USS Phoenix
Logo
 Informacje o filmie
 
Tytuł:Star Trek Into Darkness
Tytuł polski:W Ciemność. Star Trek
 
Data premiery w USA:23-04-2013
Data premiery w Polsce:31-05-2013
 
Reżyseria:J.J. Abrams
Scenariusz:Roberto Orci, Alex Kurtzman, Damon Lindelof
Muzyka:Michael Giacchino
Gościnnie występują:Leonard Nimoy
 
Ocena odcinka:7.9
Liczba oceniających:41
Oceń w skali 1 - 10:
Cytat:    kapitan James T. Kirk: Why would a Starfleet admiral ask a three-hundred-year-old frozen man for help?
Khan: Because I am better.
kapitan James T. Kirk: At what?
Khan: Everything.


Opis

Zdegradowany za złamanie Pierwszej Dyrektywy Kirk zostaje, w dramatycznych okolicznościach, przywrócony do stopnia kapitana i musi stawić czoła groźnemu terroryście spragnionemu zemsty na dowództwie Gwiezdnej Floty.


Obsada

AktorPostać
Chris PineJames T. Kirk
Leonard Nimoystarszy mr Spock
Zachary Quintomłody mr Spock
Karl UrbanLeonard Mc Coy
Simon PeggMontgomery Scott
Anton YelchinPavel Chekov
John ChoHikaru Sulu
Zoe SaldanaUhura
Benedict CumberbathKhan - czarny charakter
Bruce GreenwoodChistopher Pike
Peter Welleradmirał Marcus
Alice EveCarol Marcus



Recenzja

Czy "Star Trek Into Darkness" to godny następca filmu sprzed czterech lat? Co więcej, czy to godny dodatek do pięćdziesięcioletniego cyklu? Recenzja bez spoilerów.



Wersja TLDR; Film bardzo mi się podobał i mogę go z czystym sumieniem polecić. Nie jest on pozbawiony wad, ma ich nawet bardzo dużo, ale nie są to wady dyskwalifikujące film czy dobrą rozrywkę.

Poniższy tekst nie zawiera spoilerów odnośnie fabuły najnowszego filmu, stąd niektóre wnioski mogą się wydawać nieco ogólnikowe :)



"Star Trek Into Darkness" jest kontynuacją Star Treka z 2009, w którym dzięki podróży w czasie ustanowiono rzeczywistość alternatywną dla linii czasu znanej nam z The Original Series, The Next Generation i pozostałych seriali i filmów. Pierwszy film okazał się kasowym sukcesem więc powstanie kontynuacji było tylko kwestią czasu. Za kamerą ponownie stanął J.J. Abrams, który obecnie jest jednocześnie odpowiedzialny za nową wersję Star Treka i za zapowiedziane niedawno kontynuacje Gwiezdnych Wojen. Zaś w wolnych chwilach niewątpliwie chwyta zębami pociski wystrzelone z karabinu.

“Star Trek Into Darkness” (wybaczcie, ale nie chcę używać debilnego polskiego tytułu) jest przede wszystkim filmem Kirka i Spocka. Poprzedni film zakończono z kapitanem Kirkiem jako świeżo upieczonym dowódcą Enterprise. Minęło kilka lat i Kirk nie jest już może świeżo upieczony, ale nadal jest tym samym narwanym, pewnym siebie, wręcz aroganckim dowódcą, któremu wydaje się, że cwaniactwo i sukcesy z poprzedniego filmu czynią go niepokonanym.
Z takim podejściem zestawiono opanowanego, trzymającego się zasad pana Spocka, co jak łatwo przewidzieć, prowadzi do poważnych problemów zarówno na linii Kirk – Spock, jak i na linii Kirk – Gwiezdna Flota. Wydarzenia z prologu filmu udowadniają bowiem Kirkowi, że niezupełnie jest gotów dowodzić i wpędzają go w spore kłopoty z szefostwem.
Dalsze wydarzenia stanowią więc okazję, by Kirka nauczyć paru nowych rzeczy o dowodzeniu i o tym, jaką cenę trzeba zapłacić za zbytnią pewność siebie. Efekt? Bardzo przekonujacy. Nie jest to podroż typu "od zera do oficera" - to mieliśmy w poprzednim filmie - ale raczej od "kapitana-żółtodzioba" do "prawdziwego dowódcy". Ten wątek, moim zdaniem, poprowadzony został bardzo udanie.

