USS Phoenix
Logo
USS Phoenix forum / Star Trek XI / "Star Trek 2009" - przekład
 Strona:  ««  1  2  3  4  5  6  7  8  9  10  11  »» 
Autor Wiadomość
Eviva
Użytkownik
#271 - Wysłana: 23 Sty 2012 17:27:11
Odpowiedz 
Ścigana zwierzyna zmieniła nagle kierunek, nie sposób było tego nie zauważyć. Na pokładzie romulańskiego statku zapanowało pandemonium, gdy oficer taktyczny, naukowy i sternik miotali się, by coś zaradzić. W jakoś sposób wolkański statek zdołał uniknąć każdej broni, jaką wymierzono w jego stronę. Zastępca Nero nie martwił się o samo uderzenie - Narada była dość wielka, by je przetrzymać.
Jednak na pokładzie mniejszego statku była najbardziej niestabilna substancja znana w galaktyce. A dwa statki były już zbyt blisko siebie, by uniknąć zderzenia...
Jakaż ulga zapanowała chwilę później, gdy wreszcie jedna dobrze wycelowana torpeda trafiła w wolkański pojazd i dosłownie rozniosła go na strzępy.

Ciśnienie. Wysoka temperatura. Urządzenie na pokładzie małego statku, pozostające dotąd w stazie, pękło pod naporem jednego i drugiego. Wchłonąwszy energię torpedy, która zniszczyła statek, czerwona materia implodowała, tworząc w ciągu kilku nanosekund miniaturową osobliwość, maleńką anomalię w przestrzeni kosmicznej.
Było kwestią czystego szczęścia, że wszystkie osiem planet znalazło się poza jej zasięgiem. Pozostały nietknięte. Niczego nie pochłonęła, chociaż....
- Cała wstecz! - krzyknął Nero, gdy na ekranie okazała się wirująca czerń, głębsza niż otaczająca ją przestrzeń - Zabierz nas stąd, natychmiast! Włączyć napęd warp!
- Napęd włączony, kapitanie - zameldował sternik - Prędkość warp za cztery, trzy.,..
Nagły wstrząs szarpnął Naradą. Członkowie załogi pospadali z foteli. Ich wielki statek został rozpruty wzdłuż całej powłoki, gdy przez jego ogromną konstrukcję przetoczyła się gigantyczna wiązka fazerowa. Członkowie załogi ledwie mieli czas, by wpaść w rozpacz, nim zostali wyssani w próżnię. Jeden wybuch po drugim niszczył komponenty statku, uzbrojenie, silniki. Nero toczył w koło dzikim spojrzeniem, próbując utrzymać się na fotelu, podczas gdy ekrany przekazywały kolejne obrazy zniszczenia.
Zajęta bez reszty pogonią za statkiem Spocka załoga Narady nie zauważyła drugiego statku, ukrytego bezpiecznie w atmosferze Tytana.

Czy byli na pokładzie Enterprise tacy, którzy nie brali udziału w tym, co się działo? Być może byli tacy wśród rannych w ambulatorium, ale nikt inny. Każdy członek załogi, będący na swym stanowisku, całym sobą angażował się w wykonywaną właśnie pracę. Taktyczni koncentrowali ogień na romulańskim statku, podczas gdy sternicy zajęci byli manewrami unikowo-atakującymi. Nigdzie jednak nie było tak gorączkowej atmosfery jak w hali transportu, gdzie maksymalnie skoncentrowany Montgomery Scott kierował dwoma równie trudnymi i równie groźnymi dla życia transportami. Przeprowadzenie ich nie było niemożliwe, ale wystarczająco trudne, żeby wszyscy obecni dobrze się spocili mimo funkcjonującej klimatyzacji.
Na platformie transportera zaczęła materializować się niewyraźna sylwetka. Gdy zaczęła niebezpiecznie migotać, Scott rzucił się do przyrządów i asystujących mu techników.
- Trzymajcie namiar - mruczał w napięciu - Pełna moc... teraz!
W momencie gdy pierwsza postać zaczęła nabierać coraz wyraźniejszych kształtów, na platformie ukazały się dwie inne. Przy głównej konsoli trwała wytężona praca. Dwie pozostałe sylwetki zaczęły się stabilizować. Stojąca z poku Uhura popatrywała z niepokojem na McCoya, który w towarzystwie ekipy sanitariuszy czekał w pełnej gotowości. Mimo zapewnień nowego szefa maszynowni doktor nie był zbyt optymistycznie nastawiony. Jednak jeśli w grę wchodził transporter, nigdy nie był.
Trzy kształty zgęstniały, skonsolidowały się i stały wreszcie czymś więcej niż ulotną nadzieją. Jako pierwszy dał się rozpoznać Spock. Z ust Uhury wyrwał się słaby dźwięk, którego znaczenie McCoy na zawsze zachował dla siebie. Potem dwie następne postacie ustabilizowały sie i dały rozpoznać - Kirk i Pike.
Odzyskawszy pełną kontrolę nad nerwami i mięśniami Kirk zszedł z platformy jako pierwszy i pogratulował inżynierowi:
- Dobre wyczucie czasu - zerknął w lewo - Zaczynam już myśleć, że może pan ściągnąć każdego zewsząd, panie Scott, jeśli tylko ktoś da panu odpowiednie koordynaty.
Inżynier wyprostował się dumnie, jakby odrobinę urósł.
- Nigdy dotąd nie ściągałem dwóch obiektów z dwóch różnych punktów odniesienia na tę samą platformę. Gdy w dodatku oba obiekty są w ruchu. Któregoś dnia wypróbuję tę metodę na mniejszym obiekcie i z większej odległości. Na butelce dobrej, starej whisky dla przykładu.
Kirk wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Mam nadzieję, Scotty, że będziesz miał okazję.
Odwrócił się.
- Kapitanie?
Poważnie osłabiony Pike uległ wreszcie wyczerpaniu. Kirk pochwycił go, nim kapitan osunął się na podłogę. Zespół medyczny ruszył od razu w ich kierunku. Skanując kapitana McCoy jednocześnie wydawał rozkazy starszemu technikowi:
- Będziemy potrzebować stymulatorów neurogenicznych i...- zrobił wielkie oczy, gdy skaner ukazał mu mały, ciemny ksztalt, przywarty ciasno do kręgosłupa kapitana - osłony osierdzia. Przygotujcie go do operacji. Będziemy musieli zszywać, regenerować i usunąć coś w tym samym czasie.
Gdy pozostali ze ściągniętych oficerów ruszyli na mostek, jeden z nich wymienił szybkie spojrzenia z oficerem łączności. Nikt oprócz Kirka tego nie zauważył, a on sam szybko sformułował swoją opinię na temat tego, co to spojrzenie mogło wyrażać. Zachował ją jednak dla siebie.
Dojrzałość przychodzi człowiekowi czasem jak błyskawica, w najmniej spodziewanym momencie.
Elaan
Użytkownik
#272 - Wysłana: 23 Sty 2012 18:47:16
Odpowiedz 
Eviva:
Dojrzałość przychodzi człowiekowi czasem jak błyskawica, w najmniej spodziewanym momencie.

