USS Phoenix
Logo
USS Phoenix forum / Star Trek XI / "Star Trek 2009" - przekład
 Strona:  ««  1  2  3  4  5  6  7  8  9  10  11  »» 
Autor Wiadomość
Eviva
Użytkownik
#31 - Wysłana: 1 Sier 2011 20:58:20
Odpowiedz 
Elaan

Tak, dokładnie 25 lat - ale przetyrał je, zdaje się, w klingońskiej niewoli
Q__
Moderator
#32 - Wysłana: 1 Sier 2011 23:13:59
Odpowiedz 
Eviva

Eviva:
ale przetyrał je, zdaje się, w klingońskiej niewoli

Która musiała być b. lekka skoro go nie postarzyła...
Toudi
Użytkownik
#33 - Wysłana: 3 Sier 2011 03:12:09
Odpowiedz 
Q__:
Która musiała być b. lekka skoro go nie postarzyła...

A to Romulanie, jak Wolkanie nie żyją coś koło 200 lat?
mozg_kl2
Użytkownik
#34 - Wysłana: 3 Sier 2011 07:50:28
Odpowiedz 
Eviva:
mozg_kl2

Próbowała wysłać Ci maila, ale mi go odrzuca. Podaję mój:
eviva66@gmail.com

bardzo dziwne. Q do mnie pisał i doszło. w wolnej chwili wysle.

Toudi:
A to Romulanie, jak Wolkanie nie żyją coś koło 200 lat?

Romulanie żyja tyle na ile pozwoli im TalShiar
Q__
Moderator
#35 - Wysłana: 3 Sier 2011 07:54:17
Odpowiedz 
Toudi

Toudi:
A to Romulanie, jak Wolkanie nie żyją coś koło 200 lat?

Ale tortury, ciężkie więzienia itd. postarzają chyba nawet ich?

mozg_kl2

mozg_kl2:
Q do mnie pisał i doszło.

Przypomnienie o obiecanym artykule też?
mozg_kl2
Użytkownik
#36 - Wysłana: 3 Sier 2011 08:03:17
Odpowiedz 
Q__:
Ale tortury, ciężkie więzienia itd. postarzają chyba nawet ich?

jak ot mówi klasyk twardym cza być nie miotkim;) Tortury ich uszlachetniają. Stajasię bardziej romulańscy.

Q__:
Przypomnienie o obiecanym artykule też?

Melduje Panie kapitanie, że od czwartku godziny 15 nie miałem internetu, zatem sprawdze. Pewnie doszły.
Q__
Moderator
#37 - Wysłana: 3 Sier 2011 08:07:32 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
mozg_kl2

To dobrze, a co z tekstami?

ps. i nie pozwalaj se, Q zawsze występował w admiralskim mundurze, "kapitan" to dla mnie zniewaga
mozg_kl2
Użytkownik
#38 - Wysłana: 3 Sier 2011 08:23:00
Odpowiedz 
Q__

Staram sie go pisac i napisać. tez chce sie pozbyctego brzemia, zeby nie zmieniło sie w plame na honorze.

Q__:
admiralskim

Wybacz o Wasza przebiegłość.
Toudi
Użytkownik
#39 - Wysłana: 3 Sier 2011 11:03:02 - Edytowany przez: Toudi
Odpowiedz 
Q__:
ps. i nie pozwalaj se, Q zawsze występował w admiralskim mundurze, "kapitan" to dla mnie zniewaga

Za przeproszeniem panie kapitanie, ale pier.. równo*, Q z reguły miał kapitańskie insygnia...

He typically appears as a Humanoid male (though he can take on other forms if he wishes), almost always dressed in the uniform of a Starfleet captain.

*Z fragmentu książki o polskim wojsku, co byście się mnie za bardzo nie czepiali. ;)
Q__
Moderator
#40 - Wysłana: 3 Sier 2011 13:16:06
Odpowiedz 
Toudi

Widać go zdegradowali, bo zaczynał jako admirał . Ciekawe czy za to samo co Kirka?
mozg_kl2
Użytkownik
#41 - Wysłana: 3 Sier 2011 13:42:02
Odpowiedz 
Q__

Zatem Wysoki Sądzie prosze o ułaskawienie.
Eviva
Użytkownik
#42 - Wysłana: 3 Sier 2011 17:20:43
Odpowiedz 
mozg_kl2

A ja Ci pisałam, ze nie mogę Ci wysłać maila bo w kółko się obraca i znów do mnie wraca. Próbowałam, ale nic z tego.
Doctor_Who
Użytkownik
#43 - Wysłana: 3 Sier 2011 17:30:42 - Edytowany przez: Doctor_Who
Odpowiedz 
Eviva

A bo nasz móżdzek się machnął w profilu jak widzę (tudzież zrobił to z premedytacją, by mu spamboty maila w sieci nie znalazły) - tam gdzie jest gmal.com winno być gmail.com. Powinno pójść.
Elaan
Użytkownik
#44 - Wysłana: 3 Sier 2011 18:57:20
Odpowiedz 
Doctor_Who:
A bo nasz móżdzek się machnął w profilu jak widzę (tudzież zrobił to z premedytacją, by mu spamboty maila w sieci nie znalazły)

