USS Phoenix
Logo
USS Phoenix forum / Star Trek XI / "Star Trek 2009" - przekład
 Strona:  ««  1  2  3  4  5  6  7  8  9  10  11  »» 
Autor Wiadomość
Q__
Moderator
#61 - Wysłana: 14 Sier 2011 11:23:15
Odpowiedz 
Eviva

Ładne, swoją drogą szkoda, ze Foster nie wyjaśnił dlaczego niemożliwe było ściągniecie George'a do któregoś z promów transporterem. Opisane zgrzyta to jeszcze bardziej niż gdy się ogląda film i skupia na obrazach i emocjach..

ps. no to teraz przed nami Corvetta i RoboCop
Eviva
Użytkownik
#62 - Wysłana: 14 Sier 2011 11:28:30 - Edytowany przez: Eviva
Odpowiedz 
Q__:
swoją drogą szkoda, ze Foster nie wyjaśnił dlaczego niemożliwe było ściągniecie George'a do któregoś z promów transporterem.

W czasach TOS promy nie były wyposażone w transportery.

Q__:
no to teraz przed nami Corvetta i RoboCop

Nie da się ukryć
Toudi
Użytkownik
#63 - Wysłana: 14 Sier 2011 11:47:57
Odpowiedz 
Eviva:
Trudno powiedzieć, co bardziej rozzłościło jego dręczycieli,

To nie tylko Spock wykazuje takie duże emocje, niby nieobecne u Wolkan?
Mam coraz dziwniejsze wrażenie (po ST11), że bardziej wypruci z emocji są Romulanie.

Eviva:
- Twój ojciec jest zdrajcą.

No to już jest jeszcze bardziej dziwne. Zareagował na hasło zdrajca, które moim zdaniem w emocje uderza mniej niż dziwka. Szczególnie, że Sarek niby żenił się z czysto pragmatycznego podejścia.

Cała ta scena robi się jeszcze bardziej nielogiczna, niż była w filmie...

Poza tym, jeśli to 35 próba, i Spock pada pod dwoma bardzo płytkimi obrazami, to znaczy że pozostałe 34 próby musiały mieć bardzo żenująco niski poziom i nasze przedszkolaki klas 1-3 byłyby wstanie wyprowadzić z równowagi dorosłych Wolkan...
Eviva
Użytkownik
#64 - Wysłana: 14 Sier 2011 11:53:24
Odpowiedz 
Toudi

Cóż, ja tego nie pisałam, ja to tylko tłumaczę. Mnie też się to wszystko wydaje mało wolkańskie. Można przywoływać Yesteryear, by to usprawiedliwić, ale co przystoi siedmiolatkom, to już u chłopców mniejwięcej 12-letnich (są starsi od Spocka) i wychowywanych na Wolkan robi dziwne wrażenie. Mało logiczne.
Poza tym słowo "dziwka" w ogóle nie pasuje do Wolkan. Mało prawdopodobne, by używano takich słów w tym społeczeństwie, zwłaszcza z ich podtekstem kulturowym.
Elaan
Użytkownik
#65 - Wysłana: 14 Sier 2011 15:57:06 - Edytowany przez: Elaan
Odpowiedz 
Toudi:
No to już jest jeszcze bardziej dziwne. Zareagował na hasło zdrajca, które moim zdaniem w emocje uderza mniej niż dziwka.

Może nie jest to aż takie dziwne jak się wydaje .
Zapewne matka Spocka nie po raz pierwszy była przedmiotem słownego ataku tych młodocianych, wolkańskich chuliganów . Mógł być na to przygotowany .
Co innego ojciec, którego Spock bez wątpienia darzył niezwykłym podziwem i szacunkiem . Słowo " zdrajca " w społeczności tak honorowej i dumnej jak Wolkanie było zapewne najcięższą obelgą .

Eviva:
Poza tym słowo "dziwka" w ogóle nie pasuje do Wolkan. Mało prawdopodobne, by używano takich słów w tym społeczeństwie, zwłaszcza z ich podtekstem kulturowym.

Bo ta akurat scena dręczenia Spocka została przez scenarzystów popsuta wręcz koncertowo .
Ta scena mogła opowiedzieć coś o dzieciństwie " dziecka dwóch światów ", a jest tylko dowodem braku wyobraźni scenarzystów .
Eviva
Użytkownik
#66 - Wysłana: 16 Sier 2011 17:56:54 - Edytowany przez: Eviva
Odpowiedz 
Już spokojny, choć ze spuchniętą dolną wargą, Spock siedział na ławce w zewnętrznym korytarzu centrum nauczania i starał się nie patrzeć na stojących opodal rodziców. Spierali się. Albo raczej jego matka się spierała, ojciec dyskutował. Jak Spock dobrze wiedział, to była jeszcze jedna różnica między nimi i to taka, z którą nie mógł się pogodzić. Zawsze próbował uniknąć słuchania tego.
Tym razem nie mógł, gdyż był w centrum tego sporu.
- Tam, skąd pochodzę, gdy ktoś cię uderzy, ty mu oddajesz cios - Czy to nielogiczne? O ile wiem, Wolkanie nie są masochistami. A oni dokuczają mu tutaj każdego dnia.
Sarek nie ustępował. Według jego żony był po prostu uparty.
- Spock nie miał racjonalnych przesłanek, by oczekiwać urazu fizycznego. Instruktorzy rozdzieliliby ich, nim by doszło do rzeczywistego niebezpieczeństwa.
- To dziecko, Sarek! Nie możemy od niego oczekiwać,że będzie racjonalny. Szczególnie w takiej sytuacji.Czy logika nie dopuszcza wyjątków, nawet w obronie własnej? To nie jest racjonalne.
- Ależ jest - Jej mąż wciąż nie tracił spokoju i opanowania - Każdą akcją powinna kierować logika. Im poważniejsza sytuacja, tym ważniejsze jest kontrolowanie swych emocji po to, by móc podjąć najlepszą możliwą decyzję i działać jak najefektywniej.
Amanda odwróciła się i potrząsnęła głową.
- Chcę, żeby był Wolkaninem, wiesz to. Ale przede wszystkim ma być sobą, a to znaczy, że czasem będzie człowiekiem. Gdy Wolkanie są zdegustowani swoim towarzystwem, nigdy nie odchodzą tak po prostu, prawda?
- Nie.
Spojrzała na niego.
- A ludzie tak - powiedziała przez ramię - W razie gdybyś zapomniał, pokażę ci, jak to wygląda.
Odeszła nie oglądając się za siebie i znikła w otwartych drzwiach, które zamknęły się cicho za nią. Sarek patrzył za nią, póki nie znikła, potem cicho westchnął.Przez długą chwilę stał w miejscu, tak jakby miał nadzieję, ze jego żona wkrótce powróci. Spock spuścił szybko oczy, ale nie dość szybko, bo gdy ponownie podniósł wzrok, zobaczył że ojciec patrzy na niego.
- Nie chciałem doprowadzić do konfliktu między tobą i mamą - wyszeptał chłopiec zwyczajowym półgłosem.
Sarek patrzył na niego przez chwilę. Potem jakbym jego zmiękło i usiadł obok syna. Nie wyglądał na rozgniewanego. Nie można było odczytać z wyrazu jego twarzy, co czuje, a raczej o czym myśli. Spróbował wyjaśnić:
- Nie bierz sobie do serca tego, czego właśnie byłeś świadkiem. To zwyczajna rzecz, której nie należy się obawiać. Małżeńskie spory...
- Ciągłe?
- Oczywiście. Nauczysz się jeszcze, że emocje, które targają nasza rasą, są mniej widoczne niż w przypadku ludzi. Dawno temu nasze emocje nieomal nas zniszczyły. To dlatego zdecydowaliśmy się pójść za naukami Suraka. Ich rezultatem jest spokój, kontrola i powstanie cywilizacji, ,która widzisz dokoła siebie. Gdybyśmy się nie zmienili, być może osiągnęlibyśmy więcej. Jednak wśród tych osiągnięć mogłoby zabraknąć nas samych. Teraz ty musisz wybrać.
Spock wyglądał na zaniepokojonego - na tyle, na ile mógł tak wyglądać.
- Między tobą a matką?
Sarek prawie się uśmiechnął.
- Nigdy, mój synu. Nawet gdyby cały wszechświat miał się zapaść i wszystkie istoty zginąć, obiecuję ci, że takiego wyboru nie będziesz musiał dokonać. Możesz jednak wybrać dla siebie etykę logiki. To da ci spokój, rzadko doświadczany przez ludzi. Nie jest to brak uczuć, ale kontrola nad nimi. Tak, by to one nie przejęły kontroli nad tobą.
Chłopiec zaprotestował:
- Oni nazwali cię zdrajcą. Sugerujesz, ze mógłbym w całości być Wolkaninem, a jednak ożeniłeś się z Ziemianką. Czemu?
Nie było to pytanie, jakiego Sarek by się spodziewał i sformułowanie właściwej odpowiedzi zabrało mu dobrą chwilę.
- Moim obowiązkiem jako ambasadora na Ziemi była obserwacja i zrozumienie ludzkich zachowań. To zaprowadziło mnie dalej niż ja sam i ktokolwiek inny z konsulatu się spodziewał. Głębia tego zaangażowania doprowadziła mnie do... - zawahał się na moment - Małżeństwo z twoją matką było czymś logicznym. Była to decyzja którą, ku memu zaskoczeniu, podjąłem zupełnie sam.
Ty też możesz podejmować własne decyzje. Wbrew temu, co myślisz, jesteś na to dostatecznie dorosły. Pytanie tylko, co wybierzesz. Tylko ty jeden możesz to zrobić.
Sarek objął ramieniem drobne ramionka syna. Ten gest był jak wszystko inne - tylko logiczny.
- Nikt nie podejmie tej decyzji za ciebie, Spock. Nie twoja matka, nie ja, nie nauczyciele. Nikt z Vulcana i nikt z Ziemi. Tylko ty.
Siedzący cicho przy boku ojca Spock nie odpowiedział, patrzyli po prostu razem w głąb korytarza. Jednak myśli nie musiał tłumić:
- Ale... ja mam dopiero jedenaście lat...
Elaan
Użytkownik
#67 - Wysłana: 16 Sier 2011 19:13:00
Odpowiedz 
Eviva:
- Chcę, żeby był Wolkaninem, wiesz to. Ale przede wszystkim ma być sobą, a to znaczy, że czasem będzie człowiekiem.

Eviva:
- A ludzie tak - powiedziała przez ramię - W razie gdybyś zapomniał, pokażę ci, jak to wygląda.

Jaka szkoda , że ta scena nie znalazła się w filmie .
Amanda jest wspaniałą postacią . Sarek rzecz jasna, też .