To stwierdzenie dotyczyć ma Kirka, jak mniemam?
Czy aby nie na wyrost?
Eviva
Użytkownik
#273 - Wysłana: 23 Sty 2012 19:08:04
Odpowiedz 
Elaan

Zdecydowanie na wyrost.
Toudi
Użytkownik
#274 - Wysłana: 23 Sty 2012 19:16:25
Odpowiedz 
Gdzie jesteśmy? Kiedy mogę zacząć czytać? ;)
Eviva
Użytkownik
#275 - Wysłana: 23 Sty 2012 19:38:59
Odpowiedz 
Toudi

Jesteśmy prawie przy końcu
crees10
Użytkownik
#276 - Wysłana: 24 Sty 2012 13:09:39
Odpowiedz 
Kurde ale fajny przekład, osobiście czytałem księżkę po niemiecku bo 2 lata temu nie było zbyt wielu innych opcji, za tłumaczenie należy się 5+ BRAWO
Eviva
Użytkownik
#277 - Wysłana: 24 Sty 2012 19:17:20
Odpowiedz 
crees10

Dzięki za komplement Jestem wzruszona
Eviva
Użytkownik
#278 - Wysłana: 25 Sty 2012 17:42:25 - Edytowany przez: Eviva
Odpowiedz 
Na pokładzie Narady sytuacja pogarszała się z minuty na minutę. Załoga, mimo swego poświęcenia i umiejętności, nie była w stanie jej opanować. Nie była to wina personelu. Nawet najlepsza załoga, postawiona w obliczu dwóch niespodziewanych, śmiertelnie groźnych wydarzeń, nie zdołała by sobie poradzić. A na nieszczęście dla Romulan pogarszające się gwałtownie warunki na statku wyraźnie wskazywały, że ich umiejętności nie wystarczą do zapobieżenia tragedii.
Następna salwa z fazerów trafiła w cel, wstrząsając ostro mostkiem. Główne przyrządy oślepły, jedynie niektóre z nich mrugały, usiłując aktywować pomocnicze zabezpieczenia. Na próżno operatorzy próbowali przywrócić ich normalne funkcjonowanie. Po jednej stronie mostka wybuchł pożar. Ogień pożerał nie tylko przyrządy, ale również cenne powietrze.
- Kapitanie! - zawołał oficer łączności - To Enterprise!
- Aktywować wszystkie systemy obronne i podnieść tarcze! - zarządził Nero.
Oficer z trudem utrzymywał się na swym fotelu, próbując pogodzić odczyty konsoli z tym, co wyprawiała Narada.
- Maszynownia daje pełną moc, sir! - odwrócił się do kapitana z wyrazem rozpaczy i zdesperowania - Jeśli wzmocnimy osłony, zostaniemy wessani w czarną dziurę.
Sprawdził odczyty, ukazujące ciągi liczbowe wydajności silników.
- Już teraz z trudem utrzymujemy obecną pozycję.