To chyba nadmiar ostrożności, bo ja dotąd żadnego spambota jako żywo nie widziałam - co nie znaczy absolutnie, że za nimi tęsknię .
Eviva
Użytkownik
#45 - Wysłana: 3 Sier 2011 18:58:51
Odpowiedz 
Ahaaa. No dobra.
Eviva
Użytkownik
#46 - Wysłana: 4 Sier 2011 17:18:13
Odpowiedz 
W głosie oficera łączności czuć było frustrację.
- Kapitanie, oni wciąż nie odpowiadają. Nawet jeśli mają problem językowy, powinni dać to do zrozumienia.
Robau rozważył raz jeszcze możliwość, że to, z czym się zetknęli, jest w istocie wrakiem. Ale jeśli tak jest, to czemu pojawił się tak blisko nich, wychynąwszy z samej głębi dystorsji grawitacyjnej? Przypadek? A jeśli jest tam załoga, czy właśnie ten moment obrała sobie, by milczeć?
- Może nie mogą się z nami połączyć - zasugerował- Wiem, że to naciągane, ale wciąż myślę, że nasze czujniki mogły ulec jakiemuś niezidentyfikowanemu uszkodzeniu. Wyciek atmosfery, radiacja, uszkodzenia kadłuba - coś sprawiło, że ich instrumenty pokładowe nie działają.
Pierwszy oficer szybko rozwiał jego złudzenia.
- Niemożliwe. To rzeczywiście dziwne, ale to coś wygląda na nietknięte.
Robau spojrzał na Pittsa.
- Poruczniku, wszystkie działy do roboty, niech sprawdzą szczegóły. Wdrożyć protokół pierwszego kontaktu. Być może mamy kogoś nowego w naszej strefie.
Pitts skinął głową.
- Mamy zacząć skany?
Tłumiąc przemożne pragnienie poznania tego, z czym się zetknęli Robau pospieszył z odpowiedzią:
- Nie. Mogą to odczytać jako prowokację. To że nie zareagowali na podniesienie osłon jest pozytywnym znakiem. Podtrzymajmy to.
Zwrócił się do sternika:
- Podprowadź nas bliżej, spokojnie i powoli. Włącz jedynie skany bierne. Żadnych ruchów, które mogłyby być zinterpretowane jako agresja.
Używając jedynie napędu impulsowego Kelvin podszedł bliżej gargantuicznego tworu. Wciąż nie wiedzieli, czy na statku są jacyś goście. Ze skąpych informacji, jakie mieli, mogli jedynie wnioskować, że może tam być jakaś zespołowa, nieorganiczna forma życia. Oficerowi naukowemu ponownie nasunęła się wizja sięgających w ich stronę macek, choć usiłował ją odpędzić.
- Te wymiary - wymamrotał pierwszy oficer - Nawet nie znamy materiału konstrukcyjnego. Jeśli to statek, jego moc musi być poza wszelką skalą. Potrzebuje chyba góry dylitu....
Jego domysły przerwał ostrzegawczy sygnał. Oczy Pitts'a rozszerzyły się nagle, gdy rzucił okiem na instrumenty.
- Sir, mam odczyty. Oni kierują na nas broń!
Twarz Robau ściągnęła się.
- Jest pan absolutnie pewny, panie Pitts?
- Tak, sir! To nowa sygnatura, ale można ją zidentyfikować - zwrócił się twarzą do kapitana - Nie ma wątpliwości.
To odpowiedział na pytanie, co robić dalej. Robau zakomenderował więc:
- Czerwony alarm! Uzbroić systemy obronne!
Każdy był już na swym stanowisku, nawet ci, co zlekceważyli poprzedni alarm. Sygnały świetlne i dźwiękowe rozlegały się na wszystkich pokładach, jak Kelvin długi i szeroki.
- Zbliżają się! - krzyknął Pitts ostrzegawczo, gdy prawie znajomy schemat energetyczny pojawił się na głównym monitorze. Moment później pierwszy oficer potwierdził odczyty nowego sygnału.
- Torpeda, 32.2 stopnia, zbliża się szybko. Typ nieznany. system napędu nieznany, możliwości nieznane!
Ci, co nie siedzieli, przygotowali się na wstrząs, podczas gdy Robau wykrzykiwał rozkazy:
- Manewry unikowe delta 5! Odpowiedzieć ogniem, pełna wiązka! Przygotować się do...
Nie było czasu na przygotowanie.
Niespodziewanie zdawało się, że nieznany pocisk został zniszczony, ale on tylko rozpadł się na mniejsze, wciąż ogromne. Uderzywszy w Kelvina nieznana torpeda rozorała kilka pokładów, sięgając nieomal do głównej maszynowni. Eksplozja uderzyła w mężczyzn i kobiety, rozrzucając ich poi pokładach. Niektórzy zginęli niemal natychmiast, wyssani przez rozdarcia kadłuba w próżnię.Linie komunikacyjne zostały zerwane, precyzyjna aparatura zniszczona, wsporniki poskręcane. Cenne powietrze pożerał ogień, z którym na próżno walczył pokładowy system przeciwpożarowy.
Wstrząśnięty Robau wywoływał maszynownię ze swego fotela:
- Meldujcie o uszkodzeniach! Co z głównymi silnikami?
Inżynier, który mu odpowiedział, nie był szefem sekcji. Ten szanowany przez wszystkich starszy oficer leżał gdzieś wśród szczątków, zabity podczas uderzenia torpedy.
- Osłony nic nie pomogły. Cała broń jest bezużyteczna. Pokłady od dziewiątego do czternastego meldują uszkodzenia i naruszenia kadłuba. - przerwał na chwilę, by spojrzeć na podręczny monitor - Główna moc 38 procent i nie wiem, jak długo ją utrzymamy.
Pierwszy oficer rzucił się do swego stanowiska i uderzył otwartą dłonią w komunikator.
- Pokład 9, tu mostek. Raport!
- Plomba na przewodzie plazmy trzyma. Nie wiem, na jak długo, ale na razie jest szczelna.
Pierwszy walczył chwilę ze sobą.
- Winona - czy nic jej nie jest? Co z moją żoną?
- W porządku. To ta dobra nowina. Zła to ta, że zaczyna rodzić.
Oficer spojrzał szeroko rozwartymi oczami na fotel kapitański. Robau też słyszał tę odpowiedź. Chciał coś powiedzieć, gdy nagle krzyk Pittsa wypełnił mostek:
- Znowu strzelają, kapitanie!