Eviva:
- Między tobą a matką?
Sarek prawie się uśmiechnął.
- Nigdy, mój synu. Nawet gdyby cały wszechświat miał się zapaść i wszystkie istoty zginąć, obiecuję ci, że takiego wyboru nie będziesz musiał dokonać.

Q__
Moderator
#68 - Wysłana: 16 Sier 2011 21:13:07
Odpowiedz 
Każdy kolejny fragment potwierdza mi klasę Fostera... i przekładu.
Eviva
Użytkownik
#69 - Wysłana: 16 Sier 2011 21:34:06 - Edytowany przez: Eviva
Odpowiedz 
Q__

Dziękuję Twoja pochwała wiele dla mnie znaczy, a i Foster powinien być zadowolony. Tak jak napisałam, zrobił, co mógł, by poprawić wielkopomne dzieło duetu "Orci&Kurtzman.
Eviva
Użytkownik
#70 - Wysłana: 18 Sier 2011 17:54:19
Odpowiedz 
Corvetta była stara, czerwona i dobrze zachowana. Nie był to klejnocik, niektóre jej przestarzałe lub utracone części zostały zamienione na nowocześniejsze.Jednak dzięki przeprowadzanym z miłością modyfikacjom wóz wyglądał dobrze i dobrze jeździł.
Ręce, które mydliły go i spłukiwały wodą z pobliskiego wiadra, na pewno nie należały do właściciela klasycznego auta. Przede wszystkim były za małe. Można tez było poczuć, ze stojąca za nimi motywacja nie ma nic wspólnego z samochodem.
Słońce Iowy było gorące, chłopiec był więc zadowolony z pracy z zimną wodą. Właściwie daleko bardziej wolałby się pobawić, jednak w domu Franka jego słowo było prawem. Prawem niesprawiedliwym, prawem nieracjonalnym, ale w tym wieku Jim Kirk niewiele mógł zrobić oprócz podporządkowania się. Jego ojczym, Frank, nie był łagodnym tyranem.
Dowodem na to była głośna wymiana zdań, którą właśnie można było usłyszeć z pobliskiego domu. Poirytowany głos ojczyma wskazywała na narastające rozdrażnienie.
- Jesteś już mężczyzną, tak? Więc idź! Szerokiej drogi! Uciekaj! Niech cię diabli!
Jim obejrzał się. Drzwi frontowe trzasnęły, gdy jego starszy brat wypadł na zewnątrz. Nie szedł. Biegł. Na oczach młodszego chłopca George zarzucił sobie plecak na ramię i ruszył przed siebie, kierując się pustą wiejską drogą ku autostradzie. Rzuciwszy gąbkę z powrotem do wiadra Jim pobiegł za nim.
- George, co się dzieje?
- Odchodzę. Dokądkolwiek, byle dalej stąd. Tak daleko jak tylko będę mógł - `brat nie patrzył na niego - Dłużej tego nie wytrzymam. Znaczy Franka.
Jim próbował dotrzymać kroku starszemu chłopcu.
- Ale... dokąd pójdziesz?
George wyglądał tak, jakby go nie słyszał.
- Wydaje mi rozkazy, jakby był diabli wiedzą kim! Ten wóz, który myjesz, nawet nie należy do niego. To był wóz taty. A wiesz, czemu go myjesz?
Spojrzał wreszcie na młodszego brata.
- Bo on chce go sprzedać. I to bez pytania mamy o zdanie!
- Nie możesz odejść - Jim był coraz bardziej zdenerwowany. Już samo to, że miałby tu zostać bez brata... a jeszcze zostać z matką i ojczymem...
- Możemy powiedzieć o tym mamie.
- Nie dasz rady rozmawiać z mamą o Franku. Ja nie wytrzymam tu już ani pięciu minut. - dopiero teraz dostrzegł lęk w oczach młodszego brata - Posłuchaj - kontynuował, już łagodniej - Tobie nic nie będzie. Zawsze tu byłeś. Frank nie zwraca na ciebie uwagi. Nie jesteś taki jak ja, Jim. Zawsze robisz wszystko jak trzeba, masz dobre stopnie, jesteś pupilkiem nauczycieli, zrobisz wszystko co ci każą.
Z odległego domu dobiegł ich gniewny głos:
- Gdy skończysz myć samochód, nawoskuj go dobrze. Słyszysz, Jimbo?
Chłopiec spojrzał błagalnie na starszego brata.
- George, nie odchodź, proszę.
Podał mu fruwające kółko.
- Możesz wziąć moje flo-yo.
George odsunął jego rękę.
- Wybacz, Jim. Nie chodzi tu o zabawki. Chodzi o Franka. Mama nie ma pojęcia, jaki on jest, kiedy jej nie ma w domu. Słyszałeś? Mówi, jakby był naszym ojcem.
Potrząsnął głową.
- W tym domu nie będziesz mógł być Kirkiem.
Odwróciwszy się, ruszył w dalszą drogę. Idący za nim chłopiec zwolnił, a potem przystanął, kompletnie zagubiony. George przyspieszył kroku, tak jakby uciekał, jakby czuł się winny. Jim patrzył za nim, póki jego brat nie zniknął na horyzoncie. Potem, nie mając dokąd iść, zawrócił i pobiegł do jedynego domu, jaki znał.
Zawzięcie tarł gąbką corvettę, jakby chciał zetrzeć lakier, ale nie mógł odpędzić wspomnienia odchodzącego brata. Zostawił go tu, gdzie wszystko było zakurzone i mroczne. Maska, drzwi, osłony przeciwwiatrowe - wycierał to wszystko, pochylony, póki nagły błysk metalu nie przyciągnął jego uwagi.
Kluczyki były w stacyjce.
Być może Frank usłyszał metaliczny warkot specjalnego zamiennika motoru, gdy corvetta ruszyła. Być może ten dźwięk poderwał go z fotela, w którym oglądał transmisję meczu z Kairu. Nie wiedział jednak, że to, na co patrzył, będzie go kosztowało utratę wozu, który właśnie wystrzelił na drogę i pędził coraz dalej od samotnej farmy.Nawet jeśli wybiegł z domu dostatecznie szybko, by zobaczyć znikający samochód, nie mógłby dojrzeć kierowcy.
Poza tym ten ktoś był bardzo mały.
Równie zdecydowany co przestraszony Jim Kirk kręcił kierownicą, kierując corvettę pustą, prostą drogą.Prowadził tak szybko jak tylko mógł, tak szybko, jak chciał, póki nie poczuł, że jest to całkiem... naturalne. Włączył radio i posługując się werbalnymi komendami odszukał kanał z ostrą muzyką, której wuj Frank rzadko pozwalał mu słuchać w domu. Teraz, gdy strach zastąpiło podniecenie, niemal stracił kontrolę nad maszyną. Dosłownie na sekundę przed nieszczęściem pociągnął za staroświecką dźwignię biegów. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech, gdy wóz posłusznie zareagował.
- Co ty tam wiesz? - pomyślał z zadowoleniem.
Szybka jazda była... zabawna.
Zabawna, ale był tu zamknięty. Wiedział, że dach można jakoś złożyć. Były tu jakieś mechanizmy. Trzymając jedną ręką kierownicę, druga manipulował przy zamknięciach. Dach w końcu ustąpił. Wiatr wdarł się do środka, odrzucił sztywną płachtę fiberglassu do tyłu, gdzie łopotała jak uwolniony latawiec. Młody kierowca zdążył się obejrzeć na tyle szybko, by zobaczyć, jak zostaje ona rzucona na drogę poza nim. Przez moment czuł się przestraszony tym widokiem.
Ale teraz czuł wiatr we włosach, jasne słońce oświetlało wnętrze wozu, no i ta szybkość....
Ta właśnie szybkość przyciągnęła uwagę patrolującego drogę oficera policji, gdy corvetta przemknęła obok niego.Nie musiał sprawdzać odczytów na panelu kontrolnym, by wiedzieć, że starodawny wehikuł łamie przepisy. Wskoczywszy na siodełko uruchomił bezkołowy pojazd i ruszył w pościg, dwa metry nad starą drogą.
Nawet przy pełnej prędkości corvetta nie mogła długo uciekać przed nowoczesnym motorem policyjnym. Opuściwszy tarczę oficer wyminął samochód, zaglądając do środka. To co zobaczył, zmieniło jego reakcję na mniej gniewną.
- Synu, zatrzymaj natychmiast ten wóz.
Jim podkręcił samochodowy głośnik do oporu i odpowiedział niewinnie:
- Co takiego? NIE SŁYSZĘ CIĘ!
Niosący przerzucony przez ramię plecak George Kirk szedł tą samą drogą, mając nadzieję złapać stopa. Jego wyciągnięty kciuk opadł równie szybko jak szczęka, gdy zobaczył corvettę i ścigający ja policyjny motocykl. Na jego spokojnej twarzy pojawił się wyraz niedowierzania.
- Niemożliwe....
Na wpół przerażony, na wpół zdecydowany kierowca corvetty nie miał pojęcia, dokąd jedzie, wiedział tylko jedno, że nie zamierza wracać. Zakręcił kierownicą. Ścigający go policjant z trudem uniknął zderzenia. Po chwili odzyskał sterowność i kontynuował pościg za Jimem, który mknął teraz corvettą przez boczne drogi. Wzbijany pył i kurz skutecznie ograniczał widoczność, a mimo to młody kierowca wciąż przyspieszał.
Zobaczył bramę, ale nie mógł już jej uniknąć. Wóz uderzył w starą, drewnianą konstrukcję roztrzaskując ją na kawałki.Nie usłyszał elektronicznego alarmu, co tylko potwierdzało, jak bardzo ta brama była stara. Gdzie był? Zbyt zaabsorbowany utrzymywaniem kontroli nad wozem nie miał czasu, by o tym myśleć.Nie widział nawet ostrzegawczego billboardu, który pojawił się przed nim i w sekundzie zniknął.