* * *

Gdy tylko Kirk i Spock znaleźli się na mostku, tymczasowy oficer naukowy odsunął się od konsoli, a Sulu zwolnił fotel kapitański i wrócił na swoje miejsce przy sterach. Chekov zameldował z podnieceniem jeszcze zanim Kirk zajął fotel dowodzenia:
- Kap'tanie, statek wroga traci zasilanie i... opuszcza osłony! - spojrzał na dowódcę - Wszystkie! Są bezbronni.
Wszystkie oczy zwróciły się na Kirka. Teraz nie było już w nich niepewności. Wszyscy nie tyle mieli nadzieję, że Kirk podejmie decyzję, co oczekiwali jej.
Czy ich obecny dowódca każe teraz skoncentrować ogień na romulańskim statku, który spowodował tyle zniszczeń i śmierci? A może....?
- Wywołać ich - Kirk przeciął te spekulacje - Teraz.
Nawiązanie kontaktu trwało dłużej niż zazwyczaj, a gdy na ekranie ukazał się wreszcie obraz, nie był on najlepszej jakości. Przez monitor przebiegały zakłócenia, obraz zniekształcał się, a chwilami niespodziewanie rozdwajał. Dowódca Narady próbował przez chwilę ustabilizować obraz. Mimo wszelkich zakłóceń nie mógł mieć wątpliwości co do tego, kim jest przemawiający z ekranu człowiek.
- Mówi kapitan James T. Kirk z USS Enterprise. Wasz statek jest uszkodzony. Całż waszą energię pochłania bezskuteczna walka z anomalią grawitacyjną. Im bliżej niej się znajdziecie, tym trudniej będzie was stamtąd wyciągnąć i ocalić przynajmniej część załogi. Nie mając pełnego ciągu warp nie zdołacie uniknąć wciągnięcia w anomalię, a nie możecie jej użyć, by uciec - nie macie zdolności manewrowych. Nikt z was nie przeżyje bez pomocy, który my oferujemy.
Załoga spodziewała się po Kirku wszystkiego, ale nie tych właśnie słów. Spock również nie.
- Kapitanie, co pan robi?
- Okazujemy im współczucie. To może być jedyna droga uzyskania trwałego pokoju z Romulusem. To logiczne, Spock. Myślałem, że pana reakcja na moją ofertę będzie pozytywna.
Oficer naukowy ważył swe słowa jeszcze staranniej niż zwykle.
- Kapitanie, oni zniszczyli moją rodzinną planetę. Gdybym był człowiekiem, powiedziałbym teraz "Do cholery z logiką".
Dłuższą wymianę zdań przerwał dowódca Narady. Przycisnąwszy twarz do komunikatora Nero patrzył bez cienia skruchy na swoją ludzką i wolkańską Nemesis.
- Wolałbym raczej cierpieć tysiąckrotnie śmierć Romulusa niż przyjąć pomoc od was!
Tego właśnie Kirk potrzebował. Nie, to było nawet więcej, niż potrzebował. Gdy ktoś zapisze tę historię, nie będzie mógł powiedzieć, że działał bez zastanowienia i wyrozumiałości.
Czuł ulgę.
- Jak chcesz - odwrócił się do Chekova - Wycelować fazery. Walcie w nich wszystkim, co mamy.
Zatoczywszy łuk statek Federacji zionął zmasowaną salwą w kierunku Narady. Osłabiony poprzednimi atakami, pozbawiony deflektorów i ulegający przyciąganiu anomalii statek zaczął się rozpadać pod wpływem nowych wybuchów na kawałki. To, co z niego zostało, wciągnęła utworzona osobliwość. Główny ekran przekazał załodze mostka ostatni, migawkowy obraz dowódcy Romulan, znanego jako Nero: wyzywający, na wpół szalony i w końcu pełen frustracji został podobnie jak jego statek i załoga rozerwany na składniki subatomowe.
Narada, Nero i wszyscy, którzy jeszcze pozostali na pokładzie - zostali podobnie jak zaatakowane przez nich statki i planeta Vulcan unicestwieni.
Nie mając już z czym zwracać się do taktycznego Kirk przeniósł swą uwagę na inna sekcję:
- Kirk do maszynowni - zabierz nas stąd, Scotty!
- Tajest, kapitanie! - padła natychmiastowa odpowiedź. Przez Enterprise przebiegło lekkie drżenie, gdy systemy uzbrojenia i tarcze statku opadły tak, by cała moc została skierowana do silników.
Na ekranie resztki krążownika Narada znikły, zapadając się w głąb miniaturowej czarnej dziury. Siedzący do końca w swym fotelu Nero miał mniej niż sekundę, by wydać ostatni krzyk swego ciała, życia i fanatycznych nadziei, nim definitywnie przestały istnieć.
Na pokładzie Enterprise skierowano całą moc do silników. Na rozkaz głównego inżyniera kryształy dylitu zwiększyły wydajność swych matryc do maksimum. A potem...
Nic. Pozycja statku względem anomalii nie uległa zmianie. Nie dał sie wciągnąć śladem Narady w czarną dziurę, ale też nie oddalił się od niej. Powłoka statku zaczęła wibrować, gdy ogromna grawitacja zagroziła wreszcie przełamaniem jego oporu.
Toudi
Użytkownik
#279 - Wysłana: 25 Sty 2012 17:55:48
Odpowiedz 
Eviva:
Nie dał sie wciągnąć śladem Narady w czarną dziurę, ale też nie oddalił się od nie

chyba nieJ... rozumiem, że to nadal nie koniec? ;)
Eviva
Użytkownik
#280 - Wysłana: 25 Sty 2012 18:18:00
Odpowiedz 
Toudi

Jasne, ze nie. poprawiłam. Czasem zjadam litery
Elaan
Użytkownik
#281 - Wysłana: 25 Sty 2012 19:17:12
Odpowiedz 
Eviva:
Oficer naukowy ważył swe słowa jeszcze staranniej niż zwykle.
- Kapitanie, oni zniszczyli moją rodzinną planetę. Gdybym był człowiekiem, powiedziałbym teraz "Do cholery z logiką".

Czyli jednak wolkańskie emocje i ludzkie pragnienie zemsty?

Eviva:
Gdy ktoś zapisze tę historię, nie będzie mógł powiedzieć, że działał bez zastanowienia i wyrozumiałości.

Więc Nero sam wybrał swój los. Bene. Ale jego załoga...?
Eviva
Użytkownik
#282 - Wysłana: 25 Sty 2012 20:13:18
Odpowiedz 
Elaan