Raport maszynowni był druzgocząco prawdziwy - wobec broni atakującej Kelvina deflektory mogły zdziałać akurat tyle, jakby były zrobione z galarety.Druga torpeda rozerwała główny pokład federacyjnego statku. Ogień rozbłysł i znikł, gdy zabrakło podtrzymującego go tlenu lub pomieszczenie otwarło się na próżnię. Wszystkie pokłady, nawet jeśli nie zostały tknięte przez eksplozję, wskutek wstrząsu odniosły wiele uszkodzeń i przestały być bezpieczne.
- Awaria układu podtrzymania na pokładach siedem do trzynaście! - zawołał sternik.
- Wywołajcie dowództwo! - Robau wciąż próbował zrozumieć, co się dzieje - Awaryjne zasilanie do komunikacji!
- Osłony 11 procent - pierwszy oficer zdołał jakoś ustać na swym stanowisku i monitorować instrumenty - 8 procent! Sześć!
- Nigdy nie widziałem czegoś takiego - oficer taktyczny patrzył na własny odczyt i potrząsał głową w zdumieniu - Szybkość i moc wybuchu... następnego uderzenia nie wytrzymamy.
Robau zmusił się do zachowania spokoju. Nieraz już był w podobnej sytuacji - na symulatorze. Z tego, co wiedział, jeszcze nikt nie przetrwał czegoś takiego w rzeczywistości. Gigantyczny obcy statek, nieznana broń, martwa cisza: mogli tylko czekać... ale na co?
Odpowiedź przyszła szybciej, niż się tego spodziewał.
- Kapitanie - powiedział pierwszy oficer z nutą zaskoczenia - Wywołują nas.
Eviva
Użytkownik
#47 - Wysłana: 6 Sier 2011 17:23:55 - Edytowany przez: Eviva
Odpowiedz 
Najpierw strzelaj, potem rozmawiaj. Niespodziewana metoda nawiązania negocjacji. Zwłaszcza gdy twoja strona nie może już strzelać. A jednak - zdecydował - cokolwiek się zdarzy, lepiej rozmawiać niż umierać.
- Otworzyć kanał - Robau usadowił się w fotelu kapitańskim tak, by nieznany wróg nie zobaczył go roztrzęsionego tym, co się działo.- Niech widzą tylko mnie. Nie ma potrzeby, by poznali rozmiar zniszczeń.
Główny ekran zmętniał, a potem pojaśniał. Ukazała się na nim głowa humanoida. Była pokryta tatuażami, miała spiczaste uszy i, przede wszystkim, - wyjątkowo nieprzyjemny wyraz twarzy. W doskonałym języku Federacji intruz zwrócił się do Ziemian tonem, który absolutnie nie był przepraszający:
- Kapitanie statku. Jestem Ayel. Mój kapitan żąda twojej obecności w kwestii negocjacji warunków przerwania ognia. Będzie rozmawiał tylko osobiście. Twarzą w twarz. Masz przybyć sam. Przylecisz na pokład naszego statku promem. Nie potrzebujesz koordynat dokowania. Gdy prom znajdzie się w zasięgu, zostanie skierowany na właściwe miejsce.
Nareszcie jakieś informacje, choć nie są dobre.
- A jeśli odmówię?
Na twarzy i w głosie przybysza nie było śladu miłosierdzia.
- Wasz napęd został poważnie uszkodzony. Nie utrzymacie szybkości warp. Wasza broń jest bezużyteczna. Odmowa nie byłaby mądra.
Ekran zgasł. Na moment mostek Kelvina zaległa cisza.
- Niezbyt rozmowny facet. - mruknął w końcu oficer łączności.
Pitts spojrzał ostro na fotel dowódcy.
- Sir, kim oni są?
Od stanowiska pierwszego oficera zabrzmiał zdecydowany głos:
- Myślę, że ten gość to Romulanin.
Robau zamrugał powiekami.Przeglądał w myśli informacje, szczegóły, statystyki, po które nie sięgał od dawna, nie było bowiem powodu, by to robić.
- Od 53 lat nie mieliśmy żadnego kontaktu z Romulanami, jak pan poznał...?
Pierwszy oficer przerwał mu, przeprosiwszy:
- Są bliżej znani jako genetyczni kuzyni Wolkan - wskazał głową na monitor - Twarz Ayela, jego szyja, kolor skóry, zachowanie, wszystko wskazuje na to, że jest to Romulanin, nie Wolkanin. I jeszcze jedno, sir.
- Co?
- Był szorstki i jedynie przekazywał rozkazy, ale mimo to ten Ayel jest bardzo, bardzo emocjonalny.
Wszystkie oczy zwróciły się na kapitana. Wszyscy czekali, jaką decyzję podejmie. Nie zajęło to wiele czasu. Jeśli człowiek ma tylko jedną możliwość, decyzja zawsze jest prosta.
- Póki chcą rozmawiać, jest jakaś szansa. Może istnieć. To logiczne. Gdyby chodziło im tylko o zniszczenie nas, nie mieliby o czym dyskutować.
Wstając z fotela dowodzenia skinął na pierwszego oficera.
- Komandorze, proszę ze mną.
Najstarsi stopniem oficerowie na statku szli przez zrujnowane korytarze, z rzadka przyciągając czyjeś spojrzenie. Choć zapewne wszyscy w załodze rozpaczliwie pragnęli dowiedzieć się czegokolwiek o sytuacji, nikt nie podchodził i nikt ich nie niepokoił. Trening Gwiezdnej Floty przygotował ich na takie ewentualności.
W końcu Robau zwrócił się do swego zastępcy:
- Gdyby coś poszło źle, naprawdę źle, wykona pan Rozkaz Generalny nr 13
Młodszy mężczyzna przystanął.
- Sir, moglibyśmy wysłać wezwanie pomocy do...
Robau był zanadto człowiekiem, by nie okazać, że jest przynajmniej trochę przerażony.
- Nie ma dla nas ratunku. Nawet gdy ktoś odpowie, nie zdąży nam pomóc. Jeśli mamy zginąć, zabierzemy ich ze sobą. Proszę robić to, co powiedziałem i ocalić tylu ludzi, ilu pan zdoła.
Wchodząc do turbowindy odwrócił się na moment. Pierwszy oficer wyglądał, jakby odebrał druzgocący cios. Obaj wiedzieli, jaka jest stawka. Patrzeli na siebie przeczuwając, że być może widzą się ostatni raz.
- Rozkaz, kapitanie. - pierwszy oficer cofnął się i zasalutował.
Dotykając przycisków kontroli kapitan Robau dodał jeszcze ostatnie polecenie:
- Teraz pan jest tu kapitanem, panie Kirk.
Elaan
Użytkownik
#48 - Wysłana: 6 Sier 2011 22:51:32
Odpowiedz 
Eviva