NIEBEZPIECZEŃSTWO - KAMIENIOŁOMY
KORPORACJI KOPALNI IOWA


Zaniepokojony oficer włączył syrenę i światła ostrzegawcze. Nie zrobiło to żadnego wrażenia na kierowcy corvetty.
Eksploatowane przez setki lat kamieniołomy miały setki metrów głębokości. Zbocza prowadziły wprost do zbiorników, w których gromadziła się woda deszczowa. Żaden pojazd i żaden kierowca nie mógłby przeżyć upadku w taką głębię. Prosta droga do tego, by zakończyć gniew i desperację zagubionego dziecka. Wszystko, co miał do roboty Kirk, to jechać naprzód, a siła ciążenia dokona reszty. Naprzód i...
Nadepnął na hamulec. Jednak corvetta na zatrzymała się. Schodząc z tej szybkości mogła tylko zwolnić, a i to nie dość szybko. Nieprzypiety pasami i pozbawiony znajomości wewnętrznych urządzeń kierowca odruchowo uniósł się i i przetoczył nad ramą pozbawionego dachu wozu. Całym sobą uderzył o twarde podłoże pobocza, podczas gdy wóz wciąż zwalniał - w końcu stoczył się przez krawędź zbocza na dół.
Policjant zatrzymał swój motor zanim jeszcze klasyczny wóz eksplodował, uderzając o dno kamieniołomu. Położywszy prawą dłoń na rękojeści służbowej broni, nie odsuwając maski z twarzy, podszedł do oszołomionego, ale wciąż podrajcowanego adrenaliną kierowcy, który chwiejnie próbował podnieść się z kolan.
- Jak się nazywasz, synu? - spytał lakonicznie.
Chłopiec wyprostował się, wstając na nogi. Był posiniaczony, podrapany, obolały, brudny, chwiał się lekko, ale żył. Można rzec, że był wyjątkowo żywy. Bardziej żywy niż kiedykolwiek w swojej dotąd krótkiej egzystencji. Nie tyle odpowiedział, co wykrzyknął:
- Nazywam się James Tiberius Kirk! A ty?
Q__
Moderator
#71 - Wysłana: 18 Sier 2011 18:27:16
Odpowiedz 
Foster ładnie ulogicznił, dzwonka Nokii nie słychać, no i cop wcale nie jest robo- .
Eviva
Użytkownik
#72 - Wysłana: 18 Sier 2011 19:30:28 - Edytowany przez: Eviva
Odpowiedz 
Q__

Odwalił kawał dobrej roboty - gdyby to on był scenarzystą, może nawet film by się dał oglądać.
Q__
Moderator
#73 - Wysłana: 18 Sier 2011 19:52:05
Odpowiedz 
Eviva

Eviva:
może nawet fiolm by się dał oglądać

Akurat oglądać to się dał, tylko myslenie lepiej było wyłączyć...
Elaan
Użytkownik
#74 - Wysłana: 18 Sier 2011 21:34:13
Odpowiedz 
Eviva:
Nie jesteś taki jak ja, Jim. Zawsze robisz wszystko jak trzeba, masz dobre stopnie, jesteś pupilkiem nauczycieli, zrobisz wszystko co ci każą.

Eviva:
- W tym domu nie będziesz mógł być Kirkiem.

Nareszcie wiemy, dlaczego James T. Kirk jest taki jaki jest .
Dlaczego nie został wykształconym ale przeciętnym , potulnym oficerem - tylko buntownikiem, który nigdy nie przestał pytać, kwestionować, wątpić .
Eviva
Użytkownik
#75 - Wysłana: 20 Sier 2011 18:40:58 - Edytowany przez: Eviva
Odpowiedz 
Nawet przedpokój Wolkańskiej Akademii Naukowej był imponujący, mimo nagich ścian i surowego sufitu, pozbawionych kolorów. Miał zniechęcać do zbyt pochopnych wizyt. Sądząc po odgłosach, dobiegających z pobliskiej toalety, spełniał tę rolę bez zarzutu. Spacerując przed drzwiami Amanda Grayson wyglądała na zaniepokojoną. Czekała na syna, który wracał do poczekalni.
- Spock, chodź tutaj. Niech cię zobaczę.
- Nie.
- Spock...
Przywołała na twarz swój najbardziej macierzyński uśmiech.
- Kochanie, to zrozumiałe, że jesteś zdenerwowany. Ja też jestem. Nie ma się jednak co niepokoić. Będzie świetnie.
Z zaciśniętymi ustami i nienaganną postawą, z ciemnymi włosami, dopiero co przyciętymi do standardowej długości, jej syn nie wykazywał oznak tego, że kilka minut wcześniej zwymiotował w toalecie ostatni posiłek. Wyglądał tak, jakby miał pełną kontrolę nad swym ciałem i umysłem, chociaż niedawne wydarzenia temu przeczyły.
- Trudno byłoby mnie nazwać "niespokojnym", matko. A słowo "świetnie" jest nie do przyjęcia.
Uśmiechnęła się szerzej.
- Oczywiście. Wybacz mi ten nietakt. Akademia Naukowa to tylko najbardziej prestiżowa wyższa uczelnia na Vulcanie. Czemu miałbyś się niepokoić?
Nie odpowiedział jej uśmiechem, jak się spodziewała.Nie zachichotał ze zrozumieniem, jak oczekiwała. To jej nie przeszkadzało. Przywykła do takiego braku reakcji
- Twoja prowokacja była zupełnie niedojrzała. - oświadczył godnie.
Zacisnęła usta w imitacji miny typowej wolkańskiej matki.
- Ale mój instynkt macierzyński jest taki, jak trzeba - nie przestawała naciskać - Twój kołnierzyk się zwinął... tutaj
Poprawiła mu kołnierz z macierzyńską czułością jak małemu chłopcu, wprawiając go w zakłopotanie. Jednak on nie był już chłopcem i nie okazał tego, co czuje. Popatrzył jej w oczy.
- Mogę zadać ci osobiste pytanie?
Uśmiechnęła się.
- Pytaj.
- Czy powinienem poddać się rytuałowi kolinahr i dokonać oczyszczenia z emocji, to znaczy czy nie uznasz, że jest to działanie przeciw tobie?
Delikatnie uwolniła nadgarstki z jego dłoni. Dotknęła jednym palcem jego twarzy i przesunęła go lekko po gładkiej skórze.
- Spock, cokolwiek wybierzesz, jakikolwiek obierzesz kierunek w życiu, zawsze będę z ciebie dumna..
Przez dłuższą chwilę patrzyli sobie w oczy. Nie jak matka i dorosły syn, ale ostatni raz jak matka i jej dziecko. Potem odezwała się ponaglająca melodia sygnału zapraszającego i Spock postąpił krok w tył. Nadszedł czas, by iść. Naprzód, zawsze naprzód. Jednak lżej było wiedzieć, że zawsze będzie mógł wrócić.

- Przewyższyłeś oczekiwania naszych instruktorów, Spock.
Przewodniczący Wysokiej Rady Vulcana patrzył ze swego fotela na podwyższeniu na cierpliwie czekającego przed nim aplikanta. Ta surowa aula, której estetyka zawierała wyłącznie logiczne elementy, odzwierciedlała wszystko, co szlachetne i godne uwielbienia na planecie Vulcan i w jej narodzie. W auli było obecnych kilku członków Wysokiej Rady i Spock. Ojciec młodego aplikanta nie okazywał zainteresowania, ale były to tylko pozory - nie chciał zdradzić swych emocji.
Co nie znaczy, że nic nie czuł.
Przewodniczący ciągnął dalej:
- Osiągnąłeś najlepsze możliwe wyniki na każdym polu nauki, w tym w zmaganiach fizycznych. Uzyskałeś to wszystko mimo swych słabości.Nie mogę rzec nic ponadto, że twoje końcowe egzaminy wypadły bez zarzutu.
Przerwał na moment.
- Z jednym wyjątkiem: widzę, że złożyłeś podanie o przyjęcie zarówno do Gwiezdnej Floty jak i do Akademii Naukowej.
Kilku członków Rady pochyliło się lekko. Spock to zauważył, ale nie zareagował. Kiedyś mogłoby go to zaniepokoić. Teraz już nie. Zawsze ufał w swe zdolności. Obecnie pokładał równie wielkie zaufanie w sobie samym. Odpowiedział bez wahania:
- Jest rzeczą logiczną korzystać z wielu opcji.
- Logiczną ale niepotrzebną - minister nauki pospieszył się nieco ze swą repliką - Zostałeś już przyjęty do Wolkańskiej Akademii Naukowej ze wszystkimi przywilejami społecznymi i akademickimi. Jest to wyróżnienie tym większe, ze jesteś pierwszym półczłowiekiem, którego to spotkało. Czy jest to dla ciebie zaskoczeniem?
Minister spojrzał uważnie na aplikanta. Ten dalej się nie wahał:
- Pana pytanie zdaje się sugerować reakcje emocjonalne, których nie posiadam.
Usatysfakcjonowany minister usiadł i skinął aprobująco w stronę Sareka. Formalności, połączone z krótką rozmową, były zakończone. Prawie.
- To naprawdę niezwykłe, Spock - odezwał się jeden z członków rady - Osiągnąłeś tak wiele mimo swych słabych punktów. Witaj w Akademii.
- Prawie - pomyślał Spock - To jest to słowo. Prawie.
- Czy mógłby pan objaśnić, Ministrze, o jakich słabych stronach pan mówi?
W głosie ministra nie było śladu emocji.
- Oczywiście o twej ziemskiej matce.
To, co właśnie zawrzało w młodym aplikancie, nie ujawniło się na szczęście w sposób widoczny dla osób postronnych. Jedynie spojrzenie, jakie rzucił w kierunku swego ojca mogło zasugerować, co teraz dzieje się w jego umyśle. Sarek, jak zawsze wytrawny dyplomata, nic nie powiedział.Jego oczy rozszerzyły się lekko - to była sugestia lub komenda, nieważne. Gdy Rada miała już powstać i odejść, Spock podjął pierwszą spontaniczną decyzję w swoim życiu. Nie czuł się z tym całkiem komfortowo, ale wiedział, że jest to... właściwe.
Nawet jeśli nie całkiem logiczne.
- Panowie radni, ministrowie - muszę odmówić
Natychmiast zapomniano o powrocie do codziennych obowiązków. W głosie ministra, któremu koledzy pozostawili ciężar odpowiedzi, słychać było niedowierzanie, choć oczywiście nie gniew:
- Czy rozumiesz, że odrzucasz zaszczyt, jakiego dostąpiłeś? Żaden Wolkanin nigdy nie odmówił wstąpienia do Akademii.
Aplikant odparł z chłodnym spokojem:
- Ponieważ jestem półczłowiekiem, wasze zapisy pod tym względem pozostaną nienaruszone.
Sarek, który utrzymywał spokój tak dlugo, jak tylko mógł, nie mógł dłużej zachować milczenia:
- Spock. Zobowiązałeś się do honorowań wolkańskich norm, nawet gdy spotykasz się z niesprawiedliwymi uprzedzeniami
Zignorował spojrzenie spojrzenie, posłane mu przez radnego.
- W tej chwili, ojcze, myślę ze nie ma większego zaszczytu jak być pierwszym przedstawicielem naszej rasy w Gwiezdnej Flocie. Miałem dwie opcje bycia "pierwszym". Wybrałem jedną z nich.
Członek rady, który mówił poprzednio, teraz podniósł głos, nie zmieniając jednak tonu. Nie musiał. Dobór słów był wystarczająco oskarżycielski:
- Czemu stanąłeś dziś przed Radą? Czemu marnujesz nasz czas? Czy prowadzisz jakąś nieracjonalną grę? A może bycie buntownikiem zaspokaja jakieś twoje emocjonalne potrzeby?
Spock nie zdradził, jak odebrał te oskarżenia. Był spokojny i opanowany, jakby zwracał się do grupy bliskich kolegów:
- Przyszedłem w intencji zapisania się tak, jak życzył sobie tego mój ojciec. Jednak wasza... - zawahał się na dostatecznie długą chwilę, by nikt nie mógł mieć wątpliwości co do znaczenia jego słów - 'poglądy' przekonały mnie, że moje przeznaczenie leży gdzie indziej. Przekonaliście mnie, że w dającej się przewidzieć przyszłości moje życie nie będzie związane z czystą, akademicką nauką. Poza tym, jedyną emocją do jakiej chciałbym się przyznać, jest... wdzięczność - skinął lekko głową - Dziękuję wam, ministrowie i radni, za waszą uwagę. Żyjcie długo i pomyślnie.
Nie było emocji w tych słowach, nawet w tych ostatnich. Jedynie bezsłowny ślad jakiejś ludzkiej godności, której członkowie Wysokiej Rady nie znali.
Odwróciwszy się Spock napotkał spojrzenie ojca. Sarek był w widoczny sposób rozczarowany. Nie było to tylko rozczarowanie, ale coś jeszcze, jakiś dodatek. Odchodząc z wysoko uniesioną głową Spock nie mógł być pewny, czy właściwie interpretuje to, co widział. Jego niepewność była zrozumiała.
Duma jest przecież czymś niespotykanym u Wolkan, czy dotyczy samego siebie, czy kogoś, kogo się kocha.
Elaan
Użytkownik
#76 - Wysłana: 20 Sier 2011 22:25:32
Odpowiedz 
Eviva:
Dziękuję wam, ministrowie i radni, za waszą uwagę. Żyjcie długo i pomyślnie.
Nie było emocji w tych słowach, nawet w tych ostatnich. Jedynie bezsłowny ślad jakiejś ludzkiej godności, której członkowie Wysokiej Rady nie znali.