Cóż, jak sama widzisz, mało trekowe to wszystko.
Eviva
Użytkownik
#283 - Wysłana: 27 Sty 2012 19:33:31
Odpowiedz 
Kirk patrzył na główny monitor, na potwora, stworzonego przez implozję czerwonej materii.
- Czemu nie wchodzimy w warp?!
- Jesteśmy w warp! - zameldował Sulu, szarpiąc się z opornym sterem.
- Kapitanie! - rozległ się na mostku głos Scotta z głośnika - Jesteśmy na brzegu studni grawitacyjnej! Pochwyciło nas!
- Maksymalny warp! Odepchnij nas, Scotty!
Z samego środka maszynowni Scotty podniósł głos do krzyku, tak jakby mogło to zmusić silniki do większej wydajności.
- Daję wszystko na co nas stać, kapitanie!
- To nie dosyć! - odkrzyknął Kirk - Co jeszcze mógłbyś zrobić?!
Scott miał wyraźny zamęt w głowie.
- Jeśli odrzucimy rdzeń reaktora, fala uderzeniowa po detonacji może wypchnąć nas na czystą przestrzeń - o ile nas nie zabije. Jeśli to jednak zawiedzie, zostaniemy bez napędu! Wessie nas!
Kirk spojrzał na sternika.
- Panie Sulu, status!
- Utrzymujemy pozycję wobec anomalii, kapitanie, ale nie możemy przełamać ciągu. Jeśli się nie uwolnimy, i to szybko, stracimy pozycję, a wtedy znajdziemy się w grawitacyjnym punkcie bez powrotu.
Kirk nie musiał już słyszeć niczego więcej.
- Zrób to, Scotty! - krzyknął do interkomu - I tak jesteśmy już martwi!
W maszynerii Scott pospiesznie uderzał w przyciski, odblokowując zabezpieczony system, wprowadzając awaryjny kod, który wszyscy główni inżynierowi znali na pamięć od początku studiów, a potem przekręcił jednocześnie dwa świecące przełączniki. Cała maszynownia zatrzęsła się ostro, gdy rdzeń reaktora został wyrzucony na zewnątrz statku.
Wyrzucony z dużą prędkością, aktywny rdzeń eksplodował z tytaniczną siłą tuż przed osobliwością, uwalniając całą energię, skondensowaną w jego wnętrzu. Każdy zakątek systemu słonecznego wypełniło światło, zbyt silne, by na nie patrzeć. Nie towarzyszył mu żaden dźwięk.
Fala uderzeniowa odepchnęła statek w stronę przeciwną eksplozji. Enterprise dysponował obecnie jedynie napędem impulsowym i włączenie go na pełną moc spowodowało pewne perturbacje. Statkiem szarpnęło. Na wielu pokładach nastąpiło załamanie sztucznej grawitacji i wszystko, co nie było przywiązane, uniosło się nagle pod sufit, łącznie z załogantami, którzy nie zdążyli się czegoś chwycić. Gdy grawitacja wróciła, wszystko i wszyscy spadłi na podłogę. Było wiele siniaków i otarć, na całym statku słychać było okrzyki bólu. Prawie wszyscy jakoś ucierpieli, z wyjątkiem tych, którzy byli przywiązani do łóżek. Prawie cała załoga była teraz zmaltretowana i poobijana, podobnie jak statek.
Ale przynajmniej byli w jednym kawałku.
I ocalili siebie, swój statek, swój świat.

EPILOG
To zadziwiające, jak szybko ludzie potrafią przejść od stanu nieuchronnej katrastrofy do nudnej rutyny codziennego życia. Powróciwszy na Ziemię, powróciwszy w szerego Gwiezdnej Floty, nie mogli osiąść na laurach. Wciąż było wiele do zrobienia. Ostatnie kursy, tak niespodziewanie przerwane, trzeba było ukończyć. Niedokończone sprawy osobiste rozwiązać. Rozpoczęte seminaria musiano przeprowadzić. W Akademii Gwiezdnej Floty przyziemny porządek szybko zastąpił desperackie próby ocalenia planety.
Absolwenci, stanowiący załogę Enterprise, nie stanowili tu wyjątku. Zmieniwszy się ze studentów w zbawców i ponownie w studentów cieszyli się pewną swobodą i przywilejami jako nowomianowani oficerowie. To pomagało, szczególnie gdy się nieco spóźnili na wykład lub usprawiedliwiali nieobecność na symulacji spotkaniem z doradcą.
Oczywiście nic z tego nie dotyczyło Spocka.Tego poranka, tak samo jak przez wiele poprzednich, był zajęty w głównym hangarze Akademii, gdzie nadzorował rozlokowanie dostarczonych zapasów. Wszystkie osobiste demony miał pod ścisłą kontrolą, zepchnięte w najciemniejszy kąt duszy, gdzie tylko on sam miał dostęp. Kontrolował zarówno swoje zachowanie, jak i to, co działo się wewnątrz niego. Tak przynajmniej myślał, póki spojrzawszy przez hangar nie dostrzegł obecności w nim drugiego Wolkanina.
Ubranie mężczyzny było niezwykłe, bardziej wzniosłe niż praktyczne. Dziwny wybór odzieży, jak na Wolkanina, zwłaszcza dla kogoś tak starego jak on. Zbliżając się do postaci, która stała badając spokojnie wzrokiem pomieszczenie, Spock wiedział, że logicznie rzecz biorąc, w tym czasie i w tym miejscu, może to być tylko jedna osoba.
Coś jednak było w niej nie całkiem w porządku. Postać była znajoma, ale nie do końca.
- Ojcze?
Na dźwięk jego głosu postać odwróciła się. Spodziewający się widoku Sareka Spock był bardziej zdumiony niż kiedykolwiek w życiu. To, co się działo, było niezrozumiałe.
- Nie jestem naszym ojcem - odparł poważnie gość.
Spock zrozumiał, że patrzy na... samego siebie.Starszego, dużo starszego. Starszego niż kiedykolwiek chciałby być, ale samego siebie. Myśli kotłowały mu się pod czaszką jak nigdy dotąd. Co powiedzieć? Potem pomyślał, że właściwie nie ma się czego obawiac. Przecież cokolwiek powie, będzie to właściwe.
- Fascynujące.
Elaan
Użytkownik
#284 - Wysłana: 27 Sty 2012 20:53:13
Odpowiedz 
Eviva

Więc to już epilog? Trochę szkoda, że to już koniec.

Eviva:
Wszystkie osobiste demony miał pod ścisłą kontrolą, zepchnięte w najciemniejszy kąt duszy, gdzie tylko on sam miał dostęp. Kontrolował zarówno swoje zachowanie, jak i to, co działo się wewnątrz niego.

