USS Phoenix
Logo
USS Phoenix forum / Star Trek XI / "Star Trek 2009" - przekład
 Strona:  ««  1  2  3  4  5  6  7  8  9  10  11  »» 
Autor Wiadomość
TSan
Użytkownik
#91 - Wysłana: 1 Wrz 2011 21:50:41
Odpowiedz 
Eviva
Elaan

Spokojnie, spokojnie, bo się jeszcze moje drogie, przepracujecie.
Eviva
Użytkownik
#92 - Wysłana: 1 Wrz 2011 21:52:38
Odpowiedz 
TSan

Mnie to nie grozi. Foster ma to do siebie, że łatwo się go tłumaczy. Potem biorę się za "Broken Bow", co to dostałam od mózga. Może być trudniej. A mam jeszcze "The Wrath of Khan", "Search for Spock", nie wspominając już o całym znowelizowanym TOSie. Mam co robić
Eviva
Użytkownik
#93 - Wysłana: 3 Wrz 2011 07:27:07 - Edytowany przez: Eviva
Odpowiedz 
Ogromny statek nie był sam. Wciąż rozbudowywany, nigdy nie ukończony Narada wisiał w przestrzeni, zaś automatyczni konstruktorzy pracowali wokół niego w ciszy i chłodzie przestrzeni kosmicznej. Wciąż wzmacniali konstrukcję i możliwości statku, czyniąc jego wygląd jeszcze straszniejszym, niż był. Odzwierciedlały się w tym zarówno ambicje kapitana jak ich własne możliwości.
Czekali na tę chwilę bardzo długo. Oczywiście nie w sensie kosmicznym - tylko 25 lat, licząc w ziemskich miarach. Wszystkie oczy na mostku, także Nero, wpatrzone były w główny ekran. Na razie widniała na nim tylko panorama gwiazd. Czekali tak już dwa dni. Czas mijał i nic się nie działo. Ayel wahał się, czy jakoś to skomentować, czy lepiej zmilczeć. Nie było to takie proste. Chociaż bardzo szanował swego kapitana, bardzo podziwiał, to jednak wiedział, że Nero nie zawaha się go zabić, jeśli wzbudzi w nim ślad podejrzenia, że jego zastępca mógłby zdradzić ich wspólny cel.
- Kapitanie, być może nasze obliczenia nie były dokładne - rzekł wreszcie - Dystorsja energetyczna, tworząca ramy czasowe, wciąż ewoluuje, trudno wziąć pod uwagę wszystkie parametry i nic w tym dziwnego, że ostateczny rezultat obliczeń może być niezadowalający.
- Nie - Nero znał fizykę i matematykę dostatecznie dobrze, by mieć pewność - To będzie teraz. Teraz i tutaj. Poczekamy.
Obaj mieli rację. Obliczenia były ledwo co ukończone, nikt ich nie sprawdzał, a wielki statek wywołał perturbacje w okolicznej przestrzeni. Mimo to rozrzut nie był istotny. Nie w kategoriach międzygwiezdnych. Niedaleko Narady utworzył się wir energetyczny, otwierający czasoprzestrzeń. Skupiska subatomowej materii poleciały na wszystkie strony, a pośrodku wytworzonego miejscowo chaosu ukazało się coś - coś duże i nietknięte. To był statek, najwyraźniej w jednym kawałku. Poruszał się szybko, ale jego unikalny kształt został od razu rozpoznany. Nero nie potrzebował potwierdzenia technicznego.
- Koniec oczekiwania - powiedział, patrząc na ekran ze straszliwą, żarłoczną tęsknotą w oczach - Witaj... Spock.




Nikt nie wiedział, czemu ich zwołano. To było niezwykłe, ale zdarzało się. Wyrwani z klas kadeci biegli setkami przez kampus do głównej auli. To był piękny dzień, wieże śródmieścia San Francisco błyszczały na tle błękitnego nieba, dokładnie oczyszczonego z mgły przez lekki wietrzyk.
- Doskonały dzień na koronację. - pomyślał Kirk, gdy mijał McCoya. Nie myślał tak dlatego, by miano ofiarować mu koronę. Wolałby oficjalna pochwałę w aktach. Tablica pamiątkowa też byłaby mile widziana, najlepiej zintegrowany holoprojektor, na którym goście mogą podziwiać ceremonię w trójwymiarze, razem z dźwiękiem. Tak, to by mu się podobało.
- Dokonałem niemożliwego - powiedział głośno - To wszystko dlatego. Chyba chcą mnie odznaczyć jako pierwszego kadeta, który znalazł rozwiązanie dla Kobayashi. A może zarekomendują mnie do najwyższej nagrody.
Przyjaciel spojrzał na niego w swój zwykły, zgryźliwy sposób.
- Jesteś tak zapatrzony w siebie, że chyba dostałeś od tego zaparcia. Jeśli uniesiesz sie jeszcze bardziej, przekroczysz granice grawitacji i odpłyniesz z tej planety. Nie wiem jednak, czy nawet ty pożeglowałbyś daleko bez statku.
- Mylisz się, Bones. Nie potrzebuję statku - Kirk promieniał pewnością siebie - Przestrzeń kosmiczna bardzo mi pasuje.
McCoy potrząsnął głową z powątpiewaniem.
- Ta w twojej głowie jest większa.
- Daj spokój, Bones. Nie bądź zazdrosny.
Starszy kolega popatrzył na niego.
- Zazdrosny? Nie zazdroszczę ci wcale. Czekam, co z tego będzie. Czekam by jako pierwszy opisać naukowy przypadek kadeta, który umarł wskutek wylewu krwi do mózgu, spowodowanego nadmiernie puchnącym ego.
- Mnie to pasuje - Kirk mrugnął do lekarza, gdy wchodzili do budynku - Upewnij się tylko, że zostanę wymieniony jako współautor.
McCoy westchnął głęboko.
- Jim, jesteś niepoprawny.
- Ano jestem. Chodź, znajdźmy jakieś miejsce z przodu.
- A nie chciałbyś usiąść z tyłu tak, żebyś musiał przedefilować w blasku chwały przez całą aulę?
Kirk udał, że się namyśla.
- Nie, to nie jest dobry pomysł. Mógłbym się potknąć. To nie jest dobre dla wizerunku.
- O co miałbyś się potknąć? O własne zęby? Dla odmiany mógłbyś się zamknąć na chwilę.
- Czemu? - spytał Kirk niewinnie - Fałszywa skromność nigdy do mnie nie pasowała.
Ponieważ jego przyjaciel nie odpowiadał, dodał:
- Bones, zawsze możesz powiedzieć swoje zdanie, nawet w twarz mej rosnącej potędze.
- Dzięki - odparł McCoy z gorzkim uśmiechem - Nie zapomnij tylko, że jedyną osoba na pokładzie, która może odsunąć kapitana od jego obowiązków jest lekarz pokładowy. A to nie jesteś ty, Wszechmocny Wiejski Chłopaku. To ja.
Kirk znalazł dla nich dwóch parę foteli z brzegu.
- A ty nie zapominaj, ze jest jedna osoba, która może zwolnić lekarza pokładowego - powiedział. McCoy zamarł ze zdziwienia. Kirk po chwili dokończył:
- Ex-żona doktora.
Jego przyjaciel jęknął.
Aulę zapełniali kadeci, zbiegający się z każdego zakątka kampusu. Było ich wielu, Gwiezdna Flota stale potrzebowała wyszkolonych rekrutów. Dopiero gdy do auli weszła Rada Akademii, ożywione dyskusje przycichły. Gdy starsi oficerowie i zarząd szkoły zajął swe miejsca, kadeci również usiedli. Mimo że nie padła odnośna komenda, wszyscy zamilkli. Kirk z zadowoleniem odnotował obecność swego mentora, kapitana Pike'a, między starszymi oficerami.Pomyślał, że to dobry znak. Przełożony Akademii, admirał Richard Barnett, przemówił w zaległej ciszy:
- James T. Kirk. Wystąp.
Kirk rzucił McCoyowi wymowne spojrzenie. Promieniejąc wiarą w siebie wstał i podszedł do stołu, za którym siedziała starszyzna. Komendant popatrzył na niego. Nie uśmiechał się, ale to nic nie znaczyło. Twarze innych również nic nie wyrażały, nawet twarz kapitan Pike'a.
Potem admirał przemówił. W miarę, jak mówił, iluzje Kirka rozwiewały się bez śladu.
- Doszło do incydentu, który wstrząsnął cała studencką społecznością - zaczął Barnett - Jeden z nas złamał obowiązujące w Akademii zasady. To nie powinno się stać.Kadecie Kirk, dowody zebrane przez radę świadczą, że pogwałcił pan siedemnasty punkt Kodeksu Etycznego Gwiezdnej Floty. Czy chce pan coś powiedzieć, zanim zaczniemy?
Szybka decyzja. Szkolenie obejmowało podejmowanie szybkich decyzji, dopasowanych do zmiennych okoliczności. Stojąc tutaj, gdy wszystkie oczy były w niego wpatrzone, zaczynał rozumieć jak trudne mogą być te okoliczności. Ale najgorsze było to, że nie został to wezwany, by odebrać nagrodę.
To był proces.
W porządku. Jeśli oczekują, że załamie się pod naciskiem, że zacznie skomleć, to postawili na niewłaściwego kadeta. Będzie stać śmiało wyprostowany, bo nie zrobił nic złego. Niech Rada go sądzi, jeśli chce. A on dobrze wiedział, co powiedzieć.
- Tak, sir. Ten sam kodeks daje mi prawo poznania mego oskarżyciela.
Q__
Moderator
#94 - Wysłana: 3 Wrz 2011 17:21:13
Odpowiedz 
Dobre. Część opisów kojarzy mi się cokolwiek z powieściami SW... ale... chyba mówiłem, że sporo z nich naprawdę lubię zwł. Stovera i Zahna (których Foster jest chyba odpowiednikiem w ST).
Eviva
Użytkownik
#95 - Wysłana: 3 Wrz 2011 17:58:43
Odpowiedz 
Q__:
Dobre.