I dlatego właśnie polubiłam tego nowego Spocka .
Eviva
Użytkownik
#77 - Wysłana: 22 Sier 2011 17:40:16
Odpowiedz 
To był najlepszy bar w Storm Lake, z najlepszą muzyką i najtańszą gorzałą. Przyciągało to robotników, inżynierów, gości z Waszyngtonu, Moskwy czy Beijing. Bar Shipyarda był też ulubionym miejscem spotkań starszyzny kadetów.
Do baru weszła młoda kobieta ze wschodniej Afryki, prosta jak trzcina, z długimi włosami związanymi koński ogon, w krótkiej spódniczce ukazującej nogi w długich, czarnych butach.Wszyscy mężczyźni w barze wlepili w nią wzrok, również kilka kobiet i nawet dwóch nie-humanoidów - widać było, że przemówiła do nich jakaś uniwersalna estetyka, którą dzielą ze sobą rasy rozumne. Uśmiechając się i witając skinięciami głowy tych, których znała, młoda kobieta podeszła do staromodnego baru i usiadła naprzeciwko barmana.
- Habari i cześć. Polecisz mi dziś coś specjalnego?
Barman odwzajemnił jej uśmiech.
- Może Slusho Mix? Tylko to trochę mocne.
Skinęła głową aprobująco.
- Brzmi ciekawie. Spróbuję.
Gdy barman skłonił głowę w uznaniu, w pobliżu zabrzmiał czyjś głos, w którym słychać było raczej podziw niż zarzut:
- To piekielny drink dla kobiety noszącej takie buty. A może normalny tam, skąd jesteś?
Obok ukazała się twarz młodego mężczyzny. Nie był kadetem, to zauważyła od razu. Być może spawaczem albo kierowcą. Prawdopodobnie był nawet młodszy od niej. Na pewno miał zimną krew, choć chyba niewiele rozsądku. Typowy kobieciarz, zdecydowała: muskularny, przystojny i głupi. jego szeroki uśmiech potwierdzał ten osąd. Nie było sensu zajmować się nim.
- I dodaj ginu - dokończyła, zwracając się do barmana.
Kirk odwrócił się do mężczyzny.
- Zrób dwa i zapisz oba na mój rachunek.
- Osobno. Dziękuję, ale nie.
Spojrzał na nią
- Nieczęsto słyszę "nie".
Odpowiedziała grzecznie i bez uśmiechu:
- Zatem twój wszechświat właśnie się zawalił. Kiedy mówię "nie", to dokładnie tak myślę.
Ta kobieta umiała odpowiedzieć celnie, jakby wymierzała policzek. Potrafiła wyrazić swą myśl krótko i ostro, ucinając dyskusję.Już mu się podobała.
- Nazywam się Jim. Jim Kirk.
Nie usłyszał odpowiedzi. Po chwili ciągnął dalej, niezrażony:
- Jeśli nie powiesz mi, jak masz na imię, to ci jakieś wymyślę. Potrafię być bardzo pomysłowy, ale wątpię, czy trafię
Popatrzyła na niego, życząc sobie by odszedł. Ale on wciąż był tam, gdzie był, z tym samym głupim uśmiechem na twarzy, a ona złożyła zamówienie. Gdyby nie ten drink, już by odeszła od baru i uwolniła się od tego chłopaka.
- A więc, jak ci na imię?
Odpowiedziała, nie patrząc na niego:
- Uhura.
- Uhura? - demonstracyjnie opadła mu szczęka - Niemożliwe. To dokładnie to imię, jakie zamierzałem ci nadać.
Znów się uśmiechnął w ten uroczy, a zarazem irytujący sposób.
- Uhura i co?
- Po prostu Uhura.
Wyglądało na to, że wątpi.
- W twoim świecie nie mają nazwisk?
Westchnęła
- To jest właśnie moje nazwisko.
Kirk nie popuszczał.
- Czyli nie mają imion? Czekaj, niech zgadnę. Masz na imię 'Jim"?
- Gdzie mój drink? - pomyślała. Ten facet był przystojny i raczej zabawny niż władczy, ale rozmowa z nim stawała się nudna i przewidywalna. Słyszała takie rozmowy setki razy, w barach i sklepach od Dar-es-Salaam do Des Moines.
- Mogłabym ci powiedzieć, jak mam na imię, ale zapomniałbyś je przed następnym drinkiem i byłabym obrażona.
Przysunął się i zniżył głos:
- Skarbie, nigdy nie zapomnę tego, co mi powiesz. Pamiętam nawet, jak pierwszy raz dałaś mi kosza. A ty pamiętasz? Gdzie się spotkaliśmy?
Uhura uśmiechnęła się do siebie. Ten chłopak był natrętnym pajacem, ale... czarującym. Byle tylko jej nie dotykał.
Gdzie do cholery jej zamówienie?
- Ok, więc jesteś kadetem - mówił Kirk - Uczysz się, przygotowujesz do...- machnął ręką - Wylotu. Tam. Jaką masz specjalizację?
- Ksenolingwistyka. - Jeśli spodziewała się zdziwienia, to się przeliczyła. Nawet nie mrugnął.
- Niech zgadnę: nawet nie wiesz, co to znaczy?
- Spróbuję.Studiujesz języki Obcych: fonologię, morfologię, składnię, wariacje w zależności od budowy aparatu słuchowego, symbolizm... - przerwał, uśmiechając się - To znaczy, że masz utalentowany język.
Zacisnęła usta. Częściowo przynajmniej jawił się jej teraz w innym świetle.
- A przez chwilę myślałam, że jesteś po prostu głupim kmiotkiem, który zna tylko seks ze zwierzętami hodowlanymi.
- No, nie tylko.
Jakiś kształt zmaterializował się nagle w barze. Dość masywny na to, by zaćmić światło, brodaty kadet był niemal tak wielki jak dwaj inni, którzy z nim byli. Chociaż zwracał się do Uhury, patrzył na jej towarzysza:
- Czy ten gość ci się narzuca? - warknął.
- Ponad wszelkie wyobrażenie - przyznała Uhura - Ale poradzę sobie z nim.
Łagodnie uśmiechnięty Kirk przysunął się do niej.
- Jestem pewny, że poradziłabyś sobie ze mną. To zaproszenie, prawda?
Nareszcie zjawił się jej drink. Wypiła go jednym haustem. Rezygnując z reszty zamówienia odwróciła się i chciała odejść. Kirk nadal ją obserwował. Wielki kadet zauważył jego porozumiewawcze mrugnięcie do dziewczyny.
- Hej, zachowuj się.
Odwróciwszy się Kirk klepnął go po przyjacielsku w ramię. Musiał wysoko sięgnąć.
- Spokojnie, ptysiu. Nie dotknąłem jej i nie powiedziałem nic złego. To było tylko mrugniecie. - zademonstrował, jakie - Czyżbyś był zazdrosny, że nie mrugałem do ciebie?
Uhura obejrzała się, słysząc tę rozmowę. Kilku innych kadetów dołączyło do swego wielkiego kolegi. Nie trzeba było znawcy, by wiedzieć, co się święci. Choć sama była ciekawa, czemu miałaby interweniować - nawet nie lubiła tego faceta - zdecydowała się zawrócić.
- Jim, dość.
Ogromny kadet nie zwrócił na to uwagi. Podszedł krok bliżej.
- Co to miało znaczyć?
Kirk nie cofnął się. Nie mógłby zresztą, bo opierał się plecami o bar.
- Słyszałeś mnie, promyczku.
Olbrzym wskazał ruchem głowy na swych towarzyszy, nie próbując nawet tłumić tego, co w nim wrzało:
- Umiesz liczyć, wieśniaku? Nas jest pięciu, a ty jeden.
- Zawołaj następnych pięciu i będzie prawie dość. - zareplikował młody mężczyzna, prostując się na tyle, na ile mógł. Kadet zamilkł, a Kirk poszedł krok dalej:
- Wiesz, co mnie zawsze dziwi? Jak wam wkładają te mundury, teleporterem? Tak dobrze przylegają...
Wielki kadet zaatakował. Był szybszy, niż Kirk się spodziewał, ale nie dość szybki. Uniknąwszy ciosu Kirk rzucił się na przeciwnika. Sczepili się tak, że towarzysze kadeta nie mogli ich rozdzielić. Podczas gdy się szarpali, Kirk nie przestawał dogadywać:
- Proszę, powiedz że jeszcze nie trenowałeś walki wręcz, bo w przeciwnym racie Gwiezdna Flota ma się czego wstydzić. To ostatnie uderzenie było urocze.
Dwóch kadetów chwyciło go za kark, odciągając od swego kolegi. Ten tymczasem puścił w ruch pięści. Głowa Kirka odskoczyła do tyłu pod jego uderzeniem. Oblizał dolną wargę, splunął krwią i spojrzał na przeciwnika.
- No, teraz lepiej.
Olbrzym zawył i i zamierzył się ponownie. W ostatniej sekundzie Kirk skulił się i cios przeszedł nad jego głową i trafił drugiego kadeta w ramię. To pozwoliło młodzieńcowi uwolnić się z przytrzymujących go rąk i uderzyć na odlew tego, który go trzymał. Oczy kadeta uciekły w głąb czaszki i zwalił się na podłogę niczym worek cebuli. Moment później dwóch jego kolegów rzuciło się jednocześnie na Kirka. Sytuacja z miejsca się zaogniła i wyglądało na to, ze poleje się znacznie więcej krwi, gdy nagle ostry jak brzytwa, rozkazujący głos zakomenderował:
- BACZNOŚĆ NA POKŁADZIE!
Eviva
Użytkownik
#78 - Wysłana: 24 Sier 2011 17:42:12
Odpowiedz 
Nie bacząc na swą kondycję i stopień zaangażowania w walkę wszyscy kadeci odruchowo znieruchomieli. Kirk nie był jednym z nich. Nie czuł się zobowiązany do posłuszeństwa. To była pomyślna okoliczność, ponieważ leżał teraz na stole, pozbawiony tchu, mocno zmaltretowany i krwawiący.
Do baru wszedł nowy gość, sztywno wyprostowany, z gładko zaczesanymi włosami i kamienną twarzą. Ktoś przytomny wyłączył muzykę. Pomieszczenie zaległa taka cisza, że można by usłyszeć spadającą szpilkę. Nowo przybyły był starszy wiekiem i stopniem, a ponadto wyglądało na to, ze stracił cierpliwość. Przesunął spojrzeniem po twarzach obecnych, wyławiając kadetów w mundurach, którzy na próżno starali się ukryć przed jego wzrokiem. Potem przeciął niezręczną, przedłużającą się ciszę jedną komendą:
- Wszyscy wyjść. Natychmiast.
Młodzi ludzie opuścili pomieszczenie z imponującą szybkością, pozostali tylko ci, którzy nie należeli do kadetów. Nowy gość podszedł do stołu i przyjrzał się leżącemu chłopcu.
- W porządku, synu?
- T..tak - krzywiąc się z bólu Kirk stoczył się ze stołu. Teraz mógł lepiej przyjrzeć się nowo przybyłemu.
- Czemu się wtrąciłeś? Wszystko szło po mojej myśli.
Powstrzymując uśmiech mężczyzna popatrzył na niego.
- Tak, właśnie widzę.
Kirk odpowiedział bolesnym grymasem. Jego twarz była zakrwawiona i miał sińce nawet w miejscach, o których nie chciał wiedzieć.
- Kim do diabła jesteś?
- Kapitan Christopher Pike - oficer badał wzrokiem jego obrażenia, przekrzywiając lekko głowę - Szukałem cię, a teraz patrzę na ciebie....
Kirk spojrzał na niego ostro. Co do diabła...
W rozmowie przeszkadzało to, że młodzieniec za dużo wypił i za mocno oberwał. Siedział więc i słuchał w milczeniu, jak oficer opowiada historię, którą on sam ledwo znał:
- Twój ojciec nie wierzył w sytuacje bez wyjścia.- zakończył Pike swą opowieść.
Kirk skinął lekko głową. To była stara historia, dawne wydarzenia, nie miały nic z nim wspólnego
- Jestem pewny, że zmienił zdanie.
Młodociany sarkazm nie wywarł żadnego wrażenia na Pike'u.
- To zależy, jaka jest definicja zwycięstwa. W końcu jesteś tu, nieprawda?
Kirk rozejrzał się.
- Nie jestem pewny, czy to zwycięstwo.
Kapitan odpowiedział chłodno:
- Czas odpowie. Ten instynkt, skłaniający do skoku w ciemno, do podjęcia wyzwania, choć rozum podpowiada, że jest się bez szans, oto twoja natura. To coś, co Gwiezdna Flota już straciła. Tak, to godne podziwu. Jednak w mojej opinii jesteśmy zbyt zdyscyplinowani. Służba spowodowała, że skostnieliśmy.
Wstał i pochylił się przez stół ku Kirkowi.
- Coś ci powiem. Widziałeś tych kadetów? To albo przerośnięte byczki, albo sztywniaki, oto czym są. Oksfordzkie omlety. Siostrzyczki z Sorbony. Będą kompetentnymi oficerami. Dobrymi urzędnikami z klasą. Ale czy to materiał na dowódców? Czy to będą ludzie, którym zawierzę życie w starciu z kilkoma klingońskimi Warbirdami?
Potrząsnął głową.
Kirk rozważył to wszystko, nim odpowiedział krótko:
- Czemu do diabła mówi mi pan to wszystko?
Pike ponownie usiadł. Między nimi ziała przepaść szersza niż dzielący ich stół.
- Zawsze pamiętam obiecujących osobników, i znam twoją historię. Wyniki twoich testów na uzdolnienia są poza skalą. Wszystkie.
Kirk odchrząknął i stwierdził, że prawdopodobnie stracił ząb.
- Po co pan zawraca sobie głowę tymi testami?
- To moja praca wiedzieć, kto może się przydać - spojrzenie kapitana był spokojne i niewzruszone - Komu mógłbym zawierzyć swoje życie. Nie pamiętam wyników każego młodego człowieka. Tylko te, które zwróciły moją uwagę. Wyjątkowe. Powiedz mi, Kirk: chciałbyś być jedynym recydywistą geniuszem na całym środkowym Zachodzie?
- Może - odparł młodzieniec buntowniczo - Może mi się to podoba. Każdy potrzebuje hobby.
Ton jego głosu był wyraźnie drwiący. Pike potrząsnął smutno głową. Nie miał zamiaru sięgać do frazesów ani prezentować fałszywego uśmiechu.
- Pozwól, że cię o coś spytam, synu. Czy czujesz się tak, jakbyś należał do tego miejsca, do Iowy? Czy myślisz, że ponieważ twój ojciec nie żyje, powinieneś zostać tu i prowadzić zwykłą egzystencję? Co chcesz robić z resztą swego życia? Szwendać się po wszystkich więzieniach Chicago i St. Louis? A może planujesz zreformować swe życie, osiąść gdzieś i założyć farmę?
Wpatrując się w Kirka ściszył głos:
- A może czujesz, że jesteś stworzony do czegoś lepszego. Może spodziewasz się dla siebie czegoś specjalnego?
Starszy mężczyzna trafił w punkt, jednak Kirk zrobił, co tylko mógł, by nie okazać tego po sobie. Zawsze gdy czuł się niekomfortowo, pokrywał to brawurą, i ten raz też nie był wyjątkiem.
- Pomyślmy - odrzucił piłeczkę - Chciałem raz czuć się kimś specjalnym. Ale ona mnie porzuciła. Dzięki za przedstawienie swych poglądów, kapitanie Pike. Wie pan co? Pójdę za pana radą. Wstąpię do klubu książkowego.
Jeszcze raz Pike zignorował próbę wytrącenia go z równowagi.
- Wstąp do Gwiezdnej Floty.
Kirk wytrzeszczył na niego oczy.
- Wstąpić do... chyba nie zdołał pan zwerbować dość rekrutów, by dostać premię miesięczną.
Pike wciąż się nie poddawał. To wszystko nie było zachęcające, ale Kirk ciągle tu był, siedział naprzeciwko niego. Musiał być - oprócz tego, że odniósł poważną kontuzję - jakiś powód tego, ze jeszcze stąd nie uciekł. Może nie był chętny, ale prawdopodobnie zaciekawiony. Kapitan nadal próbował:
- Gdybyś był choć w połowie taki, jak twój ojciec - zatrzymał się w połowie zdania. Nostalgia tu nie podziała, może perspektywy będą bardziej kuszące:
- Jim, Gwiezdna Flota może mieć pożytek z kogoś takiego jak ty. Masz twardą głowę, ale jesteś bystry. Jedno bez drugiego byłoby bezużyteczne. Razem te cechy mogą ci zapewnić dynamiczną karierę. W cztery lata możesz zostać oficerem. W ciągu ośmiu mógłbyś mieć własny statek.To niezwykłe, ale zdarzało się. Znam ludzi równie dobrze jak statki. Wierzę, że mógłbyś tego dokonać.
Rozumiał, to było widać. Gdy Pike już myślał, że wygrał to starcie, młody człowiek wstał i owinął się mocniej w kurtkę. Jeszcze raz słabe zainteresowanie zastąpiła poprzednia postawa.
- Skończyliśmy, prawda? Mogę iść? Czy mam wysłuchać jeszcze jakiegoś kazania?
Pike kiwnął głową z pewnym wahaniem.
- Skończyliśmy. Możesz wyjść za kaucją. Ciesz się swą następną barową bójką.
odepchnął krzesło, wstając od stołu.
- To może później. Noc jeszcze młoda.
To było wszystko, co Pike mógł zrobić. Nie mógł jednak wyjść bez powiedzenia czegoś jeszcze, co zostawi pewną nadzieję:
- Jesteśmy w stoczni Riverside na budowie nowego okrętu. Prom z rekrutami wylatuje jutro o szóstej.
Zawahał się, po czym po raz ostatni spojrzał w oczy młodzieńca, stojącego naprzeciw niego.
- Twój ojciec był kapitanem statku gwiezdnego przez dwanaście minut. Uratował osiemset istnień, w tym twoją matkę i ciebie. Mógłbyś osiągnąć więcej.
Odwróciwszy się ruszył do drzwi.
- Ooo - wymamrotał Kirk kpiąco - Podobno mógłbym. Co to, nowa gierka Floty? Bierz mundur i bonus i wracaj do domu, jśsli nie zagram?
Ale Pike już nie mógł go usłyszeć. Zostawił Kirka z jego własnymi myślami i bardziej skołowanego, niż kiedykolwiek był.
-
Eviva
Użytkownik
#79 - Wysłana: 26 Sier 2011 17:32:59 - Edytowany przez: Eviva
Odpowiedz 
Płaska, pusta Iowa była nudna, jedynie samotne instalacje Gwiezdnej Floty urozmaicały tę wielka przestrzeń bez jakichkolwiek wzniesień. Ktokolwiek tędy przejeżdżał, robił to najszybciej jak mógł, przekraczając wszelkie ograniczenia prędkości. Niekończące się pola kukurydzy i okazjonalnie spotykane lśniące, zielone wieże... Kirk tu właśnie rósł i tu uczył się prowadzić swój motocykl. Zwykle rozmyślał, pędząc na nim przez bezkresną przestrzeń, tak jak teraz.
Wczorajsza bójka. Inni przeciwnicy, inne miejsce, podobne rozwiązanie. I ta nieprzyjemna wizja samego siebie, leżącego na podłodze następnego bezimiennego baru w nieznanym mieście, w jakiś niesprecyzowany dzień w przyszłości. Oszołomiony, pobity, kalkulujący w pijanej głowie, od którego z rechoczących klientów wycyganić kilka kredytów na następną butelkę. Nie była to piękna perspektywa. Teraz, gdy nie miał przed kim brylować swym sarkazmem musiał przyznać, że nie cieszy go taka przyszłość.
Była jednak inna możliwość - ta, która przedstawił mu cholerny kapitan Pike. Anegdotki o ojcu, którego nawet nie znał. Opowieści o bohaterstwie. O osiągnięciach. O wrodzonych zdolnościach.. Motor mknął pustą drogą, a Kirk zerkał na niebo. Było piękne, błękitne, ale puste,m dopiero nocne było pełne gwiazd. Zacisnął zęby. Gdzie indziej mógłby uciec? Dopóki Pike nie złożył mu propozycji, Kirk uciekał przed przeszłością.
Czy chciał tez uciec przed przyszłością?
Ogrodzenie nie było zbyt wysokie, ale dobrze chronione. Niewidzialne promienie uzupełniały tradycyjny metal i sięgały wysoko, tak że nie mógłby ich dotknąć, nie wzbudzając dookoła alarmu. Żaden intruz nie mógł się tu tak po prostu wślizgnąć. Kirk nawet nie próbował. Patrzył zza ogrodzenia na wznoszącą się w pajęczynie z metalu i kompozytów konstrukcję statku gwiezdnego.
Jego obecność nie była tajemnicą dla nikogo. Gwiezdna Flota wybrała centralną Iowę na plac tej budowy nie tylko z powodu bliskości stoczni Mississippi i dostępności odpowiedniej infrastruktury, ale także dlatego, że gdyby doszło do wybuchu, to w tym akurat miejscu najmniej ludzi byłoby narażonych na ryzyko. Było tu dużo miejsca pod budowę, pod dostatkiem przedsiębiorczych miejscowych firm, mogących wspierać budowę, a grunt był płaski i tektonicznie stabilny.
Kirk patrzył w milczeniu na wielki statek. Jego motor cicho, ledwie słyszalnie powarkiwał u jego boku. Ogromna konstrukcja była już prawie ukończona, ale do zakończenia prac było daleko, pozostawało jeszcze wyposażenie wnętrza, gdzie prace dopiero się zaczynały. Plac montażowy był pełen skrzyń, kontenerów, pudełek, niektórych naprawdę olbrzymich, a wszystkie opatrzone szablonem z nazwą nowego statku:
USS ENTERPRISE
Obserwując ruch wokół budowy Kirk szukał odpowiednich słów, by opisać statek. To był najnowszy model, według ostatniego projektu Gwiezdnej Floty. Nie żeby śledził doniesienia z tego sektora. Bardziej był zainteresowany tancerkami i śpiewaczkami z okolicznych barów. Fizyczna uroda zawsze była dla niego ważna. To, i naturalny wdzięk, postawa i czar.
Połapał się, ze właśnie tak opisuje parametry nowego statku.
- Co ty do diabła robisz - spytał sam siebie - Możesz spać na statku, ale nie z nim. Czemu tracisz tu czas? W jaki sposób mogliby tu zaakceptować kogoś takiego jak ty? Bo jakiś sfiksowany kapitan Floty tak powiedział? Nawet nie wypełniłeś wszystkich formularzy, odpuść sobie. Znikaj stąd.
Zawrócił motor i przyspieszył, chcąc jak najszybciej odjechać od tej wielkiej, metalowej pokusy. Jednak dokąd miał się udać? Czuł niezdecydowanie posunięte do mdłości.
- Po prostu jedź! - krzyknęło coś w nim - Bez celu. Byle naprzód.