Każdy z nas marzy o takiej całkowitej kontroli nad demonami i lękami własnej duszy. Ale czy jest ona w ogóle możliwa?

Poza tym, chciałabym jeszcze wrócić do sprawy Kirka.
Tekst wspomina w pewnym momencie o tym jak nagle spada na niego dojrzałość. Po czym ów " dojrzały " wewnętrznie Kirk łapie się pierwszego napotkanego pretekstu, aby nie zrobić tego co powinien: tzn. nie zapytać Chekova jakie jest zagrożenie dla Enterprise i nie nakazać Scotty`emu ściągnąć na pokład tylu załogantów Narady ilu się da - bez Nero, jeśli taka jego wola.
Z tą mielizną scenariusza nie poradził sobie nawet Foster.
Eviva
Użytkownik
#285 - Wysłana: 28 Sty 2012 08:08:58
Odpowiedz 
Elaan

Bo ten scenariusz to był diabła wart od początku.
Toudi
Użytkownik
#286 - Wysłana: 28 Sty 2012 13:50:24
Odpowiedz 
Eviva
Eviva:
- Fascynujące.

;)
Eviva
Użytkownik
#287 - Wysłana: 29 Sty 2012 09:45:55
Odpowiedz 
Jego starsze "ja" skinęło głową.
- Zostało tak niewielu Wolkan... w tej linii czasu. Nie możemy pozwolić sobie na to, by ignorować się nawzajem. Wiedza każdego z nas musi być chroniona i dzielona z innymi, nie wolno chować jej tylko dla siebie, gdyż jest nadzieją dla pokoleń, które nadejdą. Zwłaszcza ta wiedza, którą ja posiadam. Nie pragnę, by tak było, ale to nie do uniknięcia.Podjąłem decyzję, ze resztę swego życia - nie twojego - poświęcę zachowaniu dla potomności wszystkiego, co wiem.
Młody Spock był wciąż zdezorientowany.
- Skoro wiesz tak wiele, to czemu wysłałeś Kirka z powrotem na Enterprise, skoro sam mogleś wyjawić prawdę załodze? Mnie?
Stary Wolkanin pochylił refleksyjnie głowę.
- Ponieważ o wielu rzeczach, które się wydarzyły i wydarzą się w twojej przyszłości, nie wiem. Może to i lepiej. Przyszłość, która miała się wydarzyc, została przed tobą zamknięta, ponieważ zmieniono przeszłość. W przyszłości James T. Kirk i janawiązaliśmy osobista i zawodową zażyłość, będącą wynikiem wielu wydarzeń, wielkich spraw. Teraz to wszystko leży przed tobą otworem, to coś, czego nawet nie możesz sobie wyobrazić. Ale jedno wiem na pewno - do tego, by wznieść się na swój najwyższy poziom, by osiągnąć wszystko to, co możecie osiągnąć, ty i James Kirk potrzebujecie siebie nawzajem. Wasze osobowości i umysły uzupełniaja się nawzajem. Gdy stawka jest wysoka, gdy trzeba rozwiązać problem lub wybrnąć z trudnej sytuacji, razem zdołacie to uczynić dużo lepiej niż osobno. Równowaga między wami sprawi, że to, co niemożliwe, stanie się możliwe.
Jakaś daleka sugestia uśmiechu drgnęła w kącikach ust starego mężczyzny.
- Wiem o tym z wielu doświadczeń.
- Zatem zmuszenie mnie do współpracy z Kirkiem, do pogodzenia się z nim, do... zaufania mu... to był test? - wywnioskował młody Spock.
- Nic aż tak formalnego. Jednak czułem, że to najlepszy sposób. Gdybym wsparł was swoją obecnościa i swym doświadczeniem, moglibyście nie nawiązać tak bliskiej współpracy. Więź i zrozumienie między dwoma zdesperowanymi osobnikami nie bierze się znikąd. To musiało się wydarzyć. Oczywiście było pewne ryzyko, ale jestem szczęśliwy, że mój osąd okazał się słuszny.
Starszy Spock odwrócił się od swego młodszego odpowiednika.
- Nie jestem w prawie, by osądzać kogoś lub coś. Jak już powiedziałem, moje działanie obrabowało cię z przyszłości którą znam. Proszę, zrozum, że nie mogę ci nic opowiedzieć o tym, co czeka was dwóch. Nie mogę mówić o przyjaźni, która połączy was mocniej, niż sobie możesz wyobrazić. Jeśli postąpiłem źle, błagam cię o wybaczenie. Po moim schwytaniu i porzuceniu przez Nero nie wiem już, czy mam jakąś szansę odkupienia mych win.
Młody Wolkanin patrzył na niego ze zdziwieniem. Oczekiwał wyjaśnień, ale takie całkowite emocjonalne obnażenie było dla niego szokiem. Spróbował skierować rozmowę w innym kierunku.
- Jak zmusiłeś Kirka, by utrzymał tajemnicę? Tę wiadomość o twej obecności tutaj?
- Powołałem sie na paradoks czasowy, mogący zniszczyć wszechświat, gdyby nie dotrzymał sekretu.
- Ale to w żadnym wypadku nie mogło być prawdą - stwierdził z przekonaniem młody oficer naukowy - Być może gdyby interwencja sięgnęła dalej w przeszłość, to tak, ale nie w takim przedziale czasu jak ten. Nie było nawet prawdopodobieństwa wystąpienia paradoksu. Okłamałeś go.
Spock senior wzruszył ramionami.
- To gra hazardowa - podsumował jego młody odpowiednik - Wiele rzeczy mogło się zdarzyć. Na przykład to, że prawie go zabiłem.
- Możesz nazwać moją akcję aktem wiary. Albo, jeśli tak wolisz, zaufaniem. Mam nadzieję, przyszłość się powtórzy. Przyszłość Jamesa Kirka z mojej linii czasu. Uwierzyłem, że mimo różnic między wami wybierzecie tę samą drogę.
Przerwał na moment.
- Wciąż to czuję.
Odpowiedź młodego mężczyzny nie była całkiem potwierdzająca.
- Mogę to założyć, trudno jednak będzie uniknąć pewnych 'modyfikacji'.
- Wszystko, co dobre, poznajemy dopiero z upływem czasu - odparł starszy Wolkanin - Sprawa, o której mówiłem... jest bardziej dyskusyjna, niż kiedykolwiek mi się wydawało.
- To, co dobre?
- Nie, czas - starzec urwał, studiując pilnie twarz młodego mężczyzny, a potem kiwnął lekko głową - Ach, rozumiem. Próbujesz żartować. Twoja ludzka połowa bierze górę. Niezła próba.
- Doceniam twoją aprobatę.
Przez długą chwilę patrzyli na siebie, nim młody Spock ponownie przerwał ciszę.
- Przyszłość nie będzie taka, jak powinna być. W obliczu tego, co się wydarzyło, jedynym logicznym rozwiążzaniem byłaby dla mnie rezygnacja z przydziału w Gwiezdnej Flocie i poświęcenie się odbudowie mej rasy.
Jego starsze "ja" patrzyło, zamyślone.
- Pomyśl, jak unikalna jest twoja sytuacja. Możesz być w dwóch miejscach naraz. Nalegam, żebyś pozostał w Gwiezdnej Flocie. Rozmawiając z różnymi sekcjami naukowymi Federacji wybrałem już lokalizację planety, na której założymy wolkańską kolonię.
- Chyba cię rozumiem - powiedział młodzieniec - Moje przyszłość nie moze zależeć od twojej przeszłości. Jesteś jednakowi, ale nie tacy sami. Muszę stworzyć swą własną przyszłość, niezależną od twojej. I mam też nadziję, że od czasu do czasu, jeśli okoliczności na to pozwolą, będę mógł poprosić cię o radę.
- Czemu nie? Z kim można lepiej dyskutować niż z samym sobą? Społeczeństwo, do którego należymy, musi teraz żyć w cieniu niewiarygotnego zniszczenia, ale to nie powód, żebyś musiał borykać się z tym sam.
Odwróciwszy się, ruszył ku najbliższemu wyjściu. Tuż przed nim zatrzymał się i jeszcze raz obejrzał.
- Zwyczajowe pozdrowienie zabrzmiało by tu dziwnie, zatem powiem tylko - powodzenia.
Wymienili tradycyny salut, podnosząc dłonie z rozstawionymi dwójkowo palcami na tę samą wysokość. Nikt z tych, którzy mogliby być świadkiem tego pozdrowienia, nie mógłby mieć wątpliwości, że gesty wykonuje jedna i ta sama osoba.
Elaan
Użytkownik
#288 - Wysłana: 29 Sty 2012 20:24:16 - Edytowany przez: Elaan
Odpowiedz 
Eviva:
Podjąłem decyzję, ze resztę swego życia - nie twojego - poświęcę zachowaniu dla potomności wszystkiego, co wiem.

