Dziewczyna przesunęła wzrokiem od Spocka do Sareka i zaczerwieniła się z zażenowania.
- Proszę mi wybaczyć, ambasadorze, nie chciałam... to znaczy, chciałam żeby pierwsze wrażenie było lepsze niż to. Ja... – zamilkła na chwilę, nie mogąc znaleźć właściwych słów. Spock i Sarek czekali, obaj jednakowo uniósłszy jedną brew.
- Jest emocjonalna, prawda? – zauważył Sarek.
- Rzeczywiście. – przyznał Spock.
- Czemu chcesz się z nią ożenić?
Pochyliwszy lekko głowę jego syn udzielił jedynej uczciwej odpowiedzi:
- To się wydaje logiczne.
- Rozumiem – Sarek skinął głowa i ruszył do drzwi – Wypocznij tej nocy, Spock. Porozmawiamy jeszcze przed konferencją.
Spojrzał na Marlenę i niemal niedostrzegalnym ruchem głowy zasygnalizował swą aprobatę.
- Czeka na nas przyszłość. Mamy wiele do roboty.
Elaan
Użytkownik
#15 - Wysłana: 5 Mar 2012 18:14:41
Odpowiedz 
Eviva:
Mogą być namiętni, mściwi, czasem nawet lojalni... ale bardziej niż przedstawiciele wszystkich gatunków jakie w życiu poznałem, pragną zabijać i umierać w imię ideologii. Większość innych gatunków walczy o terytoria, znaleziska lub przetrwanie. Jednak Terranie, dużo bardziej niż inni gotowi sa urządzić rzeź miliardów istnień i stracić całe światy dla idei. Wybieranie szlachetniejszego z dwóch rozwiązań nie jest dla nich.

Gorzkie podsumowanie ludzkiej historii.
Eviva
Użytkownik
#16 - Wysłana: 5 Mar 2012 18:19:57
Odpowiedz 
Elaan

Za to jakie celne!
Dukat
Użytkownik
#17 - Wysłana: 5 Mar 2012 18:23:36
Odpowiedz 
Elaan:
Gorzkie podsumowanie ludzkiej historii.

Czy będzie dużym off topem jak poproszę o trzy przykłady zabijania przez ludzi w imię ideologii, które nie byłoby jednocześnie walką o terytorium, znaleziska (np.surowce) lub przetrwanie?

Z góry dziękuję.
Eviva
Użytkownik
#18 - Wysłana: 5 Mar 2012 18:26:57
Odpowiedz 
Dukat

Palenie czarownic, składanie bóstwom ofiar z ludzi, mordowanie byłych żołnierzy AK.
Dukat
Użytkownik
#19 - Wysłana: 5 Mar 2012 18:30:56
Odpowiedz 
Eviva:
Palenie czarownic

Naprawdę niezłe. Problem w tym, że czarownice palono często ze strachu, a nie ideologii.
Eviva:
składanie bóstwom ofiar z ludzi

Mocny przykład. Celem składających ofiary było jednak uzyskanie jakiś korzyści, w ich mniemaniu to miało działać.
Eviva:
mordowanie byłych żołnierzy AK.

To już słabe, to była walka o opanowanie terytorium.
Eviva
Użytkownik
#20 - Wysłana: 5 Mar 2012 18:34:48 - Edytowany przez: Eviva
Odpowiedz 
Dukat:
czarownice palono często ze strachu, a nie ideologi

A skąd brał się ten strach? Z chorej ideologii.

Dukat:
to była walka o opanowanie terytorium

Nie, bo oni nikomu nie zagrażali, chcieli tylko normalnie żyć. Karano ich za to, że w zakończonej już wojnie walczyli z niewłaściwych pozycji ideologicznych.
Dukat
Użytkownik
#21 - Wysłana: 5 Mar 2012 18:53:55
Odpowiedz 
Eviva:
A skąd brał się ten strach? Z chorej ideologii.

Raczej z przekonania, że czary istnieją i mogą im (lub ich bydłu) zaszkodzić. zresztą do dziś istnieje grupa osób żyjąca z wmawiania innym, że ma magiczną moc.

Eviva:
Nie, bo oni nikomu nie zagrażali, chcieli tylko normalnie żyć. Karano ich za to, że w zakończonej już wojnie walczyli z niewłaściwych pozycji ideologicznych.