W sercu konstrukcji i całego kompleksu kapitan Pike wciąż spoglądał na główną bramę. Bez szczególnego powodu, dobrze to wiedział. Nie było przesłanek, by czegoś oczekiwać. A jednak...
Podszedł do niego pilot promu.
- Czekamy na coś, kapitanie?
Pike potrząsnął głową.
- Nie. Chyba nie.
Pilot skinął głową i odszedł w kierunku promu.
Miał jeszcze ostatnie dane do sprawdzenia. Jak zawsze, papierkowa robota, choć teraz nie używano już papieru. Raporty do podpisania, statystyki do potwierdzenia, pytania, na które należało odpowiedzieć, procedury które musiał wdrożyć...
Nie mógł się doczekać odlotu.
Coś go zatrzymało w drodze. Motor, lśniący i elegancki, warczący zawadiacko. Nie znał tej maszyny, ale znał kierowcę. Pozwolił sobie na uśmiech i przystanął.
Kirk zsiadł i ruszył w jego stronę. Nie miał podręcznego bagażu. Wyglądał tak samo czupurnie jak tamtej nocy w barze, choć nie był tak posiniaczony. Jakiś robotnik zatrzymał się i popatrzył na motor z podziwem.
- Niezły pojazd.
Nie patrząc w jego stronę Kirk rzucił mu kluczyki i kartę identyfikacyjną.
- Weź go sobie.
Odruchowo chwyciwszy rzucone mu przedmioty młody człowiek wytrzeszczył na niego oczy.
- Żartujesz?
Kirk nawet na niego nie spojrzał.Nie obejrzał się. Właśnie dokonał ważnego odkrycia.
Był zmęczony posiadaniem rzeczy.
Zatrzymawszy się przed kapitanem popatrzył na niego jak na równego sobie. Przez chwilę obaj milczeli.Nie musieli nic mówić, rozumieli się bez słów. Wreszcie Pike przerwał ciszę:
- Jak tu wszedłeś? Minąłeś zabezpieczenia?
Chłopak wciąż trzymał fason.
- Powiedziałem, że jestem pana bratankiem. Przyjechałem, by się pożegnać, nie miałem dość czasu na wypełnianie koniecznych dokumentów, mogli najwyżej sprawdzić skan siatkówki. Strażnik wysłał kolegów, by obejrzeli mój motor i sprawdził mnie osobiście - Kirk uśmiechnął się szeroko - Strażnik był dziewczyną. Umiem być bardzo przekonujący.
- Owszem - odparł Pike sucho - Widziałem to zeszłej nocy.
Odwróciwszy się wskazał na prom.
- Jesteś tu i to jest ważne. Nie ma niestety czasu, by przebrać cię w mundur.
- W porządku - zapewnił go Kirk - Nie jestem fanem mundurów. Nie jest mi w nich do twarzy.
- I tak będziesz jeden z nich nosić. I raczej nie na twarzy. Jeszcze jakieś pytanie, nim wejdziesz na pokład?
- Ma pan na myśli, ostatnie życzenie? Tylko jedno. Jaka jest polityka Akademii, jeśli chodzi o braterstwo wśród kadetów?
Pike nie mógł ukryć uśmiechu.
- Przekonasz się. Jak również o tym, jaka jest polityka Akademii w każdej innej sprawie.
- Nikt się nie zmartwi, gdy pojawię się na promie bez odpowiednich papierów?
- Gdyby był jakiś problem, powołaj się na mnie - powiedział Pike - Tylko nie rób tego za często, dobrze?
Uśmiechnięty Kirk zasalutował. Albo ściślej, dotknął jednym palcem czoła.Potem odszedł, zniknął wśród ludzi przygotowujących prom do odlotu. Pike został ze swymi myślami, uśmiechając się do siebie. Udało mu się zwerbować Kirka, choć niezupełnie zgodnie z procedurami.
Miał tylko nadzieję, ze nie pożałuje tej decyzji.
Elaan
Użytkownik
#80 - Wysłana: 26 Sier 2011 22:29:05 - Edytowany przez: Elaan
Odpowiedz 
Eviva:
Obserwując ruch wokół budowy Kirk szukał odpowiednich słów, by opisać statek. To był najnowszy model, według ostatniego projektu Gwiezdnej Floty. Nie żeby śledził doniesienia z tego sektora. Bardziej był zainteresowany tancerkami i śpiewaczkami z okolicznych barów. Fizyczna uroda zawsze była dla niego ważna. To, i naturalny wdzięk, postawa i czar.
Połapał się, ze właśnie tak opisuje parametry nowego statku.