Naprawdę dobry przekład .
Czytając go miałam ciarki, jakbym była na pokładzie nieszczęsnego Kelvina .
Q__
Moderator
#49 - Wysłana: 7 Sier 2011 00:04:36
Odpowiedz 
No niezłe, niezłe. Musimy to wydać oficjalnie (o czym nudziłem pod koniec zebrania TSF, aż ludzi wypłoszyłem ).
Eviva
Użytkownik
#50 - Wysłana: 7 Sier 2011 08:30:45
Odpowiedz 
Q__

Nie wiem, czy oficjalne wydanie jest możliwe, alby jakby co, to przekład będzie do Twojej dyspozycji, gdy tylko go ukończę (co trochę potrwa, bo nie jest to cienka książczyna).
Eviva
Użytkownik
#51 - Wysłana: 8 Sier 2011 18:03:51
Odpowiedz 
George Kirk wciąż patrzył na na zamknięte drzwi windy. Nie było teraz czasu na rzewne wspomnienia, odwrócił się więc i ruszył korytarzem, kierując się do najbliższego panela komunikacyjnego. Mógł sobie na to pozwolić - był teraz kapitanem.
Dotknął palcem kontrolki i rzucił do mikrofonu:
- Kirk do ambulatorium.

Ukryta w głębi nieuszkodzonej sekcji Kelvina ciężarna Winona Kirk rzęziła i chwytała ciężko oddech, wciąż poddawana skanom. Czuwający nad nią lekarz monitorował odczyty. Oboje usłyszeli wezwanie, które rozległo się w pomieszczeniu.
- George? Co się dzieje? Nikt mi nic nie mówi. Statek...
Przerwał jej:
- Czy wszystko w porządku? Co z dzieckiem?
Kobieta spojrzała bezradnie na lekarza. Ten zrozumiał niezadane pytanie i odpowiedział z zawodowym spokojem, cytując przy tym mantrę każdego uzdrowiciela, pragnącego uspokoić pacjenta.
- Wszystko w porządku. Miała kilka skurczy, ale zastosowane leki powinny wstrzymać rozwiązanie na tyle, byśmy zdołali wrócić na Ziemię... jeśli tylko nie zafundujecie nam następnych wstrząsów.
Wstrząsów... Dla dobra pacjentki lekarz zachował pełną dyskrecję.
- Nie mogę nic obiecać - odpowiedział Kirk - Przyjdę najszybciej, jak będę mógł.
Musiał zmusić się, by przerwać połączenie. Musiał się do tego zmusić.
To niełatwe, gdy mężczyzna mówi sobie, że jego żona i nienarodzone jeszcze dziecko muszą poczekać.

Drzwi wybranego promu zamknęły się, gdy kapitan Robau usiadł na fotelu pilota i wprowadził do programu swój kod rozpoznawczy i sekwencję startu. Nie sprawdził rezerw mocy ani nawet układu podtrzymania życia. Będzie miał czas zatroszczyć się o te parametry, gdy znajdzie się w drodze powrotnej na swój statek.

Wszystkie oczy zwróciły się na Kirka, gdy wszedł na mostek i usiadł na fotelu dowodzenia. W innych okolicznościach poczułby się z tym świetnie. Ale nie dziś.
- Poruczniku Pitts, proszę przekierować monitoring sygnałów życiowych kapitana na główny ekran. Zakładam, że mamy standardową łączność z promem.
- Aye, sir.
Gdy prom opuścił hangar, serce kapitana Robau biło spokojnie, a jego oddech był normalny. Gdy prom zbliżał się do ogromnego statku, parametry zaczęły przyspieszać. Kirk powiedział sobie, że to było do przewidzenia. Robau był jednym z najbardziej doświadczonych oficerów Gwiezdnej Floty, ale był też człowiekiem. Nikt, nawet kapitan, nie był przygotowany na taką sytuację.
- Wzrasta czynność serca - monotonnie meldował Pitts - 110 na minutę
- Dużo, ale w normie, biorąc pod uwagę okoliczności. - mruknął Kirk, nie zwracając się zresztą do nikogo konkretnego.