A co ze zmianami, jakie ta wiedza nieuchronnie spowoduje w tej linii czasu?
Czy oznacza to, że skoro zmiany i tak już nastąpiły, to ich zasięg nie ma znaczenia?

Eviva:
Moja przyszłość nie może zależeć od twojej przeszłości. Jesteśmy jednakowi, ale nie tacy sami. Muszę stworzyć swą własną przyszłość, niezależną od twojej.

Ciekawa jestem czy jest w tej przyszłości miejsce dla Uhury?
Logicznie rzecz biorąc, raczej nie ma. Spock to przecież przede wszystkim Wolkanin.
Eviva
Użytkownik
#289 - Wysłana: 29 Sty 2012 20:27:09
Odpowiedz 
Elaan:
Czy oznacza to, że skoro zmiany i tak już nastąpiły, to ich zasięg nie ma znaczenia?

Nie mam pojęcia

Elaan:
Spock to przecież przede wszystkim Wolkanin.

W każdym razie - tak być powinno.
Elaan
Użytkownik
#290 - Wysłana: 29 Sty 2012 20:50:56
Odpowiedz 
Eviva:
W każdym razie - tak być powinno.

Czyli, gdy nadejdzie czas, powinien odrzucić ją w imię odbudowania czystej rasowo populacji wolkańskiej?
Eviva
Użytkownik
#291 - Wysłana: 29 Sty 2012 21:03:12
Odpowiedz 
Elaan

Zobaczymy, jak nakręcą sequel
Eviva
Użytkownik
#292 - Wysłana: 31 Sty 2012 08:07:00 - Edytowany przez: Eviva
Odpowiedz 
EPILOG