Spock w Into Darkness jest dużo bardziej emocjonalny niż jego starsze wcielenie, czy nawet niż w poprzednim filmie. Wielu osobom może się to nie spodobać, jeśli mają w pamięci logicznego, chłodnego Wolkana ze starej wersji. Ale wypada przypomnieć sobie poprzedni film, gdzie Nimoy-Spock sam stwierdził, że przeżył emocjonalny wstrząs w związku ze zniszczeniem jego ojczystej planety. To jest coś, czego Nimoy-Spock z poprzedniej rzeczywistości nigdy nie doświadczył, więc jego logiczne i stoickie podejście do życia nie zostało tak potężnie zachwiane. Młody Quinto-Spock stracił matkę i planetę, więc jego bardziej emocjonalne, czy raczej bardziej ludzkie zachowanie absolutnie mi nie przeszkadza, bo po prostu ma sens w tej alternatywnej rzeczywistości.

Chris Pine i Zachary Quinto znakomicie odnajdują się w swoich rolach, a dobrze napisane i zagrane sceny z udziałem tej pary stanowią siłę napędową filmu.

Niestety, skupienie fabuły filmu na tych dwóch bohaterach ma też swoje minusy - głównie w formie braku czasu dla reszty załogi. Z pozostałych członków obsady coś do roboty mają tak naprawdę jedynie Scotty i John Harrison. Scotty dla odmiany jest nie tylko “elementem komediowym” (chociaż twórcy nadal mocno na to stawiają), zaś Harrison... o nim za chwilę.
Sulu, Bones i Chekov dostali tylko pojedyncze sceny godne uwagi. Nawet Uhura, której jest nieco więcej niż powyższej trójki, została zdegradowana do roli marudnej dziewczyny, która nie potrafi zrozumieć swojego faceta (Spocka). I to mimo pełnej świadomości, że facet ten jest pół-kosmitą, który odcina się od swoich emocji. Sceny odnoszące się do tego raczej wydumanego problemu rodem z seriali dla nastolatek wydają się być dorzucone na siłę, bardziej dla efektu humorystycznego niż dla rozbudowania postaci. Podobnie druga pani na pokładzie – pani doktor o imieniu Carol - została sprowadzona do roli tokena. Ot, żeby było więcej kobiet w obsadzie. Jest to szczególnie oczywiste w zupełnie zbędnej z punktu widzenia fabuły scenie, w której Carol przebiera się w obecności Kirka.

Większość kinowych Star Treków, z wyjątkiem "The Motion Picture" i "The Voyage Home" stawiała na jakiegoś “głównego przeciwnika”, z którym musieli zmierzyć się bohaterowie. Khan w "dwójce" miał sens jako kontynuacja wątków z oryginalnego serialu i okazał się bardzo popularny, więc późniejsze filmy powielały ten schemat i stawiały właśnie na jakiegoś konkretnego "bad guya": Kruge w “Star Trek III”, ten jak-mu-tam szalony Wolkan w “Star Trek V”, generał Chang w “Star Trek VI,” dr Soren w “Pokoleniach”, Królowa Borga w “Piewszym Kontakcie”, Ru'afo w “Insurrection” i wreszcie Shinzon w “Nemezis” i Nero w “Star Treku” z 2009. Ten sam schemat, który nie zawsze się sprawdzał.
Kiedy jakiś czas temu dowiedziałem się, że twórcy i tym razem sięgają po ten właśnie schemat, byłem pełen obaw. Ale... tym razem, wykorzystano go z powodzeniem.

Przeciwnik Kirka i Spocka w "Into Darkness" jest olbrzymim plusem filmu. John Harrison, niesamowicie zagrany przez Benedicta Cumberbatcha, jest bardzo wyrazistą postacią, z dobrze nakreślonym charakterem i zrozumiałą, nawet jeśli nieco pokretną, motywacją.
Poprzedni film mocno ucierpiał w związku z faktem, że Nero był szablonowym szwarc-charakterem, którego motywy działania i rządza zemsty nie zostały w filmie wystarczająco dobrze wyjaśnione.
Tutaj nie ma tego problemu. Harrison jest wyrachowanym sukinsynem, aczkolwiek wydaje się mieć w sobie pewną szlachetność i przez pewien czas trudno mu nie kibicować. Można nawet odnieść wrażenie, że w innych okolicznościach mogliby się z Kirkiem naprawdę nieźle dogadać. Czy to tylko maska, udawanie aby osiągnąć cel? Być może, ale efekt jest świetny, Cumberbatch robi w tej roli piorunujące wrażenie, jest w nim coś niemal demonicznego. Znakomicie obsadzona rola.

Twórcy nie ustrzegli się jednak pewnej wpadki. Prawdziwa tożsamość Johna Harrisona jest w filmie ujawniona w otoczce niesamowitego odkrycia (włącznie z odpowiednio podniosłą muzyką w tle). Ale... to nie działa. Dla nie-fanów, scena ta nie będzie miała żadnego dodatkowego wydźwięku i zostanie skwitowana wzruszeniem ramion. Dla fanów... coż, fani domyślą się, kim jest Harrison dużo, dużo wcześniej. Zakładając oczywiście, że nie przeczytali tego wcześniej w internecie, bo twórcy filmu przed premiera robili z tego straszną tajemnicę (poliszynela), ale juz po premierze można sobie przeczytać kim jest Harrison nawet na IMDB.