- Wszystko, nawet jeśli jest niewiarygodnie wielkie, wydaje się jeszcze większe, gdy się do tego zbliżasz. - myślał Robau, gdy jego prom wciągano do wnętrza ogromnego statku. W jakim celu stworzono tę konstrukcję? Co za grupa Romulan czy Wolkan potrzebowała czegoś tej wielkości. Wydało mu się to marnotrawstwem, a nawet megalomanią. Skąd ten potwór przybył i czemu zaatakował ich statek bez najmniejszej prowokacji? Z czym przyszło się im zmierzyć?
Z kim?
Dwóch członków załogi czekało na niego, gdy opuścił prom. Chociaż tego nie zażądano, nie był uzbrojony. Można było bez trudu wyczytać ten warunek z tonu oryginalnego żądania. Na pewno zresztą dokładnie przeskanowano go pod tym kątem.
Strażnicy byli niewątpliwie tej samej rasy co ten, którego widział na ekranie. Jak na razie nic nie zaprzeczało rozumowaniu Kirka; jeśli to byli Wolkanie, to całkowicie odmienni od tych, których Robau w życiu spotkał.
Wnętrze statku było równie chaotyczne jak jego budowa. Jego załodze i budowniczym pewnie się takim nie wydawało. Każda rasa patrzy na kwestię budowy statku z własnej perspektywy i dostosowuje go do własnych potrzeb.
Pod względem aparatury wrogi statek przypominał raczej ledwie jako tako uładzoną rupieciarnię. Śledzony przez obce oczy Robau stanął wreszcie przed siedzącym osobnikiem, w którym poznał swego rozmówcę - nazywał się Ayel. Jeszcze jeden siedział za nim - strażnik? A może ktoś ważniejszy niż on?
Pomiędzy Robau a jego rozmówcą pojawił się hologramowy obraz statku mknącego przez przestrzeń. Nie przypominał żadnego ze statków Federacji, nie był też podobny to potwornej konstrukcji, w której obecnie przebywał kapitan. Większy niż prom, ale mniejszy niż przeciętny statek, najbardziej przypominał pierścień, wirujący w pobliżu doku. Można było jedynie zgadywać, jaką miał funkcję. Ruch i wygląd statku tak bardzo zafrapowały Robau, że na moment zapomniał, w jakiej jest sytuacji.
Ayel sprowadził go na ziemię.
- Znasz ten statek? Co wiesz o nim i jego załodze? Pochodzenie, projekt, jego zamiary?
Robau popatrzył na niego, ale zignorował to pytanie.
- Kto jest twym dowódcą? - spojrzał na niewzruszoną postać za Ayelem - Czy to on? Będę mówić tylko z nim.
- Będziesz mówić tylko ze mną. - odparł ostro Ayel.
Robau odpowiedział z największym spokojem, na jaki mógł się zdobyć:
- Spytaj go zatem, jakie mieliście prawo atakować statek Federacji w otwartej, nieprzejętej przez nikogo przestrzeni.
- To, co się wydarzyło, trudno jeszcze nazwać atakiem, Mój kapitan może łatwo zniszczyć twój statek, jeśli nie odpowiesz na nasze pytania.
Robau spojrzał ponownie na schemat. Miał nadzieję, że skanuje go jakiś wykrywacz prawdy, gdy odpowiedział:
- Nigdy wcześniej tego nie widziałem. Nie znam tej klasy. Czy to jeden z waszych statków?
Jego przesłuchujący nie był zadowolony i nie starał się tego ukryć.
- Czy znasz, albo jeszcze lepiej wiesz, gdzie przebywa pewien osobnik, ambasador Spock?
Wizerunek statku został zastąpiony przez obraz bardzo starego Wolkanina. Robau gapił się przez chwilę na twarz, na której widać było bardzo wiele minionych lat i jeszcze więcej doświadczenia. Mądry, uczony, tajemniczy na sposób właściwy Wolkanom. Robau pomyślał, że chciałby poznać kogoś takiego. Jeszcze raz pokręcił głową.
- Nie, nie znam go. Nigdy go nie widziałem
Ayel świsnął z rozczarowaniem
- Jaka jest bieżąca data gwiezdna?
Następne dziwaczne pytanie, które niczego nie wyjaśniało.
- Data gwiezdna? 2233.4
Popatrzył na twarze otaczających go Obcych, wciąż badających jego fizjonomię. Wszyscy byli kamienni, nieporuszeni, nie zdradzający celu tego wszystkiego nawet gestem.
- Kim wy jesteście?! Skąd się tu wzięliście?!
Coś w tonie kapitana podziałało wreszcie na indywiduum, siedzące za Ayelem. A może jego niewinność i niewiedza. Cokolwiek to było, dało bodziec do działania. Otwierając szeroko oczy, Obcy wyskoczył ze swego fotela i stanął naprzeciwko Robau. Jego palce zacisnęły się na dziwnej broni, którą wciąż trzymał. Cztery ceremonialne ostrza wysunęły się ze szczękiem i zbiegły w jednym punkcie...
Elaan
Użytkownik
#52 - Wysłana: 8 Sier 2011 20:38:01
Odpowiedz 
Eviva:
Wizerunek statku został zastąpiony przez obraz bardzo starego Wolkanina. Robau gapił się przez chwilę na twarz, na której widać było bardzo wiele minionych lat i jeszcze więcej doświadczenia. Mądry, uczony, tajemniczy na sposób właściwy Wolkanom. Robau pomyślał, że chciałby poznać kogoś takiego.

Cały Spock ! Któż nie chciałby go poznać ?
Eviva
Użytkownik
#53 - Wysłana: 8 Sier 2011 21:06:15 - Edytowany przez: Eviva
Odpowiedz 
Elaan

Otóż to. To okropne, ale wolałam starego jak ta mumia Ramzesa oryginalnego Spocka niż młodego, pełnego wigoru Spocka-Quinto... A do tej pory nie zdradzałam objawów gerontofilii!
Elaan
Użytkownik
#54 - Wysłana: 8 Sier 2011 21:36:55
Odpowiedz 
Eviva:
wolałam starego jak ta mumia Ramzesa oryginalnego Spocka niż młodego, pełnego wigoru Spocka-Quinto...

Spokojnie, kochana, jeśli chodzi o TEGO Spocka wiek po prostu nie ma znaczenia .
I pamiętaj, że nie cierpisz na to sama .
Eviva
Użytkownik
#55 - Wysłana: 10 Sier 2011 17:51:55 - Edytowany przez: Eviva
Odpowiedz 
Na głównym monitorze Kelvina linie, rysujące wykres funkcji życiowych kapitana, nagle opadły i zamarły. Palce George'a Kirka zacisnęły się na poręczach fotela dowodzenia.
- O Boże.
Nie miał czasu na przemyślenia, wspomnienia, żałobę. Głos porucznika Pittsa przetoczył się przez mostek niczym dzwonek alarmu.
- Znów atakują!
- Uniki! - krzyknął Kirk - Manewr delta 5! Odpowiedzieć pełnym ogniem!
Tylko dzięki desperackim wysiłkom sternika statek zdołał uniknąć śmiertelnego uderzenia. I tak częściowy impet ataku zaowocował nowymi uszkodzeniami. Gdyby Kelvin był wcześniej nietknięty, mógłby sobie z nimi poradzić, ale okaleczony tak okrutnie zaczął tracić resztki mocy i sprawnych systemów.
- Sir, wszystkie pokłady meldują uszkodzenia! - zawołał Pitts. Oficer naukowy, nieproszony, dodał własne potwierdzenia:
- Nie muszą już do nas strzelać, sir. Przy tych uszkodzeniach zmiecie nas byle podmuch.
Nowy kapitan sięgnął do komunikatora, wmontowanego w poręcz fotela
- Kirk do ambulatorium. Zabierzcie moją żonę do promu medycznego nr 34. Tam się spotkamy.