No, złe nie jest. Jeśli co mnie wkurza, to to, że muszę czasem przekopywać się przez filozoficzne rozważania oraz opisy Kirka na tle epoki i epoki na tle Kirka. Ale mówi się trudno.
Q__
Moderator
#96 - Wysłana: 3 Wrz 2011 18:07:21
Odpowiedz 
Eviva

Eviva:
Jeśli co mnie wkurza, to to, że muszę czasem przekopywać się przez filozoficzne rozważania oraz opisy Kirka na tle epoki i epoki na tle Kirka.

A dla mnie takie rzeczy często stanowią o wartości utworu...
Eviva
Użytkownik
#97 - Wysłana: 3 Wrz 2011 18:08:52
Odpowiedz 
Q__:
dla mnie takie rzeczy często stanowią o wartości utworu...

Bo nie musisz ich tłumaczyć. Dobrze się je czyta, ale gdy trzeba sensownie przełożyć, to jest to znacznie trudniejsze i bardziej pracochłonne niż opisy najostrzejszej akcji.
Elaan
Użytkownik
#98 - Wysłana: 3 Wrz 2011 18:14:06 - Edytowany przez: Elaan
Odpowiedz 
Eviva:
- Jesteś tak zapatrzony w siebie, że chyba dostałeś od tego zaparcia. Jeśli uniesiesz się jeszcze bardziej, przekroczysz granice grawitacji i odpłyniesz z tej planety. Nie wiem jednak, czy nawet ty pożeglowałbyś daleko bez statku.

Dobry, stary McCoy . I niezastąpiony Foster .

Eviva:
Dobrze się je czyta, ale gdy trzeba sensownie przełożyć, to jest to znacznie trudniejsze i bardziej pracochłonne niż opisy najostrzejszej akcji.