Koncówka filmu, bardzo mocno nawiązująca do jednego ze starszych filmów, jest interesująca, aczkolwiek nie ma aż takiej siły rażenia jak tamta pamiętna scena. Tam była to kulminacja niemal dwudziestu lat przyjaźni i współpracy. W nowej inkarnacji analogiczna scena nie niesie aż takiego ładunku emocjonalnego, chociaż i tak w dużym stopniu zadziałała (chociaż są tam momenty, które stanowią lekkie przegięcie i należy je chyba umieścić w kategorii puszczania oka do fanów). Nie trzeba być jednak nawet szczególnie uważnym widzem, żeby zawczasu wiedzieć jak sprawa zostanie rozwiązana - to jest "zwrot fabuły", który jest przewidywalny na dłuuuuuugo wcześniej. Troszkę zabija to wspomnianą emocjonalność tej całej sceny i nie pozostawia wątpliwości, że wszystko wróci do normy za parę minut.

Pod względem technicznym film stoi na bardzo wysokim poziomie, jak można się było spodziewać. Sceny akcji są znakomicie zrealizowane - od prologu na planecie Nibiru, poprzez pościg w ruinach, pierwsze starcie z Johnem Harrisonem, dynamiczny lot w skafandrach przypominający przedłużoną wersję skoku na wierło z pierwszego filmu, bitwy kosmiczne. Film nie nudzi ani przez chwilę, tempo nie siada ani na moment.

Efekty 3D można pominąć, nie wnoszą w sumie nic ciekawego, ponieważ film nie był kręcony w technice 3D, a jedynie przekonwertowany później na trójwymiarowy. Ot, po prostu metoda na dodatkowy zarobek dla kin. Nieważne czy w 3D czy 2D, ogląda się to świetnie - dużo się dzieje, jest dużo humoru, mamy niezwykle wyrazistego przeciwnika, aktorsko film stoi na bardzo wysokim poziomie, efekty specjalne są odpowiednio widowiskowe. Ale...

No właśnie...

To trochę tak, jak z zeszłorocznym "Prometeuszem", który wizualnie oczarowywał, ale był tylko piekną, kolorową wydmuszką, zupełnie pustą w środku.
W przypadku "Star Trek Into Darkness" nie jest aż tak źle, ale też wydaje się on być zaledwie cieniem filmu, którym mógłby być, gdyby twórcy zadziałali bardziej odważnie.

Mój największy zarzut wobec filmu? Że nie jest ani trochę oryginalny. Wydaje się wręcz, że twórcy celowo wzięli co lepsze lub co popularniejsze elementy z poprzednich kinowych Star Treków, pomieszali je nieco i doprawili nowym, bardziej kolorowym sosem. Wszystko to już bylo wcześniej, a w dodatku Abrams i koledzy nie zdołali (nie chcieli?) zerwać z poprzednią wersją Star Treka. Mieli okazję pokazać, że ta nowa piaskownica należy do nich. I że chociaż zabawki może wynalazł ktoś inny, to jednak są to teraz ich zabawki i oni nimi rządza. Niestety, wygląda to raczej jakby bardzo tęsknili za starą, trochę anachronicznie wygladająca piaskownicą, w której bawili się wcześniej z innymi dziećmi. Do tego stopnia, że przynieśli z niej większość piasku i nie potrafią o niej zapomnieć.
Ale, jak to powiedział Kirk do McCoya – dość już tych metafor. Po prostu żal, że twórcy poszli bezpieczną drogą - akcja, widowiskowe chociaż niekoniecznie sensowne sceny, humor, dialogi, schematyczne zagrania. Postawiono bardziej na formę niż na treść.

Dobrym przykładem może być prolog. Nie zdradzę tutaj zbyt wiele mówiąc, że Enterprise ukryto... na dnie oceanu. Po co? Dlaczego? Nie ma to fabularnie absolutnie żadnego uzasadnienia (a w dodatku kłóci się z tradycyjnymi trekowymi realiami). Tutaj chodziło tylko i wyłącznie o widowiskowość - po prostu wyłaniający się z morza Enterprise wyglada bardzo, bardzo majestatycznie i scena robi duże wrażenie, a na twarzy widza pojawia się mimowolny uśmiech. A że zatwardziali fani mogą nieco zgrzytać zębami... Cóż...