Raz w życiu James T. Kirk zakochał się naprawdę - i tak mu zostało .

Oczy Kirka widziały tylko okręt . Było to tak, jakby delikatna struktura kratownicy otaczająca statek nie istniała - albo jeśli zdawał sobie sprawę z jej istnienia, postrzegał ją i jej światła jako zdobną klejnotami kosmiczną rzeźbę, istniejącą jedynie po to, by stanowiła oprawę i uwydatnienie dla nowej symetrii i piękna Enterprise. Teraz okręt był kompletny, pysznił się wdziękiem całości - Kirk szukał jakiejś frazy, jakiegoś sposobu opisania tego co odczuwał . Czy ten statek był jak piękna kobieta ? Nie ; w tym momencie był dla niego czymś więcej . Legendą ? Mitem, który stał się rzeczywistością ? Tak, to było właśnie to ! Ten okręt był niczym Afrodyta, gdy Zeus po raz pierwszy nakazał jej wyłonić się z morza - nagi i szokująco piękny .

Przepraszam, Evivo za ten wtręt . Po prostu ten fragment TMP nieodparcie mi się skojarzył .
Eviva
Użytkownik
#81 - Wysłana: 27 Sier 2011 07:37:15
Odpowiedz 
Elaan

Jak widać z obu fragmentów, Enterprise był dla Kirka kochanką i zoną - pomyśl, co czuł, gdy musiał go zniszczyć.
Elaan
Użytkownik
#82 - Wysłana: 27 Sier 2011 17:21:57 - Edytowany przez: Elaan
Odpowiedz 
Eviva:
Enterprise był dla Kirka kochanką i zoną - pomyśl, co czuł, gdy musiał go zniszczyć.

To tak jakby zniszczył część samego siebie .
Ale w takim razie na treksferowym wykładzie poświęconym kobietom Kirka zabrakło tej jedynej i najważniejszej - Enterprise .

Bo z okrętów najpiękniejsza
i od dziewcząt stu wierniejsza,
wzajemnością swą odpłaci się .
Eviva
Użytkownik
#83 - Wysłana: 27 Sier 2011 17:32:17
Odpowiedz 
Elaan:
Ale w takim razie na treksferowym wykładzie poświęconym kobietom Kirka zabrakło tej jedynej i najważniejszej - Enterprise .