To prawda Evivo, ale za to tłumaczenie opisów uczuć i przeżyć wewnętrznych postaci daje o wiele większą satysfakcję .
Eviva
Użytkownik
#99 - Wysłana: 5 Wrz 2011 17:58:14
Odpowiedz 
Komendant wymienił parę słów z administratorem, który siedział obok niego, spojrzał na kogoś. Nie na Kirka, na kogoś z widowni. Ktoś wstał. Był humanoidem, ale nie człowiekiem. W każdym razie nie całkiem. Kirk rzucił mu jadowite spojrzenie. Jego oskarżyciel odpowiedział tym samym. Nie, nigdy wcześniej się nie spotkali.
Admirał kontynuował:
- Kadecie Kirk, to jest komandor Spock, jeden z naszych najdostojniejszych absolwentów. To on programował test Kobayashi Maru przez ostatnie cztery lata, cały czas go ulepszając. Tak to przynajmniej wyglądało, póki pan nie złamał większości z tych modyfikacji.
- Kadecie Kirk - głos Wolkanina był bez wątpienia całkowicie pod kontrolą - Spędziłem wiele czasu sprawdzając dane o tym, jak przeszedł pan test. Dokładne śledztwo ujawniło, że aktywował pan nietypowy kod, wprowadzony do programu, który w jakiś sposób przeniknął wszystkie zabezpieczenia, zmieniając warunki testu.
Kirk zmusił się, by nie zacząć drwić. Wiedział, ze nie byłoby to dobrze odebrane przez Radę.
- A zatem? - spytał.
- Mówiąc dialektem studenckim oszukiwał pan. - zakonkludował zimno admirał Barnett.
W tym momencie całą aulę zaległa martwa cisza.
- Z całym szacunkiem - odparł atak Kirk - Nie możecie oskarżać mnie o oszustwo, jeśli nie wiecie wszystkiego. Ten test jest fałszerstwem. Zrozumiałem to wtedy, gdy oblałem go po raz drugi.. Sprawdzenie czteroletniej historii tego testu tylko potwierdziło moje podejrzenia. Pan zaprogramował go jako nierozwiązalny. Według dostępnych parametrów nie ma możliwości ocalenia Kobayashi Maru razem z załogą i pasażerami. Zatem jedyna metodą zwycięstwa była zmiana parametrów.
Wyraz twarzy Wolkanina nie zmienił się, ton jego głosu też nie:
- Nie pojmuję, czemu było to konieczne.
- Naprawdę? Proszę pozwolić mi wyjaśnić, komandorze. Jeśli mam rację, jeśli moje założenia i odkrycia są słuszne, to ten test sam w sobie jest oszustwem.
- Pana argument wyklucza możliwości scenariusza bez rozwiązania.
Kirk obruszył się. Chciałby rzucić w twarz Wolkanina coś więcej niż słowa. Jednak w tych okolicznościach nie mógł sobie na to pozwolić. Może gdzie indziej, kiedy indziej...
- Nie wierzę w sytuacje bez wyjścia.
- Zatem nie tylko złamał pan zasady - rzekł komandor spokojnie - Nie zrozumiał pan też głównego założenia testu
Kirk prawie się ukłonił.
- Uginam się pod ciężarem pana wyższej wiedzy. Proszę mnie oświecić.
- Z chęcią. Kapitan nie może oszukać śmierci. Musi zmierzyć się z tym, co niechciane, z całą zręcznością i doświadczeniem, na jakie go stać. Gdy nie może wygrać, powinien starać się ocalić i ochronić to, co się da. To obowiązek kapitana. Oto sedno testu Kobayashi Maru. Osiągnąć tyle, ile się da w obliczu tego, że przetrwanie nie jest możliwe. Osiągnąć, nie uniknąć.
Kirk nie mógł już się powstrzymać. Skoro nie mógł obronić się przed oskarżeniem, chciał przynajmniej wsadzić swą pięść w tą zadowoloną z siebie wolkańską gębę.
- Może po prostu nie może pan znieść tego, że pokonałem pański test.
Jeśli jego wypowiedź była obliczona na wywołanie emocjonalnej reakcji u przeciwnika, zawiodła.
- Jestem Wolkaninem. "Nie może znieść" to nie są słowa z mojego języka. Nie rozumiem pańskiego pytania - oświadczył - Po prostu przedstawiłem logiczny wywód na to, że zgodnie z własnym pana wywodem jest pan kłamcą.
- Co za idiota ze mnie, że wziąłem to do siebie. - mruknął Kirk z bardzo fałszywym zdumieniem.
- Nareszcie w czymś się zgadzamy. Sytuacja kryzysowa wymaga od kapitana pewności, że załoga wykona każdy rozkaz, obojętne jak bardzo będzie zdesperowana i jak beznadziejna będzie sytuacja. Zmieniając parametry testu zmienił pan jego sens. W konsekwencji ci kadeci, którzy byli pod pana "dowództwem" też postąpili wbrew zasadom. By zadowolić własne niskie pragnienie zwycięstwa za wszelką cenę postanowił pan poświęcić ich wyniki.
Po zgromadzonych w auli kadetach przebiegł szmer, niezbyt przychylny. Czując, ze brak mu argumentów, Kirk spróbował kontrataku:
- Kryzys to definicja zaskoczenia. A zaskoczenie z samej definicji nie ma parametrów. Jest nieoczekiwane. Konsekwencje każdego działania są wtedy nie do przewidzenia.To właśnie usprawiedliwia moja akcję. W rzeczywistej sytuacji kryzysowej wszystko na ogół jest wbrew zasadom, regułom i parametrom. Postępując według zasad zawartych w książkach doprowadzi się do nieszczęścia. Niespodziewane wymaga niespodziewanych działań, a nie przewidywalności. Najwyraźniej mamy różne definicje "sytuacji kryzysowej" komandorze. "Sytuacja kryzysowa" wymaga odpowiednich zdolności, a nie książkowych regułek.
Wolkanin nie omieszkał odpowiedzieć na tę oskarżycielską tyradę:
- Pana doświadczenie z podróżami kosmicznymi ogranicza się do dnia pańskich narodzin i skromnej podróży suborbitalnej, nie ma pan więc wystarczającego doświadczenia, by wygłaszać takie osądy. Broni pan metod bazujących na emocjach i przypuszczeniach, nie doświadczeniu i wiedzy.
- Czy brał pan udział w teście, komandorze Spork?
- Spock. Jako Wolkanin, nie potrzebuję dodatkowego treningu, by kontrolować swój narcyzm gdy podejmuję decyzję jako dowódca. Zawsze będą oparte na logice, racjach rozumowych i faktach. Nie będą oparte na prywatnych życzeniach co do tego, jak wszechświat powinien działać.
Kolejny szmer przebiegł przez aulę i po raz drugi Kirk poczuł, że traci grunt pod nogami. Nie było sensu martwić się o to, czy sprosta dalszym wymaganiom - wyglądało na to, że zostanie wyrzucony go z Akademii z powrotem do Iowy.
Ta możliwość przeraziła go bardziej niż wszystko inne, co Rada mogłaby postanowić.
Mimo napastliwej retoryki Wolkanina Kirk nie chciał się poddać. Właśnie miał dać temu wyraz, gdy nieoczekiwanie w auli zjawił się jeszcze jeden oficer, który podszedł wprost do admirała i pochyliwszy się wyszeptał coś do jego ucha. Nastąpiła krótka, gwałtowna wymiana słów. Potem oficer odstąpił krok w tył, zaś admirał Barnett wstał ze swego fotela. Oczy reszty starszyzny i wszystkich kadetów w auli skupione były na nim.
- Czerwony alarm - wszyscy oficerowie zgłoszą się na swoje stanowiska. Wszyscy kadeci zgłoszą się do swych oficerów prowadzących w hangarze, gdzie otrzymają przydział. To nie ćwiczenia. Powtarzam - to nie ćwiczenia.
Spojrzenie komendanta przebiegło po zaniepokojonych twarzach - wszystkich, jak pomyślał, o wiele za młodych na to, co musiał im powiedzieć.
- Przesłuchanie zostaje odłożone na czas sposobniejszy. Rozejść się i postępować zgodnie z regulaminem alarmu.
Odwróciwszy się wyszedł szybko z auli. Reszta Rady deptała mu po piętach, rozprawiając żywo między sobą.
Morze kolorowych mundurów zaszumiało, spiesząc do wyjścia. Niektórzy rozmawiali głośno i z podnieceniem, inni prawie biegli. Nikt nie chciał być tym ostatnim.
Oprócz Kirka. Przed chwilą był w centrum uwagi, a teraz zupełnie o nim zapomniano. Zostawiony samemu sobie gapił się jak sparaliżowany na opustoszałą aulę. Ktoś znajomy przeszedł obok. To był kapitan Pike, spieszący na swoje stanowisko. Mijając go powiedział lakonicznie:
- Oszustwo to nie zwycięstwo.
Pozostawiony z tymi słowami Kirk stał w milczeniu, rozmyślając nad tym, co mu się przytrafiło. Dopiero dotyk czyjejś dłoni na ramieniu wyrwał go z tego stanu.
- Chodź, Jim. Słyszałeś rozkaz.
Wzdrygnął się.
- Tak. Ale to oskarżenie?
McCoy uśmiechnął się.
- Nie słyszałeś komendanta? Odłożone. Rusz się.
Kirk podążył za swym przyjacielem przez korytarz. Szybko znaleźli się w tłumie poruszonych kadetów. Atmosfera była aż gęsta od napięcia i podniecenia. Nie od strachu, jeszcze nie był na to czas. Nikt nie wiedział, czemu ogłoszono alarm. "To nie ćwiczenia."... Nie było właściwie dowodu na to, że faktycznie nie są to ćwiczenia. Gwiezdna Flota miała irytująco zmienne zasady prowadzenia takowych, zwłaszcza gdy w grę wchodziła najwyższa klasa. Póki co nie mieli innego wyjścia jak podporządkować się procedurom, nieważne czy zaszły jakieś nieprzewidziane okoliczności, czy też był to jakiś kolejny wymyślony przez biurokratów test. Każdy kadet, który by zdradził się z wątpliwościami, zostałby szybko zwolniony ze służby. Tak jak Kirk mógł być.
Ręka Losu. Najpierw wymierzyła mu policzek i zacisnęła pętlę na jego szyi. A teraz otrzepała go z pyłu i wysłała w dalszą drogę. Przynajmniej dopóki nie wznowią procesu. Jego procesu. Spochmurniał i spojrzał na McCoya.
- Kim jest ten spiczastouchy bękart?
McCoy potrząsnął głową.
- Nie wiem. Ale podoba mi się.
Elaan
Użytkownik
#100 - Wysłana: 6 Wrz 2011 11:52:48
Odpowiedz 
Eviva:
Kapitan nie może oszukać śmierci. Musi zmierzyć się z tym, co niechciane, z całą zręcznością i doświadczeniem, na jakie go stać. Gdy nie może wygrać, powinien starać się ocalić i ochronić to, co się da. To obowiązek kapitana. Oto sedno testu Kobayashi Maru. Osiągnąć tyle, ile się da w obliczu tego, że przetrwanie nie jest możliwe. Osiągnąć, nie uniknąć.

Eviva:
Kryzys to definicja zaskoczenia. A zaskoczenie z samej definicji nie ma parametrów. Jest nieoczekiwane. Konsekwencje każdego działania są wtedy nie do przewidzenia. W rzeczywistej sytuacji kryzysowej wszystko na ogół jest wbrew zasadom, regułom i parametrom. Postępując według zasad zawartych w książkach doprowadzi się do nieszczęścia. Niespodziewane wymaga niespodziewanych działań, a nie przewidywalności.

To zabawne, ale obaj mają tutaj rację . I obaj się od siebie czegoś nauczyli .

Eviva:
Sytuacja kryzysowa wymaga od kapitana pewności, że załoga wykona każdy rozkaz, obojętne jak bardzo będzie zdesperowana i jak beznadziejna będzie sytuacja. Zmieniając parametry testu zmienił pan jego sens. W konsekwencji ci kadeci, którzy byli pod pana "dowództwem" też postąpili wbrew zasadom. By zadowolić własne niskie pragnienie zwycięstwa za wszelką cenę postanowił pan poświęcić ich wyniki.

No właśnie.
Kirk zapewne nawet nie pomyślał, że stosując nietypowe rozwiązanie testu bierze odpowiedzialność także za wyniki innych kadetów.
Nadal czuł się indywidualistą .
Spock jednym zdaniem uświadomił mu co znaczy słowo " dowodzić " .
Eviva
Użytkownik
#101 - Wysłana: 6 Wrz 2011 18:46:41
Odpowiedz 
Elaan

Ale jak zauważyłaś, rację mieli OBAJ. Podobnie jak w ich dużo późniejszym starciu na mostku. O ile jednak tutaj Spock jest dla Kirka tylko niemiły i pogardliwy, to, co zrobi później, będzie jak ulał podpadało pod próbę morderstwa....
Elaan
Użytkownik
#102 - Wysłana: 6 Wrz 2011 20:13:47 - Edytowany przez: Elaan
Odpowiedz 
Eviva:
to, co zrobi później, będzie jak ulał podpadało pod próbę morderstwa....