Takich problematycznych momentów jest więcej. Podobnie jak w poprzednim filmie, tak i tutaj wydaje się, że podróże międzyplanetarne trwają krótką chwilę, nawet na odległych dystansach (pamiętacie, jak w poprzednim filmie podróż z Ziemi na Wolkana zdawała się trwać zaledwie parę minut? Tutaj też są takie momenty). Dziur w fabule niestety nie brakuje, podobnie jak bardzo luźnego traktowania trekowego kanonu technologicznego. Spodziewajcie się też sporej dawki nielogiczności działań niektórych bohaterów czy absolutnie niewiarygodnych zbiegów okoliczności.
Niektóre sceny wydają się dorzucone na siłę, jako "puszczanie oka do fanów"... Chociaż nie, “puszczanie oka” jest określeniem zbyt subtelnym. Tutaj jest to raczej brutalne potrząsanie fanami wrzeszcząc "Zobacz! Zobacz! Ta scena pokazuje, że to naprawdę Star Trek! Słyszysz?!". Toporne i niepotrzebne.

Wielu fanów niewątpliwie sądzi, że abramsowy Star Trek to typowo popcornowa rozrywka, bez głębi fabularnej i przesłania, z których Star Trek podobno słynie. Takie jest pierwsze wrażenie, tylko czy tak rzeczywiście jest? Kinowe Star Treki sprzed lat były mniej widowiskowe, to na pewno, ale jeśli chodzi o głębię fabularną czy przesłanie, to zawsze były one w filmach na dalszym planie. Od filozofowania i moralizowania mamy seriale. Filmy kinowe powinny być wydarzeniem, a nie po prostu dłuższym odcinkiem serialu (a takie miałem zawsze wrażenie ogladając na przykład kinowe wersje “Nastepnego Pokolenia” - może z wyjątkiem "Pierwszego kontaktu").

Jakież było moje zdziwienie, gdy zauważyłem, że “Star Trek Into Darkness” ma jednak przesłanie, i to całkiem na czasie, chociaż może ono umknąć wsród wartkiej akcji. Nie mogę napisać bardziej szczegółowo jakie to przesłanie, gdyż wymagałoby to zdradzenia nieco więcej informacji o fabule, ale chętnie wrócę do tematu po polskiej premierze.
Napiszę tylko tyle, że mnie osobiście przesłanie to przekonuje, nawet jeśli jest nieco niespójne, ale zgodzę się, że mogłoby być nakreślone nieco wyraźniej.

Tytułowa ciemność ma w tym filmie kilka wymiarów. Jednym z nich jest niewątpliwie rządza zemsty i efekty zaślepienia takową. W innym kontekscie, w tytule można się dopatrywać odniesień do obecnej sytuacji politycznej na świecie, zwłaszcza w USA, no i klimatu po 11 wrzesnia 2001.
Jest to dość ciekawy i wiarygodny motyw, zwłaszcza w tej odmienionej rzeczywistości, gdzie jedna z najważniejszych planet Federacji została gwałtownie zniszczona i status quo zostało mocno naruszone. Coś takiego musiało przecież wstrząsnąć nie tylko Spockiem, ale i całą Federacją. Także Gwiezdną Flotą, która nagle zdała sobię sprawę, że jak to ujał McCoy w poprzednim filmie, “kosmos to zaraza i niebezpieczeństwo, owinięte ciemnością i ciszą”. Nietrudno uwierzyć, że w Gwiezdnej Flocie po zniszczeniu Wolkana wrócił do łask stary cytat, mówiący, że "ceną wolności jest nieustająca czujność"...


Podsumowując, muszę stwierdzić, że “Star Trek Into Darkness” to dwie godziny dobrej zabawy. Bez względu na to, czy jest się wieloletnim fanem “Star Treka”, czy też poznało się go dopiero przy okazji poprzedniego filmu. Owszem, film mogł być jeszcze lepszy, gdyby twórcy odważyli się na nieco bardziej ryzykowne posunięcia, ale nie oszukujmy się – to miał być film rozrywkowy i taki właśnie jest. Ogląda się go naprawde dobrze, a to chyba najważniejsze? Mam tylko nadzieję, że w nieuniknionym trzecim filmie twórcy postanowią na dobre pójść własną ścieżką, i nie będą kurczowo trzymać się starego “Star Treka”.

Piotr Pajerski, 23.05.2013





Interesujące refleksje na temat filmu można również znaleźć pod adresem:
http://trekkies-log.blogspot.com/2015/03/into-dumbness-czyli-o-kirku-sow-kilka.html





© Copyright 2001-2009 by USS Phoenix Team.   Dołącz sidebar Mozilli.   Konfiguruj wygląd.
Część materiałów na tej stronie pochodzi z oryginalnego serwisu USS Solaris za wiedzą i zgodą autorów.
Star Trek, Star Trek The Next Generation, Deep Space Nine, Voyager oraz Enterprise to zastrzeżone znaki towarowe Paramount Pictures.

Pobierz Firefoksa!