Wewnętrzny wybuch wstrząsnął centrum medycznym Kelvina. Technicy uwijali się jak w ukropie, by ustabilizować grawitację. Leżąca na stole diagnostycznym Winona Kirk krzyknęła, i to nie tylko z powodu pandemonium, które się wokół niej rozpętało. Bezprzewodowy czujnik zaczął ostrzegawczo buczeć. Ciężko dysząc i starając się zachować spokój kobieta nie zdołała powstrzymać łez, spływających strumieniem po jej twarzy.
- Co się dzieje? Czy z dzieckiem wszystko dobrze?
- Tętno ustaje - meldujący technik nie zwracał się do niej - Przeciążenia mogą do reszty zatrzymać akcję serca...
Głos Kirka odbił się echem w ambulatorium.
- Do wszystkich pokładów, tu pierwszy oficer. Ewakuować statek. To rozkaz. Zgłosić się do przydzielonych promów. Powtarzam, to rozkaz.
Lekarz chwytał pospiesznie instrumenty i pakował je do podręcznej torby.
- Zabierajcie się, poród odbierzemy na promie!
Sanitariusze przenieśli ostrożnie pacjentkę na wózek. Zdezorientowana, jęcząca Winona została wywieziona ze zrujnowanego ambulatorium.

- Tyle marzeń o przyszłości - myślał Kirk - Tyle niezrealizowanych planów, tyle możliwości i nadziei...
Reszta życia skurczyła się do kilku sekund. Był przerażony. Śmiertelnie.Ale teraz dowodził tym statkiem i nie mógł pozwolić sobie na załamanie.
- Jeśli zginiemy, to może uda się nam zabrać tych sukinsynów ze sobą - pochylił się do przodu - Panie Pitts, proszę włączyć autopilota. Dwuminutowy kurs przechwytujący. Wiemy, skąd strzelali. Namierzmy system obronny i zobaczymy, może uda się kupić promom trochę czasu.
- Aye, sir
- Cel namierzony.- głos oficera taktycznego zbiegł się w jedno z kolejnym wstrząsem. Kirk zrozumiał, że w tej chwili grozi już całkowite przełamanie struktury statku. Miał nadzieję, że wytrzyma jeszcze trochę.
- Sir, autopilot nie działa - zameldował sternik zgnębionym głosem - Nie wiem, z powodu wewnętrznej usterki czy tego ostrzału. Mamy tylko sterowanie ręczne.
Tylko ręczne. Kirk wrócił myślą do Akademii, do tych wszystkich wciąż ponawianych symulacji, które on i jego koledzy musieli zaliczyć.Głupie, nudne, powtarzalne, bezużyteczne symulacje - ale czegoś uczyły. Wiedział, co oznaczają słowa sternika. Wszyscy na mostku wiedzieli.
- Ręczne sterowanie do fotela dowodzenia, Cała reszta też - stery, konsola naukowa i taktyczna, wszystko.
Przetoczył spojrzeniem po mostku.
- Wszyscy natychmiast do wyznaczonych promów. To rozkaz.
Wszystkie twarze miały ten sam wyraz. Nikt nie chciał, by ten moment nadszedł, nikt go nie zapomni. Założywszy, że będą żyli dość długo, czego żaden z nich nie był pewny, gdy wreszcie ruszyli do promów. Kirk osunął się z powrotem na fotel dowodzenia i włączył komunikator werbalny.
- Komputer, rozpocznij wykonywanie dyrektywy określonej jako Rozkaz Generalny nr 13. Ustaw sekwencję autodestrukcji na na maksymalną kondensację reakcji w dwie minuty.
Wziął głęboki oddech
- Wykonać.
Coś dźwięknęło. To było takie proste, a jednocześnie tak przerażające. I to on siedział na fotelu dowodzenia.
- Lepiej odejść z trzaskiem niż przy słabym piknięciu - pomyślał. Wszystkie monitory mostka przekazywały informacje, zlewające się w jeden ciągły strumień.
- Kirk do pilota promu 34. - poczuł większą ulgę, niż mógłby wyrazić, gdy słaby, ale wyraźny głos odpowiedział:
- Melduję gotowość, sir.
- Nakazuję wam lecieć, gdy tylko moja żona znajdzie się na pokładzie. Nie czekajcie na mnie, co by nie mówiła. Czy to jasne?
- Aye... sir. - ton głosu pilota wskazywał na to, że rzeczywiście wszystko zrozumiał.
Gdy ostatni z członków obsady mostka znikł za drzwiami windy, Kirk został całkiem sam. Zawładnął nim dziwny spokój, gdy wykonał już to, co trzeba było zrobić. Ten rodzaj spokoju jest charakterystyczny dla ludzi, co poznali już swoje przeznaczenie - nie było teraz żadnej decyzji, która można by jeszcze podjąć.
No, może była jedna
Przedtem nakazał sternikowi, by skierował statek na system broni. Uderzenie kamikaze mogło pójść tam, albo w nadlatującą torpedę. Jednak gdyby skierował się niżej, mógłby uderzyć w napęd. Miało to mniejsze szanse powodzenia, ale dałoby większą szanse załodze na bezpieczną ucieczkę. Ręcznie zmienił koordynaty kursu.
Elaan
Użytkownik
#56 - Wysłana: 10 Sier 2011 21:15:06
Odpowiedz 
Eviva:
- Tyle marzeń o przyszłości - myślał Kirk - Tyle niezrealizowanych planów, tyle możliwości i nadziei...
Reszta życia skurczyła się do kilku sekund.

Eviva:
Gdy ostatni z członków obsady mostka znikł za drzwiami windy, Kirk został całkiem sam. Zawładnął nim dziwny spokój, gdy wykonał już to, co trzeba było zrobić. Ten rodzaj spokoju jest charakterystyczny dla ludzi, co poznali już swoje przeznaczenie - nie było teraz żadnej decyzji, która można by jeszcze podjąć.

Ta scena na ekranie robi wrażenie, ale nie dorównuje tekstowi .
Tylko słowa mogą oddać czas rozpaczy umierania .
Eviva
Użytkownik
#57 - Wysłana: 10 Sier 2011 21:40:35
Odpowiedz 
Elaan

A to dlatego, że wiele rzeczy lepiej się czyta niż ogląda.
Q__
Moderator
#58 - Wysłana: 10 Sier 2011 22:14:04 - Edytowany przez: Q__
Odpowiedz 
Elaan
Eviva

Elaan:
Ta scena na ekranie robi wrażenie, ale nie dorównuje tekstowi .