A skąd było wiadomo, że nie będzie wkrótce następnej wojny? Taki AK-owiec z punktu widzenia komunistów to dywersant, agent wroga na tyłach.
Elaan
Użytkownik
#22 - Wysłana: 5 Mar 2012 18:55:18
Odpowiedz 
Eviva:
Palenie czarownic, składanie bóstwom ofiar z ludzi, mordowanie byłych żołnierzy AK.

Dodajmy do tego spalenie Jana Husa i Giordano Bruno, wymordowanie katarów, Holocaust, 11 września.
poligon
Użytkownik
#23 - Wysłana: 5 Mar 2012 19:05:42
Odpowiedz 
Dukat:
Raczej z przekonania, że czary istnieją i mogą im (lub ich bydłu) zaszkodzić. zresztą do dziś istnieje grupa osób żyjąca z wmawiania innym, że ma magiczną moc.

To raczej wykanczanie konkurencji. Wiedzma pochodzi od wiedzieć. Plebs moze wierzył w czary dla wyższego kleru to była konkurencja, tylko oni mieli monopol na zjawiska nadprzyrodzone.
Dukat
Użytkownik
#24 - Wysłana: 5 Mar 2012 19:09:47
Odpowiedz 
Elaan:
Dodajmy do tego spalenie Jana Husa i Giordano Bruno

W zasadzie niby tak, ale na pograniczu walki o terytorium.

Elaan:
wymordowanie katarów

Walka o terytorium.

Elaan:
Holocaust

Walka o zasoby i terytorium.

Elaan:
11 września

Walka o terytorium i przetrwanie.
Elaan
Użytkownik
#25 - Wysłana: 5 Mar 2012 19:13:31
Odpowiedz 
poligon:
dla wyższego kleru to była konkurencja, tylko oni mieli monopol na zjawiska nadprzyrodzone.

Jak twierdzą niektórzy historycy, nie chodziło tu o zjawiska nadprzyrodzone, a o zwalczanie średniowiecznej antykoncepcji w imię dogmatów wiary.
Ale zaśmiecamy Evivie temat, więc EOT.
poligon
Użytkownik
#26 - Wysłana: 5 Mar 2012 20:02:55
Odpowiedz 
Elaan:
Jak twierdzą niektórzy historycy, nie chodziło tu o zjawiska nadprzyrodzone, a o zwalczanie średniowiecznej antykoncepcji w imię dogmatów wiary.
Ale zaśmiecamy Evivie temat, więc EOT.

Racja.
Eviva
Użytkownik
#27 - Wysłana: 7 Mar 2012 20:07:55
Odpowiedz 
2268
Część III. Kiedy rozum śpi