Zapominasz, że przemawiają za Spockiem okoliczności łagodzące .
Kierowany nieodpartym impulsem popełniłby, co najwyżej, zabójstwo w afekcie - a w przypadku Kirka-Pine`a , można jedynie żałować, że nie dokończył ........
Eviva
Użytkownik
#103 - Wysłana: 6 Wrz 2011 20:20:51
Odpowiedz 
Elaan

Ba. A ja je z chęcią zbiję
Eviva
Użytkownik
#104 - Wysłana: 7 Wrz 2011 17:28:47 - Edytowany przez: Eviva
Odpowiedz 
Przypadkowy gość mógłby sądzić, że tłum wypełniający hangar został ogarnięty paniką. To, co postronny obserwator mógłby wziąć za chaos było w istocie zorganizowanym ruchem. Wszyscy byli w ruchu, nikt nie stał. Kadeci i inny personel meldowali się na stanowiskach, gdzie otrzymywali przydział i gdzie od ręki likwidowano ewentualne konflikty. Serwisanci ignorowali wszystkich innych, zajęci przygotowywanie kilku tuzinów promów do startu. Personel pomocniczy sprawdzał statki i ładował wyposażenie. Każdy znał swoją robotę, każdy wiedział, dokąd ma się udać - jedynie czasem jakiś zaniepokojony kadet pytał o swe końcowe przeznaczenie.
Głos komendanta zabrzmiał ponad tłumem personelu Gwiezdnej Floty, w którym nie wszyscy byli ludźmi lub choćby humanoidami:
- Mamy sytuację kryzysową. Odebraliśmy wezwanie pomocy z Vulcana. Szczegóły poznacie później, jednak w tej chwili nie jesteście już kadetami, lecz oficerami Gwiezdnej Floty. Obawiam się, że ceremonii dla absolwentów w tym roku nie będzie. Oficjalne ukończenie Akademii trafi do waszych akt, gdy wy będziecie już w przestrzeni kosmicznej. Przepraszam z góry, jeśli ktoś zostanie pominięty. Wszystkie zażalenia zostaną rozpatrzone później. Na razie nie ma na to czasu. Odbierzcie swoje przydziały. Jeśli nie usłyszycie swego nazwiska, zgłoście się do najbliższego starszego oficera.
Kadeci rozbiegli się do wyznaczonych promów, wyczytywane nazwiska i przydziały dzwoniły wokół Kirka i McCoya.
- Blake - Newton... Burke - Baza Trzecia... Counter - Odyssey... Fugeman - Regula One, Gerace - Farragut... Korax - Drake... McCoy - Enterprise....
Na to czekali. Obaj odwrócili się, szukając oficera, stojącego przy jednym z kilku identycznych promów. Jego przeznaczenie nie było takie same jak innych, co podniecony Kirk dobrze wiedział. Wokół nich nadal brzmiała wyczytywana litania:
-...McGrath - Potemkin... Tel'Peh - Bradbury... Davis - Kongo....
Dwóch kadetów zatrzymało się przed oficerem, który wyczytał nazwisko McCoya. Wokół personel spieszył do swych stanowisk/ Próbując się opanować Kirk zaczepił oficera:
- Przepraszam - pan nie wyczytał mego nazwiska. Kirk, James T.
Mężczyzna spojrzał na trzymany wykaz
- To dlatego, że zostało ono wymazane. Jest pan zawieszony, Kirk. To skutek przesłuchania, jest pan uziemiony, póki rada nie zdecyduje o pana losie.
Gdy Kirk miał dziewięć lat, potknął się i wpadł do niewielkiego potoku, uderzając głowa w wystając z dna kamień. Jego brat George skoczył za nim i wyciągnął go na brzeg. Gdy chłopiec doszedł do siebie, otworzył oczy i zobaczył przerażenie na twarzy brata. Teraz rozumiał, co George wtedy czuł, bo sam teraz czuł to samo.
- Ale to sytuacja awaryjna. Ogólny alarm, czerwony alarm. Flota potrzebuje wszystkich możliwych rąk i macek!
Oficer był niewzruszony.
- Wybacz, Kirk, bez autoryzacji nie mogę wpuścić pana na pokład. Zna pan reguły. Jeśli pana puszczę, dobiorą mi się do tyłka.
Odwrócił się i odszedł, studiując swój wykaz.
Oszołomiony Kirk odszedł od promu. Nie był na Enterprise. Nie był nigdzie. Utknął na Ziemi, w opustoszałej Akademii, podczas gdy wszyscy jego koledzy otrzymali szybką promocję i są wysyłani poza system słoneczny, by sprawdzić to jakieś nieznane niebezpieczeństwo. Wrócą jako pełnoprawni oficerowie, podczas gdy on....
Ta sama ręka co poprzednio spoczęła na jego ramieniu, tym razem w geście pociechy.
- Jim - powiedział cicho McCoy, próbując dodać mu otuchy - Wyrok będzie dla ciebie pomyślny. Przekonałeś ich. Walczyłeś i drążyłeś temat gdy wszyscy oczekiwali, że się poddasz. Przywrócą cie do praw, jeśli tylko mówiłeś prawdę
Obejrzał się. Kirk był jego przyjacielem, ale wzywały obowiązki.
- Jim, muszę iść.
Kirk nie mógł nawet spojrzeć na przyjaciela. Z trudem mógł mruknąć:
- Taaa... tak, idź
Zmusił się do półuśmiechu.
Rozdarty między przyjaźnią a przyszłością McCoy odszedł, przyspieszając kroku. Za jego plecami Kirk poszukał wzrokiem najbliższego oparcia. Wszystko, nad czym tyle czasu pracował, czego tak bardzo pragnął, legło w gruzach. Choć wciąż był otoczony przez setki kadetów, żołnierzy, personelu pomocniczego i innych, był samotny.
No, może nie całkiem.
McCoy był w połowie drogi do promu, gdy wpadł na pewien pomysł. Zawrócił. Dwóch starszych kadetów spojrzało za nim, ale nikt nie zastąpił mu drogi. Czerwony alarm nie był odpowiednia chwila do pilnowania wojskowego protokołu. Poza tym insygnia określały go jako lekarza. Bez wątpienia miał dobry powód, żeby ich zignorować.
Gdyby wiedzieli...