Czterystu kadetów w mundurach stało przy dźwiękach oficjalnej muzyki. Każdy szereg był perfekcyjnie wyrównany, członkowie każdej sekcji myśleli tylko o tym, by wypaść lepiej niż inni. Tak było od czasów Fenicjan. Chociaż teraz działo się to w XXIII wieku, w San Francisco.
Stojąc samotnie na podwyższeniu admirał Barnett - komendant Akademii - patrzył na morze oczekujących głów. Ile to już razy przewodniczył takiemu zgromadzeniu, ile pamiętał równie ważnych i niezwykłych chwil? Ta jednak była wyjątkowa, nawet jak dla niego. Przed nim, oczekując na oficjalne zakończenie nauki i przydział, stała załoga, która już dokonała czegoś wielkiego. Wiedział, że są przeznaczeni do jeszcze większych dokonań. Przeczyścił gardło. Ostatnie szepty w amfiteatrze umilkły.
- Zgromadzenie wzywa kapitana Jamesa Tiberiusa Kirka.
Jedna, śmiało wyprostowana postać złamała formację i wyszła przed szereg. Jej kroki śledziło kilka par oczu. Uhura-Scott-Chekov-Sulu. Nikt nie próbował zgadnąć, o czym myślą, i czemu na ich twarzach pojawił się uśmiech. Wszedłszy na podium Kirk odwrócił się i zastygł w oczekiwaniu. On też się uśmiechał. Komendant przebaczył mu jego przewinę.
- Wasze niezwykłe zalety i najwyższe oddanie dla towarzyszy broni idealnie przystają do szczytnych tradycji służby i budzą bezgraniczne zaufanie do waszej załogi, was i Federacji. Na podstawie rozporządzenia Gwiezdnej Floty numer 28455 zostaliście tu wezwani, by oficjalnie zameldować się u oficera dowodzącego USS Enterprise, celem zastąpienia go w przydziale.
Oddawszy honory swym instruktorom z pierwszego roku Kirk odwrócił się od komendanta i wyszedł naprzeciw innemu oficerowi. Admirał - poprzednio kapitan - Christopher Pike oddał mu salut ze swego fotela na kółkach. Traumatyczne przeżycia spowodowały, że całkowicie osiwiał. Łatwo można było przywrócić mu naturalny kolor włosów, ale dumny oficer Gwiezdnej Floty nie uważał tego za konieczne. Oznaczały doświadczenie bojowe, były niczym honorowa odznaka, a tej ani Pike, ani żaden inny oficer nie pozbyłby się ot tak.
- Przejmuję dowodzenie, sir. - słowa Kirka zabrzmiały w auli jak dzwon. Głośno, prezyzyjnie i zgodnie z protokołem Gwiezdnej Floty.
Tylko Pike uśmiechnął się na tę deklarację.
- Odchodzę w stan spoczynku. - odpowiedział spokojnie. Potem otworzył małe pudełko, spoczywające na jego kolanach. Wewnątrz był medal, pięknie zaprojektowany, za wygrawerowanym napisem okolicznościowym.
- Jako admirał Floty, w uznaniu dla waszego... niezwykłego rozwiązania podczas symulacji, mam zaszczyt wręczyć wam odznakę za niekonwencjonalne myślenie.
Kirk podszedł bliżej. Powstrzymując sardoniczny uśmiech Pike przypiął medal do piersi młodego oficera.
- Gratuluję, kapitanie.
- Dziękuję, sir.
Kirk odwrócił się do zgromadzonych, nie całkiem pewnych, czego oczekiwać. Narastający szum i gromki aplauz sprawiły, że jego oczy zwilgotniały. Stał tak długo, jak uznał za stosowne, nie chcąc czekać do końca, lecz też nie pragnąc przegapić jakiejś części swego triumfu.
Zaszedł daleko od czasów Iowy.
Poza tłumem jedna postać stała i patrzyła w ciszy. Stary mężczyzna nie brał udziału w wiwatach - nie fizycznie. Nie gratulował werbalnie. Ale doceniał osiągnięcie młodego człowieka nie mniej niż inni. Mimo to nie pozostał dłużej niż to było konieczne, nie przyłączył się do innych, nie dążył do indywidualnej rozmowy. Miał za dużo do roboty.
Pozostawanie tu dłużej nie byłoby logiczne.

Złota bluza, dobrze pasująca do insygni - tak, teraz Kirk mógł już wejść na mostek. Powitały go spojrzenia pełny podziwu, gdy podszedł do kapitańskiego fotela i zasiadl w nim. Gdy spojrzał w kierunku sterów, porucznik Sulu natychmiast zameldował:
- Silniki manewrowe i impulsowe w gotowości, sir.
- Systemy obronne i tarcze sprawne. - dołączył się Chekov. Główny oficer taktyczny dorósł szybko - jak oni wszyscy.
- Komora dylitu pracuje z maksymalną wydajnością, kapitanie. - rozległ się z głośnika komunikat maszynowni.
Uhura odkręciła się lekko na swym fotelu.
- Dok melduje gotowość do naszego odlotu. Na wybranym wektorze czysto.
Stojący między fotelem dowodzenia a windą lekarz pokładowy uśmiechnął się zgryźliwie.
- Ten sam statek, inny dzień.
Kirk odpowiedział uśmiechem. Wyraz jego twarzy zmienił się, gdy spojrzał na puste miejsce za konsolą naukową. Jak wszyscy na mostku, tak i on miał nadzieję, że to miejsce zostanie zajęte jeszcze przed odlotem. I to przez konkretnego oficera naukowego. Jednak wciąż stało puste, a oni nie mogli dłużej zwlekać. Galaktyka była w ciągłym ruchu, a czas na nikogo nie czeka.
Później o tym pomyśli.
- Panie Sulu - odwrócił się ku sterom - Proszę przygotować się do włączenia siln...
Rozkaz został niespodziewanie przerwany przez miękkie syknięcie drzwi turbowindy i na mostku ukazał się ktoś jeszcze. Na jego błękitnym mundurze widniały insygnia oficera naukowego. Spock podszedł do fotela dowodzenia i zatrzymał się między Kirkiem a pustym - lecz już obsadzonym - miejscem za konsola naukową.
- Proszę o pozwolenie wejścia na pokład, kapitanie.
W oczach zgromadzonych na mostku oficerów błysnęło zadowolenie. Spock zignorował to. Dokładnie tak, jak się tego spodziewali.
No, może nie wszyscy.
Kirk walczył ze sobą, by stłumić uśmiech.
- Udzielam pozwolenia. W jakim celu pan tu się zjawił, panie Spock?
- Nie wybrał pan jeszcze pierwszego oficera, zatem z całym szacunkiem proponuję moją kandydaturę. Jeśli pan odmówi, wciąż mam czas, by zejść z pokładu. Proszę, aby dokładnie rozwazył pan wszystkie kandydatury i kwalifikacje przed podjęciem ostatecznej decyzji w tak ważnej sprawie.
Przerwał na moment, ale jego mina nie uległa zmianie.
- Jeśli uważa pan, że tak powinienem, przyniosę panu swoje referencje.
Kirk z trudem powstrzymał się, by nie wybuchnąć śmiechem. Gdy spojrzał w oczy oficera naukowego, jedna brew Wolkanina uniosła się porozumiewawczo. Nie potrzebował nic więcej.
- To będzie dla mnie zaszczyt, komandorze. Konsola naukowa jest pańska.
Odwrócił się do sterów:
- Silniki manewrowe, panie Sulu. Odlatujemy.
- Tak jest, kapitanie. - Sulu uśmiechał się, podobnie jak wszyscy na mostku.
Enterprise drgnął. Początkowo powoli, ale bez wahania statek ruszał ku swej przyszłości. Gdy opuścili już dok, Spock znalazł się przy boku Kirka.
- Zanim podejmę formalnie swe obowiązki, muszę coś wiedzieć. Kobayashi Maru - jak złamał pan kod wejściowy?
Patrząc na przyjaciela Kirk nie mógł w końcu powstrzymać uśmiechu, który przenosił go wstecz w czasie. W czasy prostsze, młodsze, bardziej niewinne. Konspiracyjnie ściszył głos.
- Orionki mówią przez sen.
Spock rozważył dokładnie tę odpowiedź.
- Podejrzewam, że nigdy nie zrozumiem oszukiwania.
Kirk pokiwał lekko głową.
- Daj sobie... czas.