Śmierć była blisko: cesarzowa Hoshi Sato II czuła ją. Cienie w jej sypialni wibrowały jej lodowatą obietnicą.
Świece pomrugiwały w katach ozdobnego pokoju. Nad jej łożem snuł się lawendowy dym – andoriański lekarz, doktor th’Nellis, wybrał to kadzidełko spośród swoich paramedykamentów, by zamaskować odór umierającego ciała cesarzowej.
Hoshi II uważała zapach kadzidła za wstrętny, ale ostatecznie dr th’Nellis przedłużał jej życie, nie chciała więc zawstydzać go prośbą o usunięcie pachnidła. Ten thaan o łagodnym głosie spędził większą część ubiegłego dziesięciolecia, nadzorując terapię genową cesarzowej, przeszczepiając jej życiowo ważne organy i przetaczając krew od bezmózgich klonów jej poprzedniczki, oryginalnej cesarzowej Hoshi Sato. Walczył heroicznie o jej życie, ale nic więcej nie mógł już zrobić. Jej ciało było niczym piórko na wietrze. Była słaba jak zimowe słońce i zmęczona niczym samo marzenie o śmierci.
- Jeszcze nie. – pomyślała. Zmuszała się, aby żyć. Miała jeszcze zbyt wiele do powiedzenia.. Uniosła jedyną sprawną rękę.
- Zbliż się, siostro.
Odgłos miękkich kroków strzaskał ciszę. Nastoletnia bliźniaczka cesarzowej, Hoshi Sato III, wyszła z cienia i zbliżyła się do łoża. Młoda dłoń odgarnęła siwe włosy z policzka staruszki – w drugiej dłoni trzymała szklankę pełną wina w kolorze krwi. Dotyk młodej kobiety był ciepły, ale jej fizjonomia pozostawała zimna.
- Jestem. – powiedziała.
- Nie zostało mi wiele czasu. – rzekła cesarzowa, zniżając swój melodyjny głos do suchego szeptu.
Jej sklonowane, młode odbicie odparło bez współczucia:
- Widzę to.
Cesarzowa zebrała resztkę pozostałych jej sił.
- Nigdy nie dałam ci szansy, żebyś mogła mnie poznać.
- Znam twoją reputację.
- Zatem znasz jedynie fikcję – ostry ból w klatce piersiowej przerwał na chwile oddech cesarzowej. Gdy ustał, kontynuowała – Podobnie jak pierwsza cesarzowa Sato, tak i ja chciałam dla Imperium czegoś więcej niż wojna i rzeź. Chciałam, żeby było bezpieczne. Stabilne.
Twarz jej młodego odbicia zniekształcił szyderczy grymas.
- Wybacz, że skoryguję twoją wypowiedź, O Najjaśniejsza, ale wszystko, czego chciała twoja poprzedniczka, było to bezpieczeństwo jej dynastii, a Imperium było na szarym końcu. To dlatego istniejemy: bo ona chciała mieć pewność, że jej Imperium na zawsze będzie miało jej twarz. Jesteśmy niczym innym jak kopiami największego narcyza w historii galaktyki.
- Jesteśmy do niej podobne, ale to nie znaczy, że jesteśmy skazane na życie w jej cieniu. Możemy tworzyć własną historię, siostro.
Przyszła władczyni uśmiechnęła się sardonicznie.
- Ironiczne oświadczenie, szczególnie z twoich ust.
- Rządziłam zgodnie ze swym sumieniem, nie jej.
- Dziwne, bo wasze działania się pokrywają. Jedyna subtelna różnica która zauważyłam, to ta, że ona musiała zdobyć imperium, a ty je odziedziczyłaś.
- Stałam się despotką, ale to nie znaczy, że chciałam nią zostać.
- Niech zgadnę: chciałaś być dyktatorem, wybranym z woli ludu – Hoshi III uniosła ironicznie brwi – jakie to banalne.
Głos władczyni cichł w miarę, jak cesarzowa słabła.
- Miałam nadzieję, że zreformuję Imperium. Powstrzymam je. Skieruję na szlachetniejsze tory.
- Ty jako reformator? Ty, Morderczyni Andorii? Kobieta, która przez całe pokolenia nadawała nowe znaczenie słowu „bezlitosne”?
Cesarzowa westchnęła ciężko i zacisnęła oczy w poczucie gniewu i wstydu.
- Wyznaję, uległam czarowi władzy. Nie mogłam się oprzeć pokusie spełniania swych kaprysów... dogadzania obsesjom... podstawowym pragnieniom. Było tego zbyt wiele i... straciłam samokontrolę.
Młodsza Sato cofnęła się i przybrała podejrzanie miękki ton.
- Po co mi to pani opowiada, O Najjaśniejsza?
- Żebyś mogła uczyć się na moich błędach. Nie mam już sił ani czasu, by skierować Imperium na nowe tory. Ty musisz to zrobić.
Chwyciła rękę młodej kobiety, tak gładka i delikatną, jak jej własna w przeszłości.
- Ty możesz zawrócić Imperium na drogę honoru.
Brwi młodej Hoshi uniosły się z zaskoczenia i rozbawienia.
- Czemu powinnam tego chcieć, O Najjaśniejsza? Całe życie spędziłam, przygotowując się do objęcia władzy. A teraz, w przededniu mojej koronacji, spodziewasz się, ze zrezygnuję z władzy, należnej mi z racji urodzenia? Mam dźwigać ciężar władzy odmawiając sobie jednocześnie tego, co sprawi mi największą radość?
Brutalnie wyrwała rękę z uścisku cesarzowej.
- Czyżbyś na koniec postradała zmysły?
- Nie, w końcu odzyskałam rozum.
Dziewiętnastoletnia Sato rzuciła się do łóżka władczyni. Odsunąwszy jej koronę zbliżyła usta do jej ucha:
- Jesteś pomieszaną staruchą – powiedziała, a jej głos był przesycony pogardą – Honor? Szlachetność? Jęczysz jak tchórz, świeżo zdjęty z klingońskiego mind shiftera, albo jak dziecko w drodze do komory agonii.
W sercu cesarzowej wezbrał żal. Nie było sensu doradzać następczyni, a to znaczyło, że okrutne rządy będą trwały dalej. Ta nowa władczyni była dzieckiem ze świeżym zapasem sił i starymi przywilejami, pokręconym produktem skorumpowanego procesu władzy, pomiotem okrutnej ambicji.
- Zważaj na moje słowa lub nie, ale nie szydź sobie ze mnie, mała – powiedziała i odepchnęła jej rękę – Muszę odpocząć. Odejdź.
- W tej chwili – odparła nastolatka, patrząc jej w oczy. Cesarzowa Sato II wzięła ostatni haust powietrza, przesyconego wonią lawendy. Wiedziała, co teraz nastąpi.
Młoda dziewczyna wzięła poduszkę i przycisnęła ją do twarzy cesarzowej. Ta wstrząsnęła lekko zwiędłymi ramionami. Przez miękką masę poduszki słyszała, jak jej następczyni udaje, że ją uspokaja:
- Ćśśś. Śpij, siostro. Zaraz będzie po wszystkim.
W ciągu kilku sekund wola starej cesarzowej osłabła i znikła, razem z paniką i lękiem. Jej ręce opadły. Chwiejąc się na krawędzi nicości spodziewała się, że zacznie nienawidzić swej morderczyni. Zamiast tego poczuła jedynie wdzięczność – ponieważ w końcu Imperium stawało się nie jej problemem.
Eviva
Użytkownik
#28 - Wysłana: 10 Mar 2012 11:24:26
Odpowiedz 