Eviva:
A to dlatego, że wiele rzeczy lepiej się czyta niż ogląda.

To prawda, jednak opis - choć w istocie świetny - wydaje się na tle tego co na ekranie b. skrótowy. I właśnie przez klasę autora uwypukla mimo woli "akcyjność" filmu.
Eviva
Użytkownik
#59 - Wysłana: 12 Sier 2011 10:29:26 - Edytowany przez: Eviva
Odpowiedz 
Doktor nie był zadowolony, gdy jego zespół dotarł do promu. Czemu natura zawsze jest taka przekorna? Przekazał technikom instrukcje.
- Wody odeszły. Dziecko zaraz przyjdzie na świat.
Kręcąca głową, zdezorientowana i skołowana Winona toczyła wkoło dzikimi oczami, usiłując ogarnąć wszystko, co się wkoło niej działo.
- George, gdzie jest George?
Krzyknęła, instynktownie poddając się skurczom. Położnik i jego asystentka próbowali jej pomóc.
- Utknął - wymruczał doktor z niezadowoleniem - Muszę uwolnić jego ramię. Naprzyjcie na jej brzuch.
Patrząc na monitor, mechanicznie odmierzający pozostały czas, zdenerwowany technik syknął przez zęby:
- Doktorze, musimy lecieć.
Lekarz zignorował ostrzeżenie. Był zajęty.
- Winona, będę musiał ręcznie uwolnić jego ramię. Zbierz się w sobie i przyj.
- Wszyscy gotowi - powiedział pilot ze swego stanowiska - Nie możemy dłużej czekać. Wprowadzam sekwencję startową.
Zmagając się z bólem i pomieszaniem Winona uniosła głowę.
- George, prom odlatuje! Gdzie jesteś? Nie! Nie ruszę się stąd bez mojego męża!
Pilot przełknął gorycz i skoncentrował się na swych instrumentach.
- Przykro mi, proszę pani. Mam swoje rozkazy.
- Winona! - doktor ponownie przyciągnął jej uwagę - Musisz przeć!
Jej skręcone ciało okazało się silniejsze niż myśl. Krzyknęła, rzuciwszy głową w szpitalną poduszkę i napięła mięśnie brzucha. Czuła się tak, jakby próbowała wypchnąć ręcznie prom z Kelvina. Szczęknęły klamry i prom medyczny z pełną impulsową opuścił potrzaskany statek. Pilot skoncentrował się na utrzymaniu kursu i wkrótce pojazd dołączył do eskadry uciekinierów. Utrzymując stałą prędkość promy odlatywały coraz dalej i dalej od Kelvina i gargantuicznego statku. Wszyscy wiedzieli, że jedna salwa fazerów może dosłownie zmieść ich z mapy gwiazd.
Chyba że...
Winona znowu krzyknęła - ale tym razem odpowiedział jej jak echo inny krzyk. Cichszy, pełen życia, nie bólu. Ponad nim wzniósł się triumfalny głos lekarza:
- Jest! Winona, udało ci się!
Ból zaczął przycichać. zastąpiła go radość i ogromna wdzięczność, gdy podano jej umytego i zawiniętego noworodka.Wyciągnęła osłabione, ale wciąż pewne ramiona po dziecko - swego syna.

Gdy okaleczony Kelvin nabierał szybkości, a odliczanie na monitorach sięgało zera, na mostku zabrzmiał głos z głośnika komunikatora:
- George? George!
Nie chciał płakać. Nie mógł tracić czasu.
- Jestem tu, kochanie. Co mamy?
- To chłopiec!
- Chłopiec? Opowiedz mi o nim. Proszę.
Jego żona szlochała, ale tym razem nie z bólu.
- Jest piękny, taki piękny. Podobny do ciebie. George... powinieneś tu być.
- Nie płacz, do cholery - pomyślał - Trzymaj się jakoś.
Zostały mu już tylko sekundy, a jeszcze tyle musiał powiedzieć.
- Wiem...
- Musisz uciekać! George, posłuchaj mnie - opuść ten statek!
- Winona, nie mogę. Nie ma innego sposobu. Żałuję, tak bardzo żałuję. powiedz mi... powiedz mi jak wygląda.
Ogromna masa obcego statku zasłoniła już całe pole widzenia, gasząc gwiazdy i wszystko inne. Inżynier mógłby powiedzieć, że to piękny widok. George Kirk tak nie uważał.
- Ma brązowe oczy - Winona zmagała się ze swymi emocjami, rozumiejąc, że i tak nie jest w stanie nic zmienić - Boże, on ma twoje oczy!
- Jak go nazwiemy?
Zamrugała niepewnie.
- Tak, powinniśmy go nazwać. Może po twoim ojcu, Tiberiusie?
Roześmiałby się, gdyby nie obawa, że mógłby się udławić.
- Tiberius? Żartujesz sobie? To nie jest imię dla dziecka. Nazwiemy go po twoim ojcu. Jim.
Na pokładzie promu młoda matka uśmiechnęła się wbrew okolicznościom
- Jim. Tak, to jest to.
- Kochanie? Kochanie, słyszysz mnie?
- Tak. Tak, słyszę.
- Kocham cię. Kocham cię. Kocham....