Touche, Ma'am
Eviva
Użytkownik
#84 - Wysłana: 28 Sier 2011 11:16:35 - Edytowany przez: Eviva
Odpowiedz 
Przepychając się przez techników i inżynierów Kirk wszedł na pokład małego wahadłowca. Był on już zapełniony, większość siedzeń zajmowali pasażerowie w mundurach. Niektórzy z nich nie byli ludźmi.
- Pike myśli prawdopodobnie, że ja też nie jestem. - pomyślał filozoficznie.
Uhura też tu była. Jej reakcja na jego widok między rekrutami była nieomal warta zaciągnięcia się, stwierdził. Jeden z siedzących niedaleko kadetów miał obandażowany nos, a Kirk pamiętał go z zeszłonocnej awantury. Uśmiechnął się bezczelnie, przechodząc obok niego. Reszta uczestników starcia też tu była. Zasalutował im jednym palcem, jak przedtem Pike'owi.
- Spokojnie, panowie - przystanął niedaleko Uhury - Nie znam jej imienia.
Spróbowała powściągnąć uśmiech i prawie się jej udało.
- I nigdy go nie poznasz.
Zawył sygnał bliskiego startu. Czas znaleźć miejsce. Wypatrzył pusty fotel, usiadł i zaczął zapinać pasy. Fotek ułożył automatycznie oparcia tak, by najlepiej pasowały do budowy jego ciała. Gdy już przygotował się na start, jego uwagę zwróciło jakieś zamieszanie przy wejściu.
Czerwony na twarzy i wyraźnie zdenerwowany, trochę starszy od niego mężczyzna został zmuszony przez obsługę promu do wyjścia z łazienki. Wyglądał na jakieś trzydzieści lat, a w jego gwałtownych słowach można było rozpoznać akcent południowowschodniej części północnej Ameryki. Sposób, w jaki wyrażał swój protest, był znajomy. Kirk, który kilkakrotnie miał okazję stawać przed sądem, od razu poznał spojrzenie kogoś, kto właśnie jest niespodziewanie zamykany pod klucz.
- Czy wy jesteście głusi? - krzyczał mężczyzna - Mówię wam, nie potrzebuję lekarza, sam nim jestem!
Grzecznie ale stanowczo członek obsługi zmusił go do pójścia przodem.
Musi pan znaleźć siedzenie. Dla pańskiego własnego bezpieczeństwa, proszę natychmiast usiąść, albo pana zmuszę.
- Mam już miejsce - awanturował się pasażer - W łazience. Cierpię na aviafobię, a jakbyście nie rozumieli, jest to lęk przed lataniem.
Zniecierpliwiony członek obsługi przemocą posadził go na wolnym fotelu obok Kirka. Mamrocząc coś do siebie z niezadowoleniem nowo przybyły zapiął pasy Gdy skończył, zacisnął obie ręce na oparciach tak mocno, że aż pobielały my kostki. Choć prom miał świetną klimatyzację, był cały mokry od potu. Zwrócił w końcu uwagę na obserwującego go towarzysza podróży, ale jego powitanie było niekonwencjonalne.
- Mogę cię obrzygać.
Kirk odpowiedział przyjaźnie:
- Mnie też miło cię poznać. Nie byłby to pierwszy taki wypadek.
Poklepał poręcz swego fotela.
- Te rzeczy są bezpieczne. Gwiezdna Flota używa tego modelu od dawna.
- Nie uspokajaj mnie, mały - mruknął jego sąsiad - Jeden maleńki otwór w powłoce i nasza krew zagotuje się w trzynaście sekund. Niespodziewany rozbłysk słoneczny, gdy będziemy opuszczać magnetosferę, ugotuje nas na tych fotelach. Do diabła, niektórzy przeklęci pasażerowie są niebiescy! Sam jesteś jak andoriańska plaża, ale zobaczymy, czy będziesz taki spokojny, gdy zaczniesz krwawić z oczodołów, czy nadal będziesz czuł się dobrze, gdy zawiedzie sztuczna grawitacja i kiszki okręcą ci się wokół żołądka...
Czując, że ta ponura recytacja litanii wszelkich możliwych uszkodzeń ciała może potrwać aż do lądowania, Kirk spróbował mu przerwać:
- Nie chcę cię martwić, ale Gwiezdna Flota działa w przestrzeni kosmicznej. Jesteś pewien, że nie pomyliłeś przydziałów?
Jego towarzysz nieco przygasł.
- Cóż, exżona po rozwodzie zabrała mi wszystko. Gatunek, który wzniósł się ku gwiazdom, powinien wynaleźć jakiś bardziej efektywny sposób na podział wspólnych dóbr. Czasem myślę, że to Klingoni maja rację. Tak czy siak, nie mam dokąd iść.
Młodszy mężczyzna podał mu rękę z uśmiechem.
- Jim Kirk.
Zdesperowany lekarz spojrzał na niego, skinął głowa i przyjął oferowaną mu dłoń.
- Leonard McCoy
- Wzięła wszystko?
McCoy znów kiwnął.
- Tak. Wszystko moje, łącznie z planetą. Został mi tylko szkielet i nie zdziwiłbym się, gdyby i to wywalczyła.
Sygnał startu gorączkowo przyspieszył. Prom zakołysał się, uniósł na wysokość przedstartową i gwałtownie skręcił. Minąwszy zabudowania administracji oraz całą konstrukcję przyspieszył, wciskając pasażerów w ochronną konstrukcję foteli. Ze swego miejsca Kirk miał ograniczoną widoczność na to, co się działo za oknami, uniósł się więc lekko. Ziemia zapadła się gwałtownie. Iowa znikła. Usiadł ponownie. Zostawiał za sobą wszystko, co do tej pory znał i całe swe dotychczasowe życie.
Krzyżyk na drogę.
Eviva
Użytkownik
#85 - Wysłana: 30 Sier 2011 19:14:21
Odpowiedz 
Kirk czuł się, jakby po całym jego ciele krążyły maleńkie torpedy fotonowe, w rodzaju tych, których efekty poznawał na symulatorze. Pocałunki były niemniej ogniste, a jego ręce i usta wciąż zajęte były pełną temperamentu dziewczyną. Jej oczy błyszczały, usta były czerwone, a skóra zielona niczym bajkowe miasto Oz.
- Dłużej nie wytrzymam, Jim.
Jego głowa uniosła się wyczekująco. Uśmiechnął się do niej.
- O to chyba chodzi.
Wrócił do przerwanej czynności, skupiając swe pieszczoty na jej lewej łydce. Leżąc na plecach dziewczyna wzdychała rozkosznie. Dla oriońskich kobiet taki stan rzeczy był czymś normalnym i nigdy nie bywały tym zmęczone.
- Skąd wiedziałeś...?
- Voodoo, maleńka.
Popatrzyła na niego spod wpółprzymkniętych powiek, ledwo uniósłszy głowę.
- Co to jest voodoo?
- Starożytna ziemska technika. To bardzo skomplikowane. Wyjaśnię ci to przy okazji. Nie za wiele na raz.
Jej usta rozchyliły się.
- Jesteś... zadziwiający.
Uśmiechnął się do siebie.
- Poczekaj, aż włączę warp.
W tym właśnie momencie drzwi kwatery lekko dźwięknęły i rozsunęły się.
Orionka usiadła gwałtownie i zaczęła naciągać na siebie czarną bieliznę.
- Chowaj się. Najlepiej pod łóżko. Szybko!
Złapawszy swe szorty Kirk stoczył się na podłogę.
- Pod łóżko? Czy to nie ograny gag? Mógłbym...
- Pod łóżko, już!
Kroki zbliżające się do sypialni zmusiły go do szybszego działania. Ze swej pozycji mógł widzieć tylko stopy w czarnych butach. Ten elegancki styl - skąd go znał? I te doskonałe nogi, takie piękne, skąd je znał? W każdym razie nie były bardziej męskie niż nogi Orionki.
- Myślałam, że zostaniesz do końca. - powiedziała zielonoskóra dziewczyna. Trochę zbyt głośno, jak pomyślał Kirk.
- Skończyłam wcześniej. Pracowałam w laboratorium językowym. Mieliśmy sporo materiału, wyłapaliśmy jakąś paplaninę o ucieczce z więzienia i skradzionym statku, który zniszczył całą klingońską flotę. Czemu pytasz? coś nie tak?
To było dość, by poprawnie zidentyfikował właścicielkę butów. Ten głos był równie niezapomniany co nogi. Jej spódniczka opadła na podłogę, a potem koszulka. Uniósłszy się lekko w nadziei uzyskania lepszego widoku przesunął się do przodu, próbując uniknąć hałasu.
- My mieliśmy symulacje przez cały tydzień - wyjaśniła pospiesznie zielona piękność - Właśnie odpoczywam. Jestem zmęczona, bardzo zmęczona.
Ziewnęła demonstracyjnie.
Nie było to dostatecznie głośne ani przyciągające uwagę, by zagłuszyć szmer spod łóżka. Uhura skrzywiła się.
- Tam skąd pochodzę, mamy przysłowie "Słodki smak nie pozostaje w ustach na zawsze". Uprawiałaś symulację z tym kimś, co teraz dyszy pod twoim łóżkiem? A może miałaś na myśli "stymulację"?
Niespeszony przyłapaniem go in flagranti Kirk wynurzył się spod łóżka i stanął przezornie po drugiej stronie. Bielizna Uhury, jak zauważył z pewnym żalem, była aż zbyt konwencjonalna.
- Hej, ja tez znam jedno przysłowie - zawołał - "Leżący na ziemi nie może upaść"
Uhura sama nie wiedziała, czy ma się śmieć, czy złościć.
- To południowoafrykańskie przysłowie. Ja nie jestem z południa.
Uniósł rękę i nastroił głos na poważny ton.
- I pewnie dlatego tak dokładnie ukrywasz swoje imię. Masz świetny słuch. Jesteś pewna, ze oboje twoi rodzice byli ludźmi?
Pokręciła głową i westchnęła
- Znikaj stąd, Jim. Ja też dostanę po tyłku, gdy administracja złapie cię w tym pokoju.... nawet w takim stanie.
- W jakim...och. - nareszcie choć trochę speszony, zaczął zbierać swe porozrzucane ubranie. Gdy się ubierał, Uhura zwróciła się do swej współlokatorki w narzeczu Orion Prime. Umiała wyrazić swe niezadowolenie w wielu językach obcych ras i nie przeszkadzał jej w tym fakt, że była niezupełnie ubrana.
- Wiesz, że on przeleciał już połowę kadetek, odkąd tu jest? Chodzą słuchy, że nie wszystkie były humanoidalne.
Taki komentarz na pewno wywołałby reakcje emocjonalną u samicy człowieka. Dla Orionki było to jedynie stwierdzenie prostego faktu. Kadet Gaila odpowiedziała rzeczowo:
- W której połowie ty byłaś?
Uhura wzruszyła ramionami.
- On nie jest w moim typie. Jest zbyt nieokrzesany, zbyt skoncentrowany na sobie, za bardzo w sobie zakochany. Preferowałabym kogoś zdolnego ddo empatii i dużo mniej porywczego.
Przechodząc na standardowy federacyjny angielski spojrzała na Kirka
- Nie gap się, tylko wkładaj spodnie.
Kirk wciągnął koszulę przez głowę.
Uśmiechnął się do niej i przemówił w Orion Prime:
- Włożyłbym, ale stoisz na nich.
Przechodząc na angielski dodał:
- I to raczej nie była to połowa. Zaokragliłaś w górę. Nie, żebym nie czuł się pochlebiony.
Zrobiwszy krok w tył, Uhura podniosła jego spodnie i rzuciła mu. Złapał je lekko, mając nadzieję, że zauważyła uśmiech, jaki posłał. Ostentacyjnie założył jedną nogawkę, a potem drugą. Potem znów spojrzał na dwie kobiety- niezadowoloną Uhurę, która stała z rękami skrzyżowanymi na piersi, i zdobywczą Gailę z rękami założonymi za plecy.
- I - dodał wychodząc - wszystkie one były humanoidalne. Jak sądzę....
Eviva
Użytkownik
#86 - Wysłana: 1 Wrz 2011 18:08:31
Odpowiedz 
Głos oficera łączności był bardziej niż znudzony: Uhura zdawała się być niemal urażona.
- Odebraliśmy wezwanie pomocy od USS Kobayashi Maru. Statek stracił napęd i jest uszkodzony. Dowództwo nakazuje nam ruszyć mu na ratunek.
Obracając się na fotelu dowódcy James T. Kirk skorygował jej wypowiedź:
- Dowództwo nakazuje nam ruszyć mu na ratunek - kapitanie.
Rzuciła mu ostre spojrzenie i odwróciła się do swej konsoli. Przy drugim stanowisku McCoy recytował monotonnie, z rezygnacją:
- Statki Klingonów przekroczyły strefę neutralną i strzelają do nas.
W tym momencie symulacji odpowiedzi kadetów wahały się od paniki przez zmieszanie do nicości.Kirk udowadniał, że jest niekonwencjonalny. Nie całkiem pozbierany, może pozbawiony wyczucia, ale oryginalny.
- W porządku.
Koledzy spojrzeli na niego. Nawet Uhura odwróciła się od swej konsoli, ale tylko McCoy odpowiedział:
- W porządku?
Kirk skinął głową potakująco.
- Owszem. nie martwcie się tym.
Po drugiej stronie symulatora mostka operatorzy testu i nadzorujący go egzaminatorzy wymienili zdezorientowane spojrzenia.
- Naprawdę powiedział "nie martwcie się o to"? - spytał jeden z nich.
Wewnątrz symulatora oczy grupy kadetów wciąż były wlepione w ich kolegę, rozpartego na fotelu dowodzenia.
- Co on robi...?
- Następne trzy klingońskie Warbirdy opuszczają kamuflaż i biorą nas na cel. - zameldował McCoy ze swego miejsca. Popatrzył na fotel dowodzenia, gdzie siedział jego przyjaciel, prawdopodobnie nie będący przy zdrowych zmysłach.
- Przypuszczam, że to też nie problem.
Kirk pozwolił sobie na zapadnięcie głębiej w fotel.
- Tak.
Kadet przy stanowisku taktycznym zameldował:
- Strzelają, kapitanie. Wszyscy.
Kirk skinął głową, ze rozumie.
- Alarm dla ambulatorium. Przygotować się na przyjęcie wszystkich członków załogi uszkodzonego statku.
- A jak spodziewasz się, że ich uratujemy? - spytała ostro Uhura - Teraz, gdy jesteśmy otoczeni przez atakujących Klingonów?Kirk powtórzył krótko, rozkazująco:
- Alarm medyczny.
W widoczny sposób rozzłoszczona potwierdziła rozkaz.
- Oberwaliśmy - zaraportował McCoy - Osłony 60%.
- Rozumiem. - odpowiedział Kirk beztrosko.
- Jak pozwoliłem sobie na bycie częścią tej farsy? - pomyślał McCoy a głośno zapytał - Czy nie powinniśmy, nie wiem ... - chociaż odpowiedzieć ogniem?
Kirk udał, że namyśla się głęboko.
- Hmmm... nie. - odpowiedział wreszcie.
- Oczywiście, że nie - mruknął McCoy pod nosem - Co za absurd. Przepraszam za poruszenie tematu.
Na zewnątrz technicy zajęci byli wprowadzaniem odpowiednich procedur do symulatora, tak, by zamknięta w środku grupa uzyskiwała natychmiastową odpowiedź na podjęte decyzje. Zwykły program komputerowy jest przewidywalny, można się go nauczyć, można go pokonać. Ten program podlegał stałym modyfikacjom, których nie można było zapamiętać. Innymi słowy, udawał prawdziwe życie tak dobrze, jak tylko to było możliwe.
Pracując technicy uważali, by nie zbliżyć się zanadto do techniczki, siedzącej przy głównej konsoli. Jasnozielona skóra pozwalała rozpoznać w niej Orionkę. Lepiej było nie podchodzić do niej podczas pracy, gdyż dla wszystkich humanoidów jej wygląd i chemiczne oddziaływanie były dość....rozpraszające. Łatwo było w jej towarzystwie o niebezpieczne roztargnienie.
Konsole nagle przygasły i zamarły. Informacje, które powinny być przekazywane, znikły. Kontrola nad symulacją została przerwana. Pogasły monitory i ekrany odczytów.
Sekundy potem światła ponownie błysnęły, monitory wróciły do życia, a ekrany zaczęły przekazywać strumienie informacji.
Kirk wciąż rozkoszował się relaksem na fotelu dowodzenia, czekając. Niedługo nadejdzie komunikat, na który czeka.
- Kobayashi Maru jest wciąż w niebezpieczeństwie - zameldowała Uhura - ale... Klingoni przestali strzelać. Opuścili deflektory i rozładowali broń!
Zdumienie w jej głosie było niemal dziecinne.
- Tak myślę - Kirk wyprostował się wreszcie na swym fotelu - Teraz możemy odpowiedzieć. Uzbroić torpedy fotonowe. Gotowość do salwy w klingońskie krążowniki.
- Jim - przerwał mu McCoy - Ich tarcze wciąż są na miejscu.
Kirk spojrzał na niego niewinnie.
- Naprawdę?
McCoy spojrzał ponownie na swoją konsolę. Podszedł tak blisko, jak tylko mógł i wpatrzył się w odczyty.
- Och... nie. - przyznał wreszcie.
- Kirk skinął głową z satysfakcją.
- Ognia we wszystkie statki nieprzyjaciela. Jedna torpeda na każdy okręt. Nie będziemy marnować amunicji.
- Tak... tak, sir. - jęknął oficer taktyczny. Nie mogąc odejść od swoich instrumentów wszyscy kadeci odwrócili się, by spojrzeć na główny ekran. Pięć torped fotonowych uderzyło w pięć nieosłoniętych warbirdów. Każdemu uderzeniu towarzyszyła eksplozja. Monitor zapełniły fragmenty rozerwanych powłok, a McCoy ponownie spojrzał na fotel dowodzenia. Tylko ze tym razem się uśmiechał.
Symulacja nie była całkiem zakończona. Kirk zwrócił się ku konsoli komunikacji.
- Sygnał do Kobayashi Maru. Powiedz mi, że są bezpieczni i uratujemy ich. Zacznijcie ściągać załogę.
Spojrzał na sternika.
- Podleć bliżej i wyślij prom, by zabrał najciężej rannych.
Potoczył wzrokiem po całym pomieszczeniu, łowiąc zdumione jego sukcesem spojrzenia.
- I tyle. Wyeliminowaliśmy wrogie statki, nikt na pokładzie nie ucierpiał, ewakuacja załogi Kobayashi Maru trwa.
Po raz pierwszy spojrzał w szybę, oddzielającą symulator od pokoju kontroli.
- Coś jeszcze?
Instruktorzy i technicy milczeli, zdumieni tym, co się wydarzyło. Wreszcie jeden z nich obrócił się ku stojącej obok niego postaci.
- Jak ten dzieciak złamał twój test? - spytał z niedowierzaniem.
Spock, twórca testu, patrzył na mostek symulatora. Skupiał się właściwie na jednym elemencie widoku: uśmiechniętym szeroko kadecie, zajmującym fotel dowodzenia. Potem odpowiedział bezbarwnym głosem:
- Nie wiem....
Elaan
Użytkownik
#87 - Wysłana: 1 Wrz 2011 19:17:02
Odpowiedz 
Eviva:
- Jak pozwoliłem sobie na bycie częścią tej farsy? - pomyślał McCoy a głośno zapytał - Czy nie powinniśmy, nie wiem ... - chociaż odpowiedzieć ogniem?
Kirk udał, że namyśla się głęboko.
- Hmmm... nie. - odpowiedział wreszcie.
- Oczywiście, że nie - mruknął McCoy pod nosem - Co za absurd. Przepraszam za poruszenie tematu.