Część IV.
Ofiarny ogień


Mostek ISS Enterprise był strzaskaną łupiną, połamaną muszla rozbrzmiewającą jękami rannych. Nad głowami obecnych snuł się ciężki, gryzący dym. Główny ekran mienił się na przemian ślepą ciemnością i błyskami wyładowań statycznych.
Kapitan Spock opadł na powrót w fotel dowodzenia i otarł z czoła smugę zielonej krwi.
- Raport o uszkodzeniach. – zażądał.
Porucznik Kevin Riley biedził się chwilę nad wydobyciem informacji z resztek konsoli nawigacyjnej.
- Broń Excalibura wali z pełną mocą, sir. Stracili osłony i napęd warp.
- Straty osobowe?
Komandor Scott spojrzał znad czujników swojej konsoli.
- Dwunastu zabitych, sir, siedemnastu rannych. Komputer M5 Daystroma musiał ulec awarii – powiedział - Patiomkin został zniszczony, a Hood i Lexington są w jeszcze gorszym stanie niż my.
- Analiza?
Scott zmarszczył czoło.
- Jeszcze jedno uderzenie i po nas.
Porucznik Nyota Uhura odkręciła się na fotelu przy konsoli łączności, twarzą do Spocka.
- Kapitanie, komodor Wesley wywołuje Excalibura – zameldowała – Brak odpowiedzi.
- Sternik, manewry unikowe. – nakazał Spock.
Szarpiąc się ze swą konsolą z narastającą frustracją chorąży Sean dePaul odpowiedział:
- Ster nie reaguje, sir, a fazery są przeciążone. Mam uzbroić torpedy fotonowe?
- Torpedy? – zaprotestował Scott – Na tę odległość, przy braku osłon? Zwariował pan?
- Excalibur nawraca. – zameldował Riley.
Spock przewidział podobny rozwój wypadków kilka tygodni wcześniej, gdy Enterprise dostał rozkazy uczestniczenia w grach wojennych, które miały przetestować użyteczność M-5 – ostatniego wynalazku sławnego naukowca, Richarda Daystroma, niezwykle zaawansowanego komputera, mogącego samodzielnie sterować statkiem. Potrafił to robić szybciej i precyzyjniej niż załoga złożona z żywych istot. Test dowiódł okrutnej prawdy. Uzyskawszy kontrolę na jednym ze statków klasy Constitution M-5 zniszczył drugi taki statek i okaleczył trzy inne jednym druzgoczącym atakiem. Czas reakcji i zdolność przewidywania odpowiedzi czterech statków z pełną załogą sprawiał, że stawić mu czoła mógłby chyba tylko jakiś superczłowiek.
Spock podniósł się z fotela i spytał:
- Panie Scott, może pan wejść do naszego komputera bibliotecznego?
- Tak, sir. – odpowiedział Scott, a Spock dołączył do niego przy stacji naukowej.
- Proszę ściągnąć dane z konsol dowodzenia Hooda i Lexingtona. – nakazał.
Wchodząc do banków pamięci Scott powiedział:
- Mamy dostęp do wszystkiego.
Na ekraniku ukazała się seria schematów. Inżynier zerknął pytająco na Spocka.
- Sir... czy robi pan to, o czym myślę?
- Nie mamy możliwości pokonania M-5 zwykłymi metodami – odparł Wolkanin – Sama logika wymaka więc nieortodoksyjnych rozwiązań.
- Ale czemu nie spróbować przejąć konsoli Excalibura?
Wprowadzając kod autoryzacyjny Spock powiedział:
- Ponieważ M-5 bez wątpienia przewidział ten ruch i zmienił prefiks.
- A jeśli kapitan Martinez i komodor Wesley zrobili to samo? – głos pierwszego oficera zniżył się do lękliwego szeptu. Spock uniósł lewą brew i odparł:
- W takim razie, panie Scott, wszyscy jesteśmy martwi.