Kirk odwrócił się gniewnie, gdy czyjaś ręka chwyciła go za ramię. Gotów zaatakować, powściągnął się ujrzawszy przyjaciela. Gapił się na niego, nic nie rozumiejąc.
- Co... Bones, co robisz? - wskazał poza niego - Prom czeka. Myślałem, że już jesteś...
McCoy pociągnął go za sobą.
- Zamknij się i chodź.
Zanadto zdruzgotany okolicznościami, które go powaliły na kolana, Kirk pozwolił sobą dyrygować. Był tak skołowany, że nawet nie zauważył Uhury w grupie oczekujących kadetów, gdy McCoy popchnął go przed sobą.
... Jaxa - Endavor... - wyczytywał przydziały starszy oficer - T'nag - Antares... Uhura - Farragut....
Farragut?! Słyszała dobrze, ale to musiała być pomyłka. Rozglądając się między kolegami znalazła wreszcie tego, kogo szukała w tłumie. Pospieszyła ku niemu.
Spock rozmawiał z kilkoma innymi oficerami i nie zauważył jej nadejścia.Czekała niecierpliwie, aż skończy rozmowę. Czekała dokładnie minutę. Bez wątpienia Wolkanin pochwaliłby taką precyzję, ale nie o to jej chodziło.
- Komandorze, można na słówko? Jeśli może pan poświęcić mi trochę czasu...
Ich oczy spotkały się i Spock skinął głowa innym oficerom:
- Panowie, wybaczcie mi na chwilę.
Odeszli na bok. Spock wyglądał i zachowywał się w pełni profesjonalnie.
- Tak, poruczniku?
Jej głos był spokojny i powściągliwy, ale jej oczy płonęły.
- Czyż nie byłam jedną z pana najlepszych studentek?
- W rzeczy samej. - odpowiedział bez wahania.
- Czy nie dostałam złotego medalu za ksenolingwistyczne osiągnięcia we wszystkich kategoriach, od konstrukcji słownych po dźwięki i manipulacje powietrzne wszelkich rodzajów, co dało Akademii pierwsze miejsce przed uniwersytetem Kyoto, MIT i Oxfordzkim Instytutem Językowym?
- Wyjątkowe osiągnięcie, zapewniam...
Nie bacząc na jego rangę, przerwała mu nie unosząc ręki.
- I czy przy wielu okazjach nie mówiłam, ze moim marzeniem jest służba na Enterprise?
- Wiele razy i głośno, że aż wyglądało to na obsesję - przyznał - Tak samo jak inni z pani klasy.
Uhura postąpiła krok naprzód. Każdy poza Spockiem mógłby się poczuć zagrożony.
- A mimo to zostałam przydzielona na Farraguta?
Napięcie zawisło w powietrzu. Postronny obserwator mógłby oczekiwać, że Wolkanin skarci agresywną kadetkę, nie tylko za jej ton, ale i za naruszenie przestrzeni osobistej oficera starszego stopniem. Ale nie.
Spock obejrzał się. Nie sposób powiedzieć, czy usiłował w ten sposób uniknąć ostrego jak laser spojrzenia kadetki czy też sprawdzić, czy ktoś nie patrzy. Jego głos zmienił się, był jakby mniej profesjonalny, jakby mniej... wolkański. Odpowiedź zdradzała zmieszanie osobą stojącej naprzeciw niego dziewczyny. Zmieszanie lub nawet coś więcej. Oczywiście z jego słów nie sposób było to wyczytać.
- Próbowałem uniknąć podejrzenia, że kogoś faworyzuję. - mruknął na tyle cicho, by tylko ona mogła go usłyszeć.
Uhura postąpiła jeszcze jeden krok naprzód, tak że prawie dotknęła jego munduru.
- Ah-ha.
Płonące oczy spoczęły na wykazie, cienkim arkuszu plastiku, który ich dzielił.
- Po prostu pomyłka we wpisie. Zdarza się. Każdy to zrozumie. Jestem przydzielona na Enterprise.
Ich oczy znów się spotkały. Spojrzenie Spocka przesunęło się na wykaz. Dotknął jednym palcem sensorycznego ekranu.
- Tak, wierzę że jest pani.
Uśmiechnęła się, skinęła głową, okręciła się na pięcie i pobiegła poinformować o swym przeniesieniu. Komandor Spock patrzył za nią trochę dłużej, niż było trzeba, zanim wreszcie wrócił do pracy.
Elaan
Użytkownik
#105 - Wysłana: 7 Wrz 2011 17:45:10
Odpowiedz 
Eviva:
Uhura postąpiła krok naprzód. Każdy poza Spockiem mógłby się poczuć zagrożony.

Eviva:
Spock obejrzał się. Nie sposób powiedzieć, czy usiłował w ten sposób uniknąć ostrego jak laser spojrzenia kadetki czy też sprawdzić, czy ktoś nie patrzy. Jego głos zmienił się, był jakby mniej profesjonalny, jakby mniej... wolkański. Odpowiedź zdradzała zmieszanie osobą stojącej naprzeciw niego dziewczyny. Zmieszanie lub nawet coś więcej. Oczywiście z jego słów nie sposób było to wyczytać.

No proszę, biedny Spock .
Uhura nie prosiła o przydział, to było wręcz wymuszenie rozbójnicze .
Eviva
Użytkownik
#106 - Wysłana: 7 Wrz 2011 17:52:08
Odpowiedz 
Elaan:
Uhura nie prosiła o przydział, to było wręcz wymuszenie rozbójnicze .

Otóż to właśnie!
Elaan
Użytkownik
#107 - Wysłana: 7 Wrz 2011 18:02:15
Odpowiedz 
Eviva

Dowód na to, że stare przysłowia i w Treku się sprawdzają .
Gdzie diabeł Wolkaninowi rady dać nie może , tam kadetkę pośle .
Eviva
Użytkownik
#108 - Wysłana: 7 Wrz 2011 18:22:31
Odpowiedz 
Elaan

Raczej wyglądało to na "haka" w zanadrzu, coś typu bo wszystko powiem Radzie...
krzychu
Użytkownik
#109 - Wysłana: 7 Wrz 2011 18:38:53
Odpowiedz 
fajny motyw

tyle tekstu a mozna go przekazac w dwoch zdaniach : mam ambicje chce awans na enterprise //wsciekla
Eviva
Użytkownik
#110 - Wysłana: 7 Wrz 2011 19:45:32
Odpowiedz 
krzychu

To jeszcze nic w porównaniu z tym, co będzie później...

SPOILER ALERT

Przeżycia Kirka na Delta Vega to literacka kopalnia złota.
krzychu
Użytkownik
#111 - Wysłana: 7 Wrz 2011 19:59:39
Odpowiedz 
dlaczego mnie boli glowa jak czytam mozesz mi powiedziec ?
Eviva
Użytkownik
#112 - Wysłana: 7 Wrz 2011 20:07:36
Odpowiedz 
krzychu