Kirk mógłby chociaż udawać, że pracuje nad rozwiązaniem testu .
Jego lekceważące zachowanie uraziło Spocka - i nawet pełny Wolkanin miałby do tego prawo .
Eviva
Użytkownik
#88 - Wysłana: 1 Wrz 2011 19:23:31
Odpowiedz 
Elaan

Widzę, że mocno bronisz Quintocka

A tak w ogóle chyba dodam gazu i będę zamieszczać codziennie po kawałku, nie co drugi dzień....
Elaan
Użytkownik
#89 - Wysłana: 1 Wrz 2011 20:04:21
Odpowiedz 
Eviva:
A tak w ogóle chyba dodam gazu i będę zamieszczać codziennie po kawałku,

Na pewno nie miałabyś z tym kłopotu, bo tłumaczysz szybko i bezbłędnie - nie to co ja .
Ale myślę, że smakowitym daniem powinno się delektować bez pośpiechu .
Eviva
Użytkownik
#90 - Wysłana: 1 Wrz 2011 20:15:59
Odpowiedz 
Elaan

Może racja. Choć ja już z tłumaczeniem przekroczyłam półmetek Już Vulcan zniszczony.
 Strona:  ««  1  2  3  4  5  6  7  8  9  10  11  »» 
USS Phoenix forum / Star Trek XI / "Star Trek 2009" - przekład

Twoja wypowiedź
Styl pogrubiony  Styl pochylony  Obraz Łącza  URL Łącza  :) ;) :-p :-( Więcej emotikon...  Wyłącz emotikony

» Login  » Hasło 
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą tutaj pisać. Zaloguj się przed napisaniem wiadomości albo zarejstruj najpierw.
 
Wygenerowane przez miniBB®


© Copyright 2001-2009 by USS Phoenix Team.   Dołącz sidebar Mozilli.   Konfiguruj wygląd.
Część materiałów na tej stronie pochodzi z oryginalnego serwisu USS Solaris za wiedzą i zgodą autorów.
Star Trek, Star Trek The Next Generation, Deep Space Nine, Voyager oraz Enterprise to zastrzeżone znaki towarowe Paramount Pictures.

Pobierz Firefoksa!