Komodor Robert Wesley rozpędził ruchem dłoni dym, gryzący go w oczy i warknął kilka rozkazów do swoich załogantów,
- Zgaście ten ogień, do cholery! Horst, oznacz pozycję Excalibura, natychmiast! Pierwszy, powiedz maszynowni, że potrzebny nam warp, i to w tej chwili!
Załoga wyglądała jak pijana – ludzie reagowali na rozkazy jak na zwolnionym filmie. Komodor rzucił się na oficera naukowego, który ocierał właśnie zakrwawioną twarz i potrząsnął nim, póki mężczyzna na niego nie spojrzał.
- Oprzytomniej, Clayton! Napraw czujniki i melduj!
Clayton przytaknął, odwrócił się i zabrał się za sprawdzanie przycisków swej konsoli. Tymczasem Wesley ruszył do konsoli sterów. Zepchnął martwą kobietę z fotela na podłogę i uzbroił główne fazery.
- Nigdy nie powinienem zaufać Daystromowi i jego wariackiej maszynie. – pomyślał gniewnie. Naukowiec od razu wydał mu się mało stabilny, ale jego reputacja geniusza, mającego na wylot wszystkie sekrety obwodów duotronicznych, wydawała się być bardziej wiarygodna od prywatnych opinii Wesleya.
Daystrom zapewnił Wesleya, że M-5 może zniszczyć Enterprise podczas manewrów i że będzie to wyglądało na wypadek, co uspokoi Gwiezdną Flotę i zwolenników Spocka.
Nigdy nie mówił, że jego system multitroniczny będzie próbował też zabić resztę z nas.
Wesley manipulował celownikiem, aż nakierował system obronny statku na ISS Excalibur. Pierwszy oficer, komandor Zeke Dowty, zawołał nagle od konsoli taktycznej:
- Sir! Enterprise zawraca!
- Wywołać ich – rzucił Wesley do oficera łączności. Szczupła Andorianka przełączała gorączkowo przyciski na swej konsoli.
- Nie mamy łączności – rzekła wreszcie, odwracając się do Wesleya.
Ster Lexingtona zajęczał pod rękami komodora, gdy statek przyspieszył, atakując zbliżającego się Excalibura. Clayton krzyknął rozpaczliwie od konsoli naukowej:
- Nasz system autodestrukcji został właśnie uzbrojony!
- To M-5? – spytał Dowty, rzucając się do konsoli dowodzenia.
- Nie – odparł Clayton, sprawdzając odczyty – To Enterprise!
- Silniki przeładowane! – krzyknął Dowty.
- Obyś szczezł, Spock. – pomyślał wściekle Wesley. Wiedział, że jego załodze zajęłoby tylko kilka minut zneutralizowanie uzurpacyjnego przejęcia konsoli przez zmianę prefiksu. Ale gdy patrzył na Excalibura, który leciał wprost na jego statek i na pobliskiego Hooda, wiedział już, że nie będzie miał nawet tyle czasu.