Jestem technikiem, nie lekarzem
Eviva
Użytkownik
#113 - Wysłana: 9 Wrz 2011 17:21:56 - Edytowany przez: Eviva
Odpowiedz 
Zlokalizowanie potrzebnej sekcji hangaru nie zabrało McCoyowi wiele czasu. Uznana za najważniejszy ładunek skrzynka ze sprzętem medycznym stała, na wpół zasłonięta przez mniej istotne zapasy. Z wciąż zdezorientowanym przyjacielem u boku McCoy poczekał, aż obładowani zapasami robotnicy odejdą, po czym szybko przeskanował zawartość kilku małych saszetek, nim znalazł to, czego szukał. Właściwie nie całkiem było to to, czego potrzebował, ale nie było czasu na dokładniejsze poszukiwanie. To była sytuacja awaryjna, w której lekarz musiał podjąć szybką decyzję i szybkie działanie, tak jak go uczono. Odpieczętował kontener i zaczął przerzucać jego zawartość.
Działalność przyjaciela odciągnęła wreszcie uwagę Kirka od robotników, krzątających się za przezroczystą grodzią.
- Bones, co ty robisz? Czego szukasz?
- Rozwiązania problemu, który leży w tym rozwiązaniu. Nie mogę tak po prostu cię tu zostawić, gdy wyglądasz tak żałośnie. Ach, jest!
Wyjął z otwartego kontenera ampułkę, odkapslował ją zębami i napełnił hypoinjektor jej zawartością. Automatyczny mechanizm zassał niewiadomą treść, którą następnie McCoy bez ostrzeżenia wstrzyknął prosto w kark przyjaciela.
- AU! Co to do cholery było?! - Kirk złapał za hypoinjektor, ale McCoy odebrał mu go i wyrzucił.
- Zaraz przestaniesz widzieć na lewe oko.
Zanim jeszcze doktor skończył to zdanie, Kirk zachwiał się i stwierdził, ze w istocie tak jest.
- Taaa, właśnie przestałem.
Próbował stanąć prosto, ale jego plecy wygięły się i znowu się zachwiał.
- Co ty mi zrobiłeś?
- Zaraz paskudnie rozboli cię głowa. - poinformował go McCoy.
Kirk chwycił się za głowę obiema rękami i zacisnął powieki, zginając się wpół.
- Boże, co się dzieje?
Spróbował wyprostować się i odwrócić, ale omal nie upadł. Przewidując, że jego przyjaciel straci równowagę, podobnie jak już stracił zdolność widzenia na lewe oko i doznał częściowego zaćmienia umysłu - McCoy chwycił go i przytrzymał.
- Po prostu podałem ci szczepionkę przeciw infekcji wirusowej, spowodowanej ukąszeniem melvariańskiej pchły błotnej. Fakt, że w promieniu sto lat świetlnych nie ma takich pcheł, jest bez znaczenia. Ważne są efekty uboczne. Bez opieki medycznej i odpowiednich specyfików w ciągu godziny wystąpią u ciebie objawy chorobowe.
Skołowany Kirk patrzył na swego przyjaciela z otwartymi ustami, wspierając się na nim jednocześnie.
- Wstrzyknąłeś mi jakiegoś obcego wirusa błotnej pchły?
Podpierając go McCoy wyciągnął go ze składu medycznego.
- Wisisz mi przysługę.
Ledwie zdążyli.Klakson już wył i światła pozycyjne promu migotały oznajmiając, ze zaczęło się już finałowe odliczanie przed startem. Wytężając wszystkie siły McCoy wciągnął przyjaciela za sobą na rampę.
Młodszy oficer, który ich przyłapał, pracował cały czas bez przerwy, odkąd odezwał się sygnał czerwonego alarmu. Nie miał nastroju na kłótnie i nie miał zamiaru odwlekać startu promu. Gniewny komentarz, jaki sobie przygotował, zamarł na jego ustach gdy ujrzał twarz Kirka. W swoim czasie widział kilku skacowanych kadetów, jak również kilku chorych, a nawet kilku takich, którzy mieli za sobą walkę wręcz w stylu Klingonów.
Jednak nigdy przedtem nie widział kogoś, kto wyglądałby tak fatalnie, jak James T. Kirk w tym momencie.
- Dobry Boże, co z nim? - oficer popatrzył na ręce kadeta. Obie były spuchnięte jak w zaawansowanym stadium słoniowacizny.
Mocując się, by utrzymać przyjaciela w pionie, McCoy odpowiedział bez wahania:
- Cierpi na komplikacje zakaźnego zapalenia połączonego z obrzękiem obszaru egotycznego kory mózgowej. Został zakażony bakteriami gram-ujemnymi w laboratorium. Pisałem nakaz przeniesienia go do szpitala, gdy ogłoszono alarm.
Oficer cofnął się o krok.
- Czy to zakaźne?
McCoy potrząsnął głową.
- Tylko przez wymianę płynów, poza tym nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Powinien wydobrzeć, jeśli gorączka nie ugotuje mu mózgu.
Oczy Kirka rozszerzyły się, gdy spoglądał w twarz trzymającego go człowieka. Bardzo chciał zadać mu kilka pytań. Niestety wyglądało na to, że jego język uciekł z ust, zostawiając puste miejsce, podobnie jak głowę.
Wyjmując mały cylindryczny przedmiot z kieszeni na piersi oficer sprawdził tożsamość półprzytomnego ciała.
- James T. Kirk
Szybko sprawdził wykaz
- Nie jest dopuszczony na pokład Enterprise.
Spojrzał niepewnie na McCoya:
- W zasadzie wygląda na to, że nie został dopuszczony nigdzie. Tu napisano, że jest...
McCoy przerwał mu:
- Słuchaj pan, mamy czerwony alarm i nie mam czasu, żeby się spierać. Jestem przydzielony na Enterprise, a Regulamin Medyczny Gwiezdnej Floty mówi jasno, że opieka i transport pacjenta pozostają w gestii jego lekarza prowadzącego, czyli mnie. Jestem przydzielony na statek, nawet jeśli to tylko czasowy przydział. Sprawdź pan w regulaminie: względy medyczne przeważają nad akademickimi. Nie próbuję przemycić na pokład swojej dziewczyny. Być może, że jest on chwilowo zawieszony, ale to nie pierwszoroczniak - to wykwalifikowany młodszy oficer i znajdą mu coś do roboty, gdy wyzdrowieje. Jednak jako jego lekarz nie mogę go teraz zostawić. Idzie ze mną.
Tu doktor zrobił efektowną pauzę.
- Albo sam pan wyjaśnij kapitanowi Pike'owi, czemu Enterprise w kryzysowej sytuacji poleci bez jednego ze starszych stopniem lekarzy.
Popatrzył ostro na plakietkę identyfikacyjną mężczyzny. Ten zawahał się, ponownie spoglądając na wykaz. Nowy dzwonek alarmowy oznajmił, że konieczny jest natychmiastowy odlot. Miał jeszcze pół tuzina innych promów do sprawdzenia i już był spóźniony. Bez wątpienia nie był to jeszcze koniec...
Pochyliwszy głowę wskazał stylusem na otwarte drzwi promu.
- Jak pan chce.
- Jak pan chce - McCoy zaczął wlec swego przyjaciela po rampie - Zjadłeś ostatnio za dużo, kadecie?
Twarz Kirka pozieleniała.
- Byłbym wdzięczny, Bones, gdybyś nie wspominał mi o takich rzeczach.
- Bez obaw. Każde mdłości wyciszy zapalenie twego... - tu zniżył głos do szeptu. Kirk otworzył szeroko oczy.
- Mego czego?
- Zamknij się. - McCoy dotarł już do końca rampy - I idź o własnych siłach. Spróbuj mi pomóc, Jim. Zmuś swe nogi do pracy.
Kirk zakołysał niepewnie głową i popatrzył na niego.
- To ja mam jakieś nogi?
Gdy już się znaleźli na pokładzie, nietrudno było znaleźć miejsca siedzące mimo spóźnienia. Jedno spojrzenie na Kirka i każdy zostawiał im mnóstwo miejsca. Zabrzmiał ostatni dzwonek i pilot wyprowadził prom z hangaru. Wylecieli na zewnątrz, żegnani ostatnim odblaskiem słońca na błyszczących płytach portu. Mamroczący coś niewyraźnie Kirk wpół leżał na ramieniu przyjaciela.
- Jeszcze jedna sprawa, Bones.
- Tak? - McCoy wbił się mocniej w fotel czując, jak zwykły w takich sytuacjach pot oblewa mu kark i czoło
Kirk spróbował się uśmiechnąć.
- Mogę cię obrzygać.
Elaan
Użytkownik
#114 - Wysłana: 9 Wrz 2011 18:29:28
Odpowiedz 
Eviva:
- Cierpi na komplikacje zakaźnego zapalenia połączonego z obrzękiem obszaru egotycznego kory mózgowej.

Całkiem niezła diagnoza .
Q__
Moderator
#115 - Wysłana: 9 Wrz 2011 19:19:12
Odpowiedz 
Eviva:
Spochmurniał i spojrzał na McCoya.
- Kim jest ten spiczastouchy bękart?
McCoy potrząsnął głową.
- Nie wiem. Ale podoba mi się.

A to jest bardzo dobre. Na pierwszy rzut oka inwersja sytuacji z TOS, ale czy na pewno inwersja?

Elaan
Eviva

Elaan:
To zabawne, ale obaj mają tutaj rację . I obaj się od siebie czegoś nauczyli .

Jestem bardzo ciekaw jak wyglądała sytuacja tego testu w oryginalnej lini czasowej. Baardzo.

Elaan:
Spock jednym zdaniem uświadomił mu co znaczy słowo " dowodzić " .

Wracajać do oryginalnej linii czasu" ciekawe, że Spock, który umiał to skutecznie uświadamiać Kirkowi tak wiele razy, miał z tym sam kłopoty w odcinku "Galileo Seven". Widać w tym ujeciu przewagę intuicji i dowódczego instynktu - a także silnej woli życia i zwycieżania - nad nastawieniem bardziej analitycznym.
(Przy czym znów pojawia się pytanie o stopień podobieństwa obu linii czasu.)
Eviva
Użytkownik
#116 - Wysłana: 10 Wrz 2011 08:02:26 - Edytowany przez: Eviva
Odpowiedz 
Q__

Analizując tekst (nie film) można dojść do podobnego wniosku. Podejmując decyzję o przegrupowaniu Spock jednocześnie rezygnował z jedynej, wątłej szansy ocalenia Ziemi. Gdyby podążył za Nero i spróbował odbić Pike'a, jednocześnie ostrzegając Ziemię (z bliska by się pewnie udało), byłaby szansa. Lecąc do systemu Laurentian skazywał Ziemię i szczerze mówiąc Kirk miał prawo odebrać to jako deklarację typu "bajka o Janie". Czyli "Ja nie mam, i ty nie będziesz miał". Owszem taki wybór był logicznie uzasadniony - ale bunt Kirka tym bardziej. Owszem, w tekście bardziej nawet niż w filmie widać, że Kirk nieco przesadził - ale nie to dziwi, raczej ślepota pozostałej części załogi na to, co przed chwilą napisałam.
Załóżmy taki scenariusz - wszystko idzie dobrze. Spock łączy się z resztą Floty, w między czasie Ziemia zostaje zniszczona i być może jeszcze jakaś planeta. Flota zbiera się i zbiorowo atakuje Nero. Ten większość niszczy (bez wysiłku poradził sobie z sześcioma okrętami, a nie wiemy, co jeszcze miał w zanadrzu). Czy pozostali uznają Spocka za bohatera, który swą decyzją ocalił jedną załogę, czy za poruczniczynę, który dorwawszy się do fotela zmarnował jedyną szansę powstrzymania wroga?
Eviva
Użytkownik
#117 - Wysłana: 11 Wrz 2011 08:41:28 - Edytowany przez: Eviva
Odpowiedz 
Przyspieszając łagodnie wahadłowiec mknął przez atmosferę. Ciemny błękit nieba zmienił się we fiolet, a potem czerń. Pod nimi krzywizna Ziemi wyglądała jak kawałek grawerowanego turkusu na onyksowym tle. Te promy, które wystartowały wcześniej, wyprzedzały ich mknąc ku swemu przeznaczeniu. Odległość miedzy nimi była wystarczająco duża, by każdy poczuł się tak, jakby był sam we wszechświecie.
A potem ukazała się Baza Gwiezdna nr 1.
Miasto w przestrzeni kosmicznej, rozciągające swe ogromne ramiona, kończące się dokami naprawczymi. Obecnie każdy z nich był zajęty.Niczym nieregularne płatki śniegu krążyły wokół statków promy remontowe, przygotowując je do odlotu. Mimo podobnego schematu każdy ze statków był trochę inny, zachowywał swą indywidualność. Wszystkie były piękne i każdy miał coś do zaoferowania. Żaden z nich nie interesował Kirka, gdy ten spoglądał przez najbliższy iluminator. Widział tylko jeden z nich, jego kompozytową powłokę i wyraźnie zaznaczające się na niej litery;