Na jeden moment odosobniony zakątek przestrzeni rozbłysł światłem jaśniejszym niż otaczające go gwiazdy. Materia i antymateria połączyły się w reakcji, będącej przedmiotem zachwytu fizyków. Jednak ci spośród naukowców, którzy ją widzieli z bliska, mieli tylko jedną myśl: czy zdołają uciec przed falą uderzeniową, wytworzoną przez uderzenie Kelvina o bok obcego statku i detonację napędu.
Wstrząs dosięgnął wszystkich na promach, tak jakby przetoczyło się po nich tsunami. Nie trwało to długo. Jeden po drugim małe promy odzyskiwały stabilność. Tylne monitory ukazywały płonącą kulę ognia, która zapadła się nagle i zgasła. Nie było śladu ani po statku Federacji, ani po olbrzymim intruzie.
Na pokładzie medycznego promu młoda matka kołysała swego synka. Była zdruzgotana, a on cichy i spokojny.
- Nieważne - pomyślała - Będę płakać za nas oboje.
Eviva
Użytkownik
#60 - Wysłana: 14 Sier 2011 11:15:11
Odpowiedz 
Centrum nauczania było pełne.Sam pokój zalegała ciemność, po to, by uczestnicy mogli lepiej skoncentrować się na swej pracy. Każdy z uczniów stał w osobnej niszy w podłodze, wyposażonej w indywidualny ekran, po którym płynął nieprzerwany strumień informacji. Pytanie i odpowiedź owocowały kolejną serią obrazów i wiadomości. Było to możliwe dzięki specjalnej konstrukcji systemu nauczania, rozdzielanego na indywidualne stanowiska. Uczniowie wchłaniali lawinę informacji tak szybko, jak tylko mogli. Błędna odpowiedź powodowała powtórzenie danej części materiału, zatrzymanie procesu, a co gorsza, mogła przyciągnąć uwagę nadzorującego system nauczyciela. Żeby zminimalizować możliwość takich przypadków, strumień informacji mógł przyspieszać lub zwalniać w zależności od indywidualnych potrzeb ucznia.
Jeden z młodszych uczniów podlegał baczniejszej obserwacji niż inni. Czasem nawet instruktorzy schodzili się w pary, by na niego popatrzeć. Nie działo się tak dlatego, ze chcieli go krytykować czy poprawiać, ale z podziwu. Uczeń przyswajał wiadomości tak szybko, że nauczyciele dyskutowali nawet, czy nie przenieść go już na wyższy poziom. Czasem też ich uwagę przyciągało co innego.
Na przykład okazja, gdy jedenastoletniego Spocka otaczali jego dręczyciele.
- Jaki jest pierwiastek kwadratowy z 2396304? - spytał mechanizm edukacyjny.
Patrząc na ekran Spock odpowiedział, jak zwykle bez wahania:
- 1548
- Odpowiedź prawidłowa. Jakie jest centralne założenie kosmologii kwantowej?
- Wszystko, co może się wydarzyć, to się dzieje w równoległych lub podobnych wszechświatach.
Kilka nut zabrzmiało, wypełniając na moment niszę.
- Odpowiedź prawidłowa. Rozpoznaj dwudziestowiecznych ziemskich kompozytorów muzyki, którą usłyszałeś.
- John Lennon i Paul McCarthney.
- Odpowiedź prawidłowa. Czym jest...
Pytanie, odpowiedź, pytanie, odpowiedź - wciąż i wciąż, póki procedura nie dobiegła końca.
- Wynik 100%. Gratulacje, Spock.
Młody uczeń opuścił spokojnie swoja niszę. Chciał wyjść z sali, ale wtedy podeszło do niego trzech kolegów. Wszyscy trzej byli starsi i wyżsi. Nie mogąc ich wyminąć stanął przed nimi z ponurym spojrzeniem charakterystycznych dla dziecka prześladowanego przez i mającego świadomość tego, co nastąpi - żywy dowód na to, że przyszłość w choćby małej części może zostać przewidziana.
- Zakładam, że na dziś przygotowaliście nowe obelgi. - powiedział z rezygnacją.
Pierwszy ze starszych chłopców odpowiedział bez wahania:
- Twoja matka to ludzka dziwka.
Podmiot ataku potrząsnął głową:
- Nie mam takich informacji.
Drugi spróbował innej taktyki:
- Nie jesteś Wolkaninem ani człowiekiem. Nie ma dla ciebie miejsca we wszechświecie. Powinno się ciebie eksterminować.
Młodszy chłopak cierpliwie zanalizował nową obelgę tak samo jak pierwszą:
- To twoja trzydziesta piąta próba wywołania u mnie reakcji emocjonalnej. Logika dyktuje, ze powinieneś zrozumieć swą porażkę i zrezygnować.
Trudno powiedzieć, co bardziej rozzłościło jego dręczycieli, jego spokój czy to, że miał rację. Przynajmniej jeden z nich nie chciał się jeszcze poddać.
- Popatrzcie, on ma ludzkie oczy - zawołał - Są smutne, prawda?
- Być może potrzebuje fizycznej stymulacji - dodał drugi - Podejmijmy trzydziestą szóstą próbę.
Zanim jedenastolatek zdążył się uchylić, starszy chłopak popchnął go tak, że Spock niemal stracił równowagę.
- Nie reaguje - stwierdził trzeci napastnik - Być może trzeba powtórzyć stymulację.
Podszedł do młodszego chłopca.
- Twój ojciec jest zdrajcą. Dlatego, bo się z nią ożenił. Z ta ludzka dziwką.
Jego oczy rozszerzyło zdziwienie, gdy znienacka chłopiec uderzył go. Bezskutecznie próbując złapać równowagę wpadł do najbliźszej niszy edukacyjnej razem ze Spockiem, który go nie puszczał. Po chwili obaj próbowali wstać na nogi, przy czym starszy chłopak bezskutecznie usiłował wykonać nerve pinch. Unikając jego palców Spock przerzucił go przez ramię i przewrócił na podłogę. Zaraz potem ponownie rzucił sie na niego z pięściami.
Polała się zielona krew, ale nie była to krew Spocka.
 Strona:  ««  1  2  3  4  5  6  7  8  9  10  11  »» 
USS Phoenix forum / Star Trek XI / "Star Trek 2009" - przekład

Twoja wypowiedź
Styl pogrubiony  Styl pochylony  Obraz Łącza  URL Łącza  :) ;) :-p :-( Więcej emotikon...  Wyłącz emotikony

» Login  » Hasło 
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą tutaj pisać. Zaloguj się przed napisaniem wiadomości albo zarejstruj najpierw.
 
Wygenerowane przez miniBB®


© Copyright 2001-2009 by USS Phoenix Team.   Dołącz sidebar Mozilli.   Konfiguruj wygląd.
Część materiałów na tej stronie pochodzi z oryginalnego serwisu USS Solaris za wiedzą i zgodą autorów.
Star Trek, Star Trek The Next Generation, Deep Space Nine, Voyager oraz Enterprise to zastrzeżone znaki towarowe Paramount Pictures.

Pobierz Firefoksa!