Spock siedział przed głównym monitorem Enterprise i patrzył, jak pozostałe dwa siatki oflankowują Excalibura, rozpoczynając bezsilny wobec jego nietkniętych tarcz ostrzał.
- Teraz. – powiedział. Komandor Scott nacisnął guzik i ekran rozjarzył się eksplozją Lexingtona i Hooda, dokładnie tak, jak Spock to zaprogramował. Gdy blask przygasł, w przestrzeni dryfowały już tylko resztki trzech statków klasy Constitution. Chmura szczątków rozpraszała się powoli w zimnej przestrzeni między gwiazdami.
- Wszystkie pokłady: odwołujemy Czerwony Alarm. – powiedział Spock. Karmazynowe światła przestały migotać.
Kilka chwil później Scott podał Spockowi arkusz z danymi.
- Pan DeSalle mówi, że za dwie godziny będziemy mieli napęd warp, kapitanie.
- Bardzo dobrze, panie Scott. Proszę nadzorować naprawy.
- Tak jest, sir.
Gdy Scott odszedł, Uhura odwróciła swój fotel ku Spockowi.
- Kapitanie, komodor Enwright żąda sprawozdania z manewrów.- spojrzała na ekran – Czy mam mu powiedzieć, że M-5 przegrał?
Spock uniósł znacząco brew.
- M-5 pobił nad trzy do jednego, poruczniku. Trudno powiedzieć o nim, że przegrał.
- Dobrze. Czy mam zatem powiedzieć komodorowi, że M-5 miał usterkę?
- Tak – odparł Spock, choć tak naprawdę ani przez chwilę nie wierzył, by mordercze zapędy superkomputera były choć odrobinę przypadkowe – I może pani dodać, że został spisany na straty.
- Tak jest, sir. – Uhura odwróciła się do swej konsoli i przesłała wiadomość Spocka do dowódcy Bazy Gwiezdnej nr 6, która gościła twórcę tych chorych manewrów.
Spock zetknął palce czubkami i w milczeniu rozważał wydarzenia tego dnia. Wyglądało na to, że przeliczył się w swych rachubach. Pole Tantala nie było wystarczające, żeby zapewnić mu utrzymanie przewagi. Potrzebował sojuszników.
Q__
Moderator
#29 - Wysłana: 10 Mar 2012 13:40:17 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Eviva

Ciekawe nawet wyglądaja rządy naszej poczciwej Hoshi.

Trzeba przyznać, że autor powieści dość ciekawie ją rozwinął jako postać (acz wątek ambitnej władczyni chcącej, by po niej rządziły jej klon znamy z "Królowej zimy" Joan D. Vinge, nie sądzę, by było to przypadkowe podobieństwo).

ps. a sam tytuł... ilekroć go widzę na pierwszej stronie Forum, mam wrażenie, że trafię na historię... z wszechświata SW, choć przecież wiem, jak wyglada prawda
Eviva
Użytkownik
#30 - Wysłana: 10 Mar 2012 17:40:41
Odpowiedz 
Q__:
Ciekawe nawet wyglądaja rządy naszej poczciwej Hoshi.

Mirror-Hoshi daleko do poczciwości

Sato
 Strona:  1  2  »» 
USS Phoenix forum / Star Trek / Mirror-Universe "Sorrows of Empire" - przekład

Twoja wypowiedź
Styl pogrubiony  Styl pochylony  Obraz Łącza  URL Łącza  :) ;) :-p :-( Więcej emotikon...  Wyłącz emotikony

» Login  » Hasło 
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą tutaj pisać. Zaloguj się przed napisaniem wiadomości albo zarejstruj najpierw.
 
Wygenerowane przez miniBB®


© Copyright 2001-2009 by USS Phoenix Team.   Dołącz sidebar Mozilli.   Konfiguruj wygląd.
Część materiałów na tej stronie pochodzi z oryginalnego serwisu USS Solaris za wiedzą i zgodą autorów.
Star Trek, Star Trek The Next Generation, Deep Space Nine, Voyager oraz Enterprise to zastrzeżone znaki towarowe Paramount Pictures.

Pobierz Firefoksa!