USS ENTERPRISE NCC-1701

Pamiętał, jak pierwszy raz go ujrzał. Był wtedy nieukończony, ziejący dziurami w konstrukcji, właściwie sam szkielet. Poraził go wtedy swym ogromem, tkwiącym w pajęczynie rusztowań na wielkiej równinie centralnej Iowy. Zdawał się wtedy niezgrabny i pozbawiony wdzięku - młodociany statek. Ukończony, tkwiący przy jednym z doków, był esencją piękna. Nie mógł się doczekać, by go objąć.
Miał tylko nadzieję, że nie zanieczyści swymi flakami jego pięknych, nowych, sterylnie czystych pokładów.
Prom podszedł łagodnym łukiem do bazy i zbliżył się do statku. Pilot wprowadził pojazd w otwarte wrota i zadokował. Prom zakołysał się lekko w strumieniu powietrza, które wypełniało hangar. Gdy tylko zabrzmiał odpowiedni sygnał, wszyscy pasażerowie wstali. Kirk i McCoy byli ostatni.
Na szczęście dla doktora jego pacjent odzyskał nagle nieco sił.
- Bones - szepnął słabo - Dzięki za ściągnięcie mnie na pokład. Jednak nie czuję się dobrze. Czuję się, jakbym przeciekał.
McCoy miał dość podzielną uwagę, by zauważyć Spocka, idącego w ich kierunku.
- Patrz, to ten spiczastouchy sukinsyn.
Zajęty odczytami, w które się wpatrywał, komandor minął ich nawet nie spojrzawszy. Nim miał okazję się obejrzeć, McCoy zawlókł już Kirka w głąb bocznego korytarza.
Tymczasem komandor zaszedł na lśniący nowością mostek. Wszystkie konsole były wypolerowane, monitory czyste. Jako ukłon w stronę historii na jednej ze ścian widniała mała tablica z wizerunkiem starożytnego żaglowca, umieszczona jednak poza zasięgiem wzroku załogi. W jednym z kątów nieznany technik zostawił miniaturowy mop i wiadro w akcie szacunku dla czasów, gdy pokłady myto, a nie pokrywano odpornymi na wszystko chemicznymi powłokami.
Nowo mianowany oficer naukowy usiadł przy swym stanowisku. Podczas gdy reszta załogi zachwycała się połyskiem i elegancją nowych instrumentów, on był zadowolony, że wszystko działa. Po rutynowym sprawdzeniu systemów statku odwrócił się w kierunku fotela dowodzenia.
- Wszystkie pokłady meldują gotowość do startu, kapitanie.
Jego nonszalancja miała sugerować, że wypowiadał te słowa już tysiące razy wcześniej. Rzeczywiście to robił, ale jedynie w symulatorze.
- Bardzo dobrze - uniósłszy się lekko w fotelu kapitan Pike spojrzał w kierunku sterów - Kurs na Vulcan.
- Kurs wprowadzony. - odpowiedział porucznik przy konsoli.
- Szybkość maksymalna. Naprzód.
Dopiero dwudziestoletni Hikaru Sulu był już uważany za jednego z najlepszych pilotów Federacji. Wychowany na rybackich trawlerach już jako dziecko umiał prowadzić proste statki powietrzne. Wielu jego kolegów przeżywało stresy i ciężko pracowało nad zdobyciem wymarzonego przydziału. Nie Sulu. Nieważne, jak trudna była symulacja lub rzeczywista sytuacja, zawsze był uśmiechnięty. Jego dobry humor był zaraźliwy i sprawiał, że nie zazdroszczono mu szybkiego awansu we Flocie.
Palce porucznika przebiegły po kontrolkach konsoli i... nic się nie wydarzyło.
Ludzie spojrzeli niepewnie na sternika. Pike poruszył się lekko.
- Coś nie tak, poruczniku?
- Nie jestem pewny, kapitanie, ja...
- Gdzie sternik McKenna?
- On... ma robaczycę płuc, sir - wyjaśnił porucznik z zakłopotaniem - Wyzdrowieje, ale na razie nie nadaje się do służby. Ja jestem Hikaru Sulu.
Pike zacisnął usta.
- I jest pan pilotem, tak?
Porucznik zesztywniał.
- Jak najbardziej, sir - jego oczy biegały niespokojnie po konsoli - Nie jestem pewny, co się dzieje...
- Czy hamulec ręczny jestzaciągnięty?
- Nie, sir, sprawdziłem to, ale...
Od konsoli naukowej dał się słyszeć głos:
- Sprawdził pan, czy wszystkie klamry dokujące zostały wyłączone?
Sulu usiłował ukryć narastający niepokój, sprawdzając jednocześnie odczyty na małym monitorze. Jego palce poruszały się szybko. Speszony odwrócił się ponownie.
- Gotowi do wejścia w warp... sir - ponownie sprawdził odczyty, starając się nie patrzeć już na fotel dowódcy ani stanowisko naukowe - Dok melduje, że mamy gotowość do startu.
Pike skinął głową.
- A zatem to ręczny hamulec.
Skończywszy z nowym sternikiem rozejrzał się po mostku i nawiązał kontakt wzrokowy z każdym członkiem załogi.
- Wielu z was już ze mną służyło. Witam tych, którzy są nowi na służbie i przepraszam za sposób, w jaki zostali powołani. Okoliczności wymogły na nas taką szybkość. Gwiazdy i galaktyki nie chcą czekać, a Gwiezdna Flota musi się czasem dostosować do ich szybkości. Oczywiście dziewicza podróż flagowca zasługuje na większą pompę, ale na razie nie możemy sobie na to pozwolić. To nasz chrzest, a nagrodą będzie bezpieczny powrót. Wiem, że każdy mężczyzna, kobieta i inny osobnik spełni swój obowiązek. Jesteście najlepszymi produktami Akademii i Gwiezdnej Floty. Jestem dumny, że służycie ze mną i mam nadzieję, że wy też nie będziecie niezadowoleni.
Mówił to z dumą. Ktoś pozwolił sobie na aprobujące mruknięcie, po którym nastąpił krótki śmiech, szybko jednak ucichł pod spojrzeniem kapitana.Pike odczekał chwilę, potem uśmiechnął się. Wszyscy wyglądali na odprężonych, ale tylko wewnętrznie. Ręce i umysły były gotowe do zadań. Pike uaktywnił pokładowy interkom.
- Do wszystkich pokładów, tu kapitan Pike. Końcowe przygotowania zostały zakończone i wszyscy są na swych stanowiskach. Przygotować się do odlotu.
Jeszcze raz spojrzał na sternika.
- A zatem, panie Sulu, naprzód.
Śladem innych statków Enterprise wystartował i wszedł w warp.