Nikogo nie było w komorze transportu, gdy ta niespodziewanie zaczęła działać. Coś, co pojawiło się na platformie, bez wahania ruszyło w stronę najbliższego wyjścia. Odczyt spowodowany jego pojawieniem był zbyt mało znaczący, by zaalarmować ochronę. Nie miało to znaczenia, ponieważ niespodziewany przybysz mógł wywołać najwyzej konsternację, nie alarm.
Wyszli już z systemu słonecznego i lecieli z szybkością warp. I nikt na całym Enterprise nie mógł zgadnąć, skąd wziął się na pokładzie pies rasy beagle, z wyjątkowo uroczymi uszami.

Kosmos - ostateczna granica...
Toudi
Użytkownik
#293 - Wysłana: 31 Sty 2012 13:38:23
Odpowiedz 
Rozumiem, że to już koniec i można zacząć czytać od A do Z?
Eviva
Użytkownik
#294 - Wysłana: 31 Sty 2012 14:48:23
Odpowiedz 
Toudi

Tak, bracie To już koniec.
I w związku z tym ogłoszenie:

KTO REFLEKTUJE NA PDF Z CAŁOŚCIĄ, PROSZONY JEST O NAPISANIE DO MNIE NA PRIV.
PONIEWAŻ OPŁAT NIE POBIERAM, NIE BĘDZIE TO PIRACTWO, TYLKO PRZYJACIELSKIE UŻYCZENIE.
Elaan
Użytkownik
#295 - Wysłana: 1 Lut 2012 19:59:21
Odpowiedz 
Eviva:
- Jeśli uważa pan, że tak powinienem, przyniosę panu swoje referencje.

I kto powiedział, że pół-Wolkanie nie mają poczucia humoru?

Eviva:
I nikt na całym Enterprise nie mógł zgadnąć, skąd wziął się na pokładzie pies rasy beagle, z wyjątkowo uroczymi uszami.

To kto się teraz zaopiekuje Portosem? Przynajmniej do czasu powrotu na Ziemię?
Eviva
Użytkownik
#296 - Wysłana: 1 Lut 2012 20:19:38
Odpowiedz 
Elaan

Może Uhura? Zaopiekowała się tribble'm, może i nad pieskiem roztoczy swe skrzydla
Elaan
Użytkownik
#297 - Wysłana: 1 Lut 2012 20:46:02
Odpowiedz 
Eviva:
Może Uhura? Zaopiekowała się tribble'm, może i nad pieskiem roztoczy swe skrzydla

W takim razie byłby to już drugi osobnik o wyjątkowo uroczych uszach, którego otoczyłaby czułą opieką. Ot, kobieca słabość.
Eviva
Użytkownik
#298 - Wysłana: 1 Lut 2012 20:58:32
Odpowiedz 
Elaan

Rozumiem ją, o, jak dobrze rozumiem... Osobiście poleciłabym jej takiego ulubieńca :

uszka
Elaan
Użytkownik
#299 - Wysłana: 1 Lut 2012 21:28:35 - Edytowany przez: Elaan
Odpowiedz 
Eviva:
Osobiście poleciłabym jej takiego ulubieńca :

Taką ulubienicę ma już moja sesyjna pół-Wolkanka, Lena.

a
Eviva
Użytkownik
#300 - Wysłana: 1 Lut 2012 21:49:54
Odpowiedz 
Elaan

One są cudowne, choć wygląd maja trochę niecodzienny
 Strona:  ««  1  2  3  4  5  6  7  8  9  10  11  »» 
USS Phoenix forum / Star Trek XI / "Star Trek 2009" - przekład

Twoja wypowiedź
Styl pogrubiony  Styl pochylony  Obraz Łącza  URL Łącza  :) ;) :-p :-( Więcej emotikon...  Wyłącz emotikony

» Login  » Hasło 
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą tutaj pisać. Zaloguj się przed napisaniem wiadomości albo zarejstruj najpierw.
 
Wygenerowane przez miniBB®


© Copyright 2001-2009 by USS Phoenix Team.   Dołącz sidebar Mozilli.   Konfiguruj wygląd.
Część materiałów na tej stronie pochodzi z oryginalnego serwisu USS Solaris za wiedzą i zgodą autorów.
Star Trek, Star Trek The Next Generation, Deep Space Nine, Voyager oraz Enterprise to zastrzeżone znaki towarowe Paramount Pictures.

Pobierz Firefoksa!