W głównym ambulatorium technicy i personel pomocniczy kończyli ostatnie przygotowania. W takim miejscu zawsze jest co robić, zawsze są raporty do dokończenia, instrumenty do poukładania tak, by były gotowe na wszelki wypadek.
W przypadku Kirka było tylko kwestią czasu, kiedy jego spuchnięte ręce wrócą do normalnych rozmiarów. Na razie nie mógłby nawet rozpiąć obrzmiałymi palcami własnej tuniki.
- Bones, kiedy to się skończy, ja nie przeżyję....
- Co jest? - spytał McCoy spokojnie - Dokucza ci ból, czy też fakt, że nie wyglądasz tak perfekcyjnie jak zwykle myślisz, że wyglądasz? To minie w najwyżej pół godziny.
Podszedł bliżej i zniżył głos do szeptu, by personel go nie słyszał:
Teraz słuchaj: nie mogę tu siedzieć i cię niańczyć. Mam swoją robotę. Muszę przegotować swoją część ambulatorium do startu, spotkać się z kolegami, zobaczyć czy technicy wiedzą, gdzie ich miejsca i sto innych spraw. Pamiętaj o naszej umowie. Zostań w ambulatorium i schodź innym z widoku, jak długo się da, choć przez kilka dni. Rozumiesz? Gdyby ktoś kwestionował twoje wyszkolenie lub specjalizację, mów, że jesteś asystentem anastezjologicznym przydzielonym specjalnie do mnie.
Uśmiechnął się sardonicznie.
- Widziałem, jak usypiasz ludzi gadając o sobie, więc za bardzo się z prawdą nie miniesz.
Kirk był przygaszony w niezwykły dla niego sposób.
- Bones, nie wiem, co powiedzieć.
Ogarnął pomieszczenie spojrzeniem. Wzrok powoli mu wracał. Mimo wszystko, mimo że jego świat obrócił się do góry nogami w najbardziej nieprzewidywalny sposób, był w przestrzeni kosmicznej. Na statku. Na Enterprise.
- Dziękuję.
- Proszę - McCoy wyszczerzył zęby w uśmiechu - Wrócę do ciebie najszybciej, jak się da. Jak powiedziałem, objawy niedługo powinny minąć i wkrótce znowu będziesz sobą. Na razie staraj się pozostawać w cieniu i nie pakuj się w kłopoty.
Miał już wyjść, ale zatrzymał się i rzucił swemu druhowi ostatnie polecenie:
- I, Jim...
- Tak, Bones?
- Trzymaj łapy z daleka od moich pielęgniarek.
Potem McCoy wyszedł, kierując się do głównego bloku. Kirk słyszał, jak narzeka i utyskuje na coś, póki drzwi się za nim nie zamknęły. Potem popatrzył na swe spuchnięte dłonie.
Zupełnie, jakby teraz był w stanie cokolwiek nimi zrobić.
Q__
Moderator
#118 - Wysłana: 11 Wrz 2011 13:30:56 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Elaan

Elaan:
No proszę, biedny Spock .
Uhura nie prosiła o przydział, to było wręcz wymuszenie rozbójnicze .

Znając jej zachowanie z (durnego skadinąd) ST III i z paru scenek w TOS jakoś się nie dziwię .

Eviva

Eviva:
Pamiętał, jak pierwszy raz go ujrzał. Był wtedy nieukończony, ziejący dziurami w konstrukcji, właściwie sam szkielet. Poraził go wtedy swym ogromem, tkwiącym w pajęczynie rusztowań na wielkiej równinie centralnej Iowy. Zdawał się wtedy niezgrabny i pozbawiony wdzięku - młodociany statek. Ukończony, tkwiący przy jednym z doków, był esencją piękna. Nie mógł się doczekać, by go objąć.

Foster powtarza sam po sobie (kto niby napisał scenariusz do TMP?), ale jest to urocze (to obejmowanie ).
(Acz na swój sposób perwersyjne - przypomina się pytanie Ijona Tichego "czy z rakietą można mieć dziecko?")

Eviva:
W jednym z kątów nieznany technik zostawił miniaturowy mop i wiadro w akcie szacunku dla czasów, gdy pokłady myto, a nie pokrywano odpornymi na wszystko chemicznymi powłokami.

Zabawny smaczek: co w naszych czasach stanowi ciężką robotę, w innych może stać się symbolem.

Eviva:
Pamiętaj o naszej umowie. Zostań w ambulatorium i schodź innym z widoku, jak długo się da, choć przez kilka dni. Rozumiesz?

"Starman Jones" (z którym zresztą "jedenastka" b. silnie mi się kojarzy, może dlatego tyle jej wybaczam) się przypomina...
Elaan
Użytkownik
#119 - Wysłana: 11 Wrz 2011 14:17:16 - Edytowany przez: Elaan
Odpowiedz 
Eviva:
Przyspieszając łagodnie wahadłowiec mknął przez atmosferę. Ciemny błękit nieba zmienił się we fiolet, a potem czerń. Pod nimi krzywizna Ziemi wyglądała jak kawałek grawerowanego turkusu na onyksowym tle.

To przypomina mi scenę odlotu z Kaladanu z Diuny Lyncha .

Eviva:
- Wszystkie pokłady meldują gotowość do startu, kapitanie.
Jego nonszalancja miała sugerować, że wypowiadał te słowa już tysiące razy wcześniej. Rzeczywiście to robił, ale jedynie w symulatorze.

Trema to, jak widać, nie tylko ludzka emocja .

Eviva:
Wiem, że każdy mężczyzna, kobieta i inny osobnik spełni swój obowiązek.

Oczywiście, tych słów nie mogło tu zabraknąć . To logiczne .

Eviva:
- I, Jim...
- Tak, Bones?
- Trzymaj łapy z daleka od moich pielęgniarek.
Potem McCoy wyszedł, kierując się do głównego bloku. Kirk słyszał, jak narzeka i utyskuje na coś, póki drzwi się za nim nie zamknęły. Potem popatrzył na swe spuchnięte dłonie.
Zupełnie, jakby teraz był w stanie cokolwiek nimi zrobić.

Czyli jednak coś mu już chodziło po głowie .......

Q__:
jest to urocze (to obejmowanie ).
(Acz na swój sposób perwersyjne

Zupełnie tak jak to :

- On chciał odzyskać ten okręt, - powiedział Sulu . - Nie chciałbym być na jego drodze, gdy wróci !
Uhura skinęła głową . To było dokładnie to, co także ona wyczuła w zachowaniu Kirka . Miał też to pragnące, ogarniające spojrzenie, które widać w oczach niektórych mężczyzn, gdy już zdobędą kobietę, a ona leży przed nimi gotowa, aby ją wziąć . Uhura nie była nieobeznana z takim spojrzeniem, ale była zakłopotana miarą pożądania, którą w nim zobaczyła .
Eviva
Użytkownik
#120 - Wysłana: 11 Wrz 2011 16:52:01
Odpowiedz 
Elaan:
Czyli jednak coś mu już chodziło po głowie .......

A kiedy mu NIE chodziło? Kirk nie byłby Kirkiem, gdyby nie próbował uszczknąć czegoś z każdego kwiatka, który się nawinie.

Q__:
Foster powtarza sam po sobie (kto niby napisał scenariusz do TMP?), ale jest to urocze (to obejmowanie ).

Jak wiadomo, Enterprise była to jedyna dama, którą traktował poważnie.

Q__:
(Acz na swój sposób perwersyjne - przypomina się pytanie Ijona Tichego "czy z rakietą można mieć dziecko?")

Nie wiem, czy można, ale gdyby istniała choćby minimalna kompatybilność, Kirk na pewno spróbowałby to sprawdzić empirycznie
 Strona:  ««  1  2  3  4  5  6  7  8  9  10  11  »» 
USS Phoenix forum / Star Trek XI / "Star Trek 2009" - przekład

Twoja wypowiedź
Styl pogrubiony  Styl pochylony  Obraz Łącza  URL Łącza  :) ;) :-p :-( Więcej emotikon...  Wyłącz emotikony

» Login  » Hasło 
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą tutaj pisać. Zaloguj się przed napisaniem wiadomości albo zarejstruj najpierw.
 
Wygenerowane przez miniBB®


© Copyright 2001-2009 by USS Phoenix Team.   Dołącz sidebar Mozilli.   Konfiguruj wygląd.
Część materiałów na tej stronie pochodzi z oryginalnego serwisu USS Solaris za wiedzą i zgodą autorów.
Star Trek, Star Trek The Next Generation, Deep Space Nine, Voyager oraz Enterprise to zastrzeżone znaki towarowe Paramount Pictures.

Pobierz Firefoksa!